piątek, 27 kwietnia 2012

Cień przeszłości


Siedem lat temu zachwyciłam się „Cieniem wiatru”. Urzekła mnie przede wszystkim atmosfera Cmentarza Zapomnianych Książek, a moim wielkim marzeniem stała się wycieczka po Barcelonie śladami bohaterów powieści. 

Sięgając po „Więźnia nieba”, najnowszą powieść autora, chciałam sprawdzić, czy wzbudzi ona we mnie podobne emocje. Niestety, w tym miejscu mogę zanucić: „Ale to już było…”, bo zachwytu tym razem brak.

Ponownie trafiamy do księgarni Sempere i Synowie w Barcelonie. Główny bohater, Daniel Sempere jest już dorosłym młodzieńcem, statecznym mężem Bei i ojcem Juliana. Wydaje się, że prowadzi poukładany, monotonny żywot. Do chwili, gdy sklep odwiedza pewien typ spod ciemnej gwiazdy, który dokonuje niecodziennego zakupu. Jest to początek opowieści, w której tym razem na pierwszy plan wysuwa się Fermín Romero de Torres, najlepszy przyjaciel Daniela.

W tym momencie bohaterowie zamieniają się w detektywów, próbujących rozwikłać zagadki przeszłości. Sempere odkrywa, że historia jego rodziny jest inna, niż mu się do tej pory wydawało. Natomiast Fermín, chcący rozpocząć nowy rozdział życia, usiłuje rozprawić się z demonami czasu wojny.

„Więźniowi nieba” nie można odmówić, że jest bardzo sprawnie napisany – to pozycja do przeczytania w dwa wieczory. Teoretycznie posiada wszystkie przepisowe składniki dobrej literatury: świetnie nakreślone postaci, zagadkę kryminalną oraz wątek miłosny w tle. Zafón w dalszym ciągu garściami czerpię inspiracje z XIX-wiecznych powieści. Z drugiej strony lektura drażni przewidywalną fabułą, stosowaniem wciąż tych samych trików oraz momentami ewidentnym brakiem pomysłu na dalszy rozwój akcji

Po przeczytaniu pozostaje wrażenie, że Zafón jest doskonałym rzemieślnikiem, który znalazł patent na literacki hit, mogący zapewnić mu godziwe zarobki. I nic w tym złego, powstaje tylko pytanie, czy rzemieślnik może być wybitnym pisarzem? Wielbicieli cyklu ucieszy z pewnością fakt, że nie jest to ostatni tom dziejów Daniela Sempere i jego rodziny.
Wszystkie te uwagi pewnie są zbędne, gdyż jestem pewna, że liczni fani autora zapewnią „Więźniowi nieba” status bestsellera na kilka najbliższych lat.

Pozostaje życzyć sobie, by twórcy nie zabrakło inwencji do efektownego zakończenia historii o Cmentarzu Zapomnianych Książek. W przeciwnym wypadku droga od następcy Umberta Eco, jak określany jest Zafón przez wydawców na okładkach swoich książek, do Paula Coelha literatury hiszpańskiej może okazać się niebezpiecznie krótka.

Ocena 6/10
C.L. Zafón, „Więzień nieba”, Warszawa: Muza 2012


wtorek, 24 kwietnia 2012

Wygodne piekło

Autor wstrząsającej powieści "Łaskawe" po raz kolejny bada ciemną stronę ludzkiej natury, tym razem w Czeczenii - jednym z najbardziej zapalnych punktów globu.


Jonathan Littell jest znawcą Czeczenii. Przebywał tam podczas dwóch ostatnich wojen w 1996 i 1999 r. z misją humanitarną. W latach 1993-2001 pracował dla organizacji Action contre la Faim. "Czeczenia. Rok III" to efekt podróży odbytej w kwietniu 2009 r., w trzecim roku rządów prezydenta Ramzana Kadyrowa.

Ze wstępu dowiadujemy się, że głównym celem pisarza było spotkanie z przywódcą kraju planowane od 2008 r., do którego w rezultacie nie doszło. Reportaż w pierwotnej wersji miał przedstawiać optymistyczną ocenę zdarzeń. Zabójstwo Natalii Estemirowej w lipcu 2009 r. sprawiło jednak, że czytamy zupełnie inną książkę.

Czeczenia widziana oczami Littella jawi się jako państwo pełne sprzeczności i kontrastów. W pełni odbudowany po wojnie Grozny wita przyjezdnych nowoczesnymi wieżowcami, poruszanie się po mieście nie stanowi problemu, a turystom oferowany jest europejski standard usług. Za fasadą dobrobytu kryje się jednak surowy reżim stosujący przemoc, w którym kobiety traktowane są przedmiotowo. Kadyrow kreujący się na ludzkiego pana dbającego o rozwój i odbudowę kraju, który rozdaje swoim "wiernym" luksusowe samochody i zegarki, faktycznie jest bezwzględnym, nieznoszącym sprzeciwu tyranem, który w okrutny sposób eliminuje swoich wrogów.

Autor opisując często dramatyczne wydarzenia, zachowuje charakterystyczny dla profesjonalnego reportera dystans, który wydaje się niezbędny do pełnego przedstawienia i trzeźwej oceny sytuacji.

O Czeczenii nie da się pisać, unikając kontekstu politycznego. Littell również skrupulatnie go omawia, nie zapominając przy tym, że najważniejszy jest punkt widzenia i historie zwykłych ludzi. To skupienie na relacjach mieszkańców sprawia, że tekst jest bardziej zrozumiały, a skala dramatu łatwiejsza do wyobrażenia dla osób niezorientowanych w polityce i historii regionu.

Suche i pozbawione emocji przedstawienie faktów wzmacnia uczucie przerażenia i wrażenie nierzeczywistości opisywanych zdarzeń. Te właśnie czynniki nie pozwalają oderwać się od lektury przed ostatecznym jej zakończeniem.

Wszelkie porównania najnowszej książki Jonathana Littella do wielkiego dosłownie i w przenośni tomu „Łaskawe” wydają się bezcelowe. Każdy z nich jest bowiem rewelacyjny w swoim gatunku. Zwolennicy pisarza z pewnością zechcą wybrać się w podróż po kraju, gdzie "wszystko wygląda normalnie… a nocą raz po raz ktoś znika" i nie będą tej decyzji żałować.

Ocena 7/10
J. Littell, „Czeczenia. Rok III”, Kraków 2011.
*Tekst opublikowany wcześniej w "Gazecie Młodych" http://gazeta.mlodych.pl/


niedziela, 22 kwietnia 2012

Melomann


Wbrew temu, co sugeruje tytuł, książka Wojciecha Manna nie jest klasyczną autobiografią. Zawiodą się więc wszyscy poszukiwacze pikantnych szczegółów życia prywatnego autora, wziętych wprost z „psiego” portalu plotkarskiego.

„Rock-Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą” to barwne wspomnienia człowieka, którego życie niemalże od początku zrośnięte jest z muzyką. Znajdziemy w niej nie tylko opis pierwszych muzycznych fascynacji, które wpłynęły na całe życie dziennikarza, ale także celne obserwacje na temat egzystencji i tzw. świata show-biznesu w siermiężnych czasach PRL-u. 

Książka Wojciecha Manna jest kopalnią wiedzy i anegdot. Młodsze pokolenie czytając ją ma szansę poznania obcego dla nich świata, starsze natomiast z rozrzewnieniem może wspominać czasy swej młodości.

Zamiast odpowiedzi na pytania, z kim sypia, co jada i jak mieszka autor, dostajemy o wiele ciekawsze, np. z kim chciałby wystąpić na scenie, jak udało mu się zorganizować koncertowy „Taniec z gwiazdami” oraz dlaczego słynny przebój „Mała Chinka” powinien wywołać wojnę polsko-azjatycką? Nie mogło również zabraknąć wspomnień związanych z trwającą do dziś przygodą telewizyjną Manna. Smaczkami tego okresu są m.in. wizyta na targach telewizyjnych w Cannes czy współtworzenie legendarnego „Studia 2”.

Największym atutem wydawnictwa jest fakt, że powstało ono bez intencji, by stworzyć dzieło epokowe. Autor ma doskonałą świadomość tego, że nie jest pisarzem, i jak sam mówi to, co napisał, nie jest książką w przyjętym przez niego rozumieniu tego słowa.

Wojciech Mann dla większości z nas jest gwarantem klasy, dobrego humoru, dystansu do świata i ironii. Między innymi z tych powodów jego wspomnienia czyta się jednym tchem, z czystą przyjemnością. Dodatkową zaletą książki jest bogaty materiał fotograficzny, mówiący czasem więcej niż słowa.

Po zakończonej lekturze pozostaje uczucie niedosytu i ochota na więcej. Mann niczym wytrawny pisarz kończy swe wspomnienia w najciekawszym momencie. Takie działanie pozostawia nadzieję na ciąg dalszy w przyszłości. Oby tylko nie trzeba było zbyt długo czekać.

W zalewie wydawanych ostatnio, prezentujących raczej mierny poziom, książek różnej maści celebrytów „Rock-Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą” jest dowodem na to, że aby skłonić czytelnika do kupna książki, nie trzeba zapraszać go do łóżka, kuchni czy łazienki. Wystarczy mieć po prostu interesujące życie zawodowe.

Ocena 9/10

W. Mann, „Rock-Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą”, Kraków 2010 
Tekst opublikowany wcześniej w Gazecie Młodych http://gazeta.mlodych.pl/






piątek, 20 kwietnia 2012

Pisać każdy może...

Jerzy Sthur w swoim przeboju przekonywał nas kiedyś, że śpiewać każdy może. Słowa tego szlagieru odnieść można do obecnej sytuacji polskiego rynku wydawniczego. Ostatnio bowiem wszyscy celebryci uwierzyli w to, że pisać każdy może. Szkoda tylko, że już nie chodzi o to, jak co komu wychodzi.



Napisanie książki jest obowiązkowym punktem w CV każdej gwiazdy. Działanie tego typu, poza znacznymi profitami finansowymi, przynosi również informacje na temat prestiżu i pozycji społecznej, jaką zajmuje dana postać. Trzeba bowiem powiedzieć, że celebryci z dorobkiem "literackim" na koncie cieszą się z reguły ogromną popularnością.

Książki pisane bądź opatrywane nazwiskami ludzi ze świata show-biznesu nie są oczywiście zjawiskiem nowym. Jego początków należy szukać w powstaniu amerykańskiego przemysłu filmowego, kiedy to aktorzy byli proszeni o spisanie wspomnień, udzielenie wywiadu rzeki czy opublikowanie swego życiorysu. Z czasem zjawisko to objęło także innych znanych ludzi: muzyków, dziennikarzy polityków.

Moda ta, choć z pewnym opóźnieniem, dotarła również nad Wisłę. W związku z tym obserwujemy wysyp gwiazdorskiej literatury. Jedna wizyta w księgarni wystarczy, by znaleźć odpowiedź na iście filozoficzne pytanie Kingi Rusin, co z tym życiem; poznanie sekretu powrotu do formy po porodzie Kasi Cichopek i sposobów Krzysztofa Ibisza na atletyczną sylwetkę. Jeśli nadal jesteśmy głodni wiedzy, z pomocą przychodzi nam Jolanta Kwaśniewska, udzielając "Lekcji stylu". Potrzebę wzruszeń doskonale zaspokoi nam Weronika Marczuk-Pazura, która, chcąc być jak agent, rozpaczliwie próbuje odbudować swój wizerunek i zyskać nowe źródło dochodu.

Trudno uwierzyć, że kiedyś opublikowanie jakiegokolwiek utworu wymagało nie tylko odwagi, ale także wiedzy i doświadczenia życiowego. Autorzy cieszyli się dużym uznaniem publiczności, otaczała ich pewna aura tajemnicy, która wydaje się warunkiem koniecznym do powstawania dobrej literatury. To se ne vrati -można tylko pomyśleć z żalem. Dziś bowiem pisarze aspirują do miana gwiazd popkultury. Zamiast w samotności oddawać się refleksjom na temat sensu istnienia, wolą niezdarnie pląsać na parkiecie "Tańca z Gwiazdami" lub popisywać się zdolnościami kulinarnymi w porannych programach śniadaniowych. W dobie czasopism kolorowych i tabloidów o tajemnicy też nie może być mowy. Ludzie pióra namawiani są do ujawniania w wywiadach szczegółów swojego życia prywatnego. Wszystko to oczywiście w imię poprawienia wyników sprzedaży i ocieplenia wizerunku.

Nakręcaniu marketingowej machiny poza książkami znanych i lubianych służą także historie tzw. zwykłych ludzi, doświadczonych boleśnie przez los. Osoby przeżywające życiowy dramat padają ofiarami wydawców często w chwilę po wydarzeniu. Idealnym przykładem jest tu więziona przez porywacza Natascha Kampusch czy Henryka Krzywonos-Strycharska, której biografia ukazała się niemalże zaraz po wystąpieniu w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 2010 r.

Istotną kwestią jest, na ile gwiazdy są faktycznymi autorami swoich książek? Za gotowym produktem stoi często cały sztab specjalistów: redaktorów, konsultantów, ghostwriterów. I tak za książkę Cichopek odpowiada dziennikarka Sylwia Niemczyk-Opońska, współautorem książki Ibisza jest natomiast scenarzysta Maciej Kraszewski. Tylko Marczuk przyznaje, że świadomie zrezygnowała z pomocy profesjonalistów. Nazwiska tych właściwych twórców nie są oczywiście eksponowane. Nie od dziś wiadomo bowiem, że błyszczeć mają gwiazdy, bo to one są gwarancją dużych zysków.

Przeglądając ofertę nowości wydawniczych, stwierdzam, że nic nie wskazuje na to, aby tendencja ta miała ulec zmianie. Na rynku pojawiają się coraz bardziej kuriozalne przykłady literackiej aktywności celebrytów. Pewna serialowa aktorka, nie mogąc pochwalić się bogatym dorobkiem zawodowym bądź interesującą pasją, postanowiła popełnić dzieło pt.: „Koty i ich sławni ludzie”. Aż strach pomyśleć, co będzie dalej?

Dalej mamy jednak możliwość wyboru. Oczywistą sprawą jest, że wydawcy będą schlebiać gustom mas, a skoro jest popyt, trudno dziwić się jego wykorzystywaniu. Można co prawda prowadzić ożywione dyskusje na temat upadku kultury. Są one jednak bezcelowe, dopóki wchodząc do księgarni, możemy zdecydować, czy wolimy spędzić czas na lekturze Dostojewskiego, czy odkrywać mądrości życiowe celebrytów. Choć prawdą jest, że pisać każdy może, a cierpliwy papier przyjmie wszystko, to na szczęście nie każdy musi te literackopodobne twory czytać i tego należy się trzymać.

*Tekst opublikowany wcześniej w "Gazecie Młodych" http://gazeta.mlodych.pl/


poniedziałek, 16 kwietnia 2012

O sobie samym


Tajny dziennik” Mirona Białoszewskiego został okrzyknięty najważniejszym wydarzeniem literackim 2012 r. na długo przed ukazaniem się na rynku. Publikacja została już wielokrotnie omówiona, skomentowana, oceniona. Ten tekst będzie więc kolejnym głosem w dyskusji. Czy „Dziennik” faktycznie coś odtajnia, przekonają się tylko ci najbardziej wytrwali, którzy zdołają przebrnąć przez ponad 900 stron książki.

sobota, 14 kwietnia 2012

Międzypokoleniowe porozumienie

Do lektury najnowszej książki Frédérique Deghelt podchodziłam z dużym dystansem. Spodziewałam się bowiem kolejnej błahej powieści z cyklu "książka o miłości do literatury", które regularnie pojawiają się na rynku po ogromnym sukcesie "Cienia wiatru, prezentując przy tym coraz gorszą jakość. Z każdą kolejną przeczytaną stroną byłam jednak coraz bardziej pozytywnie zaskoczona, gdyż okazało się, że jest mądrze, a książki - choć stanowią główny temat tekstu - to na pewno nie jedyny.


Głównymi bohaterkami opowieści są tytułowa Babunia Jeanne i jej wnuczka Jade. Gdy pewnego dnia samotnie mieszkająca staruszka ulega niegroźnemu wypadkowi w swoim domu, córki postanawiają dla bezpieczeństwa oddać ją do domu starców. Mieszkająca w Paryżu Jade, chcąc uchronić przed tym babunię, postanawia zabrać ją do siebie. W tym momencie losy obu pań ponownie się splatają, co będzie miało dla nich niespodziewane konsekwencje.

Książka przedstawia na przemian punkt widzenia Jeanne i Jade. Stopniowo poznajemy historię ich obu, różnice w postrzeganiu siebie nawzajem oraz obawy związane ze wspólnym zamieszkaniem. Jade, która do tej pory uważała babcię za prostą, niewykształconą osobę, ze zdumieniem odkrywa, że ta w tajemnicy przed rodziną przez lata "połykała" największe dzieła literatury. Ona z kolei zdradza krewnej swój największy sekret - powieść, którą napisała w tajemnicy przed wszystkimi.

Powieść jest pochwałą literatury, roi się w niej od nawiązań i cytatów z klasyki. Na każdej stronie jesteśmy przekonywani o dobrodziejstwach wynikających z podejmowania lektury. Istotnym wątkiem jest tu także stosunek do ludzi starszych we współczesnym świecie oraz kwestia ich prawa do samodzielnego dokonywania wyborów pomimo zaawansowanego wieku. Bohaterki pokazują, że choć różnice pokoleniowe są nieuniknione, to przy odrobinie chęci ich pokonanie jest możliwe, a obie strony mogą czerpać ze swych odmiennych doświadczeń.

W "Babuni" nie ma wartkiej akcji, obrazów zmieniających się jak w kalejdoskopie, jest za to bardzo zaskakująca pointa. Znajdziemy tu „starą” szkołę pisania powieści z powolną narracją, gdzie główną rolę odgrywa stworzenie nastroju, w który czytelnik zanurza się już po przeczytaniu kilku stron. Książka jest napisana z ogromną czułością i szacunkiem, nie tylko dla literatury, ale przede wszystkim dla osób starszych. To właśnie stanowi jej podstawową wartość. Myślę, że z pewnością może służyć nie tylko do zaczytania, ale przede wszystkim do zamyślenia.

Ocena 6/10

F. Deghelt, "Babunia",  Warszawa 2011
Tekst opublikowany wcześniej w "Gazecie Młodych" http://gazeta.mlodych.pl/

czwartek, 12 kwietnia 2012

Chór współbrzmiących głosów

Uznawana za jedną z najwybitniejszych współcześnie tureckich pisarek Elif Şafak w powieści "Czarne mleko" zaskakuje osobistym tonem historii, szczerością wyznań i bezkompromisowością sądów. Autorka, która sama siebie nazywa gawędziarką, znana dotychczas z baśniowego, alegorycznego stylu, tym razem dzieli się z czytelnikami opisem depresji poporodowej, której sama doświadczyła.

W niemalże wszystkich kulturach, niezależnie od stopnia rozwoju cywilizacyjnego wciąż dominuje pogląd, że macierzyństwo jest największym szczęściem dla kobiety i jej najważniejszą rolą społeczną. W środkach masowego przekazu obserwujemy szczęśliwe, uśmiechnięte matki, które mówią o oceanie miłości, której doświadczają już od pierwszych chwil narodzin dziecka. Przeciwne doświadczenia, takie jak depresja poporodowa, są społecznym tabu, czymś wstydliwym, do czego nie wypada się przyznać. W tej sytuacji odważnie brzmią słowa: "Zawsze utwierdzano mnie w przekonaniu, że wszystkie kobiety skaczą z radości od chwili, gdy wezmą w ramiona swoje dziecko. Nikt mnie nie uprzedził, że niektóre z nas przy podskokach uderzają głową w sufit, przez co przez pewien czas czują się oszołomione". Şafak w "Czarnym mleku" przedstawia ciemniejszą stronę macierzyństwa. Opisuje trudności z odnalezieniem się w nowej roli i niemoc twórczą po urodzeniu córki.

Obok wątku osobistego, w którym autorka szczerze opisuje swoje życie, dzieląc je na etapy: życie przed małżeństwem, nigdy nie mów nigdy - małżeństwo, piękna kapitulacja - ciąża, mroczna słodycz - depresja, niezwykle istotne są tu również przeplatające się pomiędzy życiorysy innych sławnych pisarek, m.in.: Virginii Woolf, Sylvii Plath, Simone de Beauvoir, oraz ich poglądy na temat macierzyństwa i małżeństwa. Większość z nich była przeciwna macierzyństwu bądź z trudem łączyła rolę pisarki i matki.

"Czarne mleko" wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie jest książką wyłącznie o depresji. Autorka porusza w niej także problem niepogodzenia ze sobą, poszukiwania wewnętrznej harmonii. W głowie Şafak nieustannie toczy się dyskusja prowadzona przez Chór Niewspółbrzmiących Głosów, jak autorka sama go nazwała. Należą do niego: Milady Ambicja Czechowska, Panna Intelektualistka Cyniczna, Panienka Praktyczna, Pani Derwisz odpowiadająca za duchowość, Mamcia Pudding Ryżowy - instynkt macierzyński, Blue Belle Bovary - kobiecość. Każda z nich pragnie grać główną role, spychając na dalszy plan inne, co prowadzi do chaosu i rozgoryczenia. Tego typu dylematy znane są prawie wszystkim kobietom, co sprawia, że powieść staje się uniwersalna. Równie istotną kwestią jest tutaj sytuacja kobiet pisarek w profesji zdominowanej przez mężczyzn. Można wysnuć wniosek, że literatura tworzona przez kobiety zawsze będzie postrzegana przez pryzmat płci, choćby nawet nie miała z nią związku.

Mimo trudnego tematu książka nie jest pozbawiona błyskotliwego poczucia humoru i dużej dozy ironii. Autorka z odwagą mówi o rzeczach, o których większość matek milczy, momentami zaskakuje szczerością wyznań, nie przekraczając przy tym granic intymności. Wielowątkowa fabuła i liczne ciekawostki ze świata literatury sprawiają, że czyta się ją jednym tchem. "Czarne mleko" jest lekturą obowiązkową nie tylko dla kobiet mających podobne doświadczenia, ale także dla wszystkich innych. Pierwszym daje nadzieję i poczucie wspólnoty w problemie, dla drugich natomiast może być swoistą receptą i wskazówką, jak radzić sobie w trudnych życiowych momentach.

Ocena 7/10

E. Şafak, "Czarne mleko", Kraków 2012
*Tekst opublikowany wcześniej w "Gazecie Młodych" http://gazeta.mlodych.pl/






poniedziałek, 9 kwietnia 2012

O życiu trochę nieudanym

Po ubiegłorocznym sukcesie książki "Good night Dżerzi" wielbiciele talentu Janusza Głowackiego nie musieli długo czekać na kolejną odsłonę jego twórczości, gdyż na rynku ukazał się niedawno wybór opowiadań pt. "Sonia, która za dużo chciała".


Na zbiór składa się 14 opowiadań z dwóch okresów życia autora: PRL-owskiego i nowojorskiego. Wspólnym mianownikiem jest również to, że wszystkie były już wcześniej publikowane, a niektóre z nich, jak "Polowanie na muchy" czy "My sweet Raskolnikow" należą już do klasyki gatunku. Ponadto opowiadania zostały ułożone w kolejności: siedem krótkich i siedem długich według gustu i dla wygody czytelników.

Autor w swoich tekstach oprowadza nas po kulisach życia towarzyskiego literatów w Los Angeles, by w następnym płynnie przenieść na pełną absurdów polską prowincję z czasów PRL. Obok dużej zmienności "krajobrazów" obserwujemy także korowód barwnych postaci o skomplikowanej, "pokręconej" osobowości. Głowacki opisuje świat ludzi przegranych, którzy mimo wielokrotnych klęsk do końca wierzą w szczęśliwą odmianę losu. Historie miłosne nie kończą się tu happy endem, a główną rolę grają ludzkie słabości. Jeśli więc liczycie na sporą dawkę optymizmu w sam raz na jesienną deprechę, zdecydowanie sięgnijcie po inną lekturę.

Ktoś mógłby zapytać, dlaczego polecam książkę, która w gruncie rzeczy nie poprawi nastroju czytelnikom? Otóż co prawda optymizmu w niej jak na lekarstwo, ale w zamian dostajemy mnóstwo charakterystycznych dla Głowackiego: ironii, dystansu, błyskotliwego poczucia humoru, a przede wszystkim celnych uwag na temat rzeczywistości, które mimo upływu lat nie straciły nic ze swej aktualności. Atutem zbioru jest też niewątpliwie duża zmienność nastrojów, która z kolei pozwala odbiorcom na przeżywanie w krótkim czasie bardzo różnorodnych uczuć wobec bohaterów, od niechęci czy pogardy po współczucie, a nawet zrozumienie. Mimo tego że świat opisany w opowiadaniach jest często szary, a postaci nie zawsze spełniają nasze oczekiwania, przyłapujemy się na myśli, że czasem im zazdrościmy i chcielibyśmy stać się częścią tych barwnych historii. Ponadto teksty te skłaniają do refleksji, Nie są tworami jednorazowymi. Można do nich wracać wielokrotnie, wciąż odkrywając coś nowego. 

W jednym z wywiadów pisarz powiedział: "Klęska interesuje mnie bardziej niż sukces. Ludzie przegrani są znacznie ciekawsi od zwycięzców. Nikt nigdy nie napisał dobrej książki o szczęśliwej miłości". Po przeczytaniu "Sonii, która za dużo chciała" trudno się z tą opinią nie zgodzić.

Ocena 7/10

J Głowacki, "Sonia,która za dużo chciała", Warszawa 2011
*Tekst opublikowany wcześniej w "Gazecie Młodych" http://gazeta.mlodych.pl/

sobota, 7 kwietnia 2012

Przepis na sukces


Śledząc losy bohaterów i słuchając dialogów w polskich serialach, wielokrotnie zastanawiałam się nad kluczem, według którego tworzone są scenariusze, i w czym tkwi sekret olbrzymiej popularności produkcji, które w dużej mierze są ciężkostrawną papką dla średnio zaawansowanych? Oto wyniki mojego dochodzenia w pigułce.

Z miłością w tytule
Nie od dziś wiadomo, że dobry tytuł to połowa sukcesu. Zasadę tę bardzo szybko pojęła i wprowadziła w życie znawczyni branży Ilona Łepkowska, tworząc serialową epopeję pt. „M jak miłość”. Jak wiadomo, miłość to uczucie, które powszechnie budzi wiele pozytywnych emocji i skojarzeń, a jego wielowymiarowość pozwala twórcom na dowolne komplikowanie akcji i rozpisywanie wątków na wiele lat do przodu. I tak ruszyła lawina – czujna konkurencja nie chciała pozostać w tyle i zabrała się do pracy. Jej efektem były kolejne miłosne tasiemce „Pierwsza miłość” i „Tylko miłość”, które również cieszyły się dużą oglądalnością.

Wsi spokojna, wsi wesoła
Ten motyw do polskiego serialu wprowadził Jan Purzycki, tworząc „Złotopolskich”. Produkcja szybko zyskała sympatię zwłaszcza w środowiskach wiejskich. Wydawało się, że nie zagości na antenie za długo, a jednak. Z czasem ludność zadymionych miast zatęskniła za ciszą i spokojem pól i łąk. Ogłoszono powrót do natury i zaczęto spożywać ekologiczne posiłki. W tej potrzebie należy upatrywać sukcesu kolejnych „wiejskich” seriali, czyli „Rancza”, „Blondynki” i „Domu nad rozlewiskiem”.

Beczka śmiechu i wesela
Na słynnym zdaniu „z kogo się śmiejecie – z samych siebie się śmiejecie” zdaje się opierać popularność sitcomów w Polsce. Niekwestionowanym królem tej kategorii jest „Świat według Kiepskich”, przedstawiający w przerysowany sposób obraz Polski B. W konwencji komediowej została sportretowana klasa pracująca w „Heli w opałach”. Szkoda tylko, że rodzime scenariusze nie dorównują kunsztem swym zachodnim pierwowzorom, a gagi zamiast szczerego śmiechu budzą raczej zażenowanie. Honor w tej materii ratuje słynna już „Niania”, równie dobra bądź lepsza niż oryginał. Niewątpliwym światełkiem w tunelu są też świetne „Usta usta” – pierwszy tego typu format na polskim rynku, gdzie w błyskotliwy, zabawny i ironiczny sposób potraktowane zostały tematy tabu i życiowe dramaty. Można więc odetchnąć z ulgą, skoro raz się udało, to może jest nadzieja?

Brudny Harry
Poczucie bezpieczeństwa jest jedną z podstawowych potrzeb człowieka. Każdy z nas marzył o tym, by o jego spokój troszczył się uczciwy stróż prawa, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Wielu z nas podziwiało Clinta Eastwooda i kibicowało Kevinowi Costnerowi w jego walce z pazernymi bogaczami. Jeśli przypomnimy sobie wszystkie te fascynacje, z całą pewnością przestanie nas dziwić olbrzymie zainteresowanie serialami typu „Kryminalni” czy „Oficer”, gdzie dobro niszczy zło, słowo spełnia się, a słabsi wygrywają z silnymi. Jego źródło leży właśnie w tych starych jak świat wartościach.

Do krwi ostatniej
Nastroje społeczne w kraju są jedną z przyczyn szczególnie nasilonego ostatnio powrotu do tematyki historycznej. Na tej fali powstał serial „Czas honoru” i emitowany ostatnio „Wojna i miłość 1920”. Nie od dziś wiadomo, że jesteśmy narodem, który potrafi cierpieć jak żaden inny, ale w jeszcze większym stopniu jesteśmy głodni sukcesów, zwłaszcza tych spektakularnych na dużą skalę. Scenarzyści, obserwując tę przyjazną koniunkturę, wprost nie mogli przepuścić tak dobrej okazji. Zręcznie wykorzystując niełatwą historię naszego kraju, dodając do niej bardziej uniwersalne wątki, zaserwowali dania w 100% odpowiadające naszym aktualnym gustom. W ten oto sposób znów sukces jest gwarantowany.

Teoretycznie wszystko się zgadza – przepis jest prosty, łatwy do wykonania, a co najważniejsze zawsze wychodzi, więc czegóż chcieć więcej? Zdaje się jednak, że szefowie „kuchni” w postaci dyrektorów programowych stacji telewizyjnych nie doceniają swoich gości. Wciąż serwuje się nam bowiem ten sam posiłek, składający się w 80% z mocno przesłodzonej mazi. Polscy scenarzyści wychodzą z założenia, że ilość cukru w cukrze po prostu musi się zgadzać. A czasem przecież ma się ochotę na pełnokrwistego befsztyka, czyż nie? Miłośnicy konkretnych dań muszą zadowolić się zachodnimi propozycjami. W najbliższym czasie nie zanosi się na to, że zobaczymy choćby polskiego „Doktora House’a”. Wielbiciele swojskiej kuchni mogą jedynie uraczyć się przaśnym „Na dobre i na złe”. Patrząc na dużą część polskich seriali, ma się czasem ochotę zawołać z całych sił do producentów: czas na zmianę menu, panowie! Tylko czy naprawdę warto się tak wysilać, skoro zawsze można zmienić lokal? 

*Tekst opublikowany wcześniej w "Gazecie Młodych" http://gazeta.mlodych.pl/









piątek, 6 kwietnia 2012

Nikt tak pięknie nie mówił,że się boi miłości...

Niedawno minęła 15 rocznica śmierci Agnieszki Osieckiej. Jest to dobry pretekst do zwrócenia uwagi na będące już od jakiegoś czasu w księgarniach „Listy na wyczerpanym papierze”. W czasach, gdy sztuka epistolarna praktycznie zanika, a wszyscy wybierają szybsze formy komunikacji, wydaje się to pomysłem dość karkołomnym, ale warto zaryzykować.

„A gdy się zejdą raz i drugi, kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością, bardzo się męczą, męczą przez czas długi, co zrobić, co zrobić z tą miłością…”. Słowa tego przeboju, wydają się doskonale ilustrować sytuacje pary, której przedstawiać nie trzeba. Ona Agnieszka Osiecka, poetka, autorka ponad dwóch tysięcy tekstów piosenek i on Jeremi Przybora, współtwórca Kabaretu Starszych Panów.

„Listy na wyczerpanym papierze” są świadectwem pięknego, choć trudnego uczucia, które ich połączyło. W korespondencji, można odnaleźć całą gamę uczuć, od czułości, namiętności, aż po zazdrość i złość. Takiej różnorodności trudno się dziwić, biorąc pod uwagę sytuację obojga. Przybora w momencie spotkania Osieckiej, posiadał już rodzinę, natomiast ona nieustannie poszukiwała swojego miejsca w życiu, zawsze była w drodze pomiędzy związkami. „Listy…” pisane były w różnych okolicznościach, najczęściej w trakcie rozłąki, wywołanej licznymi podróżami obojga, ale także spontanicznie w chwilę po spotkaniu. Korespondencja oprócz wyznań i wyrzutów, obfituje w błyskotliwe anegdoty, ironiczne i zawsze celne obserwacje świata. Gdyby pokusić się o określenie tego zbioru jednym słowem, należałoby powiedzieć uroczy, po prostu.

„Listy…” to nie tylko korespondencja miłosna, ale także kawałek naprawdę dobrej literatury. Zostały napisane piękną, staranną polszczyzną. Zważywszy na to, że autorzy byli mistrzami słowa, ten fakt nie powinien dziwić. Jednak w czasach ogromnego zubożenia języka, gdy nawet literaci, chcąc być bardziej nowocześni nagminnie używają języka potocznego, niewątpliwie jest to walor, zwracający uwagę czytelnika. Tom został wydany, z rzadko spotykaną dbałością o szczegóły. Oprócz listów, pojawiają się w nim także notatki z kalendarza Osieckiej, teksty piosenek obojga oraz liczne fotografie z prywatnego archiwum.

Lektura „Listów na wyczerpanym papierze”, pozwala na bardzo bliskie poznanie zarówno Agnieszki Osieckiej, jak i Jeremiego Przybory. Żadna, z dotychczasowych publikacji, czy tekstów piosenek poetki nie pozwala na to, w tak dużym stopniu. W tej formie nie ma bowiem zbyt wiele miejsca na kreacje wizerunku, czy założenie maski. Mamy, więc możliwość zobaczenia prawdziwych postaci. Niejednokrotnie zagubionych, targanych wątpliwościami, tęskniących, a przede wszystkim próbujących zaznać szczęścia, pomimo trudności. Ich talent literacki, erudycja i poczucie humoru, sprawiają, że czytanie tej książki jest prawdziwą przyjemnością.

Ocena 8/10
A.Osiecka, J. Przybora, „Listy na wyczerpanym papierze”, Warszawa 2010.




wtorek, 3 kwietnia 2012

Krótka historia wszystkiego


Keith Richards to postać, której wydawałoby się przedstawiać nie trzeba. Wymyślone przez niego dźwięki brzmią w głowach tysięcy fanów rocka na całym świecie. Żywa legenda muzyki, skandalista, freek, o którego ekscesach krążą legendy. Ku radości wielbicieli postanowił napisać autobiografię. Czego spodziewać się po tej książce? Wszystkiego…najlepszego.

Czytelnicy książki mogą poczuć się, jak uczestnicy egzotycznej podróży, bądź w zależności od upodobań, zwiedzający słynne muzeum, gdyż każdy rozdział oprowadza nas po innym etapie tytułowego "Życia" autora.

I tak podróż rozpoczyna się w podlondyńskim Dartford, gdzie Richards dorasta, pobiera naukę, a także zostaje zarażony miłością do muzyki przez swojego dziadka Gusa. Mamy, więc historię rodzinną. W kolejnej części poznajemy początki znajomości z Mickiem Jaggerem i fascynacji muzyką Chucka Berry’ego . Stąpając dalej wkraczamy w historię muzyki rockowej, początki The Rolling Stones,odkrywamy genezę powstania hitów: „Satisfaction”, „Angie”, „Jumpin Jack Flesh” i wielu innych. Na podstawie „Życia” spokojnie mogłyby powstać, co najmniej trzy inne książki. Wśród nich „Historia narkotyków”, które, co tu kryć obok muzyki  są wiodącym tematem w autobiografii. Zainteresowani mogą traktować ją niemal jako podręcznik w tej dziedzinie. Znajdziemy tu także historię przemysłu muzycznego oraz, po części angielskiego wymiaru sprawiedliwości.

Głównym atutem autobiografii, poza niekwestionowaną osobowością autora jest szczerość, z jaką zdecydował się on opisać swoje losy, dystans i autoironia, na którą stać dziś już tylko nieliczne gwiazdy show biznesu. W „Życiu” właściwie każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Dla fanów Rolling Stones jest to lektura obowiązkowa, ci którzy interesują się historią muzyki również powinni po nią sięgnąć. Łowcy sensacji, zakulisowych plotek, wielbiciele skandali i ekscesów będą w pełni usatysfakcjonowani, gdyż znajdą tu opisy licznych romansów, historię konfliktu z Jaggerem i wielu hotelowych orgii. Po książkę powinni sięgnąć także wszyscy ci, którzy nie wierzą w siebie i wątpią, że ich marzenia się spełnią, gdyż bohater udowadnia, że wszelkie granice są wyłącznie w naszych głowach. Tekst wzbogacają liczne fotografie z prywatnego archiwum, co stanowi dodatkowy walor.

Każde życie podobno jest materiałem na książkę, jeśli tak to życie Keitha Richardsa jest materiałem szczególnym. Po zapoznaniu się z nim, z pewnością pozostaje uczucie niedosytu i delikatne ukłucie zazdrości w sercu.

Ocena 7/10
K Richards, Życie, Warszawa 2011.