Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 listopada 2020

Z niejednej półki. Wywiady - Michał Nogaś


Zacznę z wysokiego C, nie bójmy się wielkich słów: Z niejednej półki to biblia i obowiązkowa pozycja dla każdego, kto kocha książki i tych, którzy są równie ciekawi ich twórców - pisarzy. Lektura idealna na czas kwarantanny, izolacji społecznej, kolejnego lockdownu, czy po prostu okres jesienno - zimowy. 

W tym tomie można się zatopić i zapomnieć o całym świecie na długie godziny, a nawet dni. Można też wręcz przeciwnie: dowiedzieć się o świecie znacznie więcej, spojrzeć szerzej, niż oferują aktualne przekazy medialne.

Ta książka zachwyca od pierwszego wejrzenia i jednocześnie nieco onieśmiela swoją objętością (674 strony). Okładka informuje nas, że w środku znajdziemy 37 rozmów na prawie 700 stronach do czytania przez 14 godzin. Od razu wiedziałam, że dla mnie w żadnym wypadku nie jest to książka do przeczytania na raz. Że będę ją sobie dawkować w małych ilościach. Ta żółta cegła mieści w sobie tak rozkoszną zawartość, że należy się nią delektować, niczym najlepszym deserem. Długo i powoli.

Michała Nogasia nikomu przedstawiać nie trzeba. Od lat rozmawia z pisarzami: w różnych mediach i na różnych falach. Jedno pozostaje niezmienne: książka jest dla niego tylko pretekstem do rozmowy z autorami o  świecie, relacjach międzyludzkich, bieżących problemach społecznych, sytuacji politycznej. Zawsze uważny, wnikliwy, empatyczny. Od dawna obserwuje i cenię jego działania zawodowe. Wiedziałam, że to nazwisko na okładce jest gwarancją jakości. I nie zawiodłam się.

Z niejednej półki to zbiór wywiadów publikowanych na łamach: Gazety Wyborczej, Książek. Magazynu do czytania, Wysokich Obcasów, Wysokich Obcasów Extra w latach 2014-2020 . Kilka rozmów ( m.in: z Agnetą Pleijel i Maciejem Zarembą Bielawskim, Małgorzatą Rejmer, Mariuszem Szczygłem) powstało specjalnie na potrzeby książki. Zestaw nazwisk to istny panteon literackich sław. Mamy tu noblistów: Mario Vargasa Llosę, Orhana Pamuka, Swietłanę Aleksijewicz, Olgę Tokarczuk. Pisarzy uznanych i nagradzanych: Margaret Atwood, Hannę Krall, Wiesława Myśliwskiego, Paula Austera, Javiera Mariasa. Ulubieńców publiczności: Zadie Smith, Elizabeth Strout, Jo Nesbo. Debiutantki i pisarki młodego pokolenia: Sarah M. Broom, Jesmyn Ward.

Najlepszym sposobem na zachęcenie do sięgnięcia po zbiór rozmów wydaje mi się ujawnienie ich fragmentów, dlatego poniżej kilka niewielkich próbek.

Wszystko co pan myśli o świecie, jest w książkach?

To wystarczy. A i tak się czasem zastanawiam, czy nie za dużo napisałem. Bo po prawdzie autor powinien napisać jedną książkę, zawrzeć w niej wszystko, co ma do powiedzenia i umrzeć. Wiem, że to niemożliwe, dlatego zwykle pisze się więcej. Ja napisałem bardzo dużo, siedem książek.*

Wiesław Myśliwski

Wieszczy pani katastrofę świata.

Już nie wieszczę, to się dzieje. Szybciej, niż nam się zdaje. I pan i ja wiemy, że każdego dnia odpychamy od siebie te myśli. Ale proszę wykonać szybkie ćwiczenie. Zauważył pan, że trawa nie pachnie już tak jak kiedyś? Że z roku na rok natura wysyła nam coraz mniej intensywne zapachy? Nie pamiętamy już, jak kwiaty pachniały dziesięć lat temu, prawda? Nieustannie o tym myślę. Świat traci zapachy i kolory. Wszystko szarzeje. A co się dzieje z Arktyką? Długo jeszcze będziemy udawać ślepców?*

Margaret Atwood

Może ludzie w świecie polityki, tak jak w świecie reality show kochają igrzyska i podoba im się, że teraz - nie po raz pierwszy, ale to kwestia skali zapewne - jedni upokarzają drugich?

Ja nie umiem sobie wyobrazić potencjalnego wyborcy PiS , który patrzy na to wszystko, co się teraz dzieje, i jest z tego powodu zadowolony. Myśli sobie: o jaki robią porządek, wreszcie te drzewa powycinali, uff, po co tyle tego stało. Albo: wreszcie powykopywali te zwłoki z grobów, wreszcie jest patriotyzm i pokazują na ulicach ciapatym, gdzie ich miejsce. W szpitalu (...)*

Dorota Masłowska

Są w tym zbiorze absolutne perły, jak wstrząsająca rozmowa z Małgorzatą Rejmer o sytuacji kobiet w Albanii i szukaniu własnego miejsca w świecie. Równie wartościowe i ważne są rozmowy z Agnetą Pleijel i Maciejem Zarembą Bielawskim o stawaniu się pisarzem i wspólnym życiu, czy z Mariuszem Szczygłem o czytaniu. W całym tomie nie ma błahych tematów i nieistotnych słów. Każda rozmowa jest ciekawym spotkaniem, które prowadzi do odkrycia nowych perspektyw i poszerzenia horyzontów.

Umieszczenie w jednym miejscu literackiego dream teamu zawsze prowokuje pytania o to, kogo w tym zestawieniu zabrakło, kogo my zaprosilibyśmy do rozmowy? Pokusiłam się o zastanowienie nad tą kwestią. Osobiście brakuje mi archiwalnej rozmowy z Amosem Ozem (pisarz zmarł w 2018 roku), wywiadów z Mikołajem Grynbergiem i Mikołajem Łozińskim. Rozumiem jednak, że nie można mieć wszystkiego, a braki dają nadzieję na ciąg dalszy w przyszłości.

Nie sposób nie zauważyć i nie docenić pięknego, niezwykle starannego wydania książki Michała Nogasia. Okładki zaprojektowanej przez mistrza w swoim fachu -  Przemka Dębowskiego, ilustracji wykonanych przez Joannę Rusinek, redakcji Wojciecha Szota. Teoretycznie nie powinno się oceniać książki po okładce. Jednak w tym przypadku można to zrobić bez obaw. Treść jest równie wspaniała, jak szata graficzna.

W zeszłym roku wymarzonym, pożądanym przez każdego książkoholika prezentem gwiazdkowym był Słownik miejsc wyobrażonych Alberto Manguela i Gianniego Guadalupiego. Nie mam żadnych wątpliwości, że w tym roku będzie to Z niejednej półki. Wywiady Michała Nogasia. Książka uniwersalna, z którą można obcować na wiele sposobów: łyknąć na raz, podzielić na mniejsze porcje, zrobić ranking ulubieńców i rozmowy z nimi przeczytać w pierwszej kolejności, przeczytać wyłącznie wywiady z pisarzami, których twórczości jeszcze nie znamy i w ten sposób dokonać małych odkryć Ameryki, zacząć od obejrzenia ilustracji. Niezależnie od wybranego sposobu czytania, z całą pewnością nie będzie to zmarnowany czas, bo to lektura wielokrotnego użytku, a każdy powrót do niej to przyjemność w czystej postaci.

M.Nogaś Z niejednej półki. Wywiady., il. J. Rusinek. Wydawnictwo Agora 2020.

* Dziękuję Wydawnictwu Agora za przekazanie egzemplarza do recenzji.

* Wszystkie cytaty pochodzą z omawianej książki.




























































































 



 

czwartek, 16 listopada 2017

Dalszy ciąg

„Jest życie po końcu świata” nie jest kolejnym ekshibicjonistycznym, celebryckim wywiadem na wyłączność, jakich pełno w kolorowych magazynach. Ukazanie się  rozmowy Aleksandry Pawlickiej z Joanną Kos-Krauze, zbiegło się w czasie z premierą ostatniego filmu reżyserki „Ptaki śpiewają w Kigali”. Nie jest to przypadek. Książka powstała przede wszystkim po to, by uświadomić skalę i złożoność rwandyjskiego konfliktu. Stanowi uzupełninie i pogłębia treść filmu. Osobistą historią i doświadczeniami Kos-Krauze dzieli się w sposób mądry, wyważony, spokojny. W tekście nie pada ani jedno zbędne zdanie. Dzięki temu czas poświęcony na lekturę nie jest czasem straconym, tylko doskonale spędzonym.

„Ptaki śpiewają w Kigali” to ostatni wspólny film reżyserskiego duetu. Zmarły w 2014 roku Krzysztof Krauze współtworzył scenariusz i wziął udział pierwszych dniach zdjęciowych. Na jego powstanie trzeba było czekać aż dziesięć lat, a kulisy tego procesu to temat na osobną książkę. Jest to jeden z najtrudniejszych i jednocześnie najbardziej nowatorskich realizacyjnie projektów Kos-Krauze.

Film nie opowiada bezpośrednio o samym akcie ludobójstwa dokonanym w Rwandzie w 1994 roku. W ciągu stu dni zginęło wtedy blisko milion osób, głównie z plemienia Tutsi. Obraz skupia się na konsekwencjach tej potwornej zbrodni. Pokazuje, że powierzchowne sądy, łatwe oceny są tutaj niemożliwe. Trauma wciąż dotyka wszystkich mieszkańców kraju. W historii rodzinnej każdego pojawia się ofiara bądź oprawca. Poczucie winy, krzywdy jest więc stale obecne, przebaczenie bywa niemożliwe. Wydaje się, że ciągle jest na nie za wcześnie.

„Ptaki śpiewają w Kigali” – historia nieprzypadkowego spotkania dwóch kobiet z zupełnie różnych światów jest przyczynkiem do rozważań o wykorzenieniu, obcości i potrzebie zrozumienia.

Reżyserka bywała w Rwandzie wielokrotnie, przeniosła się tam na czas kręcenia zdjęć. Zyskała zaufanie lokalnej społeczności. Dzięki temu ma szerszą perspektywę pełny ogląd sytuacji. W rozmowie z Pawlicką stara się nakreślić genezę konfliktu, omawiając jego  poszczególne elementy: rolę Kościoła, polityków, uwarunkowania historyczne, społeczne. Z uwagi na okoliczności wątki rwandyjskie zajmują znaczną część tekstu. Dodatkowo rozmowa przeplatana jest miniaturami reporterskimi autorstwa Pawlickiej.

Równolegle w rozmowie pojawiają się oczywiście pytania dotyczące życia prywatnego. Kos-Krauze opowiada o małżeństwie z Krzysztofem, wspólnej pracy, realizacji poszczególnych filmów, nagrodach, uznaniu środowiska, chorobie i odejściu męża. Przewijają się również tematy: samotności, przemijania, stosunku do wiary, śmierci, przeżywania żałoby.

Większy spokój masz w sobie, mieszkając w Polsce czy w Rwandzie?

W Polsce to nie wiem, kto ma dziś spokój w sobie. Tu trzeba się udać na emigrację wewnętrzną, żeby móc żyć. Gdy jestem w Polsce, zawsze mam wrażenie potwornego napięcia. Ale jestem stąd. Tutaj zaczęła się każda z moich podróży i tutaj wracam. Dlatego martwi i boli mnie dzisiejsza Polska. [s.63]

… W związku wcale nie chodzi o to, żeby ktoś się przy kimś zmieniał. To w ogóle nie na tym polega. Bo jak człowiek nie ma pragnienia zmiany w sobie, to się nie zmieni. Pytanie tylko, czy osoba, z którą jesteś ciągnie cię w górę czy w dół. Jedni do rozwoju potrzebują presji, inni wsparcia. Wszystko polega na tym, żeby znaleźć w drugiej osobie stymulującego do rozwoju  partnera. I stworzyć z nim relację, która będzie pchała do przodu, a nie blokowała. Myślę, że właśnie tak było w naszym przypadku. [s.124]

Co dostałaś od Krzysztofa najcenniejszego? I nie pytam o rzeczy materialne.

…Chyba wszystko. Jestem w jakimś sensie osobą przez niego ukształtowaną. Gdy go poznałam byłam prawie dzieckiem. Przepracowaliśmy razem 20 lat, odnieśliśmy sukcesy i porażki, przechodziliśmy razem jego chorobę, walczyliśmy o życie, przeżyliśmy te wszystkie emocje…Tak, z perspektywy czasu uważam, że dostałam od niego wszystko. [s.127]

…Dał mi 20 intensywnych twórczo i życiowo lat. To, co w nich dobre i złe. To jemu zawdzięczam, że już się nie boję. Nie mam lęków…[ s.128]

…Samotność jest ceną niezależności. A niezależność oznacza zawsze jedno – wysoki poziom lęku, bo wiesz, że możesz się mylić, bo ufasz swojemu instynktowi , bo idziesz za swoją intuicją, czasami inaczej myślisz, masz inne zdanie , czasami jesteś zbyt asertywny, czasami zbyt agresywny, czasami przejmujesz się czymś za bardzo. Ludzie podziwiają niezależnych, zazdroszczą im, ale robią wszystko, aby takimi nie być. Wtłaczają swoje życie w koleiny wyżłobione przez innych. Dlatego stawiane przez nas pytanie brzmi: ile energii człowiek jest gotów poświęcić, aby obronić swą niezależność? Jaką zapłacić cenę?... [ s.152-153]

Lektura „Jest życie po końcu świata” daje poczucie obcowania z mądrą, doświadczoną osobą. Nie znajdziemy tu szkodliwego nadmiaru emocji, epatowania cierpieniem, jakiegokolwiek przekroczenia granic intymności. Dzięki temu całość nabiera jeszcze większej siły wyrazu.

Wątek rwandyjski jest wartością dodaną tekstu. Wiedzę o dramatycznych wydarzeniach w Rwandzie większość z nas czerpała z licznych przekazów medialnych. Mało kto zadał sobie trud głębszego poznania tematu. Ta książka daje możliwość znacznego poszerzenia wiedzy, zrozumienia sedna problemu.

Rozmowa istotna w każdym calu.

Ocena: 9/10
J.Kos-Krauze,A.Pawlicka, „Jest życie po końcu świata”, Wydawnictwo Znak Literanova 2017.

* Dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova za przekazanie egzemplarza do recenzji.
* Książka na stronie wydawcy: http://www.znak.com.pl/autor/Joanna-Kos-Krauze

* Wszystkie cytowane fragmenty pochodzą z omawianej książki.

wtorek, 17 października 2017

Porysowani

„Nie ma się co obrażać. Nowa polska ilustracja” pod redakcją Patryka Mogilnickiego to album będący wizualno – estetyczną ucztą i jednocześnie zbiór wywiadów z ilustratorami, w których opowiadają o początkach swojej drogi zawodowej i kulisach pracy.

We wstępie Mogilnickiego czytamy: Do tej publikacji wybrałem najciekawszych, moim zdaniem, oryginalnych twórców rodzimej ilustracji, funkcjonujących TU i TERAZ, ilustratorów o charakterystycznym, wyrobionym stylu, którzy – niezależnie od tego, czy pracują na zlecenie, czy na własną rękę – pozostają rozpoznawalni. To dowód na siłę ich ilustracji i wiarę we własną drogę. Moi rozmówcy różnią się doświadczeniem i stażem w branży, ale łączą ich świeżość i zapał do pracy. „Nowa” nie znaczy tu po prostu „współczesna”, lecz „inna, innowacyjna, awangardowa, oryginalna, odchodząca od realizmu”. [ s.7].

Fragment ten poniekąd uzasadnia taki ,a nie inny dobór twórców i zamyka usta wszystkim chętnym do dyskusji i polemiki na ten temat. Należy uznać, że jest to w pełni subiektywny autorski wybór. Brak reprezentacji nestorów zawodu w niczym nie umniejsza wartości zbioru.

Wśród dwudziestu dwóch rozmówców ( 10 kobiet, 12 mężczyzn) znaleźli się: Gosia Herba, Zosia Dzierżawska, Bartek Arobal Kociemba, Dawid Ryski, Ola Niepsuj, Marianna Sztyma, Maciej Sieńczyk, Paweł Jońca, Magda Wolna Tymek Jezierski, Karol Banach, Barbara Dziadosz, Ania Goszczyńska, Jan Kallwejt, Ada Bucholc, Dominik Cymer, Daniel Gutowski, Izabela Kaczmarek-Szurek, Michał Loba, Agata Marszałek, Paweł Mildner oraz autor całej książki Patryk Mogilnicki.

„Nie ma się co obrażać” to album koncepcyjny. Wszyscy twórcy opowiadają o tych samych zagadnieniach: początkach zainteresowania rysunkiem, pierwszych rysunkach, ukończonych szkołach, pierwszych publikacjach, momencie przejścia na zawodowstwo, lubianych/ nielubianych tematach, wpływach, technice, miejscu pracy, napędzie oraz przeszkodach przy pracy, absurdalnych sytuacjach i planach na przyszłość. Każdą rozmowę poprzedza portret ilustratora, wraz z krótkim biogramem zawodowym. Jest ona uzupełniona również listą ulubionych ilustratorów, książek, filmów i płyt. Integralną częścią wywiadów jest prezentacja wybranych prac poszczególnych twórców.

Antologia ze względu na swoją formułę przywodzi na myśl skojarzenie z niedawno wydaną książką: „Jak oni pracują. Rozmowy z polskimi twórcami” Agaty Napiórskiej. Takie publikacje zawsze są ciekawe, bo pozwalają podejrzeć warsztat pracy twórców. Z uwagi na dużą liczbę rozmówców i ograniczoną objętość, wywiady są dość skrótowe, powierzchowne. Co za tym idzie, pozostawiają pewien niedosyt. Z drugiej strony można je potratować jako wstęp do szerszego zainteresowania się twórczością danego artysty. Z tej perspektywy jest to więc jedynie niewielki mankament.

Mimo że przepytane przez Mogilnickiego osoby różni wiek i doświadczenie zawodowe, w ich opowieściach można znaleźć wiele punktów wspólnych. Choć nie wszyscy skończyli uczelnie artystyczne to rysunkiem, grafiką, grami komputerowymi interesowali się od dzieciństwa, niektórzy zdolności odziedziczyli po rodzicach. Wszyscy działają też na wielu polach: ilustracji książkowej, prasowej, plakatu, reklamy, projektowania graficznego. Każdy z twórców jest zaprzyjaźniony z nowymi technologiami, tylko nieliczni używają w pracy wyłącznie ołówka czy kredki. Większość pracuje w domu, niektórzy w wynajętej na mieście pracowni. Duża część ma na koncie publikacje swoich prac za granicą. Jako miejsce zamieszkania najczęściej pojawia się Warszawa, co zrozumiałe z uwagi na koncentrację mediów i dużych wydawnictw w stolicy. Swoje reprezentacje mają również: Wrocław, Poznań, Toruń, Puławy. Troje rozmówców Mogilnickiego mieszka za granicą.

Jedną z największych zasług tej książki jest obalenie mitu pracy freelancera. Wolni strzelcy bardzo często są postrzegani jako osoby nieskrępowane, mogące robić co i kiedy chcą. Kłam takiemu obrazowi zadają wszyscy ilustratorzy. Ich rzeczywistość to często bowiem ciągła pogoń za zleceniami, praca pod presją czasu, nad kilkoma projektami jednocześnie, konieczność chodzenia na kompromisy ze zleceniodawcami i sprostania ich często dziwnym wymaganiom. 

Wszystko to wiąże się z brakiem czasu na realizację własnych, autorskich pomysłów. Nie wszyscy też utrzymują się wyłącznie z rysowania. Niektórzy dodatkowo zajmują się projektowaniem graficznym lub pracują w agencjach reklamowych. Jeśli w waszej głowie pojawiła się myśl: „fajnie by było mieć wolny zawód”, przeczytajcie tę książkę uważnie, dwa razy.




Obecność blisko 400 ilustracji czyni z „Nie ma się co obrażać’ pozycję unikalną, wyjątkową. Połączenie ze starannym wydaniem, które zawsze wyróżnia pozycje wydawnictwa Karakter sprawia, że jest to jedna z najpiękniejszych polskich publikacji tego roku. Można ją spokojnie traktować jak album i oglądać w nieskończoność, wciąż odkrywając coś nowego. Jest to nie tylko lektura obowiązkowa dla wielbicieli ilustracji, ale także dla wszystkich, którzy lubią piękne przedmioty, cenią staranność wykonania.



Polska ilustracja ma się świetnie, a jej popularność stale rośnie. Takie wnioski można wyciągnąć nie tylko po przeczytaniu zbioru Mogilnickiego. To, że w podobnym czasie ukazuje się kilka publikacji na ten sam temat (obok omawianej, 18 października nakładem wydawnictwa Czarne ukaże się „Ten łokieć źle się zgina”) pokazuje, że istnieje na nie zapotrzebowanie. Potrzeba piękna w naszym społeczeństwie rośnie, a poczucie estetyki zmienia się. Napawa to niewątpliwie optymizmem na przyszłość. Publikacje tej klasy co „Nie ma się co obrażać. Nowa polska ilustracja” pod red. Patryka Mogilnickiego z pewnością przyśpieszą proces zmian i przyczynią się do edukacji w zakresie estetyki.

Ocena: 9/10
„Nie ma się co obrażać. Nowa polska ilustracja”, wybór, wstęp i redakcja Patryk Mogilnicki, Wydawnictwo Karakter 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Karakter za przekazanie egzemplarza do recenzji https://www.karakter.pl/

*Wszystkie cytaty i ilustracje pochodzą z omawianej książki.

poniedziałek, 9 października 2017

W roli głównej



Kinga Burzyńska w „Szkole Filmowej"z aktorami rozmawia wyłącznie o aktorstwie. I bardzo dobrze, bo są to rozmowy znakomite.

Obecnie aktorzy rzadko mają okazję wypowiadać się w mediach wyłącznie na temat zawodu. Dużo częściej w trakcie wywiadów prasowych, czy telewizyjnych maglowani są ze swojego życia prywatnego, sposobu odżywiania, czy tego, w co się ubrali na różnego rodzaju eventy. Pytania o role, plany zawodowe pojawiają się wyłącznie przy okazji. Jest to tłumaczone tym, że widza / czytelnika podobno bardziej interesuje prywatność osób znanych, a newsy branżowe słabo się klikają.

Książka Burzyńskiej jest jak powiew świeżego powietrza. Tutaj w końcu, aktorzy mogą opowiedzieć o tym, co dla nich najistotniejsze – swojej pracy. Publikacja ta jest perełką w zalewie plotkarskiej tandety i prawdziwą gratką dla wielbicieli talentu poszczególnych aktorów.

„Szkoła Filmowa” to tytuł autorskiego programu Kingi Burzyńskiej, nadawanego w TVN Fabuła. Nagrania realizowane są z udziałem publiczności – głównie młodzieży zainteresowanej aktorstwem w Warszawskiej Szkole Filmowej i w Warszawskiej Akademii Teatralnej. Kameralne warunki realizacji sprzyjają swobodnej atmosferze rozmów.

Książka jest zbiorem piętnastu wywiadów przeprowadzonych w programie. Wśród rozmówców znaleźli się: Marek Kondrat, Agata Kulesza, Tomasz Kot, Dorota Kolak, Andrzej Grabowski, Bartłomiej Topa, Maciej Stuhr, Arkadiusz Jakubik, Anna Dymna, Cezary Pazura, Maja Ostaszewska, Borys Szyc, Joanna Kulig, Piotr Adamczyk, Wojciech Malajkat.

Dobór aktorów z różnych pokoleń, różnych szkół aktorskich, mających odmienne doświadczenia zawodowe jest dodatkowym walorem całości. Autorkę najbardziej interesuje moment podjęcia decyzji o wyborze drogi aktorskiej oraz sam pobyt w szkole teatralnej – jako doświadczenie kluczowe dla kształtowania osobowości. Tym zagadnieniom poświęcona jest duża część każdego z tekstów.

Ponadto Burzyńska pyta swoich gości o metody pracy nad rolą, sposoby konstruowania, postaci, pierwsze role filmowe i teatralne preferowany styl pracy na planie, mistrzów zawodu,  sukcesy, porażki, plany i marzenia zawodowe. Taka konstrukcja rozmów daje czytelnikom pełen obraz drogi zawodowej lubianych gwiazd polskiego kina.

Doświadczenie zawodowe dziennikarki, szerzej znanej z porannego programu „Dzień dobry TVN”, gdzie robi relacje z planów seriali i filmów fabularnych sprawia, że dobrze zna środowisko filmowców. Z niektórymi rozmówcami, łączy ją wieloletnia znajomość. Dzięki temu rozmowy są swobodne, a aktorzy chętnie dzielą się nieznanymi anegdotami z życia zawodowego. Zdarzają się też zwierzenia natury ogólnej.

Nie sposób zacytować wszystkich błyskotliwych, zabawnych, pouczających fragmentów tej książki. Dlatego też podaje jedynie kilka cytatów, na zachętę.

Marek Kondrat o tym, czy dobrze się czuje w roli mentora?

Nie wierzę specjalnie w taką pozycję. Każdy ma własny scenariusz życia, jakiś gen, który nim kieruje w większym czy mniejszym stopniu i który wpływa na takie bądź inne decyzje. Cały czas podkreślam, że moje wybory są całkowicie indywidualne. Nie chcę formułować uwag ogólnych, dotyczących np. stanu zawodu. Mnie on znużył, zużył, mam poczucie, że zagrałem już wszystko, w związku z tym już nie ma się z czym mierzyć. Owszem są wyjątki – mówię tu o współpracy z Markiem Koterskim i cyklu spotkań z Adasiem Miauczyńskim, które były przeżyciem niesłychanie osobistym, nie tyle kreacją, ile bardzo wyjątkowym i rzadkim spotkaniem z materią, która całkowicie zgadza się z życiem. Mam przeświadczenie, że tego powtórzyć się nie da. A kiedy się już osiągnęło pewną głębię przeżycia to schodzenie poniżej tego poziomu, powrót do rzeczy chłodniejszych emocjonalnie – jest trochę po nic. [s. 32-33]

Arkadiusz Jakubik o bronieniu postaci, które gra:

Obronić postać to rzecz najważniejsza, ale myślę, że bohaterowie w filmach Smarzowskiego dlatego mają taką siłę rażenia i są tak przekonujący, że są bardzo blisko człowieka Każdy anioł zawsze ma mniej lub więcej brudu za paznokciami, a każdy morderca mniejszą lub większą aureolę z tyłu głowy. Tak samo skonstruowany jest każdy z nas, każdy człowiek, to jest ciągła walka pomiędzy jasną i ciemną stroną mocy. Dlatego też jeżeli dostaje do zagrania, to muszę go pobrudzić, utaplać w błocie, a jeżeli dostaję mordercę, to muszę go wybronić i poszukać w nim jasnych stron. [s. 159]

Maja Ostaszewska o tym, czego by nie zagrała?

Żyje dość świadomie, uważam się za osobę z pewną wrażliwością obywatelską, społeczną i ważne jest dla mnie, jaki przekaz ma to, co robię. Nie interesuje mnie sztuka na zamówienie, sztuka propagandowa. Nie wzięłabym też udziału w niczym, co promuje nietolerancje, rasizm, jakiekolwiek wykluczenie. Albo przemoc wobec zwierząt… [s. 229]

„Szkołę Filmową” czyta się jednym tchem. Wybitnych aktorek i aktorów z dużym dorobkiem, na szczęście w naszym kraju nie brakuje, dlatego też pozostaje mieć nadzieję, że był to jedynie przedsmak długotrwałej przygody i wkrótce pojawi się kontynuacja rozmów. Byłoby świetnie, gdyby ta publikacja zapoczątkowała trend, dzięki któremu na rynku wydawniczym pojawi się więcej czysto branżowych rozmów z przedstawicielami różnych dziedzin kultury i sztuki.

Ocena: 8/10
K.Burzyńska, „Szkoła Filmowa”, Wydawnictwo W.A.B. 2017.

* Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za przekazanie egzemplarza do recenzji https://www.gwfoksal.pl/

*Wszystkie cytowane fragmenty pochodzą z recenzowanej książki.

piątek, 29 września 2017

Dobra zmiana

W drugiej części rozmów z Eweliną Pietrowiak pt. „Inne ochoty” Jerzy Pilch pokazuje, że niegdysiejsze określenia: niezrównany gawędziarz, najlepszy polski pisarz, często pojawiające się przy jego nazwisku, wciąż są uzasadnione.

W ostatnich latach Pilch na własne życzenie dorobił się kilku medialnych „gęb”. Etykietki naczelnego alkoholika, kobieciarza, luteranina, w końcu chorego na Parkinsona, przylgnęły do niego na stałe. Wszystkie wywiady opierały się o te tematy. Autor stał się monotematyczny, a czytelnicy, nawet ci najwierniejsi, zapomnieli już, że kiedyś był dobrym pisarzem. Sytuacji nie ratowały ostatnie, nie najlepsze mini powieści, a „Zawsze nie ma nigdy” – pierwsza część rozmowy z Pietrowiak, utrwaliła jedynie znany już obraz. Na szczęście jej kontynuacja jest miłym zaskoczeniem i odmianą w tym względzie. Powraca w niej bowiem Pilch - gawędziarz, którego pamiętamy ze starych, dobrych czasów.

Początek rozmowy: o świeczniku z domu babki, wywoływaniu duchów, patriotyzmie, polityce (stosunek do rządów PiS i rosnące znaczenie ruchów prawicowych na świecie) kibicowaniu, chorobie jako temacie literackim, wskazuje, że po raz kolejny przeczytamy wszystko to, co już wiemy, podane jedynie w nieco innym opakowaniu. Pojawiają się tu celne, nośne frazy typu:

Powiedziałbym, że pisarz z całą pewnością nie powinien się angażować w poglądy prawicowe. Poglądy prawicowe szkodzą literaturze.

…zbyt wyraziste poglądy rozbrajają wyobraźnię: wiesz jak masz się zachować w każdej sytuacji.. [s.13-14]

Pilch zostaje zagadnięty o zmianę wizerunku (niedawno nabyte zamiłowanie do kapeluszy), koty, o których wypowiada się z czułością:

Kot jest zwierzęciem dotykowym. Głaskanie kota to rodzaj pieszczoty, której niepodobna zapomnieć, kot uruchamia człowieka erotycznie, dotykowo. [s. 23]

Po tematach „z życia wziętych”, Pietrowiak kieruje rozmowę na wątki związane z muzyką, sztuką, fotografią, filmem. I jest to najlepsza decyzja z możliwych. Opowieści o kolekcji płyt z muzyką klasyczną, barakową, malarstwie Boscha, Bruegela, sentymentalne wspomnienia orkiestry dętej z Wisły, czy ludowych pieśni, czyta się z dużym zainteresowaniem i przyjemnością. Podobnie zresztą, jak te o fotografii, czy pierwszych obejrzanych filmach.

Ta część pokazuje też, że gawędy o literaturze i szeroko pojętej sztuce, napisane już samodzielnie przez Pilcha byłyby lekturą doskonałą, bo w tej formie i tematyce pisarz czuje się świetnie i nie ma sobie równych.

Drugi rozdział „Innych ochot” jest już w pełni spójny, w całości został poświęcony literaturze i tematom okołoliterackim. Mamy tu do czynienia z Pilchem – erudytą w znakomitej formie. Pisarz dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem. Uważnie obserwuje i trafnie komentuje.

Zaczyna się od próby definicji pojęcia literatura. Pietrowiak pyta też o opinię na temat niskiego poziomu czytelnictwa w Polsce, nadprodukcję na rynku wydawniczym, nowe nabytki w bibliotece Pilcha, aktualne lektury, rolę nauczycieli w upowszechnianiu czytelnictwa (Szkoła jest grobem literatury) Pojawia się wątek nowej – introligatorskiej pasji autora, a także opinia na temat coraz popularniejszych kursów pisania. Kilka cytatów na zachętę.

O popularności reportażu w Polsce:
Wydaje mi się, że dobry reportaż nie jest trudno napisać. Trzeba gdzieś pojechać, obejrzeć, popytać; całą substancję ma się od początku do końca daną. Jak ktoś włada dobrze językiem polskim to reportaż w ciągu jednego popołudnia opracuje, z palcem w dupie. [s.219]

O dziennikarzach:
Dziennikarze uczą pisania i opowiadania historii, ale nazywają je opowieściami, bo tęsknią za prawdziwą literaturą i tym się nobilitują. Wcale nie chcę przez to powiedzieć, że są mniej zdolni, może po prostu nie zdają sobie sprawy z własnych tęsknot. Być może część z nich zostanie kiedyś niezłymi pisarzami.[s.221]

Czy studia polonistyczne pomagają zostać pisarzem?
Polonistyka nie daje literalnie nic, te studia są kompletną stratą czasu. [s.161]

Na pytanie, czy da się być krytykiem bez zawiści, że to nie ja pisze książki? Pilch odpowiada tak:

Nie jest to częsty przypadek, ale da się. Oczywiście lepiej by było, gdyby mówili na mnie pisarz, ale gdy mówią krytyk literacki też jest okej. Napisałem kiedyś felieton o tym, jak powstaje krytyk literacki. Zdajesz na studia, jeśli jesteś facetem na polonistyce, to jesteś młodym poetą, nie ma innej możliwości. Na drugim roku dowiadujesz się, że koło polonistów będzie wydawało czasopismo literackie i oni na gwałt szukają kogoś, kto napisze recenzje z ostatniego tomu Jarosława Marka Rymkiewicza. Ktoś ci to proponuje, jest moment wahania, bo przecież jesteś poetą, ale w końcu Rymkiewicz też kiedyś uprawiał krytykę…Piszesz, zanosisz, a tam zachwyt: świetna, głęboka recenzja! Kolejna propozycja, kolejny zachwyt. Po drugiej recenzji już cię przyjmują jako klasyka. Cały czas sobie powtarzasz, że to właściwie nie przeszkadza, że kariera krytyczno-literacka nie jest wstydem, że godzina kariery poetyckiej jeszcze wybije. Po kilku kolejnych tekstach ktoś proponuje, że je wyda. Jest niezręcznie, bo powinieneś debiutować tomem wierszy, ale wierszy od trzech lat jest niezmienna ilość – osiem. Poza tym Mickiewicz, Miłosz, wszyscy pisali o literaturze. Wychodzi książka krytyczno-literacka, nie daj Boże, dostaje się za nią nagrodę. I zostajesz krytykiem. [s.159-160]

Tego typu smaczków jest tu zdecydowanie więcej. Pilch niejako podsumowuje tu swoją dotychczasową twórczość prozatorską, felietonową, diarystyczną. Dzieli się swoimi spostrzeżeniami na temat specyfiki tych form i udziela praktycznych rad.

Można odnieść wrażenie, że w drugim tomie rozmów z Eweliną Pietrowiak, Pilch nieco złagodniał, stał się bardziej ugodowy. Faktycznie dużo mniej tu złośliwości, ironii, sarkazmu, z których słynął do tej pory. Ostre polemiki zastąpiła rozwaga w doborze słów. Ta zmiana nastąpiła jednak wyłącznie na poziomie języka, bo błyskotliwość obserwacji i celność ripost, pozostały niezmienne.

Jedna jaskółka wiosny nie czyni. Trudno po lekturze „Innych ochot” ogłaszać od razu dekonstrukcję wizerunku Pilcha. Tym bardziej, że niektóre fragmenty tej rozmowy wskazują, że jest to jedynie, wynikająca z potrzeby chwili zmiana rekwizytów. Jak będzie? Czas pokaże. Niewątpliwie jednak Pilcha w formie z drugiego tomu wywiadu-rzeki chciałoby się czytać dużo więcej. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że kurs obrany w tej rozmowie zostanie utrzymany jak najdłużej.

Ocena: 8/10
J.Pilch, E.Pietrowiak, „Inne ochoty”, Wydawnictwo Literackie 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji https://www.wydawnictwoliterackie.pl/

[wszystkie cytaty pochodzą z omawianej książki]

czwartek, 13 kwietnia 2017

Elegancki pesymista

Niedawno ukazała się najnowsza płyta zespołu Pablopavo i Ludziki pt. „Ladinola”. Jest to doskonała okazja, by przypomnieć, że w zeszłym roku ukazał się „Dym” – wywiad graficzny z Pablopavo.

Miejski poeta, bard, wokalista popularnego zespołu reggae – Paweł Sołtys, bo tak nazywa się Pablopavo, umyka wszelkim klasyfikacjom i z każdą kolejną płytą pokazuje, że nie da się zamknąć w żadnej z szuflad, które tak uwielbiają dziennikarze.

Od początku można się było spodziewać, że wywiad z Pablopavo nie będzie oczywisty. Nie będzie jednym z tych, jakich setki czytamy w prasie i Internecie, na co dzień. Takie założenie wynikało chociażby z faktu znikomej aktywności medialnej artysty i nieobecności w tzw. mainstreemowych rozgłośniach radiowych. I tak też się stało, rozmowa z muzykiem ma bowiem formę komiksu. Scenariuszowi Marcina „Flinta” Więcławka, towarzyszą rysunki Marcina Podolca. Całość przeplatana jest natomiast wybranymi tekstami utworów Pawła Sołtysa.

Pablopavo opowiada o dorastaniu na warszawskich Stegnach, udrękach dojrzewania, miłosnych dramatach tamtego okresu, łobuzerce, grze w piłkę, pierwszej gitarze i fascynacjach muzycznych. Dużo miejsca poświęca opowieściom o kolegach z podwórka, osiedlowych wariatach, którzy później stali się inspiracją do pisania tekstów. Jest o tym, że studia na filologii rosyjskiej to przerywane zachwytami pasmo rozczarowań. Jest także o wybuchu lat 90., gdy wszystko działo się szybciej i mocniej. O żonie, rodzinie. Ale, przede wszystkim jest o muzyce. Fascynacji jazzem, początkach zespołu Vavamuffin i wszystkich solowych projektach. O pisaniu tekstów i umiłowaniu szczegółu w nich. Pablopavo mówi też: Żeby być uczciwym - osobiście lubię ten balans ,że jestem trochę z Grochowa, trochę z poważnej książki, ze sceny reggae, ale też trochę z hip-hopu[1]

„Dym” jest po prostu historią o życiu, tym najzwyklejszym i najważniejszym. Opowiedzianą bez zadęcia, cekiniarstwa, rozdzierania szat i wywlekania bebechów. Osnutą papierosowym dymem.

Jak możemy przeczytać we wstępie: Od strony scenariusza „Dym” to robota głównie dziennikarska. Nie fabularyzowaliśmy, dopasowaliśmy do siebie wspomnienia i utwory, a elemnty tej układanki się zazębiły.[2]

Jeśli chodzi o komiks to rysunki są w większości realistyczne, utrzymane w oszczędnej tonacji kolorystycznej: sepia, czerń. Wykonane mieszaną techniką m.in. pastelami. Użyta kreska momentami przypomina, tę stosowaną w komiksach dla dzieci i kreskówkach. Przeważają plansze wielokadrowe.

O sile i wartości „Dymu” decyduje jednak przede wszystkim osobowość i charyzma Pablopavo. Wokalista jest czułym obserwatorem i czujnym komentatorem rzeczywistości. Nie tej medialnej, z pierwszych stron, politycznej, ale tej codziennej, ulicznej, osiedlowej. Bohaterami jego piosenek często są ludzie ze społecznego marginesu, przegrani, na których nikt nie zwraca uwagi. Siłą tych tekstów jest prawda, zwyczajność, liryzm. To, co wyczuwalne w muzyce jest też widoczne w rozmowie z artystą. Mamy do czynienia ze spójną w życiu i na scenie postacią, która niczego nie udaje i nie zajmuje się kreacją wizerunku. To wszystko, czyni „Dym” pozycją wyjątkową.

Ocena: 8/10
M. „Flint” Więcławek, M.Podolec, „Dym”, Wydawnictwo Kultura Gniewu 2016.
* Za przekazanie egzemplarza do recenzji dziękuję wydawnictwu Kultura Gniewu http://www.kultura.com.pl/index.php



[1] M.Więcławek,M.Podolec, „Dym”, Wydawnictwo Kultura Gniewu 2016, s.24.
[2] M.Więcławek, M.Podolec, „Dym”, Wydawnictwo Kultura Gniewu 2016, s.5.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Rozmowy zakulisowe

W ostatnich tekstach pisałam już o urokach czytania, udrękach recenzowania książek, przyszedł czas, by oddać głos twórcom i dowiedzieć się, jak oni pracują? Okazją do poznania odpowiedzi na to pytanie jest lektura książki Agaty Napiórskiej o tym samym tytule: „Jak oni pracują. Rozmowy z polskimi twórcami.”

Autorka najpierw doprowadziła do wydania w Polsce książki Masona Curreya „Codzienne rytuały. Jak pracują wielkie umysły”, później postanowiła stworzyć jej polski odpowiednik. W ten sposób powstał zbiór blisko 60 rozmów z twórcami z różnych dziedzin. Wcześniej ukazywały się one na łamach magazynu „Zwykłe życie”.

Wśród rozmówców znaleźli się m.in.: Jóżef Wilkoń, Tadeusz Rolke, Jerzy Pilch, Joanna Bator, Sylwia Chutnik, Katarzyna Bonda, Jacek Dehnel, Robert Gliński, Papcio Chmiel, Mariusz Szczygieł i Jakub Żulczyk.

W założeniu miała to być książka o codzienności twórców. W związku z tym, wszyscy zostali zapytani przez Napiórską o rytm dnia, rytuały, nawyki, plan pracy, wenę, stosunek do nudy. Na uznanie zasługuje fakt, że autorce udało się zaprosić do rozmowy, tak wielu wybitnych artystów. Wymagało to z pewnością wiele wysiłku i dobrej organizacji. Z drugiej strony to, co jest atutem książki, stało się po części również jej wadą. Mnogość rozmów, sprawia, że są one bardzo powierzchowne, płytkie. Momentami niebezpiecznie ocierają się o banał.

Owszem miło jest dowiedzieć się, o której wstaje, co jada i co pija na śniadanie nasz ulubiony pisarz/ pisarka, czy bieganie pomaga w tworzeniu? Jednak czytanie tego typu wypisów z codzienności w zwielokrotnionej ilości, nieuchronnie prowadzi do nudy,staje się monotonne. Oczywiście są tu rozmowy fascynujące, ciekawe, ale są też takie, bez których śmiało można się obejść.

Mając do dyspozycji zbiór tak wybitnych osobowości, chciałoby się dowiedzieć czegoś więcej o samym procesie tworzenia dzieła, budowania fabuły, konstruowania postaci. Tego typu pogłębionej refleksji zdecydowanie tu brakuje i jest to największy zarzut wobec „Jak oni pracują. Rozmowy z polskimi twórcami”.

Rozumiem, że zamysłem autorki były rozmowy o codzienności właśnie, ale takie zawężenie pola dyskusji, w gruncie rzeczy nie przysłużyło się książce. Po lekturze pozostaje uczucie niedosytu i wrażenie olbrzymiego, niewykorzystanego jednak potencjału. A szkoda. Mogła to być rzecz wybitna, kopalnia wiedzy, a jest jedynie rozrywkowa ciekawostka.

Ocena: 5/10
A.Napiórska, „Jak oni pracują. Rozmowy z polskimi twórcami”, Wydawnictwo W.A.B. 2017.

piątek, 8 kwietnia 2016

Stuhrm

„Stuhrmówka, czyli gen wewnętrznej wolności” – wywiad z Maciejem Stuhrem przeprowadzony przez Beatę Nowicką ukazał się w zeszłym roku, wydawałoby się, że kurz medialny po ukazaniu się książki dawno opadł, a recenzowanie jej w tym momencie nie ma sensu. 

Nic bardziej mylnego, Stuhr po okresie pewnego wyciszenia zawodowego, znów jest na fali wznoszącej, złośliwi mogliby nawet uznać, że wyskakuje z każdej lodówki. 

Jako aktor wszechstronnie utalentowany, niezależnie od tego, czy gra, śpiewa, tańczy, prowadzi gale, pisze felietony, wzrusza i bawi widzów/czytelników do łez. 

Mało jest w Polsce tak błyskotliwych , rozważnie prowadzonych karier. Niewielu jest tak inteligentnych, dowcipnych, zdystansowanych aktorów, którzy jednocześnie mają odwagę by od czasu do czasu wyjść z roli ulubieńca publiczności i zabrać głos w debacie publicznej. Stuhr to potrafi, nic dziwnego, że lektura wywiadu z nim jest czystą przyjemnością.

Ukazanie się tej pozycji na rynku było sporym zaskoczeniem, Stuhr słynie bowiem z tego, że wywiadów udzielać nie lubi, prywatnie introwertyk, ma alergię na dzielenie się swoją prywatnością, tak popularne w niektórych kręgach. A jednak sztuka namówienia go do rozmowy udała się Beacie Nowickiej – dziennikarce, która „przepytuje” aktora od lat, w związku z czym, On darzy ją zaufaniem, które jest niezbędne do tego, by przedsięwzięcie pt. wywiad – rzeka miało sens i przyniosło zadowalający efekt. I tak oto jest „Stuhrmówka”.

Niektórzy zarzucali aktorowi, że za wcześniej zdecydował się na tego typu podsumowanie, że nie ma wystarczającej liczby doświadczeń życiowych i zawodowych, by wyskakiwać przed szereg z tego typu publikacją. Wydaje się, że w jego przypadku czynnik czasowy ma niewielkie, żeby nie powiedzieć żadne znaczenie. Za dwadzieścia lat wciąż znajdą się przecież osoby, które powiedzą o Macieju – młody Stuhr i będą go postrzegać jako syna swojego ojca. Przywiązywanie się do tego typu opinii nie ma więc żadnego sensu.

Rozmowa Nowickiej ze Stuhrem jest klasyczna w układzie: zaczynamy od dzieciństwa by dojść do teraźniejszości. Mamy tu więc opowieści o przodkach, podobieństwie do nich, relacjach z młodszą siostrą, przygody z czasów harcerstwa, młodzieńczych wybrykach szkolnych, pierwszych zauroczeniach. „Poważniej” zaczyna być w części dotyczącej studencko – kabaretowych czasów, które, poniekąd niechcący stały się początkiem ogromnej popularności Stuhra, związanej z działalnością estradową i wystąpieniem w najbardziej kasowych komediach polskich lat 90. Gdy wydawało się, że świat stoi przed nim otworem i może zająć się już wyłącznie odcinaniem kuponów od szybko zdobytej sławy, on wykonał krok w tył – zrezygnował z kabaretu i postanowił zdawać do Szkoły Teatralnej. W związku tym w rozmowie pojawiają się oczywiście wątki słynnej fuksówki, zawodowych mistrzów, pierwszych, po ukończeniu szkoły castingów, ról teatralnych.

Całość jest niezwykle anegdotyczna. Stuhr o wszystkim opowiada z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru. Sporo tu zabawnych kulis planów filmowych, scen kabaretowych, garderoby teatralnej. Wziąwszy pod uwagę, że aktor współpracuje z najwybitniejszymi reżyserami i aktorami w tym kraju, jest to niewątpliwie smaczny kąsek.

Kwestie prywatne, choć się pojawiają zostały omówione z klasą i umiarem. Nie znajdziemy tu rozliczeń z przeszłością, wyznań na wyłączność i innej tego rodzaju idealnej pożywki dla tabloidów. Wywiad jest uzupełniony wypowiedziami rodziny, przyjaciół i bliskich znajomych Stuhra, co również jest interesującym dodatkiem do tego typu publikacji. Spojrzenie osób trzecich pozwala na zobaczenie aktora w nieco innym świetle.

To nie jest książka, która zmieni wasze życie, nie jest to też książka, która odkrywa nową, zupełnie nieznaną twarz Macieja Stuhra. Jest to natomiast rzecz, przy której będziecie się świetnie bawić. Wydaje się, że zapewnienie czytelnikom rozrywki na dobrym poziomie było głównym celem tej publikacji i został on osiągnięty w stu procentach.

Ocena: 7/10

„Stuhrmówka, czyli gen wewnętrznej wolności”, Wydawnictwo Znak 2015.

wtorek, 5 stycznia 2016

Na przekór

Są artyści, którzy chętnie dzielą się swoją prywatnością, są aktywni na portalach społecznościowych, na bieżąco informują media o zmianach w życiu prywatnym i zawodowym,  tłumacząc te działania potrzebą stałej obecności w świadomości swoich odbiorców. 

Z reguły osiągają tym, przeciwny do zamierzonego, efekt „wyskakiwania z każdej lodówki”, wywiady z nimi nużą powtarzalnością wątków, z czasem przestają być interesujący, gdyż ma się wrażenie, że odkryli już wszystkie karty. 

Na szczęście, jest też druga grupa osób publicznych, które ostrożnie dawkują swoją medialną obecność, namówić je na rozmowę, czy wystąpienie publiczne to sztuka. 

Na takie wywiady się czeka, będąc ciekawym każdego zawartego w nich zdania. Do tej drugiej grupy niewątpliwie należy Artur Rojek, który w książce „Inaczej” rozmawia z Aleksandrą Klich.


Rojek postrzegany jest jako artysta wycofany, introwertyczny. Pilnie strzeże zarówno niezależności artystycznej, jak i przestrzeni prywatnej. Publicznie wypowiada się tylko przy okazji przedsięwzięć zawodowych. Skutecznie uniknął, tak modnej ostatnio, roli eksperta od wszystkiego, próżno szukać go też w telewizyjnych talent show. Wydawało się, że jest ostatnią osobą, która zgodzi się na udzielenie tzw. wywiadu rzeki, a jednak. Pojawienie się „Inaczej” w zapowiedziach wydawniczych było dużym, pozytywnym zaskoczeniem. Jeszcze większym, równie miłym jest sama zawartość książki. W tym miejscu powinna się pojawić fraza, że oto poznajemy zupełnie nową twarz Artura Rojka lub podobna w tym klimacie, ale po pierwsze jest ona trywialna, a ponadto nieprawdziwa. Wokalista pozostaje sobą, faktem jest natomiast, że odsłania dużą, dotychczas nieznaną część kulis pracy zawodowej i ujawnia więcej niż zwykle szczegółów życia rodzinnego.


Zaletą „Inaczej” jest to, że Klich dała artyście dużo przestrzeni na refleksje – nie pogania, nie dąży za wszelką cenę do uzyskania odpowiedzi na konkretne pytania, podąża za rozmówcą, dostosowując się do niego. Dzięki temu mamy do czynienia z harmonijną rozmową – spotkaniem dwóch osób, a nie prowadzonym „na szybko” wywiadem prasowym.

Tekst nie ma ściśle ustalonego porządku. Pytania o inspiracje do piosenek przeplatają się z tymi o dzieciństwo. Rojek opowiada o pływaniu, które przez długi czas uprawiał na poważnie. Oprowadza też Klich po rodzinnych Mysłowicach, wskazując tam ważne dla siebie w przeszłości miejsca. Wśród nich m.in.: ulicę Bytomską, gdzie mieszkali dziadkowie, dom kultury, pływalnię park, ogródki działkowe, osiedle Wielka Skotnica. W rozmowie nie zabrakło również wątków tradycji górniczych w rodzinie artysty, gwary śląskiej, czy tradycyjnych niedzielnych obiadów.

„Inaczej” to przede wszystkim jednak rozmowa o muzyce. Wokalista w wieku dwudziestu lat podjął decyzję, że muzyka, a nie sport jest tym, co chce w życiu robić. Wbrew woli rodziny postanowił rozwijać swoją pasję. Fascynacja Pink Floyd i muzyką gitarową, z czasem przerodziła się w chęć założenia własnego zespołu – wzorowanego na brytyjskich kapelach alternatywnych. Tak powstał zespół Myslovitz, który od połowy lat 90. przez ponad dekadę niepodzielnie rządził na polskiej scenie muzycznej, zdobywając w tym czasie dziesiątki najważniejszych nagród rodzimego przemysłu muzycznego.

 Kariera mysłowickiego składu na zewnątrz układała się w pasmo sukcesów: przeboje napisane przez Rojka nuciła niemal cała Polska, płyty błyskawicznie pokrywały się platyną, a sale koncertowe pękały w szwach,atmosfera wewnątrz grupy nie wyglądała jednak tak różowo. Co zaskakujące, Rojek przyznaje, że spośród wszystkich zespołowych dokonań najbardziej ceni pierwszą płytę, która nie odniosła sukcesu komercyjnego. Pozostałe, choć hitowe, powstawały już z dużo większym ciśnieniem i były wynikiem czasem daleko idącego kompromisu. Wokalista nie odcina się jednak od późniejszych dokonań ma świadomość, że to w dużej mierze one ustaliły jego aktualną pozycję i obecnie pozwalają na pełną swobodę artystyczną.

Jako niespokojny duch, lubi trzymać kilka srok za ogon. Stąd pomysł na Lenny Valentino i świetnie przyjętą przez krytykę i odbiorców, w niektórych kręgach kultową płytę „Uwaga jedzie tramwaj”, stąd felietony, wreszcie „dzieło życia” Off Festiwal w Katowicach, który z powodzeniem organizuje od kilku lat. Impreza bardzo szybko zyskała rangę prestiżowej. Mówi o niej z satysfakcją. W każdym zdaniu na ten temat czuć, że organizacja przedsięwzięcia mimo wielu kłopotów  formalnych, wciąż sprawia mu dużo frajdy. Czuć też, że słuchanie muzyki, odkrywanie nowych artystów, jest nie tylko pracą, ale również największą życiową pasją Rojka. Choć jako organizator dużej imprezy masowej częściej musi być nadzorującym urzędnikiem niż artystą, wydaje się, że oswoił tę rolę i świetnie się w niej odnajduje.

Aleksandrze Klich w „Inaczej” udało się stworzyć doskonały klimat do otwartej rozmowy. Jej tematem była również rodzina – żona i dwoje dzieci, które są dla wokalisty bazą, siłą i motywacją do działania. Rojek przekonuje, że zawsze warto iść pod prąd, pozostać w zgodzie ze sobą, nawet jeśli nie podoba się to większości. Determinacja, wytrwałość i zaangażowanie z czasem przyniosą oczekiwane rezultaty. Patrząc na jego dokonania, trudno nie zgodzić się z tą opinią. Jest świadomy przemijania, ulotności sukcesu, dlatego wciąż wymyśla sobie nowe aktywności, chce się sprawdzać na wielu polach. Po trosze z obawy, bardziej jednak dlatego by się nie „zasiedzieć”, pozostać niezależnym i ciekawym świata do końca. Oby więcej takich osób, oby więcej takich rozmów!

Ocena: 8/10
„Inaczej. Artur Rojek w rozmowie z Aleksandrą Klich”, Wydawnictwo Agora 2015.
*Dziękuję Wydawnictwu Agora za przekazanie egzemplarza do recenzji http://kulturalnysklep.pl/