Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzienniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzienniki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 października 2020

Podsumowanie września


Wrzesień obfitował w premiery. Wszystkie mają status: must read i najważniejszych książek roku. W dodatku wszyscy wydawcy umówili się, że ukażą się one w dwóch terminach 16 lub 30 września. 

Ten natłok jest oczywiście pokłosiem pandemii i tego, że wiele książek, które miały się ukazać wiosną zostało przesuniętych na jesień. Efekt jest taki, że nawet mając cały czas na czytanie, nie sposób nadążyć z lekturami i próbować być na bieżąco.

We wrześniu przeczytałam dziesięć książek, oczywiście nie jestem w stanie napisać o każdej z nich pełnego tekstu, dlatego trafiają do zbiorczego podsumowania. Zapraszam.


1. Jesień A. Smith, tł. J.Kozłowski - recenzję książki znajdziecie tutaj.

* Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za przekazanie egzemplarza do recenzji.

2. Dziennik hipopotama K.Varga - recenzję książki znajdziecie tutaj.

*Dziękuję Wydawnictwu Iskry za przekazanie egzemplarza do recenzji.

3. Pokora Sz. Twardoch - Do przeczytania tej książki najbardziej zachęciła mnie oryginalna, niezwykle sugestywna okładka, która całą sobą krzyczała: zajrzyj do środka,przeczytaj! Sam Twardoch nie jest moim ulubionym pisarzem, choć przeczytałam większość jego książek. Główny bohater powieści - Alois Pokora - syn górnika ze Śląska bierze udział w I wojnie światowej, po niej trafia do ogarniętego rewolucją Berlina. Całe życie walczy o szacunek, uznanie, awans społeczny, a przede wszystkim o miłość ukochanej, tajemniczej - Agnes. Cały czas zmaga się również z pytaniami o tożsamość. Nie czuje się do końca ani Polakiem, ani Ślązakiem, ani Niemcem. Motywy tożsamości, klasowości, awansu społecznego i zmagań z męskością są doskonale znane czytelnikom poprzednich powieści pisarza. Nie sposób więc, oprzeć się wrażeniu, że Pokora jest wtórna wobec poprzednich dokonań. Co bardziej bolesne, równie schematycznie, jak w poprzednich książkach, zostały tu nakreślone postaci kobiece. Twardoch jest oczywiście doskonałym rzemieślnikiem, w związku z tym powieść jest świetnie napisana, ma dobre tempo. Sceny walk są niezwykle plastyczne, niemalże filmowe. Największym problemem Pokory jest to, że w żaden sposób nie zaskakuje, niczego nowego nie odkrywa. Literatura popularna na wysokim poziomie i nic więcej. Książka ma świetną kampanię promocyjną w mediach i jestem pewna, że żadne, nawet odrobinę  krytyczne recenzje jej nie zaszkodzą. Sięgniecie po nią z czystej ciekawości, bo twórczość Twardocha po prostu wypada znać.

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji.

4. Ballada o lutniku W. Paskow, tł. M. Mikołajczak - Bardzo rzadko sięgam po literaturę bułgarską.  Ballada jest drugą po Fizyce Smutku G. Gospodinowa powieścią z tego obszaru, którą przeczytałam. Tym chętniej wybrałam się w tą nieco egzotyczną literacką podróż. To przede wszystkim historia niezwykłej przyjaźni starego lutnika Georga Heniga z małym chłopcem - Wiktorem i jego rodziną. To też opowieść o biednych mieszkańcach jednej z kamienic w Sofii. To powieść z klimatem, który sprawia, że chcemy się w niej rozgościć od pierwszej strony i przeczytać do końca. Bardzo kameralna, subtelna językowo. Trochę przypowieść, trochę baśń, o przyjaźni, empatii, dojrzewaniu, przemijaniu i starości. Nie ma tu żadnych fabularnych, czy stylistycznych fajerwerków. Idealna książka dla wszystkich, którzy w literaturze poszukują ukojenia, spokoju, oddechu. Dla mnie osobiście, po prostu dobra literatura, bez zachwytów i olśnień.

 * Dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji.

5. Powrót z Bambuko K. Nosowska - Czasem porzucam ambitną literaturę, wysokich lotów i dla złapania oddechu, całkowicie świadomie sięgam po produkty książkowe, stworzone przez ludzi kultury, których z różnych powodów cenię. Tak właśnie było z drugą już książką Kasi Nosowskiej - wokalistki, którą lubię i szanuje, do której mam słabość i sentyment od czasów wczesnej młodości. O czym są te mikro opowiastki? Najkrócej mówiąc, proszę Państwa: o życiu. O związkach, rodzinie,dzieciństwie, samoakceptacji, potrzebie czułego spojrzenia na siebie i świat wokół. Ku pokrzepieniu serc, z mądrością życiową, humorem i dystansem. Ortodoksyjni czytelnicy tego bloga, którzy zamierzają grzmieć, że na taką "literaturę" przecież szkoda czasu, muszą mi wybaczyć te małe skoki w bok. Każdy przecież ma swoje guilty pleasure :-)

https://wielkalitera.pl/produkt/powrot-z-bambuko/ 

6 Sabo się zatrzymał O. Horvat, tł. M. Waligórski - Czasami też porzucam literaturę popularną, produkty książkowe, by odkryć zupełnie nowe, nieznane i jak się okazu.je piękne lądy. Tak było z tą książką. Po raz pierwszy usłyszałamo niej na kanale booktubowym. Od razu wiedziałam, że po prostu muszę ją przeczytać. Jest to dziennik żałoby i choroby, napisany w formie mini esejów. Tytułowy Sabo opisuje uczucia, które towarzyszyły mu podczas choroby i po śmierci ukochanej żony. Poruszające, intymne, wzruszające, momentami rozdziera serce. Książka, o której jest zdecydowanie za cicho,a powinien przeczytać ją każdy, kto ma doświadczenie straty bliskich na koncie. 

http://biblioteka-slow.pl/sabo-sie-zatrzymal/ 

7. Przebłyski Z. Smith, tł. J.Kozłowski, J. Dehnel, P. Tarczyński, M. Rusinek i inni. - książka powstała z potrzeby chwili i serca. Nie powstałaby,gdyby nie ogólnoświatowy lockdown wywołany pandemią koronawirusa. Zadie Smith łapie ulotne momenty specyficznej, pandemicznej codzienności, stara się ubrać w słowa emocje i lęki, które w jakimś stopniu towarzyszyły nam wszystkim. Błyskotliwe, trafne, uniwersalne, zdecydowanie za krótkie, momentami sprawia wrażenia pisanego i wydanego "na kolanie". Wszystko to jest oczywiście zrozumiałe, tutaj najważniejsza była szybkość i czas wydania. Świadczy o tym chociażby błyskawiczne ukazanie się polskiego wydania. Do pracy przy tłumaczeniu tych tekstów zatrudniono aż dziewięciu tłumaczy. Warto się zapoznać.

https://www.znak.com.pl/ksiazka/przeblyski-smith-zadie-176851?query=przeb%C5%82yski 

8. Witajcie w Ameryce! L.Bonstrom Knausgard, tł. D. Górecka - Jedenastoletnia Ellen pewnego dnia postanawia przestać mówić. Wydaje się, że jest to wyraz protestu przeciwko odejściu i śmierci ojca oraz buntu przeciwko postawia matki. A może po prostu efekt przeżytej wcześniej traumy i desperacka próba walki o uwagę i akceptację rodziny? Historie opowiadane z perspektywy dziecka są z reguły bardzo ciekawe i poruszające. Ta również miała ogromny, niestety niezrealizowany potencjał.  Przede wszystkim jest to powieść zdecydowanie za krótka, by traktować ją jako poważną, w pełni dojrzałą prozę. Sprawia wrażenie zaledwie szkicu, zarysu. Zarówno relacje między bohaterami, jak i oni sami zostali przedstawieni bardzo powierzchownie. Czytelnik nie ma szansy w pełni ich poznać, zżyć z nimi, zagłębić w fabułę. Nie ma też niestety szansy przejąć się tą opowieścią, przeżyć jej. Wielka szkoda.

https://wydawnictwopauza.pl/product/witajcie-w-ameryce/ 

9. Wdzięczność D.De Vigan,tł. K.Szeżyńska-Maćkowiak - Cenię twórczość De Vigan. Podobały mi się w zasadzie wszystkie jej poprzednie książki. Ta najnowsza jest jednak niestety największym rozczarowaniem Bardzo minimalistyczna, kameralna historia.Michka z uwagi na stan zdrowia trafia do domu opieki. Zajmuje się nią młoda przyjaciółka, "przyszywana" córka Marie, a specjalistycznej pomocy udziela równie młody logopeda - Jerome. Mądrość życiowa, uniwersalne prawdy podane w bardzo łopatologiczny, szkolny, banalny sposób. Tak jakby pisarka nie wierzyła i nie doceniała inteligencji i wrażliwości swoich czytelników. Szkoda.

https://soniadraga.pl/produkt/wdziecznosc

10. Mapa B. Sadurska - bardzo głośny polski debiut ubiegłego roku. Książka ostatnio dostała nagrodę im. Gombrowicza. Na mojej półce od grudnia zeszłego roku czekała na swój czas. Ciekawość sprawiła,że w końcu nadszedł. To zbiór siedmiu opowiadań, które łączy motyw mapy. Finalnie można uznać,że układają się one w powieść. Powieść- labirynt, powieść-zagadkę, powieść- łamigłówkę. Fabuła zbudowana się niczym puzzle - każda część odsłania większy fragment całości. Mnóstwo tu nawiązań do historii, literatury, malarstwa, geografii, kartografii.Wymaga uważności i czasu. Rzecz,którą w pełni doceni tylko wyrobiony, wymagający czytelnik. Bardzo oryginalny miks gatunków i stylów. Ciekawy pomysł, świetnie zrealizowany również pod względem językowym. Obiektywnie: po prostu dobra literatura. Jednocześnie niestety kompletnie nie mój typ literatury i dlatego nie trafia do mojego czytelniczego serca. Co oczywiście nie zmienia faktu, że jest to dobra, warta waszej uwagi książka.

https://pl-pl.facebook.com/Nisza.Wydawnictwo 


 

poniedziałek, 28 września 2020

Dziennik hipopotama - Krzysztof Varga

 

Dziennik hipopotama to solidnie napisany tom. Stworzony zgodnie z zasadami i nawiązujący do najlepszych wzorców gatunku. Bez wstydu może stać na półce obok Dzienników Pilcha. 
 
Obwoluta tej książki jest straszna, zniechęca do lektury. Brzmi, jak ostrzeżenie: nieupoważnionym wstęp wzbroniony, otwierasz na własną odpowiedzialność lub ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją. Biorąc pod uwagę treść, nie jest to zamysł całkowicie bezzasadny. Tylko, dlaczego tak topornie wykonany?

Dla stałych czytelników felietonów Vargi, publikowanych w Dużym Formacie treść ani ton Dziennika nie będą zaskoczeniem. Autor skupia się w nim przede wszystkim na tym, na czym zna i w czym czuje się najlepiej, czyli: kulturze. Dużo pisze o filmach, serialach, literaturze. Oczywiście daje upust swoim obsesjom na punkcie kościoła katolickiego i polskiego patriotyzmu,wspomina o polityce.  
 
Początkowe wpisy mają objętościowy rozmach felietonów i są napisane w tym stylu.
Całość zapisu obejmuje dwa ostatnie lata: od 2018 do marca tego roku.

Varga nie bierze jeńców. Dostaje się tu absolutnie wszystkim. Kolegom po piórze: (Stasiukowi - za występ u Wojewódzkiego, Twardochowi - za całokształt), twórcom produktów książkopodobnch (Mrozowi i Lipińskiej) za psucie rynku, byłym przyjaciółkom ( Plebanek) za tworzenie sztucznego publicznego wizerunku. Działy promocji wydawnictw wydają duże pieniądze na promowanie chłamu, recenzenci i blogerzy zajmują się wyłącznie robieniem selfie z książkami,tworząc przy okazji kółko wzajemnej adoracji. Ostrze krytyki nie ominęło również festiwali literackich i spotkań autorskich, na które oczywiście sam autor często i ochoczo jeździ. Czytelnicy dokonują złych wyborów, politycy są źli i zepsuci. Jeśli zastanawiają się Państwo, czy według Vargi w ogóle coś jeszcze ma sens? Odpowiadam - tak, wyłącznie czytanie, oglądanie i słuchanie klasyków.

Dziennik hipopotama podczas lektury często denerwuje, męczy, irytuje, drażni. Varga marudzi, narzeka,zrzędzi, jest złośliwy, cyniczny, ironiczny, niesprawiedliwy. Bywa fałszywy, a nawet pogardliwy. Co chwila ma się ochotę z nim kłócić, nie zgadzać, polemizować. Na szczęście równie często chce się śmiać.

Perturbacje i trzęsienia ziemi w życiu prywatnym sprawiają, że niespodziewanie  pisarz porzuca na chwilę twarz naczelnego ironisty. W jego zapisach pojawiają się smutek, melancholia, strach przed przemijaniem, niepewność. 

W prawie wszystkich recenzjach pojawiają się zarzuty, o których piszę powyżej. I przynajmniej częściowo można je uznać za zasadne. Pytanie tylko brzmi: jaki sens ma pisanie grzecznych, neutralnych dzienników, które nikogo nie obchodzą? Dziennik hipopotama jest dokładnie taki, jaki powinien być każdy opublikowany przez jakiegokolwiek twórcę dziennik: wywołuje emocje, pobudza do samodzielnego myślenia i refleksji.

Można Vargi nie czytać, można się z nim nie zgadzać i nie ma żadnego obowiązku recenzowania jego twórczości. Jeśli już jednak się Go czyta i recenzuje, to nie sposób nie zauważyć, że jego spostrzeżenia często są trafne i po prostu ma rację. Jako jeden z nielicznych w swoim środowisku ma odwagę mówić bez ogródek to, o czym inni dla wygody wolą dyplomatycznie milczeć.

Ośmielam się stwierdzić, że od czasu Dziennika Pilcha, żaden współczesny polski pisarz, nie opublikował lepszego, niż Dziennik hipopotama Vargi. Obawiam się, że długo to nie nastąpi.

K.Varga, Dziennik hipopotama, Wydawnictwo Iskry 2020.
*Dziękuję Wydawnictwu Iskry za przekazanie egzemplarza do recenzji.



piątek, 18 października 2019

Lista. Dziennik 2005 – Anda Rottenberg


Jak pisać dziennik? Tylko tak, jak robi to Anda Rottenberg. Drugi po Berlińskiej depresji zbiór zapisków potwierdza, że obecnie jest ona jedną z najlepszych obserwatorek i komentatorek współczesności w polskim życiu publicznym.

Mam nadzieję, że odwiedzającym ten blog nie trzeba przedstawiać Andy Rottenberg. Gdyby jednak była taka konieczność, oficjalna nota biograficzna brzmi tak: historyczka i krytyczka sztuki, kuratorka wystaw. Wieloletnia dyrektorka warszawskiej Zachęty. Inicjatorka powołania i budowy Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Nie sposób wymienić wszystkich jej aktywności zawodowych. Jedną z najnowszych jest szefowanie działowi kultury w magazynie Vogue Polska.

Pierwsze słowa, które przychodzą mi do głowy, gdy myślę o Andzie Rottenberg to: erudycja, mądrość, odwaga, klasa, elegancja. Każdą z jej dotychczasowych publikacji, czytałam z dużą uwagą, zainteresowaniem, przyjemnością. Wszystkie były ucztą dla intelektu i ducha. Nie inaczej było w przypadku najnowszego dziennika.

Lista. Dziennik 2005 – obejmuje okres pół roku. Od chwili wybuchu afery związanej z tzw. „listą Wildsteina”, na której znalazło się nazwisko Rottenberg, do momentu uzyskania przez nią statusu pokrzywdzonej.

Autorka opisuje emocje związane z tą sprawą i atmosferę tamtego czasu. Siłą rzeczy sporo tu polityki i medialnego szumu. Oczywiście nie jest to jedyny temat. Obok tzw. życia z listą toczy się codzienność wypełniona podróżami, uczestnictwem w konferencjach, wystawach, spotkaniami z przyjaciółmi i rodziną. Paryż, Berlin, Kraków to tylko nieliczne z miejsc, które odwiedziła kuratorka w tym czasie. Wydarzenia towarzyskie przeplatają się z bardzo przyziemnymi sprawami: pielęgnacją ogrodu, opieką nad kotami, wizytami u fryzjera. Rottenberg odnotowuje również śmierć papieża Jana Pawła II i wrażenie, jakie wywarła na niej żałoba narodowa.

Jak najlepiej zachęcić do lektury dziennika? Dzieląc się jego fragmentami. Oto kilka smacznych kąsków na zaostrzenie czytelniczego apetytu.

Warszawa. Piątek 18 lutego 2005
Grypa Wildsteina szaleje w Naprawie. Wirus jest na płytce, pojemność siedemset mega. Gnasz do domu, jakbyś dostał w prezencie działkę brown sugar, zamykasz się i klikasz. Jeszcze tego sprawdzimy. I tego. No, no…A ta? Kto by pomyślał! Czy to na pewno ona?[…] Gorączka sobotniej nocy. Piątkowej. Wielkopostnej. Przed telewizorem.*

Warszawa. Czwartek, 3 marca 2005
Bardzo śmieszne. Rząd przechodzi do opozycji. Sam wobec siebie.

Warszawa. Sobota, 5 marca 2005
Francuzi, jeszcze jeden wysiłek! Jak spadnie adrenalina, to zacznę chorować i nigdy tego nie nadrobię. To wcale nie takie trudne, trzeba się tylko trochę skoncentrować. Kocurki, za dużo jecie, już nic nie zostało. Żadnych zapasów. Trzeba do supermarketu, jak cała Polska, hurtowo. Żeby tylko nie zapomnieć spodni do pralni Acha, przecież nie działa kablówka, dzieci znów będą narzekać, że nie działa Fox Kids. Skąd znowu tyle butelek? Prawda, rodzina była tu przez cały tydzień, chyba zapraszali gości! Awizo! Nie, poczta nie! Na pewno znów zaświadczenie o braku dochodów. Gdzie tu zaparkować? Może uda się wjechać w tę bryłę śniegu? […]*

Warszawa. Poniedziałek, 4 kwietnia 2005
Wszystko odwołane. Wszystko zamiera. Ulga, że mogę nie jechać do Gdańska. I do Moskwy. Przepraszam, ale wyłoniły się inne okoliczności. Życzę owocnych obrad. Na chwilę nie muszę uczestniczyć w codziennym kontredansie. Na chwilę mogę się wyłączyć. Zwolnić tempo. Jechać sześćdziesiąt na godzinę wśród innych, którzy też przestali się spieszyć i zaczęli ustępować pierwszeństwa. Patrzeć na zawiązki tulipanów i nabrzmiewające pąki na drzewach w moim ogrodzie. Jechać z kotem do lekarza, żeby mu wyleczyć skaleczenie dowodzące jego wzmożonej wiosennej aktywności […]*

Warszawa. Niedziela, 10 kwietnia
Po elegijnym tygodniu wypełnionym modlitwą, miłością i gestami pojednania – nawet Lechu pojednał się z Olkiem – wracamy do rzeczywistości. Najpierw otrząsa się motłoch w szalik  ach, ryczący na dworcach i stadionach swoje nienawistne zaklęcia. Do telewizji wraca reklama, zawsze głośniejsza od bieżących programów. Potem obudzą się inne upiory. Zmarł Jerzy Grzegorzewski. Chyba był bardzo zmęczony.*

Lista. Dziennik 2005 to znakomita książka. Jej jedyną wadą jest to, że jest za krótka, a można by ją czytać jeszcze i jeszcze. Bez końca. Mnogość wydarzeń kulturalnych, w których uczestniczy Anda Rottenberg, erudycja i lekkość, z jaką pisze, może zawstydzić niejednego czytelnika. Świadomość, ilu rzeczy nie wiemy i jak wiele pozostało do odkrycia, wywołuje pozytywne uczucie „intelektualnego głodu” i chęć nadrobienia zaległości. Chcę czytać już tylko takie dzienniki, a moja sympatia dla autorki wzrasta z każdą kolejną jej książką.

Żyjemy w czasach deficytu autorytetów w sferze publicznej i dewaluacji elementarnych wartości. Głos Andy Rottenberg jest tym, którego chce się słuchać i którego warto słuchać uważnie. Gdy inni kalkują, czy warto zabrać głos w ważnych społecznie sprawach, ona odważnie, nie zważając na konsekwencje mówi to, co myśli. W spolaryzowanym społeczeństwie, mediach, w których dominuje język nienawiści, ona pokazuje, że można rozmawiać, różnić się, zachowując przy tym szacunek dla oponentów. Mam nadzieję, że nie będziemy długo czekać na kolejną książkę Andy Rottenberg i, że jej aktywność zawodowa wbrew zapowiedziom nie zmniejszy się, bo szczególnie teraz jest nam bardzo potrzebna.

A.Rottenberg, Lista. Dziennik 2005, Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2019.
*Dziękuję Wydawnictwu Krytyki Politycznej za przekazanie egzemplarza do recenzji.
*Wszystkie cytaty pochodzą z omawianej książki.

poniedziałek, 26 października 2015

Zapiski (pod)różne

Decyzja Szczepana Twardocha o publikacji dzienników pt. „Wieloryby i ćmy”, to niewątpliwie skok na głęboką wodę. Prawdopodobieństwo, ze wykąpie się przy tej okazji w morzu krytyki jest duże. Zwłaszcza, że efekt końcowy znacząco odbiega od poziomu literackiego, do którego przyzwyczaił nas dotychczas.

Informacje o planowanym wydaniu dzienników, przyjęłam z mieszanką uczuć : ciekawości i obaw. Pierwszą myślą było, co może zawrzeć w tego rodzaju publikacji, zaledwie 36 – letni autor. Owszem, znany i uznany, natomiast nie koniecznie dysponujący, wystarczającym do napisania dzienników bagażem doświadczeń. Poza tym obydwa tomy „Dzienników” Jerzego Pilcha, które ukazały się jakiś czas temu wyznaczyły poziom i znacznie podwyższyły poprzeczkę. Od tamtej pory wszyscy współcześnie żyjący pisarze polscy, próbujący sił w tym gatunku, muszą się liczyć z porównaniami do Mistrza i, z tym, że w tym zestawieniu stoją raczej na przegranej pozycji. Fakt, że Twardoch mieszka w Pilchowicach na Górnym Śląsku sprawia pewnie, że czuje się w jakiś sposób „ubezpieczony” na taką ewentualność i postanowił odważnie stanąć w szranki z Legendą.


Obawy niestety się potwierdziły. „Wieloryby i ćmy. Dzienniki”, zawierają dokładnie tyle, ile mogą zawierać dzienniki trzydziestosześciolatka, czyli niewiele. Zapiski obejmują lata 2007 – 2015. Pretekstem do ich rozpoczęcia były narodziny pierworodnego syna autora.

Rozpiętość tematyczna „Dzienników” jest spora. Brak tu ściśle określonego kierunku i myśli przewodniej. Znajdziemy więc zarówno zapiski o dzieciach, rodzinie, „małej ojczyźnie”, biesiadach z przyjaciółmi, mękach twórczych. Stosunkowo najwięcej miejsca pisarz poświęca zapisywaniu wrażeń z podróży. „Ziemią Obiecaną” Twardocha jest zdecydowanie Svalbard, powszechnie znany jako Spitsbergen. Wśród odwiedzonych miejsc pojawiają się również Budapeszt, Berlin, Rosja, Paryż i kilka innych. Obecny jest także temat czytanych książek słuchanych płyt, oglądanych spektakli i koncertów. Jest więc o Maráim, Rammsteinie, i „Lodzie”. Są frazy banalne np. o gotowaniu rosołu.

Dziennikom brakuje „pazura”, zaczepności, charakteru. Jeśli ktoś spodziewał się ostrej publicystki, polemik, trafnych, doprawionych poczuciem humoru obserwacji socjologicznych, do których przyzwyczaił nas autor, będzie zawiedziony. Występują one bowiem w ilości śladowej. Zdarzają się oczywiście fragmenty pogłębionej refleksji, większą część zajmują jednak zapisy, dotyczące codzienności. Zwyczajność jest głównym zarzutem wobec całego tekstu. Po Twardochu, biorąc pod uwagę jego wcześniejszą, wybitną twórczość można bowiem oczekiwać czegoś znacznie poza zwyczajność wykraczającego.

„Wieloryby i ćmy” nie są książką złą. Jako dzienniki, zwłaszcza na tle innych wypadają jednak zaledwie przeciętnie. Zapisy w większości nie zapadają w pamięć, szansa na to, że przetrwają próbę czasu, wejdą do historii literatury polskiej jest niewielka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zostały wydane jako „wypełniacz” mający zaspokoić oczekiwanie czytelników na kolejną powieść. Życie nie znosi próżni, zarabiać trzeba, a pomysł na nową książkę musi dojrzeć, zrobienie porządków w domowym archiwum i opublikowanie części zbiorów, wydaje się w tej sytuacji niezłym pomysłem. Spragniony twórczości autora, żądny poznania prywatnych smaczków fan będzie zadowolony.

Ocena: 5/10
Sz.Twardoch, „Wieloryby i ćmy. Dzienniki”, Wydawnictwo Literackie 2015.
*Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

czwartek, 5 grudnia 2013

Studium przypadku

Wreszcie jest, po roku oczekiwania nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazał się „Drugi dziennik 21 czerwca 2012 – 20 czerwca 2013” Jerzego Pilcha. Jest nieco skromniejszy objętościowo i bardziej refleksyjny niż pierwszy tom. Nie zmienia to jednak faktu, że trzeba go przeczytać. Koniecznie!


Teksty zebrane w książce ukazywały się na łamach „Tygodnika Powszechnego”, jako felietony. Podobnie jak poprzednio został utrzymany diarystyczny porządek.


Oczywistym pytaniem, które nasuwa się jako pierwsze jest to, czym różni się pierwsza część od drugiej? Otóż z pewnością tutaj Pilch z obserwatora i ostrego komentatora życia społecznego, politycznego, sportowego, zamienia się w równie ironicznego obserwatora samego siebie. Punkt ciężkości zostaje wyraźnie przesunięty ze sfery publicznej w prywatną. Wielbiciele ciętego języka autora mogą być jednak spokojni, nie oznacza to bowiem, że zupełnie nie ma w nim błyskotliwych, jak zawsze komentarzy do bieżących wydarzeń „ze świata”.

Niewątpliwie w „Drugim dzienniku” Pilch próbuje oswoić nową sytuację, w której się znalazł – nieuleczalnej choroby neurologicznej. Nie stara się z nią pogodzić, czy zaakceptować, a właśnie oswoić. Usiłuje funkcjonować pomimo okoliczności, choć bywa to trudne, a czasami niemożliwe. W zapisach widać różne postawy, które przyjmuje wobec niej i w pisaniu o niej. W żadnym wypadku nie jest to jednak „kronika rozpadu”. Pilch, jak ognia unika ekshibicjonizmu. W momencie, gdy pozwala sobie na bardziej intymny opis swoich dolegliwości, w kolejnym zdaniu wewnętrzny cenzor, każe mu zmienić ton na znacznie lżejszy. Nie przeczytamy tu więc utyskiwań i zwierzeń, żywcem wyjętych z kolorowych czasopism.

Całość tematycznie krąży wokół kwestii egzystencjalnych, ostatecznych: samotności, lęku, straty, śmierci, Boga. W tekstach pisarz wspomina zmarłych przyjaciół, wraca do przeszłości, ale przede wszystkim czyta, przytacza i analizuje ważne dla siebie fragmenty literatury. Dzieli się także z czytelnikami lękiem przed niemożnością porozumiewania się i pracy ze słowem, a co za tym idzie całkowitym wykluczeniem ze świata.

Nad „Drugim dziennikiem” unosi się aura mistycyzmu. Autor dużo miejsca poświęca tajemniczym znakom otrzymywanym z góry: czyjeś obecności w mieszkaniu, snom i rozważaniom o śmierci. Jest ona czymś pewnym i nieuniknionym, z drugiej jednak strony nie należy rozmyślać o niej zbyt dużo, bo w żaden sposób nie wpłynie to na zwiększenie naszej wiedzy i świadomości.

W tekstach Pilcha widać też proces powolnej alienacji, wycofywania się ze świata, mniej lub bardziej chcianej rezygnacji z różnego rodzaju aktywności i podniet, które jeszcze do niedawna mocno absorbowały autora. Próbuje on z różnym skutkiem odnaleźć się w tym „związku z samotnością”.

„Drugi dziennik” jest oczywiście dużo, bardziej refleksyjny, melancholijny, momentami nawet sentymentalny. W związku z tą zmianą, brakiem tak licznych jak dotychczas komentarzy publicystycznych, niektórzy mogą stwierdzić, że pisarz stracił ostrość widzenia. Inni z kolei uznają, że dzięki osobistym doświadczeniom jego teksty są bardziej uniwersalne.

Choć teoretycznie zmieniło się wiele to, patrząc na twórczość Jerzego Pilcha z ostatnich lat, można dojść do wniosku, że tak naprawdę nie zmieniło się nic. Wątki dotyczące śmierci, przemijania, religii, piłki nożnej, polityki pojawiały się u niego od dawna i pojawiają nadal. Poza tym autor cały czas polemizuje, kłóci się, denerwuje, ironizuje, szydzi i wyśmiewa, kogo trzeba wyśmiać. „Drugi dziennik” nic i w tym względzie nie zmienia. Wszystkie wymienione przeze mnie elementy, pojawiają się na jego kartach równie często.

Najważniejsze jednak pozostaje to, że niezależnie od okoliczności, Pilcha czyta się świetnie. Jego nazwisko cały czas jest gwarantem najwyższej literackiej, jakości i zapewnia mocne lekturowe wrażenia.

Ocena: 8/10
J.Pilch, „Drugi dziennik” 21 czerwca 2012 – 20 czerwca 2013”, Wydawnictwo Literackie 2013.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

sobota, 6 kwietnia 2013

Zapiski ostatnie

„Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939 – 1945” Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej, zebrane przez Rafała Podrazę, to bardzo poruszająca lektura. Dziennik pokazuje zupełnie inne oblicze poetki, znanej z romantycznych, zwiewnych wierszy o miłości.


Maria Pawlikowska – Jasnorzewska, zwana Lilką urodziła się w 1891 roku. Była córką Wojciecha Kossaka, wnuczką Juliusza Kossaka – słynnych malarzy batalistycznych oraz siostrą pisarki Magdaleny Samozwaniec. Debiutowała w 1922 roku tomem pt. „Niebieskie migdały”. Za życia opublikowała w sumie piętnaście tomików poezji.



Myśli zapisywane przez poetkę, jak sama zaznaczała w tekście miały trafić do pieca. Zaczęła ona prowadzić ten swego rodzaju dziennik tuż przed wybuchem II wojny światowej. Kontynuowała go podczas wymuszonej wydarzeniami emigracji. Powodem wyjazdu Jasnorzewskiej i jej trzeciego męża Stefana Jerzego Jasnorzewskiego, zwanego Lotkiem, była podobno premiera sztuki „Baba – dziwo”, w której postać dyktatora miała być karykaturą Hitlera. Nie są to jednak potwierdzone informacje.
W zapiskach Lilka opisuje ich niełatwą, wiodącą przez Rumunię i Francję drogę do Anglii. W tym czasie doskwierały jej niewygody pokoi hotelowych, brak eleganckich strojów, do których zawsze przywiązywała olbrzymią wagę, a przede wszystkim dojmująca tęsknota za rodziną. Ostatnie dwa lata to właściwie wyłącznie zapis przegranej walki z chorobą – rakiem szyjki macicy, opisy kolejnych operacji, pobytów w szpitalu.

To, co najbardziej uderza w „Wojnę szatan spłodził” jest język używany przez poetkę. O Polakach wyraża się z odrazą, bardzo krytycznie oceniając ich zachowania: „…Wstydzę się swojego plemienia. Schłopiałe, ogłupione, rozpustne prostaki. Możemy śmiało nie żałować, że to się nie rozpanoszyło na cały świat, ale, że po łbie chamskim dostało.” Z podobną bezpośredniością pisze również chorobie. Momentami są to wręcz fizjologiczne opisy. Nawet w tak trudnej sytuacji, nieustannie zmagając się z bólem, Jasnorzewska stara się dbać o wygląd zewnętrzny. Pamięta, by do teatru, jak nazwała salę operacyjną włożyć twarzowy szlafrok. Takie zabiegi dawały jej poczucie komfortu i namiastkę normalności. Czułe tony, znane z wierszy w dzienniku zarezerwowane są wyłącznie dla fragmentów poświęconych rodzinie i mężowi.

Z całości tekstu wyłania się portret kobiety głęboko nieszczęśliwej, cierpiącej. Wojna odebrała jej nie tylko rodzinę i zdrowie, ale przede wszystkim całkowicie zmieniła spojrzenie na świat. Bezpieczny kokon domu rodzinnego, w którym żyła, musiała zamienić na emigracyjną tułaczkę. Wszystkie te wydarzenia sprawiły, że stała się zgorzkniała. Jedynym jej pocieszeniem był w tym czasie mąż. Wydaje się jednak, że momentami i on nie spełniał jej oczekiwań.

Niewątpliwym atutem książki jest również piękne wydanie. Uwagę przykuwają liczne fotografie rodzinne i szata graficzna. Lektura jest trudna, momentami porażająca. Oprawa sprawia jednak, że obcowanie z nią jest dużą przyjemnością estetyczną. Warto wspomnieć, że tom został wzbogacony o wiersze, które miały się złożyć na ostatni, emigracyjny tomik poetki.

Ocena: 7/10
M. Pawlikowska – Jasnorzewska, „Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939 – 1945”, zebrał Rafał Podraza. Wydawnictwo Agora 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora http://kulturalnysklep.pl/MPJ/pr/-wojne-szatan-splodzil--zapiski-1939-1945--maria-pawlikowska-jasnorzewska.html






niedziela, 14 października 2012

Dziennik zakrapiany nudą



„Dziennik zakrapiany rumem” Huntera S. Thompsona będzie dużym rozczarowaniem dla wszystkich, którzy, podobnie jak ja, spodziewali się niepowtarzalnego klimatu stworzonego przez autora w „Lęku i odrazie w Las Vegas”. 

Zamiast szaleństwa i jazdy bez trzymanki, mamy tu jedynie monotonną przejażdżkę. Trudno też oprzeć się wrażeniu, że cały głębszy sens tej powieści utonął w hektolitrach alkoholu.


Głównym bohaterem powieści jest niespokojny duch, dziennikarz Paul Kemp. Pewnego dnia postanawia dołączyć do będącej w stanie rozkładu redakcji gazety „Daily News” w Puerto Rico. W tym miejscu przekonuje się, że marzenia o poważnej pracy dziennikarskiej musi zostawić za progiem, gdyż gazeta okazuje się być bardziej połączeniem domu wariatów ze schroniskiem dla bezdomnych. Paul bardzo szybko jednak znajduje wspólny język z dwoma zdegenerowanymi, acz interesującymi jednostkami: Bobem Salą i dużo młodszym kolegą po fachu Yeamonem. Wokół przygód tej trójki zbudowana jest cała fabuła książki.


Właściwie trudno tu mówić o jakiejkolwiek akcji, gdyż panowie zajmują się przede wszystkim włóczeniem po okolicznych barach klasy D, kontemplowaniem piękna wyspy San Juan na plaży oraz nawiązywaniem rozlicznych znajomości z miejscowymi pięknościami. Ich głównym posiłkiem są hamburgery, a napojem pity w ilościach przemysłowych tytułowy rum, który wręcz wylewa się z każdej strony tego tekstu. W takim entourage'u trudno skupić się na pisaniu artykułów, czy szukaniu ciekawych tematów. Siłą rzeczy sytuacja w „Daily News”, schodzi na dalszy plan. Żeby nie było całkowicie nudno w tej leniwej, zadymionej atmosferze pojawia się oczywiście wątek miłosny w postaci pięknej Chenault, którą Kemp jest zafascynowany od pierwszego spotkania. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie fakt, że jest ona dziewczyną Yeamona, co stwarza jednak pewne komplikacje. Jak w każdej teoretycznie dobrej powieści nie brakuje tu również historii kryminalno-przestępczej.

„Dziennik zakrapiany rumem” jest książką niezwykle monotonną, żeby nie powiedzieć nudną. Aby być sprawiedliwym, należy dodać, że, gdy już uda nam się przepłynąć ten ocean rumu, nie zakrztusić po drodze dymem cygar i nie umrzeć z przedawkowania narkotyków, dostaniemy szansę odkrycia w powieści drugiego dna, które ratuje całe przedsięwzięcie. W tej drugiej warstwie chodzi o poszukiwanie własnej tożsamości, miejsca w świecie, a jednocześnie strach przed zakotwiczeniem, podjęciem odważnych decyzji i dokonaniu trudnych wyborów.

Zanim przeczytałam książkę, obejrzałam jej ekranizację z jednym z moich ulubionych aktorów – Johnnym Deppem w roli głównej. Film, mimo dużych oczekiwań, wydał mi się płaski i nieinteresujący. Ratowały go jedynie piękne krajobrazy i kilka zabawnych scen. Zrzuciłam to wtedy na karb słabego aktorstwa. Po lekturze książki wiem już, że film po prostu nie mógł być lepszy, z uwagi na to, że tekst, w oparciu, o który powstał, nie pozwalał na pokazanie aktorskiego kunsztu.

„Dziennik zakrapiany rumem” podobno zawiera wątki autobiograficzne. Zastanawiam się więc, z czego wynika słabość tekstu, skoro wiadomo, że Thompson osobowość i życie miał, delikatnie mówiąc, barwne? Co kiedyś szokowało i wzbudzało kontrowersję, dziś jest jedynie przysłowiową bułką z masłem. Wszystko to sprawia, że książka jest lekturą dobrą jedynie dla miłośników rumu i innych używek oraz zagorzałych fanów autora, którzy mają ochotę wziąć udział w dyskusji: dlaczego „Lęk i odraza w Las Vegas” była lepsza. Reszcie polecam dokonanie innego czytelniczego wyboru na coraz zimniejsze jesienne wieczory.


Ocena: 5/10
H .S .Thompson, „Dziennik zakrapiany rumem”, Niebieska Studnia 2010.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Niebieska Studnia http://www.niebieskastudnia.pl/.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Myśli poukładane


Decydując się na publikację „Tak sobie myślę” Jerzy Stuhr, jak sam mówi, wiele zaryzykował. Odsłaniając prywatne poglądy, naraził się na krytykę ze strony swojego środowiska, a przez szczerość zapisu mógł nadszarpnąć swój nieskazitelny dotąd wizerunek w oczach publiczności. 

Po lekturze można jednak odetchnąć z ulgą. Wydaje się bowiem, że aktor nie tylko wygrał walkę z chorobą, ale także zyskał jeszcze większą sympatię widowni.

Jerzy Stuhr jest jednym z najwybitniejszych i najpopularniejszych polskich aktorów. Wiele z zagranych przez niego ról, zarówno filmowych, jak i teatralnych, już dziś można nazwać kultowymi. 

Natomiast wygłaszane z ekranu frazy na stałe weszły do języka polskiego, stając się elementami popkultury. Nie dziwi więc, że wiadomość o jego chorobie zaniepokoiła rzesze wielbicieli aktora. Szok był jeszcze większy, gdy okazało się, że cierpi na raka gardła. Myśl, że możemy już nie usłyszeć najlepszego głosu polskiego dubbingu była porażająca i chyba nikt nie wziął jej pod uwagę. 

Wszyscy solidarnie skupili się na trzymaniu kciuków. Jerzy Stuhr długo milczał na temat swojego stanu zdrowia, nie komentował żadnych doniesień prasowych. Ilość listów, które otrzymał i olbrzymie wsparcie widowni sprawiło, że wystąpił publicznie i udzielił kilku wywiadów. 

Dla stworzenia sobie sfery aktywności intelektualnej i z chęci pozostawienia śladów dla potomnych zdecydował się na prowadzenie dziennika. Namowy redaktorek Wydawnictwa Literackiego sprawiły, że podjął decyzję o jego opublikowaniu. Dzięki temu możemy dowiedzieć się, co sobie myśli jeden z ulubionych aktorów dużej grupy Polaków. Są to refleksje interesujące, skłaniające do przemyśleń, a nade wszystko prowokujące do dyskusji na temat stanu polskiej kultury. Naprawdę warto je poznać.

„Tak sobie myślę” nosi podtytuł „Dziennik czasu choroby”. Nietrudno więc domyślić się, że większość zapisów powstała w szpitalach i podczas krótkich pobytów w domu. Przewijają się tu głównie cztery miejsca: Gliwice, Kraków, Zakopane i Skawa. 

Myli się jednak ten, kto dosłownie odczyta podtytuł, spodziewając się jedynie obserwacji ze szpitalnych sal i utyskiwań na złe samopoczucie. Zamiast tego są niezwykle trafne i ironiczne komentarze na temat sytuacji politycznej i społecznej w Polsce, momentami brutalnie szczere recenzje prac kolegów po fachu (głównie filmy i spektakle teatralne), za które przeklina go pewnie połowa środowiska teatralnego i filmowego. 

Rektor PWST odważył się bowiem skrytykować „święte krowy”, których w Polsce krytykować nie wolno i do tej pory nie zrobił tego nikt. W kraju gdzie zanika wszelka merytoryczna krytyka i dyskusja o sztuce, a zostają jedynie gwiazdki przyznawane przez redakcje prasowe, jest to naprawdę nie lada wyczyn.

Jako że dziennik powstał z myślą o mającej się narodzić wnuczce aktora i za namową córki Marianny, nie brakuje w nim wątków rodzinnych, swego rodzaju podsumowań i rozliczeń zarówno prywatnych, jak i zawodowych. Na wielu kartach tej książki Jerzy Stuhr w piękny sposób przekazuje swoiste credo, wartości, którymi kierował się w życiu, te dla niego najistotniejsze, które chciałby przekazać także swoim bliskim. 

Ktoś mógłby zapytać, a co z chorobą, którą tak konsekwentnie tu pomijam? Oczywiście pojawia się. Autor nie unika tego tematu, mówi wprost o swoim stanie, rokowaniach lekarzy. W całości przemyśleń stanowi ona jednak nieco poboczny temat. Owszem, autor sygnalizuje chwile gorszego samopoczucia i nie ukrywa słabości związanych ze stanem zdrowia. W żadnym momencie nie przekracza jednak granic intymności, dobrego smaku, a nade wszystko nie epatuje cierpieniem, co w tej sytuacji byłoby zrozumiale, a przez niektórych żądnych sensacji nawet pożądane.

Wszyscy krytycy podkreślają, że „Tak sobie myślę” to książka, która daje nadzieję. Zdanie to widnieje również na okładce. Trudno o bardziej trafne podsumowanie treści, bo tym razem nie jest to jedynie chwytliwy slogan reklamowy. Pozostaje mi jedynie zgodzić się z ogółem i powtórzyć, że jest to książka o nadziei, walce i chęci życia. Od pierwszej do ostatniej strony widać, że autor nie ma zamiaru się poddać. Ta lektura wręcz nakazuje optymizm i każe dostrzec pozytywne strony życia.

W dzienniku trudno znaleźć element, który można by skrytykować. Wszystko się tu zgadza. Styl zapisów jest nienaganny. Autor dba o poprawność językową, a sposób w jaki pisze odzwierciedla cechy charakteru, za które pokochali go widzowie: klasę, takt, godność, błyskotliwość, a przede wszystkim poczucie humoru. 

Całości dopełniają liczne fotografie z prywatnego archiwum i niezwykle staranne wydanie. Żal tylko, że książka tak szybko się kończy. A miałoby się ochotę na tom drugi i trzeci, czego w tym wypadku absolutnie nie należy jednak autorowi życzyć. Nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić do kupowania, czytania i polemizowania z poglądami aktora. Jestem bardzo ciekawa, co Wy sobie pomyślicie po lekturze tej książki.

Ocena; 8/10
J.Stuhr, "Tak sobie myślę", Wydawnictwo Literackie 2012.

*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/aktualnosci/.




piątek, 15 czerwca 2012

Czas pomyka


Ostatnio na polskim rynku wydawniczym ukazuje się sporo dzienników i listów autorstwa literatów. Do tego grona, postanowił dołączyć także Jerzy Pilch, publikując swój własny „Dziennik”. 

Ustawia się tym samym w doborowym towarzystwie mistrzów: Iwaszkiewicza, Mrożka, czy Herlinga Grudzińskiego. 

Jest to bardzo dobry krok, bo tym tomem Pilch udowadnia, że w pełni zasługuje na miano mistrza najnowszej literatury polskiej i niewielu jest w stanie mu dorównać.

„Dziennik” jest zbiorem felietonów publikowanych przez pisarza w „Przekroju” w latach 2010-2011. Muszę przyznać na wstępie, że nie śledziłam regularnie tekstów Pilcha w prasie, co więcej nie jestem fanką jego kilku ostatnich dokonań literackich. Krótko mówiąc, wydawało mi się, że najlepszy czas autora „Spisu cudzołożnic” już minął. Lektura zbioru, pokazała jednak, że był to osąd przedwczesny.

Felietony, skrzą się tym, co w twórczości Pilcha najlepsze: dowcipem, ironią, sarkazmem, a nade wszystko dystansem do świata. Nie brak tu kategorycznych deklaracji w stylu: koniec z wiarą w Boga, czy kibicowaniem Cracovii Kraków. Nie brak też odwagi, by zmienić zdanie i przyznać się do błędu. W tekstach autor komentuje bieżące wydarzenia polityczne, kulturalne i oczywiście piłkarskie. Dużo uwagi poświęca swojej rodzinnej miejscowości-Wiśle i ludziom tam mieszkającym. Głównym wątkiem, pojawiającym się w większości zapisów jest przemijanie i śmierć. W tych fragmentach Pilch zaskakuje refleksyjnym, melancholijnym, a momentami nawet sentymentalnym tonem wypowiedzi. W felietonach, znajdziemy również opisy mąk twórczych oraz celne oceny rzeczywistości.

Świetnym pomysłem było zebranie „Przekrojowych” tekstów i wydanie ich w formie „Dziennika”. W tomie, ukazały się, bowiem pełne wersje felietonów. Taka publikacja stwarza możliwość zapoznania się z twórczością prasową autora czytelnikom, którzy nie czytają regularnie czasopism. Przyznać trzeba, że „Dziennik”, wydany w całości brzmi wyjątkowo mocno, pokazuje w pełnej krasie wszystkie najlepsze cechy stylu Pilcha. Jestem przekonana, że będzie to dobra lektura, nawet dla tych, którzy do tej pory nie należeli do grupy fanów autora. Wystarczy tylko sięgnąć po nią bez żadnych uprzedzeń i ocen wydanych na podstawie ostatnich książek pisarza, a gwarantuje, że okaże się ona przyjemnością.

Ocena: 8/10
J.Pilch, "Dziennik", Wydawnictwo Wielka Litera 2012.



poniedziałek, 16 kwietnia 2012

O sobie samym


Tajny dziennik” Mirona Białoszewskiego został okrzyknięty najważniejszym wydarzeniem literackim 2012 r. na długo przed ukazaniem się na rynku. Publikacja została już wielokrotnie omówiona, skomentowana, oceniona. Ten tekst będzie więc kolejnym głosem w dyskusji. Czy „Dziennik” faktycznie coś odtajnia, przekonają się tylko ci najbardziej wytrwali, którzy zdołają przebrnąć przez ponad 900 stron książki.