Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "zwierzenia kontrolowane". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "zwierzenia kontrolowane". Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 marca 2019

O radości niepisania.

Nie było mnie tu rok. Do niedawna byłam przekonana, że prowadzenie bloga to dla mnie zamknięta historia. A jednak wracam, bo parafrazując klasyka: „Mój jest ten kawałek podłogi i dziś już wiem, co mam robić".

Zachłanność, chęć bycia na bieżąco, rozpaczliwe próby sprostania oczekiwaniom czytelników i wydawców to grzechy główne blogerów książkowych i osób z zespołem nienasyconego czytelnictwa. Takie postępowanie zawsze kończy się źle i przynosi opłakane skutki. Pogoń za nowościami, presja czasu i przymus pisania na długi czas pozbawiły mnie radości czytania. O prowadzeniu bloga myślałam ze wstrętem. Pisząc ostatnią recenzję, w kwietniu zeszłego roku, myślałam: nigdy więcej!

Po „odstawieniu” bloga znów zaczęłam czytać wyłącznie dla przyjemności, w swoim tempie, bez dręczącej myśli : muszę o tym napisać. Okazało się, że najciekawsze rzeczy dzieją się poza głównym nurtem, wystarczy mieć chęci i czas, by tam zajrzeć. W roku niepisania o książkach miałam zaledwie kilka czytelniczych rozczarowań. Reszta to literackie olśnienia, dzięki którym odzyskałam radość z czytania. Na fali entuzjazmu pomyślałam, że dobrze byłoby się tymi zachwytami z kimś podzielić…

Dziś już nie chcę być kulturalnym wszystkożercą. Wiem, co chcę czytać i gdzie szukać inspiracji lekturowych. Zamierzam dzielić się odkryciami z bocznych dróg, bo często najbardziej wartościowe tytuły, nawet jeśli wydawane przez dużych wydawców, nie są wystarczająco dobrze promowane i w związku z tym nie mają szansy dotrzeć do większego grona odbiorców. Będę to robić na własnych zasadach i w swoim rytmie. Będzie to rytm slow.

Tyle tytułem wstępu, czas na działanie. Sobie życzę wytrwałości, a wam wiele przyjemności z czytania moich tekstów :-)

wtorek, 21 marca 2017

Recenzentka nieidealna

Ostatnio dużo czytam o dobrodziejstwach płynących z czytania i istnienia książek, przekornie postanowiłam, więc napisać o udręce związanej z ich recenzowaniem. Rzadko bowiem wspomina się o tym, że czytanie, owszem jest przyjemne, ale już konieczność oceniania książek niespecjalnie. Przyszedł czas na coming out: proszę Państwa, recenzentka nieidealna to ja.


Przekleństwo pierwszego zdania

Pierwsze zdanie jest najważniejsze! Grzmią niemal wszystkie literackie autorytety. Ty, zapoznana z klasyką literatury wiesz, że mają rację – ono naprawdę ma znaczenie, potrafi porwać albo zniechęcić do dalszej lektury. Ta świadomość nie pomaga w rozpoczęciu własnego tekstu, zwłaszcza, jeśli wiesz już od dawna, że nie zostaniesz drugim Dostojewskim, czy Dickensem, a co gorsza umiejętności nie wystarczy ci nawet na bycie Miłoszewskim. Cóż więc robić, kiedy pusta kartka prześladuje swą bielą, a tobie chodzi po głowie jedynie „ Bardzo krótki wiersz o frustracji” Piotra Mosonia.

Jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji wydaje się Prokrastynacja – ulubione słowo i zajęcie wszystkich twórców. Podobno ostatnio została  uznana za zaburzenie psychiczne. Muszę przyznać, że poczułam ulgę, czytając tę informacje. Uff, czyli to jednak nie zwykłe lenistwo – mamy naukową nazwę, fachowe uzasadnienie, a nawet metody leczenia – jestem uratowana, więc co by tu zrobić…Może kolejny odcinek ulubionego serialu, do końca zostały przecież jeszcze 4 sezony. Z pomocą przychodzi też, jak zawsze niezawodny Facebook – jego przeglądanie metodą po nitce do kłębka i żegnajcie cenne dwie godziny. O uwagę dopomina się również niecierpiąca zwłoki korespondencja. Recenzji, jak nie było, tak nie ma, ale przecież porządki wiosenne w szafie same się nie zrobią, a ostatecznie jest tyle innych ciekawych książek do przeczytania.

Aż w końcu przychodzi olśnienie: nie przesadzajmy, chodzi przecież o zwykłą recenzje, nie o zbawienie świata lekiem na raka. Z tą myślą wracasz do laptopa, piszesz pierwsze zdanie i całą recenzje w ciągu trzech godzin. Można? Można.

Wyróżnij się albo zgiń

Pierwsze zdanie nie czyni jednak recenzji. Po jego napisaniu pojawia się kolejny dylemat: jak napisać o książce, żeby nie popaść w banał i wyjść poza często stosowane: lektura lekka, łatwa i przyjemna, czyta się szybko i gorąco polecam. Jak nie marnować czasu swojego i czytelników? Pisać obszernie i ze szczegółami, co podobno nie sprawdza się na blogach, gdyż internauci nie mają cierpliwości do czytania długich tekstów, czy krótko, zwięźle i na temat, narażając się tym samym na zarzut o powierzchowność i spłycanie tematu.

Jak pisać o książkach nienajlepszych, nieciekawych, złych, które jednak trafiły do nas z naszego wyboru i trzeba jakoś „ugryźć” temat? Szczerze, czy jednak posługując się dyplomacją, żeby nie urazić wydawcy i biorąc pod uwagę różnorodność gustów? Na koniec najważniejsze, jak zachęcić czytelnika, jak sprawić, żeby nasz tekst był użyteczny i przysłużył się choć jednej osobie? Nie ma jednej dobrej odpowiedzi na  wszystkie te pytania, dlatego zamiast zaprzątać sobie nimi głowę, lepiej pamiętać, żeby pisać prosto (z mostu, w razie potrzeby) z sensem i starannie.

Owszem, dla każdego blogera i wydawcy wysyłającego egzemplarze ważna jest ilość odbiorców, zasięgi i lajki na portalach społecznościowych, ale w pędzie do tego celu, nie należy zapominać o tym, że najważniejsze jest zachowanie własnej osobowości, stylu i uczciwości, bo braku tych nie wynagrodzi nawet największa liczba obserwatorów.

Choć goni nas czas

Ilość książek ukazujących się każdego miesiąca przyprawia o zawrót głowy. Ich ciekawość i głód czytania jest ogromny, okres promocyjny tytułów natomiast bardzo krótki. Co robi więc blogerka nieidealna? Stara się za wszelką cenę być na bieżąco: korzysta z uprzejmości wydawców, zasobów własnych, Miejskiej Biblioteki Publicznej, a także, jakby tego było mało czytnika.

Stosy rosną, a ja dochodzę do przygnębiającego wniosku: nie dam rady przeczytać wszystkiego na czas! Sytuacji nie poprawia fakt obserwowania innych blogerów, tych idealnych, którzy mają w zwyczaju publikowania na blogach co najmniej raz w miesiącu zdjęć tzw. stosików do przeczytania w danym okresie, czym blogerkę nieregularną doprowadzają do szału i wpędzają w kompleksy. Ludzie, naprawdę czytacie to wszystko na raz i punktualnie wysyłacie wydawcom linki???

 Po prostu nie wierzę, z prostego powodu – istnieje też życie poza czytaniem. Nie da się pogodzić życia zawodowego, rodzinnego z taką ilością lektur. Wybieram więc kompromis. Nawet największe stosy książek, nie mogą odbierać przyjemności czytania i życia. W znalezieniu złotego środka pomaga magiczne słówko selekcja.

Zaczynam od tekstów, które w danym momencie wydają się najbardziej interesujące, rezygnuje z pisania o rzeczach fatalnych – na te zwyczajnie szkoda czasu, nawet, jeśli egzemplarze przyszły od wydawcy – jemu też nie zależy na czytaniu złej recenzji, bo nie taki jest cel promocji.

Resztę, owszem przeczytam, w swoim czasie i tempie. Nie zważając, że dzieło Pana X straciło już status nowości. Jeśli broni się jakością, upływający czas mu niestraszny. A wydawcy? Z całą pewnością doczekają się w końcu wszystkich zaległych linków. Wciąż chcę wierzyć, że w gruncie rzeczy nam wszystkim chodzi o to, żeby pisać dobrze i z sensem, nie na czas.