Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 stycznia 2020

King! Muniek Staszczyk. Autobiografia – rozmawia Rafał Księżyk


Sex, drugs and rock'n'roll – to powszechne wyobrażenie o życiu muzyków, zwłaszcza rockowych, nie tylko na świecie, ale również w Polsce. Na pierwszy rzut oka wydaje się krzywdzące i niesprawiedliwe. Bardzo często okazuje się jednak zgodne z prawdą.  Potwierdza je także autobiografia Muńka Staszczyka autorstwa Rafała Księżyka.

Po serii trudnych tematycznie i obciążających emocjonalnie lektur, w święta Bożego Narodzenia postanowiłam sięgnąć po coś lżejszego, bardziej relaksującego. Mój wybór padł na stojącego od jesieni na półce Kinga. Duża ilość wolnego czasu podczas przerwy świątecznej sprawiła, że nie przestraszyłam się srogiej objętości tomu (523 strony).  Całość czyta się znakomicie, mówiąc kolokwialnie jednym tchem. Czy była to lektura lekka i relaksująca? Nie do końca, bo pozostawiła po sobie dość ponure refleksje. Niemniej jednak, nie żałuje poświęconego na nią czasu.

Staszczyk od dawna nie jest już bohaterem mojej muzycznej bajki. W młodości natomiast, jak większość osób z pokolenia 30-40 latków zdarzało mi się nucić Warszawę, Kinga, czy później, atakujący zewsząd, mocno popowy super hit Chłopaki nie płaczą. Dziś pozostał mi sentyment do piosenek i sympatia dla ich twórcy. Do książki bardziej od głównego bohatera przyciągnęło mnie jednak nazwisko autora autobiografii, przeprowadzającego rozmowy – Rafała Księżyka. 

W kategorii wywiadów – rzek z muzykami jest on niekwestionowanym mistrzem, a jego nazwisko na okładce książki stanowi gwarancję jakości. Wydaje się, że dysponuje on wiedzą tajemną i posiada specjalny klucz do otwierania swoich rozmówców. W rozmowach z nim wszyscy są szczerzy, mówią to, czego nie powiedzieli dotąd nikomu innemu. Czasem na granicy ekshibicjonizmu Jakby czuli, że ściemniać Księżykowi to po prostu wstyd. Szczerość czyni te wywiady wyjątkowymi. Niejednokrotnie brzmią one, jak spowiedź. Doskonałe przygotowanie autora, redakcja i układ tekstu sprawiają, że życiorysy muzyków czytamy z napięciem porównywalnym do lektury najlepszej powieści przygodowej, czy scenariusza filmowego. Duża to sztuka.

Po Tomaszu Stańce, Robercie Brylewskim, Tymonie Tymańskim Kaziku Staszewskim i Marcinie Świetlickim, przyszedł czas na Zygmunta Staszczyka. Ten ostatni sam zabiegał o rozmowę z Księżykiem. Nic w tym dziwnego, znaleźć się w takim towarzystwie to zaszczyt.

Można powiedzieć, że historia zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem jest już tylko lepiej. W 2018 roku, po 35 latach Muniek postanowił zawiesić działalność zespołu T.Love.  W związku z tym jest pytany o to, jak się żyje na „emeryturze” i, czy w końcu dojrzał do tego, by stać się Zygmuntem i czy w ogóle mu na tym zależy.

Dalej jest już klasycznie, czyli od początku: o domu rodzinnym, podwórkowym życiu, szkole, burzliwej młodości, pierwszych miłościach, wreszcie o małej rodzinnej stabilizacji. Z tej części wyłania się obraz chłopaka z częstochowskiego osiedla bloków z wielkiej płyty, który wychował się z kluczem na szyi, bo zapracowani rodzice mieli dla niego mało czasu. Mimo to dostawał w domu dużo miłości, akceptacji, a przede wszystkim wyniósł z niego etos pracy. W okresie liceum zafascynował się muzyką rockową, która w czasach PRL-u była odskocznią od rzeczywistości. Dzięki niej poczuł, że z dobrze znanego podwórka warto wyruszyć w świat. Pierwszym szczytem marzeń była stolica. Konsekwentnie zrealizował swój plan.

Przyszedł czas na muzykę. Pierwsze zespoły, piosenki, roszady w składach, koncerty reakcje publiczności. Zanim nastała era T. Love było kilka innych formacji. W końcu stało się i na scenie pojawił się T. Love – o początkach, pisaniu tekstów, koncertach, relacjach w zespole, Staszczyk opowiada barwnie, racząc nas różnymi anegdotami.

Wraz z piosenką Warszawa przyszła popularność i pierwsze poważne pieniądze. Potem pojawiły się kolejne przeboje, nastąpił skręt zespołu w stronę popu i wejście do mainstreamu „na pełnej petardzie”, wraz z hitem Chłopaki nie płaczą. King to w dużej mierze opowieść o zachłyśnięciu się sławą, które często oznaczało jazdę po bandzie, brak hamulców, nieustanną imprezę. Popularność zespołu, sympatia publiczności i osobowość Muńka sprawiły, że zaczął być on postrzegany jako autorytet i był proszony o zabranie głosu w debacie publicznej na różne, poza muzyczne tematy. Jak sam mówi, poczuł wtedy mocne uderzenie sodówki.

Sława to jednak nie tylko blaski, ale także, a może przede wszystkim cienie. Te pojawiły się szybko. Używki, głównie alkohol, który z czasem stał się warunkiem koniecznym pracy i dobrego funkcjonowania również poza sceną. Zainteresowanie fanek, zdrady małżeńskie, o których Staszczyk opowiada z rozbrajającą szczerością. Kryzysy nie ominęły też zespołu, w którym z czasem zaczęła się walka o dominację i wpływy. Sukces komercyjny sprawił, że oczekiwania wobec zespołu wzrosły. Oczekiwano, że każda kolejna piosenka stanie się szlagierem radiowym, co nie zawsze szło w parze z satysfakcją artystyczną. Kapela miała być maszynką do zarabiania pieniędzy. Wszystko to finalnie doprowadziło Muńka do depresji i decyzji o zawieszeniu działalności zespołu.

Funkcjonowanie w show-biznesie wiąże się z nawiązywaniem relacji. Opowieści o przyjaźni z Kazikiem Staszewskim, Robertem Brylewskim, Janem Benedkiem, czy Janem Nowickim, a także o znajomości z Korą są istotnym elementem książki. Dzięki nim poznajemy nie tylko spory kawałek historii polskiej muzyki, ale także popkultury. Równie istotne są tu inspiracje i fascynacje muzyczne, w tym ta największa: twórczością Boba Dylana.

Ważnym tematem rozmów jest wiara , nawrócenie.. Już w piosence Bóg  Staszczyk śpiewał: Tak bardzo chciałbym zostać kumplem twym. Wygląda na to, że w końcu mu się to udało. Choć jak sam mówi, cały czas miewa wątpliwości, wadzi się z Absolutem i poszukuje najlepszej dla siebie formy relacji.

King, to w sumie dość gorzka książkowa pigułka. Wyłania się z niej obraz człowieka doświadczonego, pogubionego, samotnego. Po lekturze trudno uniknąć refleksji, że spokój i równowagę należy  mieć w sobie. Nie gwarantują ich wcale sukces zawodowy, satysfakcja finansowa, rodzina, czy przyjaciele i wydawałoby się spełnione życie.

Życie dopisało do tej autobiografii kolejny, smutny rozdział. W lipcu ubiegłego roku, po koncercie Boba Dylana w Londynie, Staszczyk doznał wylewu. Cudem uszedł z życiem, nie doznając przy tym większego uszczerbku na zdrowiu. Niemniej jego aktywność zawodowa i promocja drugiego solowego albumu została na jakiś czas przymusowo wstrzymana. Tekst czytany z tą świadomością nabiera nowego znaczenia. Czyni całość jeszcze mocniejszą, bardziej dojmującą.

Rozliczenia życiowe, podsumowania, przemyślenia dotyczące kondycji ludzkiej, czynią z Kinga lekturę uniwersalną, która będzie interesująca nie tylko dla zagorzałych fanów artysty. Tych ostatnich naturalnie nie trzeba do czytania zachęcać.

King! Muniek Staszczyk. Autobiografia. Rozmawia Rafał Księżyk,  Wydawnictwo Literackie 2019.        
*Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji.




czwartek, 5 lutego 2015

(Nie) wesoła dziewczyna

Lena Dunham po emisji serialu „Dziewczyny”, którego jest autorką, została okrzyknięta głosem pokolenia i damskim odpowiednikiem Woody’ego Allena. Idąc za ciosem, na fali sukcesu postanowiła wydać książkę. „Nie taka dziewczyna” – zbiór autobiograficznych felietonów właśnie ukazał się na polskim rynku. 


Oczekiwania i nadzieje wobec przedsięwzięcia były ogromne, o czym dobitnie świadczy suma 3,7 miliona dolarów zaliczki wypłacona autorce przez wydawnictwo Random House. Ci, którzy po lekturze tego drogocennego dzieła spodziewają się objawienia nieprzeciętnego literackiego talentu, doznają srogiego zawodu. Okazuje się bowiem, że w znacznej mierze refleksje Dunham, nie są warte przysłowiowego funta kłaków.


Serial „Dziewczyny”, który przyniósł autorce sławę i pieniądze w założeniu miał być odpowiedzią i przeciwwagą dla kultowego, w pewnych kręgach „Seksu w wielkim mieście”, opowiada o grupie dwudziestokilkulatków z Brooklynu, ich zmaganiach z codziennością i próbach stworzenia związków idealnych. Od wymienionego wyżej poprzednika różni go w zasadzie wszystko. Tutaj zamiast szpilek od Blahnika nosi się trampki, na życie zarabia mało ekscytującą i wymagającą intelektualnie pracą kelnerki, ciałom bohaterek i ich partnerom daleko do ideału, a czasami po prostu nie mają z czego zapłacić czynszu. Ta przyziemność i zwyczajność postaci w dużej mierze zdecydowała o sukcesie serialu. Ponadto Dunham już w pierwszym odcinku głosem granej przez siebie Hannach stwierdziła samozwańczo, że „zamierza być głosem swojego pokolenia, a przynajmniej jakimś głosem jakiegoś pokolenia”. Reakcja na serial sprawiła, że autorka naprawdę uwierzyła w te słowa i, jak widać konsekwentnie, (ze szkodą dla czytelników) realizuje swoją „misję”.

Uczciwie przyznaje, że nie jestem fanką „Dziewczyn”, owszem obejrzałam wszystkie sezony serialu, ale efektu wow zdecydowanie nie było, w związku z tym nie dołączyłam do licznego grona wyznawczyń Leny. Po książkę sięgnęłam z ciekawości, chcąc sprawdzić, czy ta „Dziewczyna” faktycznie jest tak zabawna, autoironiczna i inteligentna na jaką wykreowały ją media. Po lekturze nie spodziewałam się oczywiście wybitnego dzieła o wysokiej wartości merytorycznej, oczekiwałam raczej przyjemnej rozrywki i dużej dawki oczyszczającego śmiechu. Niestety, moje rozczarowanie rosło z każdą przeczytaną stroną. Zamiast radości szybko pojawiła się irytacja i znużenie, które nie opuściły mnie do samego końca czytania tekstu.

Dunham na początku książki zapewnia, że napisała książkę dla kobiet, po to, „by pomóc im wykonać choć jedno parszywe zadanie, albo uratować je przed stosunkiem w trakcie którego będą się bały zdjąć trampki (…). Nie dajcie się jednak zwieść tej pozornej misyjności i wpływu tekstu na życie kobiet. Lena napisała tę książkę dla siebie, dla potwierdzenia przekonania o swojej wyjątkowości i niebagatelnego zysku. Głównym punktem rozważań autorki jest ona sama i jej wydumane problemy.
Jako wychowana na Manhattanie córka znanych rodziców – fotografki i malarza, od dziecka obracała się kręgu nowojorskiej bohemy artystycznej. Miała niewielki kontakt z tzw. zwykłym życiem i dużo czasu na „poszukiwanie siebie” i rozważania o sensie życia.

W związku z niezachwianym przekonaniem o własnej wyjątkowości i błyskotliwości sądów bez skrępowania dzieli się z czytelnikami swoimi fobiami i lękami, które regularnie analizuje na kozetce u psychoanalityka, opisuje pierwsze doświadczenia seksualne, bóle miesiączkowe, problemy ginekologiczne. Oczywiście nie zostają nam oszczędzone wyznania o nieudanych relacjach damsko – męskich, zaburzeniach odżywiania i stosunku do diet (kilkanaście stron). Gdyby nadal było wam mało wiedzy o Lenie, możecie przeczytać o zawartości jej torebki lub niesmaczną historię, o tym, że jako dziecko obejrzała krocze siostry… Ekshibicjonizm i szczerość są tu posunięte do granic absurdu. Zamiast przełamywać tabu jedynie męczą i irytują do granic. Narcyzm autorki jest nie do zniesienia, inni ludzie w jej opowieściach pojawiają się dla zasady, Lena nie poświęca im uwagi, co czyni całość gadaniną bez sensu. Oczywiście opowiada o wszystkim z ironią, ma ogromny dystans do swojego ciała, które nie ma wzorcowych wymiarów, co dodaje jej swojskości i przysparza wielbicielek, ale to jedyne zalety tekstu.

W czasach nadmiaru informacji, gdy wszystko jest na sprzedaż, sprawdza się zasada mniej znaczy więcej. Wyznania Dunham nie robią wrażenia i odnoszą skutek odwrotny do zamierzonego. Książka reklamowana jest hasłem „Młoda kobieta, o tym, czego nauczyło ją życie”. Cóż, można odnieść wrażenie, że Dunham nie była zbyt pilną uczennicą, zanim wyda kolejną książkę powinna sporo nadrobić, czytelnicy natomiast nie powinni nabierać się na status serialowej gwiazdy, zanim po raz kolejny pobiegną do księgarni i dadzą się nabrać na marketingowo wykreowaną błyskotliwość.

Ocena: 5/10
L.Dunham, „Nie taka dziewczyna”, Wydawnictwo Czarne 2015.

środa, 19 listopada 2014

Do siebie samej

Najnowsza powieść Romy Ligockiej pt. „Droga Romo”, jest kontynuacją poprzedniej zatytułowanej „Dobre dziecko. Tym razem autorka wraca pamięcią do okresu wchodzenia w dorosłość – czasu studiów, burzliwej młodości, trudnych relacji rodzinnych i skomplikowanych związków uczuciowych.


Można odnieść wrażenie, że od czasu „Dziewczynki w czerwonym płaszczyku” Ligocka wciąż od nowa pisze tę samą książkę. Od początku w swej twórczości pisarka opiera się o własną biografię, w kolejnych tomach analizując wybrane z niej momenty – te kluczowe, które miały wpływ na to, jaką jest dziś osobą i jak postrzega świat. Jest to trudny, obfitujący w wiele bolesnych momentów i dramatycznych zdarzeń los. Doświadczenia pisarki mają uniwersalny rys, wielu z nas odnajduje w jej historii kawałek swojej własnej. Ta cecha w połączeniu z charakterystycznym: bardzo emocjonalnym, stylem, sprawia, że książki Ligockiej cieszą się olbrzymią popularnością, nie tylko w Polsce i szybko zyskują status bestsellerów.


Tym razem spotykamy Romę u progu dorosłości, tuż po zdaniu matury, przed rozpoczęciem studiów na wymarzonej ASP. Dziewczyna w tym ważnym momencie została w Krakowie sama. Jej matka wyjechała w tym czasie do Wiednia, w poszukiwaniu lepszego życia. Usiłowała kontrolować córkę na odległość, nieustannie śląc „zatroskane” listy z pytaniami, czy ta dobrze się prowadzi, nie robi głupot, właściwie się odżywia i ubiera. Poziomka z jednej strony cieszyła się odzyskaną wolnością, tym, że nie musi już być odpowiedzialna za matkę. Z drugiej jednak, jak nigdy wcześniej potrzebowała czułości troski, drogowskazów, za którymi mogłaby podążyć. Po raz kolejny jednak w jej życiu nie było nikogo, kto mógłby jej to zapewnić bezinteresownie.

Powieść ma formę listu napisanego do siebie samej. Ligocka zwraca się do siebie młodej z pozycji dojrzałej, świadomej kobiety, po to, by lepiej zrozumieć tamtą dziewczynę, otoczyć ją po czasie troską i dać swego rodzaju wsparcie. Czasu nie da się cofnąć, błędy musiały zostać popełnione, choć oczywiście dziś dojrzała autorka często ma ochotę krzyknąć do tamtej: nie rób tego, nie z nim, nie idź tam. Robi to we wtrąceniach, które pokazują obecną perspektywę i spojrzenie na świat. Jedyne, co pozostaje w zasięgu możliwości, to przebaczyć sobie. To, jak pisze jest być może najtrudniejszą sztuką.

Poza wysuniętym na pierwszy plan wątkiem trudnych relacji z matką, tematem jest również bujne życie towarzyskie. Poziomka obraca się w środowisku bohemy artystycznej Krakowa. Jest świadkiem tworzenia Piwnicy pod Baranami, przyjaźni się z Piotrem Skrzyneckim i wieloma uznanymi dziś twórcami. W pewnym momencie zachłystuje się „światowym życiem”, szuka siebie, chce być oryginalna, wyróżniać się z tłumu, wyglądać modnie -  za wszelką cenę. Motywem przewodnim wszystkich jej działań jest rozpaczliwe poszukiwanie miłości, akceptacji, potwierdzenia swojej wartości i sensu istnienia. Niestety skutkuje to brzemienną w skutkach decyzją o przedwczesnym małżeństwie z Lordem – niespełnionym artystą, alkoholikiem. O tym rozdziale swojego życia Ligocka pisze z dojmującą szczerością.

„Droga Romo”, podobnie jak poprzednie książki autorki to trudna, wymagająca emocjonalnie lektura. Narracja stosowana przez pisarkę potęguje wrażenie osobistego dialogu z czytelnikiem. Szczerość z jaką Ligocka pisze o różnych fragmentach swojej biografii momentami jest krępująca. Lektury nie ułatwia również ciężar emocjonalny opisywanych zdarzeń. Towarzyszy jej poczucie niestosowności i dylematy podobne do tych, odczuwanych przy czytaniu cudzej korespondencji, czy przeglądaniu telefonu komórkowego. Paradoksalnie być może jednak w tym właśnie tkwi największa siła i wartość prozy pisanej przez Ligocką.

Ocena: 7/10
R.Ligocka, „Droga Romo”, Wydawnictwo Literackie 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

wtorek, 30 września 2014

Niedźwiedź, od początku.

W ostatnich latach wielu dziennikarzy postanowiło zostać również autorami książek. Mnogość tego rodzaju publikacji sprawia, że do każdej kolejnej „nowości” tego rodzaju, podchodzę z dużym sceptycyzmem. 

Jednym z nielicznych wyjątków jest Marek Niedźwiecki. Jego drugą książkę „Radiota”, czyta się z taką samą przyjemnością i zainteresowaniem jak poprzednią.


Pojawienie się tej książki na rynku było sporym zaskoczeniem. Przez niektórych może zostać odebrane jako brak konsekwencji. Dziennikarz słynący do tej pory z ochrony prywatności, jak najbardziej stroniący od wszelkiego rodzaju „zwierzeń”, zdecydował się na  publikację w osobistym tonie? On sam tłumaczy ten fakt kompletnym brakiem asertywności i usilnymi namowami wydawcy, którym w związku z tym uległ. Takie wyjaśnienia można uznać za wiarygodne. Lektura książki dowodzi bowiem, że autor nie postradał zmysłów, pisze dokładnie, tyle ile chce, a to, co miało pozostać prywatne takim pozostaje. Taki zarzut w tym wypadku jest więc nieco na wyrost.


„Radiota” w założeniu miała być kontynuacją i poszerzeniem treści zawartych w „Nie wierzę w życie pozaradiowe”. Tak też w istocie jest. Opowieść zaczyna się tradycyjnie, opisem dzieciństwa spędzonego przez Niedźwieckiego w Szadku – małej miejscowości nieopodal Zduńskiej Woli. Jak sam mówi żyło się tam od Festiwalu w Opolu do Festiwalu w Sopocie i od Wyścigu Pokoju do Wyścigu Pokoju. Przy okazji pojawiają się również historie związane z rodzicami: matką – nauczycielką i ojcem – rzeźnikiem oraz trojgiem rodzeństwa.

Głównym tematem książki jest jednak muzyka i radio. Niedźwiecki, na każdym kroku podkreśla ważność pasji, która towarzyszy mu od lat szkolnych. Wszystko zaczęło się od lekcji gry na akordeonie, listy przebojów Studia Rytm i słuchania bigbitu w radiu marki Eroica. Dziennikarz bardzo szybko wiedział też, że jego przyszłym miejscem pracy będzie radio. W związku z tymi planami ćwiczył dykcję i głoś m.in., biorąc udział w szkolnych konkursach recytatorskich. Konsekwencja, z jaką Niedźwiecki dążył do osiągnięcia celu, budzi podziw. Swoją zawodową przygodę rozpoczął w studenckim radiu Żak, następnie było Radio Łódź, wreszcie w trudnym historycznie momencie – tuż po rozpoczęciu stanu wojennego, spełniło się jego marzenie i trafił do radiowej Trójki.

Sporo uwagi autor poświęca Australii. Ten kontynent zachwycił autora w połowie lat 90., podczas pierwszej wizyty. Od tego czasu jest to jego miejsce „ucieczek od świata”, które odwiedza regularnie. Dowiadujemy się też, że pierwszym pomysłem Niedźwieckiego było, by książka w całości dotyczyła jego australijskich przygód. Niestety wydawca nie przychylił się do tej wizji i wątek ten został podany jedynie w bardzo okrojonej wersji. Wydaje mi się, że warto wrócić do tej idei, bo tkwi w niej duży potencjał i wbrew przypuszczeniom wydawców, taka publikacja cieszyłaby się dużym zainteresowaniem odbiorców.

Jest też odrobina narzekania na współczesny medialny świat, zwłaszcza szybkość przekazu i miałkość podawanych informacji, które powodują stałe obniżanie poziomu audycji. Niestety  momentami występują powtórzenia informacji, które można było przeczytać w pierwszej części wspomnień. Rekompensuje to ujmująca szczerość i prostota, z jaką radiowiec pisze o swoim zgodnym związku z samotnością z wyboru i byciu życiowym fafułą. Autor dotyka też bolesnych tematów, wspominając moment odejścia z Trójki, nie unika poważnego tonu, mówiąc o problemach współczesności, czy swojej definicji patriotyzmu.

„Radiota” to książka o konsekwentnym dążeniu do celu, pasji i szczęściu płynącym z całkowitego zawodowego spełnienia, o zachowaniu normalności w zwariowanym świecie, o byciu w zgodzie ze sobą i zawsze pod prąd obowiązującym „trendom”. Chcecie zrozumieć, dlaczego dla wielu Niedźwiedź jest żywą legendą, człowiekiem – instytucją i chodzącą, muzyczną encyklopedią? Koniecznie przeczytajcie tę książkę

Ocena: 7/10
M.Niedźwiecki, „Radiota czyli skąd się biorą Niedźwiedzi”, Wielka Litera 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Wielka Litera http://www.wielkalitera.pl/

środa, 19 marca 2014

Przy mikrofonie

Krzysztof Materna powszechnie jest kojarzony przede wszystkim z zawodowego duetu, który swego czasu tworzył wraz z Wojciechem Mannem. Książka: „Przed Państwem Krzysztof Materna (dla przyjaciół Siostra Irena) pokazuje, że jego indywidualna biografia zawodowa jest równie barwna i pełna zabawnych przygód.


Po ogromnym sukcesie autobiografii Wojciecha Manna pt. „Rockmann”, wydawnictwo Znak odkryło potencjał przygodowy oraz talent pisarski duetu M&M i postanowiło wycisnąć go, jak cytrynę. Książka Materny, wydaje się zamykać serię, w której poza „Rockmannem ukazały się także, napisane wspólnie „Podróże małe i duże” i specyficzne, zrozumiałe dla dość wąskiej grupy „Kroniki wariata z kraju i ze świata” Wojciecha Manna.


W swojej książce Materna opisuje przede wszystkim meandry swojej drogi zawodowej. Bardziej prywatny charakter ma rozdział o fascynacji piłką nożną oraz część, w której Materna wspomina ważne dla siebie zawodowo i prywatnie osoby. W tych zapisach pojawiają się m.in. Jerzy Gruza, Magda Umer, Krystyna Janda i oczywiście Wojciech Mann.

Kariera autora rozpoczęła się dość typowo, od szkolnych konkursów recytatorskich. Odniesione tam sukcesy umocowały decyzję o zdawaniu do Szkoły Teatralnej w Krakowie. Działalność w ruchu studenckim: prowadzenie Festiwalu Piosenki Studenckiej, organizowanie FAMY, aktywność kabaretowa, doprowadziły go z kolei do ścieżki konferansjerskiej. Najważniejszym wydarzeniem tamtego etapu niewątpliwie było prowadzenie koncertów Czesława Niemena. Materna twierdzi, że właśnie podczas nich doskonale opanował sztukę panowania nad publicznością.

Równie ciekawym okresem w biografii Materny jest pobyt w jednostce wojskowej w Trzebiatowie, gdzie poza obowiązkami wynikającymi z pełnienia służby, założył teatr poezji, był szefem grupy śpiewającej, która przygotowywała kompanię do występu na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu, a przede wszystkim zorganizował w jednostce koncert Czesława Niemena, który okazał się dużym sukcesem i podniósł notowania Materny u dowódców i kolegów.

W książce zawarte zostały również wrażenia z najważniejszych dla autora koncertów, zakulisowe przygody i smaczki związane z prowadzeniem festiwali w Opolu i Sopocie. Dużą część zajmuje opis telewizyjnej kuchni, którą autor poznał dogłębnie, przygotowując, wraz z Wojciechem Mannem różne projekty m.in.: „Za chwilę dalszy ciąg programu’, czy „MDM”. Było ich tyle, że nie sposób opisać tu wszystkie. Zresztą byłoby to zbędne odbieranie przyjemności czytelnikom. Mogę jedynie zapewnić, że w czasie lektury nie będziecie narzekać na brak śmiechu.

Wspomnienia Materny są napisane w charakterystycznym dla niego stylu. Jest więc ironicznie, sarkastycznie, zabawnie. O ważnych osobach spotkanych na drodze zawodowej autor pisze z szacunkiem, czułością, sentymentem. Satyryk nie ma potrzeby obrażania swoich oponentów i nawet w porażkach, stara się znaleźć dobrą stronę. Lektura tekstu jest niczym niezakłóconą przyjemnością. W starszych wzbudzi nostalgię, dla młodszych będzie okazją do odbycia fascynującej podróży wehikułem czasu.

Ocena: 6/10
K.Materna, „Przed państwem Krzysztof Materna (dla przyjaciół Siostra Irena). Przygody z życia wzięte.”



sobota, 27 kwietnia 2013

Nowojorscy kochankowie


O związkach, takich jak ten Patti Smith i Roberta Mapplethorpe’a , zwykło się mawiać: taka miłość się nie zdarza. „Poniedziałkowe dzieci” to jednak nie tylko historia miłosna napisana w piękny sposób, ale także hołd złożony największemu przyjacielowi, rzecz o pasji i, o tym, że zawsze warto podążać za swoimi marzeniami.


Poznali się latem 1967 roku. Dwudziestoletnia Smith, przyjechała do Nowego Jorku, by rozpocząć nowe życie, zostawiając za sobą bolesne wydarzenia z przeszłości. Rozpaczliwie poszukiwała pracy, w końcu znalazła zatrudnienie w księgarni. Mapplethorpe, zjawił się tam pewnego dnia, by kupić naszyjnik, który podobał się Patti najbardziej ze wszystkich tam dostępnych. Taki był początek znajomości, która zaważyła na jej całym późniejszym życiu i w rozrachunku okazała się być tą najważniejszą.


Obydwoje nie mieli nic, poza determinacją i silnym przekonaniem, że zostaną artystami. Choć brzmi to bajkowo i naiwnie, oni konsekwentnie realizowali swoje zamiary. Początkowo byli bezdomni, zajmowali się więc włóczeniem po ulicach Nowego Jorku w poszukiwaniu noclegu. Odkrywali przy tym, że łączy ich dużo więcej niż fakt, że urodzili się w poniedziałek.

„Poniedziałkowe dzieci” w całości są zapisem uczucia, które ich połączyło. W pierwszym momencie była to przede wszystkim ogromna fascynacja erotyczna. Później więź duchowa i artystyczna, na końcu przyjaźń. Od początku wzajemnie się inspirowali i napędzali do działań twórczych. Patti była pod wpływem intelektualnym Roberta. Traktowała go jak mistrza i wyrocznię. Każdy obraz, wiersz, czy piosenkę którą napisała „oddawała” do jego oceny. On z myślą o niej tworzył swoje instalacje i fotografie. Smith opisuje w książce także to, co ich różniło: odrębne „ścieżki kariery”, wizje swojego miejsca w sztuce, a przede wszystkim podejście do sławy i pieniędzy. Artystka pisze również o ciemnych kartach tej niezwykłej love story. Dotyczą one przede wszystkim zmagań Roberta z własną tożsamością seksualną: skłonnościami homoseksualnymi i fascynacji środowiskiem sado – maso.

Niezwykle istotnym tematem tej autobiograficznej opowieści jest zawarty w niej obraz Nowego Jorku końca lat 60. i 70. Dzięki lekturze, mamy możliwość zajrzenia do miasta w jednym z najbarwniejszych okresów w jego historii. Smith przybywa, bowiem do Nowego Jorku w czasie, gdy umiera Coltrane. Wraz z głównymi bohaterami, wędrujemy przez Coney Island, aż do Czterdziestej Drugiej Ulicy. Po drodze, odwiedzamy kultowe miejsca, jak Hotel Chelsea, La Quixote, czy Kansas City, gdzie zbierała się cała ówczesna bohema artystyczna. Patti wspomina swoje spotkania z Janis Joplin, Jimmym Hendrixem, czy Allenem Ginsbergiem. Opowiada też o swoich innych mistrzach: Gregorym Corso i Williamie Burroughsie. Wszyscy oni mieli wpływ na muzyczną drogę, którą obrała i w jakiś sposób przyczynili się do nagrania płyty „Horses”, dzięki której dziś nazywana jest matką chrzestną punk rocka i żeńskim odpowiednikiem Boba Dylana.

W ostatnim czasie powstało bardzo wiele autobiografii największych gwiazd muzycznych. Ta jest jednak wśród nich wyjątkowa i zdecydowanie wyróżnia się „w tłumie”. Elementem wyróżniającym jest tu przede wszystkim styl. Smith pisze niezwykle prostym i jednocześnie pięknym językiem. Cechuje go również subtelność i klasa. Nie czuje się tu potrzeby podkoloryzowania i nagięcia rzeczywistości, w celu zbudowania odpowiedniego wizerunku i osiągnięcia w ten sposób zysku. Ta autentyczność i oszczędność środków wyrazu, sprawia, że ładunek emocjonalny całości dodatkowo wzrasta.

Niektórzy recenzenci, piszą o „Poniedziałkowych dzieciach”, że jest to elegia dla przyjaciela. Trudno się z tą opinią nie zgodzić. Niewątpliwie jest to książka, która powstała z potrzeby podzielenia się osobistą historią. Jest to też jednak próba kronikarskiego oddania ducha pewnej społeczno – artystycznej epoki. Najlepiej powstanie tej książki uzasadnia sama autorka, dlatego w tym momencie warto oddać jej głos:
„Byliśmy jak Jaś i Małgosia, ruszyliśmy w czarny las świata. Są tam pokusy, wiedźmy i demony, o których nam się nie śniło, ale jest też wspaniałość, której nawet w najśmielszych porywach sobie nie wyobrażaliśmy. Nikt nie mógł przemówić w imieniu tych dwojga młodych ludzi, nikt nie mógł prawdziwie opowiedzieć o ich dniach i nocach razem. Mogliśmy to zrobić tylko Robert albo ja. To nasza historia, jak mówił. Odszedł, więc mnie przypadło to zadanie.”


Ocena: 9/10
P. Smith, „Poniedziałkowe dzieci”, Wydawnictwo Czarne 2012.



sobota, 26 stycznia 2013

Dobre dziecko


W swej najnowszej książce pt. „Dobre dziecko” Roma Ligocka kontynuuje opowieść dziewczynki w czerwonym płaszczyku, która weszła w okres dojrzewania i musi zmierzyć się z poważnymi problemami świata dorosłych. Teoretycznie był to czas spokoju. Nie trzeba było już się ukrywać i ciągle uciekać. Mimo to, ta część biografii autorki niesie ze sobą jeszcze większy ładunek emocjonalny niż poprzednie.


 „…Nie wszystko, co do dziś we mnie tkwi, co nie pozwala mi żyć spokojnie, odpocząć, wydarzyło się tylko w krakowskim getcie. Ból, lęk, samotność wzmagały się wraz z wiekiem, dojrzewały wraz ze mną…Myślę, że najtrudniejszy był ten czas, kiedy miałam dwanaście, trzynaście lat…”


W trzeciej części autobiografii Ligocka właśnie z perspektywy dorastającej dziewczynki opisuje powojenny czas spędzony z matką w Krakowie. Odtwarza najboleśniejsze wydarzenia okresu dojrzewania. Mierzy się z nimi i próbuje zrozumieć już jako dorosła kobieta. Tak zapamiętała siebie z tamtego okresu: „…Drobna dziewczynka, trochę niezgrabna, z ciasno splecionymi warkoczykami. Szczupła, nerwowa – pełna lęków i nieuświadomionej rozpaczy. Smutne dziecko. Nieśmiałe…Nigdy nie umiała się cieszyć, bawić, głośno śmiać…”

Świat nastoletniej Romy jest szary. Nie potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości, ma poczucie wyobcowania i osamotnienia. Nie chcę jeść, co wszyscy odbierają jako przejaw nieposłuszeństwa, bo nikt nie znał wtedy pojęcia anoreksja. Sytuacja pogarsza się, gdy dziewczynka odkrywa, że jej ukochana matka ma romans z żonatym mężczyzną. Czuje się zdradzona, a na domiar złego pada ofiarą ostracyzmu i licznych upokorzeń ze strony otoczenia.

Jedyną ucieczką od nieprzyjaznego świata są dla niej lektury, a przede wszystkim wkomponowany w tekst książki pamiętnik babci Anny Abrahamowej. W nim opisany jest beztroski świat bez wojny, w którym panował dobrobyt, odbywały się liczne bale i przyjęcia. Poza tym Roma znajduje ukojenie w rysowaniu. Wydaje się, że szansą na zmianę nieciekawego otoczenia jest pomysł wyjazdu  na wakacje. Niestety pobyt szybko okazuje się koszmarem i jest traumatycznym przeżyciem wrytym głęboko w pamięci dorosłej autorki.

Obok autorki dominującą postacią w książce jest jej matka, zdrobniale nazywana Tosią. Kobieta naznaczona przeżyciami wojennymi, musi walczyć o byt w komunistycznych czasach. Uwikłana w trudną relację emocjonalną z mężczyzną, niepotrafiąca zbudować bliskiej relacji z córką, którą uważa za nieposłuszne dziecko. Pustka, którą boleśnie odczuwa na co dzień pcha ją do podjęcia kilkakrotnych prób samobójczych. Wszystko to sprawia, że Roma czuje się odpowiedzialna za matkę. Przejmuje rolę opiekunki, nieustannie pilnującej, by rodzicielka nie zrobiła sobie krzywdy. Ma wobec matki poczucie obowiązku, odczuwa konieczność odwdzięczenia się za opiekę i uratowanie podczas wojny. Jak nietrudno się domyślić, dla nastolatki jest to zbyt duży ciężar psychiczny.

„Dobre dziecko” to niezwykle poruszająca, naładowana emocjonalnie historia. Sama autorka przyznaje, że musiała dojrzeć do napisania tego fragmentu swojej biografii. Niektóre z opisywanych zdarzeń są wstrząsające. Czytając je, można się jedynie domyślać ile bólu i energii kosztował pisarkę powrót do tych wspomnień. Choć zapis uderza szczerością to jednocześnie Ligocka robi wszystko, by tonować emocje i nie epatować cierpieniem. Te zabiegi sprawiają, że siła przekazu jest jeszcze większa, a całość szlachetna i finezyjna.

Książka jest również opowieścią o niemożności ucieczki od siebie i własnych korzeni. Zaprzecza powszechnej opinii, że młodość jest najpiękniejszym okresem w życiu człowieka. Można z niej na szczęście wyciągnąć też optymistyczne wnioski. Jednym z nich jest ten, że choć młodość bywa chmurna to można mądrze zdystansować się do traumatycznych przeżyć i próbować być szczęśliwym mimo wszystko. Roma Ligocka, która mówi, że nie zgadza się na starość, jest ciekawa nowych zdarzeń i ludzi, a także cały czas szuka swego miejsca w świecie, wydaje się być przykładem takiej postawy.

Ocena: 9/10
R. Ligocka, „Dobre dziecko”, Wydawnictwo Literackie 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego R. Ligocka, „Dobre dziecko”, Wydawnictwo Literackie 2012.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Pod prąd


Marek Nowakowski w swej opublikowanej niedawno autobiografii literackiej pt. „Pióro” opisuje niełatwe koleje pisarskiego losu w okresie PRL-u, najważniejsze zawodowo spotkania oraz bujne życie towarzyskie w tamtym czasie. Odkrywa przy tym często zupełnie nieznane oblicza tuzów literatury polskiej.


Autor urodził się w 1935 r., wychował w podwarszawskich Włochach, co wywarło wpływ na całą jego późniejszą twórczość. Debiutował w 1957 r. opowiadaniem „Kwadratowy”, opublikowanym na łamach „Nowej Kultury”. Jest autorem m.in. zbiorów opowiadań „Ten stary złodziej” oraz „Benek Kwiaciarz”, powieści „Trampolina”, czy „Raportu o stanie wojennym”, a także twórcą scenariuszy do filmów „Meta”, „Przystań”, „Siedem czerwonych róż”.


„Pióro” jest przede wszystkim zapisem pisarskiej drogi, która rozpoczęła się w redakcji czasopisma „Współczesność” oraz ważnych literacko spotkań, m.in. z Jarosławem Iwaszkiewiczem, Zbigniewem Herbertem, Stanisławem Grochowiakiem, czy Mironem Białoszewskim. Pisarz kreśli niezwykle barwne portrety tych postaci. Do najważniejszych przyjaźni w środowisku zalicza jednak te z krytykiem literackim Wilhelmem Machem, czy Andrzejem Brychtem. Opisuje również liczne spotkania towarzyskie, które odbywały się na szlaku od Czytelnika do SPATiF-u oraz w mieszkaniach artystów. Pisze też nieco o trudnych relacjach z rodzicami, którzy na początku nie mogli mu wybaczyć rezygnacji ze studiów i „porządnego” zawodu prawnika.

Nowakowski bardzo wiele uwagi poświęca podkreśleniu swojej odrębności, która ujawniła się już na samym początku zawodowej drogi. Miała ona związek przede wszystkim z pochodzeniem i utrzymywaniem kontaktów z grupą z rodzinnych Włoch. Właśnie to pochodzenie sprawiło, że autor czuł się obco w środowisku wybitnych, uznanych już twórców i początkowo był przez nich traktowany jak naturszczyk. Tak poruszałem się po omacku. Pociągające znajomości, zwierzenia, osobistości z nieznanych dotąd wysokich sfer dawały bogatą pożywkę dla rozważań. Trudno było to uporządkować i zachować dystans. (...) Wracałem do ludzi z podwarszawskich Włoch, Woli, Ochoty, Pragi, murarzy, krawców, szewców, waluciarzy, złodziejaszków, urzędników, dziwaków, niebieskich ptaków, nieudaczników. Byli bliscy, najbliżsi. Wśród nich czułem, że mam busolę. To moje umocowanie powodowało potrzebę pisania. Z tych ludzi lepiłem swój teatr. Było to przeświadczenie intuicyjne, kręta droga pełna zapadlisk, nieraz się gubiłem. Ale trzymałem się jej uparcie.
Dzięki takim twórczym inspiracjom autor zyskał miano twórcy realizmu peryferyjnego. Jego odrębność podkreślała też absolutna niechęć do stabilizacji rozumianej jako posiadanie redakcyjnego etatu. Nie pociągała mnie wcale droga zawodowego literata. Widziałem ile kryje się w tym ograniczeń dla wolnej twórczości. Jak łatwo można się zamienić w wypalonego wyrobnika piszącego na zadane tematy... Przyszłość była niejasna, niepewna, ale ekscytująca. W przeciwieństwie do niektórych swoich kolegów, był przeciwnikiem dopuszczania polityki do twórczości. Nie przywiązywał dużej wagi do spraw materialnych. Zdecydowanie wolał pozostać na uboczu, zachować dystans i pozostać wiernym swoim korzeniom.

„Pióro” to lektura melancholijna, idealna dla tych, którzy lubią wracać do przeszłości bądź poznawać nieistniejące, zapomniane już dziś miejsca i porównywać je do teraźniejszości. Wszyscy zafascynowani historią literatury polskiej również będą zachwyceni, bo książka daje szansę poznania prywatnego, towarzyskiego oblicza znanych pisarzy. Przez brak rozdziałów tę literacką autobiografię można uznać za monolog. Myślę, że ich wprowadzenie, a co za tym idzie – usystematyzowanie treści, nieco ułatwiłoby czytanie.

Ocena 7/10

M. Nowakowski, "Pióro. Autobiografia literacka", Iskry 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Iskry http://www.iskry.com.pl/.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Punk w pigułce




Żywa legenda, ojciec punk rocka. W Polsce jest stosunkowo niewielu muzyków, którzy zasługują na te wzniosłe określenia. Jednym z nich jest niewątpliwie Robert Brylewski – współzałożyciel zespołów Brygada Kryzys, Armia, Izrael. 

Jeśli zastanawiacie się, po którą z wręcz zalewających ostatnio rynek wydawniczy biografii muzyków naprawdę warto sięgnąć, „Kryzys w Babilonie” powinien znaleźć się w czołówce listy.


Brylewski nie popełnił podstawowego błędu niektórych osób z branży, mających ambicje, by przy wydatnej pomocy rozmaitych, nieujawnionych oczywiście redaktorów być jedynymi autorami własnej autobiografii. On postanowił „oddać się” w ręce doświadczonego dziennikarza Rafała Księżyka, odbyć z nim kilkanaście rozmów, które w sumie złożyły się na tzw. wywiad-rzekę. Było to bardzo dobre posunięcie, gdyż pokaźnych rozmiarów tom (540 stron) czyta się znakomicie.


Księżyk prowadzi nas po nitce do kłębka. W ten sposób dowiadujemy się o dzieciństwie muzyka, które spędził w Koszęcinie, rodzicach występujących w zespole Śląsk, latach szkolnych, organizowaniu pierwszych zespołów. Dalsza część to przede wszystkim historia powstania Brygady Kryzys, geneza najważniejszych utworów i płyt, pierwszych koncertów, zawiązywania przyjaźni i kontaktów w środowisku muzycznym. Przede wszystkim tej, , jednej z najważniejszych, z Tomkiem Lipińskim. Analogiczne zagadnienia pojawiają się w przypadku kolejnych zespołów – Armia oraz Izrael.

„Kryzys w Babilonie” jest poświęcony niemal wyłącznie muzyce, ale wpleciona jest tu również historia Polski. Siłą rzeczy pojawiają się pytania o stan wojenny, kontakty z cenzurą, czy stosunek do Solidarności. Brylewski nie jest jednak tak surowy w ocenach, jak można się spodziewać. Widać też, że nie odczuwa zupełnie potrzeby uprawiania tzw. prywaty. Kiedy wspomina o rodzinie, robi to w kontekście swojej muzycznej drogi i wydaje się, że ani na moment nie zapomina o głównym temacie książki. Zawiedzeni będą więc łowcy skandali, bo choć oczywiście pojawiają się tu opowieści o narkotykowych przygodach, czy pokoncertowych ekscesach, bez których pewnie nie byłoby punk rocka, to wszystko podane jest z umiarem. Nie ma tu również agresji i jadu w ocenie poczynań kolegów z branży, co jest rzadko spotykane w tym środowisku i tego rodzaju publikacjach. Pojawia się dość krytyczna ocena dzisiejszej sytuacji na polskim rynku muzycznym, ale ona także wypowiedziana jest z pewnym dystansem, z pozycji człowieka, który wie, co osiągnął.

Domyślam się, że fani punk rocka od dawna mają tę książkę na swojej półce i traktują ją niemal jak biblię. Ci, którzy słuchają na co dzień innych gatunków muzyki, ale są otwarci na odmienne doznania i po prostu lubią wiedzieć więcej, również spokojnie mogą po nią sięgnąć. Publikacja może być swego rodzaju encyklopedią muzyczną, a lektura sprawi dużo więcej przyjemności niż wertowanie tych w tradycyjnej formie. Dopełnieniem są tu liczne fotografie, kalendarium, dyskografia i filmografia. Fantastycznie jest czytać autobiografię, w której muzyka jest główną pasją i treścią, a co najważniejsze – nie przysłoniły jej być może bardziej medialne, dochodowe tematy.


Ocena 8/10
R. Brylewski, "Kryzys w Babilonie" rozm. Rafał Księżyk.Wydawnictwo Literackie 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/


środa, 23 maja 2012

Śpiewająco


Od dłuższego czasu na polskim rynku wydawniczym trwa moda na autobiografię gwiazd. W trend ten, postanowiła się wpisać także Urszula Dudziak, której książka „Wyśpiewam Wam wszystko”, ukazała się niedawno.

Nie jest to jednak klasyczny w formie życiorys, opisany etapami: dzieciństwo, młodość, kariera zawodowa, dojrzałość. Tytułami rozdziałów są ulubione piosenki artystki, spis treści układa się w playlistę z odtwarzacza mp3. Zamiast chronologii zdarzeń, mamy najważniejsze fragmenty biografii oraz zbiór anegdot z życia zawodowego i prywatnego.

Dudziak jest osobą, której przedstawiać nie trzeba w książce znajdziemy więc po części wszystko, to co już kiedyś o niej czytaliśmy: historię małżeństwa z Michałem Urbaniakiem, kariery na Zachodzie, mieszkania w Nowym Jorku oraz związku z Jerzym Kosińskim. Zostało, to okraszone barwnymi opowieściami z życia bohemy artystycznej oraz opisami niecodziennych przygód.

Wokalistka opisuje swoje życie z właściwym sobie poczuciem humoru, dystansem i szczerością. Łowcy sensacji i skandalu, poczują się jednak zawiedzeni, gdyż wszystko jest opowiedziane z klasą, bez przekraczania granic intymności, czy ekshibicjonizmu. Historie są krótkie, dość powierzchowne. Sugeruje to rychły dalszy ciąg wspomnień.

„Wyśpiewam Wam wszystko” jest książką idealną na letni czas. Czyta się ją jednym tchem. Zdecydowanie zalicza się do kategorii: lekkie, łatwe i przyjemne. Być może jest to zasługa tego, że autorka niczego nie udaje, pisze, tak jakby opowiadała swoją historię każdemu z osobna w prywatnej rozmowie. A może po prostu, lubimy czytać o osobach, którym naprawdę się w życiu udało, nie muszą już niczego udowadniać, kreować wizerunku, bo ich siła, polega na naturalności, dobroci i niespożytej energii.

Ocena 6/10
U. Dudziak, „Wyśpiewam Wam wszystko”, Kayax 2012.

niedziela, 22 kwietnia 2012

Melomann


Wbrew temu, co sugeruje tytuł, książka Wojciecha Manna nie jest klasyczną autobiografią. Zawiodą się więc wszyscy poszukiwacze pikantnych szczegółów życia prywatnego autora, wziętych wprost z „psiego” portalu plotkarskiego.

„Rock-Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą” to barwne wspomnienia człowieka, którego życie niemalże od początku zrośnięte jest z muzyką. Znajdziemy w niej nie tylko opis pierwszych muzycznych fascynacji, które wpłynęły na całe życie dziennikarza, ale także celne obserwacje na temat egzystencji i tzw. świata show-biznesu w siermiężnych czasach PRL-u. 

Książka Wojciecha Manna jest kopalnią wiedzy i anegdot. Młodsze pokolenie czytając ją ma szansę poznania obcego dla nich świata, starsze natomiast z rozrzewnieniem może wspominać czasy swej młodości.

Zamiast odpowiedzi na pytania, z kim sypia, co jada i jak mieszka autor, dostajemy o wiele ciekawsze, np. z kim chciałby wystąpić na scenie, jak udało mu się zorganizować koncertowy „Taniec z gwiazdami” oraz dlaczego słynny przebój „Mała Chinka” powinien wywołać wojnę polsko-azjatycką? Nie mogło również zabraknąć wspomnień związanych z trwającą do dziś przygodą telewizyjną Manna. Smaczkami tego okresu są m.in. wizyta na targach telewizyjnych w Cannes czy współtworzenie legendarnego „Studia 2”.

Największym atutem wydawnictwa jest fakt, że powstało ono bez intencji, by stworzyć dzieło epokowe. Autor ma doskonałą świadomość tego, że nie jest pisarzem, i jak sam mówi to, co napisał, nie jest książką w przyjętym przez niego rozumieniu tego słowa.

Wojciech Mann dla większości z nas jest gwarantem klasy, dobrego humoru, dystansu do świata i ironii. Między innymi z tych powodów jego wspomnienia czyta się jednym tchem, z czystą przyjemnością. Dodatkową zaletą książki jest bogaty materiał fotograficzny, mówiący czasem więcej niż słowa.

Po zakończonej lekturze pozostaje uczucie niedosytu i ochota na więcej. Mann niczym wytrawny pisarz kończy swe wspomnienia w najciekawszym momencie. Takie działanie pozostawia nadzieję na ciąg dalszy w przyszłości. Oby tylko nie trzeba było zbyt długo czekać.

W zalewie wydawanych ostatnio, prezentujących raczej mierny poziom, książek różnej maści celebrytów „Rock-Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą” jest dowodem na to, że aby skłonić czytelnika do kupna książki, nie trzeba zapraszać go do łóżka, kuchni czy łazienki. Wystarczy mieć po prostu interesujące życie zawodowe.

Ocena 9/10

W. Mann, „Rock-Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą”, Kraków 2010 
Tekst opublikowany wcześniej w Gazecie Młodych http://gazeta.mlodych.pl/






wtorek, 3 kwietnia 2012

Krótka historia wszystkiego


Keith Richards to postać, której wydawałoby się przedstawiać nie trzeba. Wymyślone przez niego dźwięki brzmią w głowach tysięcy fanów rocka na całym świecie. Żywa legenda muzyki, skandalista, freek, o którego ekscesach krążą legendy. Ku radości wielbicieli postanowił napisać autobiografię. Czego spodziewać się po tej książce? Wszystkiego…najlepszego.

Czytelnicy książki mogą poczuć się, jak uczestnicy egzotycznej podróży, bądź w zależności od upodobań, zwiedzający słynne muzeum, gdyż każdy rozdział oprowadza nas po innym etapie tytułowego "Życia" autora.

I tak podróż rozpoczyna się w podlondyńskim Dartford, gdzie Richards dorasta, pobiera naukę, a także zostaje zarażony miłością do muzyki przez swojego dziadka Gusa. Mamy, więc historię rodzinną. W kolejnej części poznajemy początki znajomości z Mickiem Jaggerem i fascynacji muzyką Chucka Berry’ego . Stąpając dalej wkraczamy w historię muzyki rockowej, początki The Rolling Stones,odkrywamy genezę powstania hitów: „Satisfaction”, „Angie”, „Jumpin Jack Flesh” i wielu innych. Na podstawie „Życia” spokojnie mogłyby powstać, co najmniej trzy inne książki. Wśród nich „Historia narkotyków”, które, co tu kryć obok muzyki  są wiodącym tematem w autobiografii. Zainteresowani mogą traktować ją niemal jako podręcznik w tej dziedzinie. Znajdziemy tu także historię przemysłu muzycznego oraz, po części angielskiego wymiaru sprawiedliwości.

Głównym atutem autobiografii, poza niekwestionowaną osobowością autora jest szczerość, z jaką zdecydował się on opisać swoje losy, dystans i autoironia, na którą stać dziś już tylko nieliczne gwiazdy show biznesu. W „Życiu” właściwie każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Dla fanów Rolling Stones jest to lektura obowiązkowa, ci którzy interesują się historią muzyki również powinni po nią sięgnąć. Łowcy sensacji, zakulisowych plotek, wielbiciele skandali i ekscesów będą w pełni usatysfakcjonowani, gdyż znajdą tu opisy licznych romansów, historię konfliktu z Jaggerem i wielu hotelowych orgii. Po książkę powinni sięgnąć także wszyscy ci, którzy nie wierzą w siebie i wątpią, że ich marzenia się spełnią, gdyż bohater udowadnia, że wszelkie granice są wyłącznie w naszych głowach. Tekst wzbogacają liczne fotografie z prywatnego archiwum, co stanowi dodatkowy walor.

Każde życie podobno jest materiałem na książkę, jeśli tak to życie Keitha Richardsa jest materiałem szczególnym. Po zapoznaniu się z nim, z pewnością pozostaje uczucie niedosytu i delikatne ukłucie zazdrości w sercu.

Ocena 7/10
K Richards, Życie, Warszawa 2011.