Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 października 2019

Iwan Konwicki, z domu Iwaszkiewicz. Biografia – Tadeusz Konwicki, il.Danuta Konwicka.


W pierwszej chwili pomysł na napisanie biografii kota wydaje się ekscentryczny. Pogląd ten ulega  diametralnej zmianie, gdy okazuje się, że chodzi o życiorys kota Iwana Konwickiego. Wtedy wiadomo już na pewno, że to pomysł znakomity. Lektura tekstu potwierdza, że został on także doskonale zrealizowany.

Ustalenie ojcostwa to sprawa zasadnicza. Bywa, że skomplikowana, również w świecie zwierząt. Zawiłą kwestia proweniencji kota Iwana zajmuje się we wstępie do książki prawnuczka Jarosława Iwaszkiewicza – Ludwika Włodek. Czy ojcem Iwana był rudy kot Bazyli? A może jego istnienie to efekt romansu matki – Jagusi z jakimś półdzikim kocurem, który od czasu do czasu pojawiał się w Podkowie Leśnej? Zdania na ten temat są podzielone, a wersje zdarzeń przekazywanych w rodzinie z pokolenia na pokolenie znacznie się różnią. Pewne jest tylko jedno: Iwan został podarowany państwu Konwickim przez Marię – córkę Iwaszkiewicza.

Iwan, jak wskazuje już samo imię to osobnik trudny. Władczy, nieznoszący sprzeciwu, kapryśny, złośliwy. Bez trudu zagarnął domowe terytorium i podporządkował sobie wszystkich współlokatorów, szczególnie zaś swojego pana, pisarza – Tadeusza Konwickiego. Gdy coś nie było po jego myśli, obrażony uciekał się do przemocy. Wymierzał domownikom surowe kary w postaci uderzeń łapami, drapnięć, a nawet ugryzień. Nie lubił wyjeżdżać na wakacje, zmuszał więc pana do dotrzymywania mu towarzystwa, czemu ten, nie bez żalu oczywiście ulegał. Wspólnego mieszkania nie ułatwiał fakt, że Iwan przez większość życia był brutalnym, niestrudzonym mordercą. Jego ofiarami najczęściej padały wróble. Z dumą prezentował właścicielom efekty swojej niecnej działalności. O jego względy zabiegali przedstawiciele elity artystycznej Warszawy: Stanisław Dygat, Gustaw Holoubek. Bezskutecznie. Zdarzało się, że jako jedyny z członków rodziny otrzymywał zagraniczne paczki wypełnione konserwami. Bez mrugnięcia okiem uznawał, że to mu się po prostu należało.

Iwan osiemnaście lat swojego życia spędził w rodzinie Konwickich. Pisarz poświęcił mu liczne fragmenty swojej twórczości. Doczekał się również osobnego tekstu: bajki Dlaczego kot jest kotem. Nie ulega wątpliwości, że mimo niełatwego charakteru i wszystkich trudności związanych ze wspólną egzystencją, stał się w tym czasie pełnoprawnym członkiem rodziny. Konwiccy darzyli go ogromną miłością, przywiązaniem, podziwem.

Ta książka to dobro i piękno w czystej postaci. Zabawna, mądra, czuła. We fragmentach poświęconych odchodzeniu Iwana i jego pośmiertnemu życiu niezwykle wzruszająca i poruszająca. Urokowi całości dodają śliczne ilustracje autorstwa Danuty Konwickiej.

Iwan Konwicki, z domu Iwaszkiewicz, poleca się na wszelkie smutki, chandry i depresje. Książka powinna być przepisywana jako lekarstwo na różnego rodzaju dolegliwości. Natychmiastowe działanie i skuteczność gwarantowana. Wartościowa treść w przepięknym wydaniu to duet idealny i niezawodny.

Mało jest książek budzących wyłącznie pozytywne uczucia. Uniwersalnych, takich, które ucieszą i dorosłych i dzieci. Ta jest jedną z nich. Dlatego nie zastanawiajcie się dłużej i sięgnijcie po nią czym prędzej. Jeśli jesteście zagorzałymi „psiarzami”, a na koty macie alergię – Iwan z wrodzonym wdziękiem szybko przeciągnie was na swoją stronę. Obiecuje.

Wracając do Iwana, to powiem, że obecność Iwana do dzisiaj czuje. Minęło ze dwanaście lat od czasu, kiedy on zniknął, odszedł. A mnie jeszcze się zdarza, że kiedy w nocy przechodzę przez korytarz, to się potykam, bo mi się wydaje, że on przebiega mi koło nóg. Nie dość tego. Mam uczucie, że on skądś tam nadzoruje nas, naszą rodzinę.*

T.Konwicki,il.D.Konwicka, Iwan Konwicki, z domu Iwaszkiewicz. Biografia, Wydawnictwo Znak 2019.

*Dziękuję Wydawnictwu Znak za przekazanie egzemplarza do recenzji.
*Cytowany fragment pochodzi z omawianej książki.

piątek, 20 października 2017

Girl power

„Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy” Anny Dziewit-Meller to kolejna w ostatnim czasie książka o silnych, mądrych, odważnych kobietach, które dzięki swej determinacji zapisały się trwale w historii – przeznaczona dla młodych czytelniczek i czytelników. Wyróżnia ją nieoczywisty klucz doboru postaci i ciekawy pomysł narracyjny.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że na naszym rynku zapanowała ostatnio moda na publikacje o niezależnych ambitnych, dzielnych kobietach - dla kobiet zarówno dorosłych, jak i tych dużo młodszych. Niewątpliwie jest to dobry trend: edukację, budowanie feministycznej świadomości warto rozpocząć jak najwcześniej. Nie sposób nie łączyć tego wysypu „dziewczyńskiej” literatury z sytuacją polityczną w Polsce: Czarnym Protestem, próbami ograniczania wolności wyboru kobietom przez polityków.

„Damy, dziewuchy, dziewczyny” ukazały się niemal w tym samym czasie, co głośne „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” Eleny Favilli i Francesci Cavallo. Siłą rzeczy książka Anny Dziewit-Meller będzie traktowana jako polska odpowiedź na… i do niej porównywana. Łączy je tylko temat, różni sposób jego realizacji.

Zamiast pójść utartym, sprawdzonym szlakiem i napisać o współczesnych, powszechnie znanych i podziwianych kobietach sukcesu ze świata kultury, mediów, czy sportu, autorka postanowiła sięgnąć nieco głębiej do polskiej historii. I był to znakomity pomysł. Dzięki temu udało się bowiem odkurzyć, wyciągnąć na światło dzienne postaci kobiet nieco zapomnianych, bądź całkowicie nieznanych. Nie tylko dzieciom, ale również dużej części dorosłych.

Ilu z nas – dorosłych wie, kim były Henryka Pustowójtówna, Elżbieta Drużbacka, Magdalena Bendzisławska?  Ilu z nas na co dzień pamięta o Krystynie Krahelskiej, Krystynie Skarbek, Narcyzie Żmichowskiej? Wszystkie one są bohaterkami tej książki. W tym ciekawym gronie nie zabrakło też miejsca dla najbardziej znanej kobiety – uczonej Marii Skłodowskiej-Curie, Izabeli Czartoryskiej, królowej Jadwigi Andegaweńskiej. Pojawiają się tu również bardziej współczesne postaci, jak himalaistka Wanda Rutkiewicz czy projektantka mody Barbara Hulanicki.

Narratorką opowieści jest uczestniczka Powstania Styczniowego Henryka Pustowójtówna. Przychodzi w odwiedziny do domów swoich koleżanek, w ten sposób przedstawiając kolejne postaci z kart książki. Wspólnie tworzą barwną, charakterną grupę. Są wśród nich: poetka (Drużbacka), lekarka (Bendzisławska), malarka (Stryjeńska), przyrodniczka (Kossak) i wiele innych.

Dzielą je czasy, w których żyły, wiek, obszar działalności, łączy to, że wszystkie musiały pokonać liczne przeciwności losu, by móc robić to, co chciały, spełniać się i osiągnąć cele, które sobie postawiły. Do tych przeszkód należał przede wszystkim brak dostępu do edukacji, niemożność uczestniczenia w życiu publicznym, ostracyzm społeczny. Zostało to wielokrotnie w książce podkreślone. 

Warto uświadamiać dzieciom, że świat nie zawsze był tak otwarty i pełen możliwości, jak teraz. Nie wszystko przyszło łatwo i zostało dane raz na zawsze. W związku z tym należy to doceniać i mądrze z wszystkich tych dobrodziejstw  korzystać.

Bardzo dobrym rozwiązaniem jest wprowadzenie przewodniczki w postaci Pustowójtówny. Poprzez swoją bezpośredniość, język, którego  używa udaje się stworzyć przyjacielską, pozbawioną dystansu relacje z młodymi czytelnikami. Dzięki temu całość jest dla nich atrakcyjna w formie, zrozumiała i łatwo przyswajalna. 

Dodatkowym ułatwieniem i atutem jest obecność ramek, w których zostały  wyjaśnione  trudniejsze słowa i szerzej omówiono niektóre zjawiska. Można je traktować jako mini kompendia wiedzy.

Na uwagę zasługują również piękna okładka i  ilustracje autorstwa Joanny Rusinek. Obecność czarno-białych portretów w książce dla dzieci początkowo może nieco dziwić, wydawać się mało zachęcająca. Gdy jednak weźmiemy pod uwagę jej temat i czasy, o których mowa okaże się, że jest to absolutnie spójna, pasująca koncepcja.

„Damy, dziewuchy, dziewczyny” to interesująca książka dla małych i dużych, bez względu na płeć. Dorosłym pozwoli odkryć, bądź przypomnieć sobie postaci, o których zapomnieli lub nie mieli pojęcia. Dziewczynkom pokaże, że warto marzyć, być odważną i nie poddawać się w dążeniu do celu, mimo przeciwności losu, a chłopcom udowodni, że dziewczynki również mają ekscytujące, zapierające dech w piersiach przygody, a określenie słaba płeć należy włożyć między bajki. Raz na zawsze. 

Miejmy nadzieję, że to dopiero początek fali i już wkrótce pojawi się u nas jeszcze więcej tak mądrych, zrealizowanych z pomysłem książek dla najmłodszych. Są one wyjątkowo ważne i potrzebne zwłaszcza teraz, gdy w ramach reformy edukacji usiłuje się napisać historię na nowo, wymazując z jej kart niewygodne dla rządzących postaci.  

Lekcjom patriotyzmu i feminizmu w formie zaproponowanej przez Annę Dziewit-Meller w „Damach, dziewuchach, dziewczynach”, mówię stanowcze: TAK.

Ocena: 8/10
A.Dziewit-Meller, „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy”[il.J.Rusinek], Wydawnictwo Znak emotikon 2017.


*Dziękuję Wydawnictwu Znak emotikon za przekazanie egzemplarza do recenzji.

wtorek, 1 marca 2016

Artystka totalna

„Stryjeńska. Diabli nadali” Angeliki Kuźniak to nie tylko biografia znanej w XX – leciu międzywojennym malarki, ale przede wszystkim opowieść o samotności, niespełnieniu i trudnym losie artysty, którego talent nieustannie zderza się z prozą życia i często w starciu z nią przegrywa.

O tym, że zostanie malarką zdecydowała w wieku szesnastu lat. W tamtym okresie kobiety nie mogły jednak studiować na akademii w Krakowie. W związku z tym, wykorzystując dokumenty brata i zmieniając wygląd w 1911 roku wyjeżdża na studia do Monachium. Od tego momentu zacznie się trwająca właściwie do końca życia tułaczka Styjeńskiej Rozdarta pomiędzy Kraków, Warszawę, Zakopane, Paryż, w końcu Genewę, tak naprawdę nigdzie nie będzie miała poczucia, że jest u siebie. Poczucie wyobcowania wzrośnie jeszcze bardziej po śmierci matki. Na razie jest na początku artystycznej drogi i wydaje się, że wszystko, co najlepsze dopiero przed nią.

Talent tej drobnej, temperamentnej dziewczyny z burzą czarnych loków na głowie od początku był sprawą bezdyskusyjną . Wyróżniała się z otoczenia zarówno w czasie lekcji rysunku, pobieranych jeszcze w Krakowie, jak i w okresie studiów. Malowała pasjami, na brak weny, przynajmniej w młodości nie narzekała. W obrazach wykorzystywała motywy folklorystyczne, słowiańskie, co stało się cechą charakterystyczną dla całej jej twórczości, która w końcu przyniosła jej międzynarodową sławę i pochlebne tytuły m.in.: księżniczki polskiego malarstwa.

W przerwach od malowania, Zocha marzyła o miłości, oczywiście tej wielkiej i na całe życie. Dotychczas w tej kwestii nie działo się zbyt wiele, a ona organicznie wręcz nie znosiła nudy, która powoli zaczynała doskwierać. Aż w końcu pojawił się On – Karol Stryjeński – architekt. I wybuchło uczucie, ze strony Stryjeńskiej była to miłość z gatunku tych, które nawet, jeśli się kończą, pozostają „raz na zawsze”. On był typem bon vivanta, uwodziciela potrafiącego czarować kobiety niezależnie od wieku. Bardziej zakochał się w talencie Zochy, niż w niej samej, w związku z tym od początku tej relacji to ona była stroną, której zależało bardziej, nieustannie zabiegała o jego uwagę, czułość, docenienie. Im bardziej się starała, tym bardziej przestawał ją szanować. Zazdrosna na granicy obłędu, za wszelką cenę chciała zatrzymać go przy sobie. Jednym ze sposobów miało być urodzenie dziecka. Gdy jednak na świecie pojawiła się dziewczynka, odnotowała jedynie: „jestem wściekła”, bo marzyła o synu. Znana z ekscentrycznych zachowań, gdy dowiedziała się, że mąż ma kochankę, udała się do niej z wizytą, dotkliwie pobiła, następnie ukryła się w krzakach, czekając na rozwój wydarzeń. Niewierny mąż nie mogąc poradzić sobie z zachowaniem żony postanowił zamknąć ją w zakładzie psychiatrycznym, nie jedyny raz zresztą.

Relacje rodzinne, to obszerny mocno skomplikowany rozdział w biografii Stryjeńskiej. Jak wspomniałam powyżej narodziny córki Magdy, nie wywołały u Stryjeńskiej radości, wręcz przeciwnie złość. Instynkt macierzyński nie zadziałał, córka od początku była traktowana chłodno. Lekarstwem na podupadające małżeństwo miała być druga ciąża, jak się później okazało bliźniacza i wymarzona, malarka urodziła dwóch synów – Jana i Jacka. Przy czym Jacek był dzieckiem najukochańszym . Najstarsza z rodzeństwa Magda, siebie i brata Janka, często nazywała „dziećmi zapasowymi”. Dla Stryjeńskiej najważniejsza była sztuka, praca, a po burzliwym, ostatecznym rozstaniu ze Stryjeńskim również walka o byt. Sama przyznała, że życie rodzinne złożyła na ołtarzu sztuki. Gdy otrzymała propozycję wykonania dekoracji polskiego pawilonu na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej w Paryżu bez wahania zostawia dzieci rodzinie i wyjeżdża. Zdobywa tam główną nagrodę w czterech kategoriach i zyskuje międzynarodową sławę. Od tej pory dzieci nieustannie przechodzą z rąk do rąk, zamieszkując u kolejnych członków rodziny. O poczuciu bezpieczeństwa i spokojnym azylu mogą jedynie pomarzyć. Ona sama do roli matki nigdy już w pełni nie wróciła. Gdy w chwili bardziej osiadłego trybu życia próbowała budować relację, okazało się, że dzieci dorosły, straconego czasu nie da się już nadrobić, można jedynie funkcjonować w rodzinnej wspólnocie pomimo wszystko, co starała się robić do końca życia.

O ile okres dwudziestolecia międzywojennego był dla Stryjeńskiej czasem sławy i chwały, to w okresie powojennym fortuna się od niej odwróciła, zaczęła się natomiast mozolna, upokarzająca i zniechęcająca walka o przetrwanie. Wenę twórczą zastąpiło nieustanne myślenie o tym skąd wziąć pieniądze na rachunki, wychowanie dzieci, materiały malarskie Po rozwodzie ze Stryjeńskim jej pozycja towarzyska znacznie osłabła, obrazy nie budziły już takiego zachwytu, a co za tym idzie znacznie gorzej się sprzedawały. Żyła z dnia na dzień, od pożyczki do pożyczki, od zlecenia do zlecenia, łapała dosłownie wszystko co się nadarzyło. Najczęściej były to prace dla kościołów. Starała się oszczędzać, w pewnym momencie prowadziła nawet skrupulatne rachunki codziennych wydatków, prawda jest jednak taka, że pieniądze nigdy nie trzymały się Stryjeńskiej. Ta żmudna szarpanina z losem, walka o przyziemne sprawy odbierały jej systematycznie radość życia, chęć tworzenia i zwyczajnie zdrowie. Siłą rzeczy traciła na tym jakościowo jej twórczość.

„Stryjeńska diabli nadali” to kolaż złożony z zapisków, listów, fotografii, rachunków i wspomnień rodziny artystki. W dużej mierze to na nich właśnie oparta opowieść Kuźniak. Autorka analizuje je skrupulatnie, sprawdza prawdziwość niektórych faktów i na tej podstawie stara się kreślić portret artystki. W tej analizie nie posuwa się jednak za daleko, nie dopowiada życiorysów, nie zmyśla potencjalnych dialogów, co jest ostatnio częstą choć kuriozalną modą w polskiej biografistyce.

Życiorys Stryjeńskiej to gotowy scenariusz na film i wyśmienity materiał na książkę. Dobrze, że w końcu taka powstała i dobrze, że napisała ją właśnie Kuźniak, bo dysponuje czułym, wnikliwym okiem, skierowanym na losy kobiet. Choć książka jest świetnie napisana, czyta się ją jednym tchem to pozostawia jednak pewien niedosyt, Otóż jest to książka bardziej o kobiecie niż o malarce. Oczywiście pojawiają się tu tytuły najważniejszych prac, ale brakuje szczegółowych analiz twórczości, technik malarskich używanych przez Stryjeńską i opisu warsztatu pracy. Jest to jednak jedynie niewielki zarzut, który nie rzutuje na pozytywny odbiór całego tekstu. Wyłania się z niego niezwykle przejmujący obraz kobiety samotnej, rozdartej, łaknącej miłości i nie do końca spełnionej, a jednocześnie odważnej, dzielnej, walczącej z ciągłymi przeciwnościami losu, któremu do końca nie dała się złamać.

Ocena: 7/10
A.Kuźniak, „Stryjeńska. Diabli nadali”, Wydawnictwo Czarne 2016.

wtorek, 17 listopada 2015

Wielka dama

Jadwiga Grabowska – dyrektor artystyczna Mody Polskiej odegrała znaczącą rolę w historii tej branży w Polsce. Kreowała trendy, zanim ktokolwiek wymyślił to słowo. Śmiało można powiedzieć, że wyprzedziła epokę, w której żyła. Tę barwną, choć nieco zapomnianą i niedocenianą postać w książce „Caryca polskiej mody, święci i grzesznicy przypomina Marta Sztokfisz.


Grabowska pochodziła z tak zwanego dobrego domu, była córką zamożnych kamieniczników. Od dziecka miała zdolności do projektowania i cechy przywódcze. Wojna zabrała rodzinie cały majątek, a jej samej prawie wszystkich bliskich. Mimo tak trudnych okoliczności, nie załamała się. W myśl zasady „życie toczy się dalej”, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć od nowa. Na gruzach Warszawy, przy ulicy Marszałkowskiej otworzyła butik krawiecki – Feniks. W jednym z powstałych pawilonów jej krawcowe szyły ubrania dla żon partyjnych dygnitarzy, dyplomatów i stołecznych elegantek. Ona sama natomiast sprzedawała rzeczy otrzymane z zagranicznych paczek. Niestety, inicjatywa splajtowała.


Po utracie butiku Grabowska była namawiana na wyjazd za granicę do mieszkającej tam rodziny. Postanowiła jednak zostać w Warszawie, zatrudniła się w Cepelii, następnie została dyrektor artystyczną Mody Polskiej. Od tego momentu na trwałe przylgnęły do niej określenia „caryca” i „polska Chanelka”.

Była stuprocentową damą – powściągliwa, wykształcona, znająca języki. Dzięki częstym wyjazdom i licznym kontaktom była doskonale zorientowana w światowych tendencjach. Oglądała wszystkie ważne pokazy w Paryżu i starała się w miarę możliwości przenieść tamtejszą modę na nasz rynek. Między innymi dlatego uchodziła za najmądrzejszą w rodzimej branży modowej. Ceniła klasyczną elegancję, piękno, luksus i komfort. Dbała o każdy szczegół swoich projektów, nadzorowała pracę na każdym etapie. Nigdy nie zajmowało jej tworzenie mody dla mas, nie chciała schlebiać gustom ulicy. Interesowało ją kształtowanie stylu i wpływanie na gusta, ceniących indywidualizm, świadomych, niezależnych kobiet.

Modelki to osobne zagadnienie w imperium Grabowskiej. Wybierała je zawsze spośród najładniejszych dziewczyn w Warszawie. Poza urodą musiały jednak mieć coś w głowie i błysk w oku. Ceniła postaci barwne, ekspresyjne, zadziorne, które potem zdarzało jej się „wychowywać” i układać wedle uznania. Miała wśród nich swoje ulubienice: Małgorzatę Krzeszowską, Ewę Fichtner, Małgorzatę Blikle, Teresę Tuszyńską, Barbarę Minkiewicz i wiele innych. W kontaktach była raczej zdystansowana, nie użalała się nad sobą i nie okazywała emocji. W razie potrzeby natychmiast jednak ruszała na pomoc i udzielała wszelkiego wsparcia. Można było na nią liczyć w każdej sytuacji.

Caryca nie osiągnęła by swojej pozycji, gdyby nie sztab lojalnych współpracowników, gotowych realizować jej najbardziej śmiałe, trudne do wykonania z uwagi na niedostatki zaopatrzeniowe wizje. Prym wśród nich wiódł oczywiście nieoceniony Jerzy Antkowiak – asystent Grabowskiej, z czasem główny projektant Mody Polskiej. Poza głównodowodzącymi były także krawcowe i wiele innych osób, które pracowały na ostateczny kształt kolekcji.

„Caryca polskiej mody, święci i grzesznicy” to również opowieść o barwnych czasach. Po odwilży październikowej ludziom znowu chciało się bawić, odetchnąć głębiej i żyć pełnią życia. Swobodę i luz widać było również w strojach warszawiaków: coraz częściej noszono kolorowe skarpety, spodnie rurki i buty na słoninie. W powietrzu unosił się twórczy ferment. Na tzw. „szlaku hańby” - wiodącym od Krakowskiego Przedmieścia przez Nowy Świat do Alej Ujzdowskich,  w knajpach różnego autoramentu spotykali się aktorzy, pisarze, architekci, dziennikarze. Bywały tam również modelki i projektanci Mody Polskiej. Środowiska się przenikały, toczono ożywione dyskusje do białego rana i oczywiście pito na umór. Pokazanie się w kawiarniach PIW – u, Czytelnika, Bristolu, Europejskim, u Dziennikarzy, Architektów było obowiązkiem wszystkich, którzy chcieli liczyć się w środowisku, a włączenie do towarzystwa uznawano za nobilitację. W książce Sztokfisz te zabawowe, niegrzeczne czasy wspominają m.in. Andrzej „Koń” Bohdanowicz, Jerzy Hoffman, Rosław Szaybo, Jan Dunin – Mieczyński i wielu innych.

Z książki „Caryca polskiej mody..” wyłania się fascynujący obraz Grabowskiej. Kobiety silnej, zdeterminowanej, odważnej wizjonerki. Jednocześnie owianej aurą tajemnicy w sferze prywatnej. Jak mówią współpracownicy: Gdyby jej nie było, trzeba by było ją wymyślić, bo Caryca, pieszczotliwie zwana przez Antkowiaka „Grabolką” była tylko jedna.

W czasach, gdy wszystkim się wydaje, że znają się na modzie, wszelkiej maści blogerzy i styliści, bez grama wiedzy mnożą się, jak grzyby po deszczu, warto uświadomić sobie, że  moda jest dziedziną sztuki, która posiada swoją historię. Przypomnienie postaci Jadwigi Grabowskiej było świetnym pomysłem, za który autorce – Marcie Sztokfisz należą się podziękowania. Książka jest cennym źródłem wiedzy, zwłaszcza dla młodych ludzi, którzy marzą o karierze w branży modowej.

Ocena: 7/10
M.Sztokfisz, „Caryca polskiej mody, święci i grzesznicy”, Wydawnictwo W.A.B. 2015.
*Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.gwfoksal.pl/

czwartek, 15 października 2015

Niewiadoma

W swojej najnowszej książce Agata Tuszyńska postanowiła wydobyć na światło dzienne postać Józefiny Szelińskiej – narzeczonej Brunona Schulza. Autorka skleja jej portret z nielicznych dostępnych faktów, własnych domysłów i spekulacji. Próba odważna, lecz niezbyt udana.


Szelińska była narzeczoną autora „Sklepów cynamonowych” i „Sanatorium pod klepsydrą” w latach 1933 – 1937. Poznali się w Drohobyczu, za pośrednictwem wspólnego znajomego. Ona była młodą polonistką z powołania, w jednym z tamtejszych gimnazjów, on dojrzałym metrykalnie, marzącym o sławie literatem i malarzem. Była jedyną kobietą, której Schulz zaproponował małżeństwo. Ostatecznie rozstali się w 1937 roku, co Józefina przypłaciła próbą samobójczą. Do końca życia ukrywała te fragmenty swojej biografii, a w powojennych ankietach w rubryce stan cywilny wpisywała: samotna. Na tym w zasadzie kończą się fakty, reszta, jak pisze sama Tuszyńska jest „grą pamięci i wyobraźni”.


Materiał źródłowy, który posłużył autorce do napisania książki jest niezwykle skromny. Opierała się ona głównie na powojennej korespondencji Szelińskiej z Jerzym Ficowskim – badaczem twórczości Schulza, wzmiankach o niej, które pojawiają się w dziennikach Nałkowskiej oraz innych przyjaciół Brunona oraz zachowanych fotografiach i rysunkach artysty. Wokół nich Tuszyńska snuje swoje fantazje, usiłuje zbudować wiarygodną konstrukcję i własny mit o Schulzu. Pomysł już na wstępie wydaje się karkołomny i skazany na porażkę.

Trudno jednoznacznie określić, kto jest główną postacią w „Narzeczonej Schulza”. Z jednej strony Szelińska jest dla Tuszyńskiej pretekstem do opowiedzenia o pogmatwanych losach Schulza. Biografistka podejmuje próbę zobaczenia pisarza oczami narzeczonej. Z drugiej, czyni ją samą obiektem swoich „badań”, określając życiorys Juny, jako los cienia. Niedostateczny materiał źródłowy sprawia jednak, że jest to przede wszystkim prezentacja wizji Tuszyńskiej, jej wrażliwości i interpretacji. W efekcie otrzymujemy nasycony emocjami rozedrgany portret. Niekoniecznie prawdziwy, a co za tym idzie niezbyt wiarygodny.

Narracja „Narzeczonej Schulza” pełna jest wykrzykników, wielokropków i spekulacji. Józefa Szelińska, zwana przez Schulza Juną jawi się czytelnikowi książki jako muza wielkiego twórcy, któremu poświęciła fragment życia i zapłaciła za to wysoką cenę, strażniczka domowego ogniska i organizatorka codzienności. Kobieta histeryczna, nie do końca rozumiejąca twórczość artysty, zazdrosna i nie akceptująca jego osobliwych upodobań erotycznych. Tuszyńska usiłuje wniknąć w duszę Szelińskiej, analizuje listy, z fotografii dopowiada ciągi dalsze, dopisuje monologi. Można odnieść wrażenie, że życie Szelińskiej rozpoczęło się w momencie, gdy poznała Schulza, to co wcześniej nie miało znaczenia.

Tuszyńska na wstępie książki, niejako w obronie własnej, uprzedzając wszelkie zarzuty, pisze, że jest to apokryf, „gra pamięci i wyobraźni”. Wydaje się jednak, że w tej grze pisarka posunęła się o kilka kroków za daleko. Ilość zmyśleń czyni z „Narzeczonej Schulza” historię konfabulowaną. Egzaltacja, naiwność, pensjonarski styl i przewijający się w całym tekście patos, każą umiejscowić książkę bardziej w kategorii romans, niż biografia fabularyzowana. A szkoda.

Ocena: 5/10
A.Tuszyńska, „Narzeczona Schulza”, Wydawnictwo Literackie 2015.
*Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

środa, 4 marca 2015

Viva Moda


„Vogue” nie jest zwykłym tytułem prasowym, lata istnienia, wysoki poziom merytoryczny i artystyczny, sprawiły, że magazyn stał się instytucją, marką rozpoznawalną na całym świecie. 

Dla fashionistów to niemal biblia, praca tam jest marzeniem wszystkich na poważnie związanych z branżą modową – otwiera wiele drzwi, daje bezcenne doświadczenie, a przede wszystkim gwarantuje pozycję w środowisku. 

Jedną z takich marzycielek, której udało się osiągnąć cel jest Kristie Clements – wieloletnia redaktor naczelna australijskiej edycji magazynu. Niedawno ukazała się jej autobiografia „Vogue. Za kulisami świata mody”. Z lektury płynie stary jak świat morał: nie wszystko złoto, co się świeci.

Tylko nieliczni mają przywilej poznania świata tzw. wysokiej mody od kulis i mogą uchylić zwykłym „zjadaczom” chleba rąbka tajemnicy. Clements niewątpliwie jest jedną z takich postaci. W redakcji „Vogue’a” przeszła bowiem przez wszystkie stopnie wtajemniczenia, swą karierę zaczynała od posady recepcjonistki, zakończyła na stanowisku redaktor naczelnej. Funkcję tę pełniła przez trzynaście lat. Ta praca była jej pasją i spełnieniem młodzieńczych marzeń.

Każdy z nas ma swoje wyobrażenie na temat świata mody. W większości przypadków jest ono budowane w oparciu o różnego rodzaju przekazy medialne. Stereotypowo kojarzy się on z blichtrem, luksusem, dużymi pieniędzmi, łatwo zdobytą sławą – krótko mówiąc zajęciem lekkim, prostym i przyjemnym. Clements w swojej książce pokazuje, że ten obraz ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Choć na każdym kroku podkreśla dumę i radość, z powodu wykonywanej pracy, wskazuje także na konieczność pokonywania wielu trudności, z których przeciętni odbiorcy nie zdają sobie sprawy.

Dostęp do markowych ubrań i dodatków, uczestnictwo w pokazach największych kreatorów, liczne podróże, znajomość z gwiazdami światowego show – biznesu, współpraca z największymi nazwiskami w branży, to niewątpliwe jasne strony bycia redaktor naczelną „Vogue’a”, którym autorka poświęca sporo miejsca. Dużo ważniejsze i ciekawsze, z punktu widzenia czytelnika są jednak fragmenty dotyczące ciemniejszej strony profesji: walka o wpływy i prestiż, wynikająca z faktu, że australijska edycja magazynu ma dużo mniejsze znaczenie, niż amerykańska, francuska, czy włoska. W związku z tym „zaklepanie” terminu najlepszych fotografów, modelek, jak również namówienie do współpracy liczącej się gwiazdy, która gwarantuje dobrą sprzedaż numeru, nie jest rzeczą łatwą i oczywistą. Dochodzą do tego: walka o utrzymanie wysokiego poziomu, przy wymogu maksymalnego cięcia kosztów, problemy z doborem modelek, znoszenie fanaberii celebrytów, pogodzenie oczekiwań czytelników z oczekiwaniami wydawcy i wiele innych.

W tych, w gruncie rzeczy lekkich, momentami zabawnych wspomnieniach, Clements poruszyła też kilka poważnych zagadnień. Pisze m.in. o anoreksji wśród modelek, stale zmieniającej się i malejącej roli prasy drukowanej w dobie Internetu, postępującym upadku dziennikarstwa modowego, który nastał wraz z pojawieniem się blogerów modowych. Są to niezwykle celne i ciekawe spostrzeżenia, za którymi stoją lata doświadczenia, wiedzy i praktyki zawodowej.

„Vogue. Za kulisami świata mody” jest lekturą interesującą nie tylko dla pasjonatów mody, którzy są stałymi czytelnikami czasopisma, na bieżąco śledzą trendy. Pokazuje, jak bardzo zespołową, wymagającą pasji, zaangażowania, determinacji i kreatywności  jest praca w przemyśle prasowym. Poznanie jej kulis budzi szacunek do ludzi w nim pracujących, raz na zawsze oducza postrzegania modowej branży, w sposób zero – jedynkowy.

Ocena: 6/10

K. Clements, „Vogue. Za kulisami świata mody”, Wydawnictwo Literackie 2015
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

środa, 5 marca 2014

Dynastia

Każdy z nas od czasu do czasu, lubi przeczytać opowieść o pięknych, bogatych, wpływowych ludziach, którzy odnieśli światowy sukces. „Historia rodziny, która stworzyła Maybelline” bez wątpienia do takich należy, choć ma niewiele wspólnego z bajką, o szczęśliwym zakończeniu.


Publikacje odsłaniające kulisy powstania i funkcjonowania koncernów kosmetycznych i odzieżowych są ostatnio bardzo popularne. Z reguły służą ociepleniu wizerunku firmy, a także przywiązaniu klientów do konkretnej marki, poprzez wytworzenie swego rodzaju więzi emocjonalnej. Po Maxfactorze, Zarze i Pradzie, przyszła kolej na Maybelline. Autorkami książki są Sherrie Williams i Bettie Youngs. W notce prasowej czytamy, że książka jest oparta na materiałach gromadzonych przez Sherrie Williams przez trzydzieści lat.


Kosmetyki Maybelline są obecnie jednymi z najpopularniejszych na świecie. Prawie każda kobieta miała do czynienia z produktami tej firmy. Ten sukces nie zrodził się jednak z dnia na dzień. Stoi za nim olbrzymia praca, determinacja i wizjonerstwo jej właściciela - Toma Williamsa oraz jego współpracowników, bez których, działania na szeroką skalę byłyby niemożliwe. Podobnie, jak w wielu innych wypadkach i tutaj sprawdziło się powiedzenie: „potrzeba matką wynalazku”. Na pomysł stworzenia produktu, w przyszłości znanego jako tusz do rzęs Tom Williams wpada, gdy jego siostra Mabel podczas gotowania niefortunnie przypala sobie rzęsy i brwi. Aby odzyskać atuty kobiecości postanawia sięgnąć po specjalną miksturę, którą odmalowuje brakującą oprawę oczu. Efekt, który uzyskuje dzięki zabiegowi zachwyca Toma Williamsa. Ten pozornie błahy moment można uznać za początek przyszłego imperium kosmetycznego rodziny Williams.

Jednak, zanim Tom odkrył tę kurę znoszącą złote jajka, przeszedł długą, trudną drogę. Kilka jego pomysłów biznesowych okazało się niewypałem, zostawał bankrutem i musiał zaczynać od początku. Książka opisuje początki i rozwój koncernu do lat 70. XX wieku. Firma Maybelline, z Tomem Williamsem na czele podjęła wiele nowatorskich, innowacyjnych działań w zakresie reklamy, marketingu i sprzedaży produktów. To oni, jako pierwsi zatrudnili gwiazdy filmowe do reklam, rozumiejąc ścisłe powiązanie handlu z show – biznesem. Również, jako pierwsi zastosowali technikolor i retusz w kampaniach. Członkowie klanu zrewolucjonizowali także sposób sprzedaży, m.in.: umieszczając kosmetyki na stojakach ustawionych przy kasie. Wszystkie te działania sprawiły, że Maybelline w krótkim czasie, stała się liderem rynku, wyprzedzając o lata świetlne konkurencję. Wizjonerskie rozwiązania wprowadzone przez Williamsów na trwałe zmieniły branżę reklamową. Zmiany te, oczywiście musiały nadążać za stale zmieniającymi się warunkami ekonomiczno – społecznymi. Firma radziła sobie dobrze zarówno w trudnych wojennych czasach, jak i w okresie rewolucji obyczajowej lat 60.

Od początku dla Toma Williamsa najważniejsza była rodzina. Przedsiębiorstwo, które stworzył miało właśnie taki charakter. Zostali w nim zatrudnieni wszyscy członkowie familii na czele z synem, całym rodzeństwem oraz bliskimi przyjaciółmi, którzy z czasem byli traktowani, jak rodzina. Taki układ z jednej strony dawał poczucie biznesowego bezpieczeństwa, z drugiej jednak stwarzało wiele problemów. Do Williamsów bowiem idealnie pasuje powiedzenie, że z rodziną dobrze wychodzi się jedynie na zdjęciu.

„Historia rodziny, która stworzyła Maybelline” to przede wszystkim dobrze napisana, wciągająca powieść obyczajowa. Przeplatają się tu miłość, namiętność, zazdrość, nienawiść, wielkie wzloty i bolesne upadki, zdrady, konflikty i rodzinne dramaty. Intensywność zdarzeń i zwroty akcji sprawiają, że książkę czyta się, jak papierową wersję „Mody na sukces” lub „Dynastii”. Evelyn, żona Prestona Williamsa, niczym serialowa Alexis kradnie całe show i wyrasta na główną bohaterkę dramatu. Oczywiście są tu również opisane dzieje i etapy rozwoju firmy, ale są one tylko barwnym tłem dla skomplikowanych relacji rodzinnych.

Z lektury płyną wnioski, o różnym zabarwieniu. Z jednej strony pozytywne: Wszystko jest możliwe, warto marzyć, ciężko pracować i nigdy się nie poddawać, a możemy osiągnąć wszystko, co tylko chcemy. Z drugiej potwierdzają starą prawdę, o tym, że pieniądze szczęścia nie dają. Bezpieczeństwo materialne i największe nawet sukcesy są niewiele warte, bez fundamentów w postaci rodziny i dobrych relacji z otoczeniem. Zawsze warto mieć je na uwadze w pierwszej kolejności.

Ocena: 7/10
S.Williams, B.Youngs, „Historia rodziny, która stworzyła Maybelline”, Wydawnictwo Muza 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Muza http://muza.com.pl/




sobota, 12 października 2013

Poetka wyklęta

O Papuszy zrobiło się głośno za sprawą filmu Krzysztofa Krauze i Joanny Kos – Krauze, który w listopadzie wejdzie na ekrany naszych kin. 

Postać cygańskiej poetki dotychczas nie była znana szerokiej publiczności.

 Zanim wybierzemy się na film, warto bliżej poznać jej życiorys, środowisko, z którego się wywodziła oraz odkryć, na czym polegał urok jej wierszy. 

Doskonałą okazją do tego jest lektura przejmującego reportażu Angeliki Kuźniak pt. „Papusza”.


Bronisława Wajs została nazwana Papuszą, czyli lalką z powodu swej niezwykłej urody. Data i miejsce jej urodzenia nie są dokładnie znane. Kuźniak pisze: „Czas w tej opowieści to czas cygański i trudno mu ufać. O lata pytać nie warto. Nikt ich w taborze nie liczył. Krąży opowieść, że chłopi kończyli zbierać zboże z pól w dniu, w którym się rodziła, podobno 17 sierpnia.” W zapisach występuje też jednak data 10 maja. Wiadomo na pewno, że przyszła na świat w taborze, wędrującym po terenach Podola, Wołynia i Wilna. Od wczesnych lat odznaczała się dużym sprytem i bystrością. Dzięki tym cechom szybko nauczyła się kraść i wróżyć a to z kolei sprawiło, że była przydatna w grupie. Nade wszystko ceniła przyrodę i wolność, ale marzyła również, by nauczyć się czytać i pisać, bo wiedziała, że to pozwoli jej być może odkryć zupełnie inny świat. To marzenie pomogła jej spełnić żydowska sklepikarka, która w zamian za kury pokazywała jej alfabet i uczyła czytać, ciesząc się, że Papusza robi tak szybkie postępy. Można śmiało powiedzieć, że ta umiejętność zdecydowała o jej późniejszych losach i ostatecznie przyczyniła się do klęski.


Na nowe umiejętności Papuszy w taborze od początku patrzono nieprzychylnie. Cyganie wyśmiewali jej ambicje, z drugiej strony wzbudzała ciekawość Ona jednak nie zważając na nic, każdą wolną chwilę spędzała na czytaniu i nauce pisania, która szła jej dość opornie. Dla zyskania wprawy, zaczęła zapisywać swoje obserwacje, dotyczące głównie życia w taborze i przyrody, która była jej największą miłością. Z czasem zaczęła pisać wiersze i pieśni cygańskie, których sama nigdy tak nie nazywała. Niewątpliwie jednym z wielu momentów przełomowych w życiu Papuszy było pojawienie się w taborze Jerzego Ficowskiego, który zyskał dużą przychylność Cyganów, zaprzyjaźnił się z Wajs i namawiał ją do pisania, a wiersze już powstałe pokazał Julianowi Tuwimowi, który był nimi oczarowany. Po publikacji kilku utworów w czasopismach literackich, Papusza zaczęła być znana w środowisku ,  zapraszana  na spotkania autorskie. Jej twórczość została doceniona, co przekładało się również na kwestie materialne, a to z kolei nie podobało się cygańskiej braci, wśród której miała coraz więcej zaciekłych wrogów. Kroplą, która przelała czarę goryczy, oburzyła Cyganów i ostatecznie zwróciła ich przeciwko Bronisławie Wajs, było ukazanie się w 1953 roku książki Jerzego Ficowskiego pt. „Cyganie polscy”. Po tej publikacji Papusza została oskarżona o zdradę tajemnic kodeksu cygańskiego i wykluczona ze społeczności.

Od tego momentu „Papusza” jest historią o kobiecie odrzuconej, pozbawionej godności, przegranej, o złamanym życiu. Wajs, z jednej strony nie potrafiła wyrzec się swojego pochodzenia, z drugiej nie chciała wyrzec się słów, które były rodzajem ukojenia. Jest to też jednak opowieść o pokorze, pięknie, wolności i niszczącej sile wrażliwości.

Reportaż Kuźniak opiera się przede wszystkim na archiwalnych dokumentach. Listach, które Papusza pisała do Jerzego Ficowskiego i Juliana Tuwima, fragmentach jej pamiętnika, nagraniach filmowych i radiowych oraz wypowiedziach osób związanych ze środowiskiem cygańskim. Tekst, uzupełniony zdjęciami jest praktycznie zupełnie pozbawiony komentarza odautorskiego, co czyni całość jeszcze bardziej dramatyczną i przejmującą.

 „…Dobre ludzi dali mieszkanie, ale wziąć słowika w klatkę zamknąć, to on wszystko traci. Choć pięknie śpiewa, to jemu jest smutno.”
„A ja cygańska córka, las mi zdrowie daje. Jechałam taborem, to czułam się jak królowa Bona. Do mnie należeli perły rannej rosy. Moje były gwiazdy złote. Dziś, co we włosy wplotę?”
„Śpiewać nauczył mnie wiatr, ruczaje płakać. A jak lipy kwitły, to aż mnie zatykało, tak miód było czuć…To wszystko nie można wydrążyć ze serca.”

Te zdania więcej mówią o Papuszy i klimacie reportażu napisanego przez Angelikę Kuźniak, niż wszystkie najbardziej wyczerpujące recenzje.

Ocena:8/10
A.Kuźniak, „Papusza”, Wydawnictwo Czarne 2013.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne http://czarne.com.pl/


czwartek, 1 listopada 2012

Totalne zauroczenie



Agata Tuszyńska jest specjalistką od zgłębiania biografii fascynujących postaci. Wiera Gran, Irena Krzywicka, czy Maria Wisnowska to tylko niektóre z jej „odkryć”. 

Tym razem autorka postanowiła przybliżyć, a raczej pokazać z zupełnie innej strony osobę Leopolda Tyrmanda – legendy PRL-u, który opuścił Polskę w atmosferze skandalu. „Tyrmandowie. Romans amerykański” to historia trudnej miłości mimo wszystko.


Leopold Tyrmand zapisał się w historii polskiej kultury jako autor „Dziennika 1954” oraz „Złego”. Część osób zapamiętała go jako gorliwego popularyzatora jazzu i jedną z najbarwniejszych towarzysko postaci Warszawy w latach 50. XX w. W tamtym czasie miał też zasłużoną, jak się wydaje, opinię czołowego playboya. Z czasem komunistyczne władze zaczęły robić wszystko, by zmarginalizować jego pozycję. Moment kulminacyjny nastąpił, gdy wstrzymano wydanie jego powieści „Życie towarzyskie i uczuciowe”. Wtedy właśnie Tyrmand postanowił wyemigrować do Ameryki i tam poszukać dla siebie miejsca. Zrobił to po otrzymaniu paszportu w 1966 roku.


„Tyrmandowie. Romans amerykański” to zbiór korespondencji Leopolda Tyrmanda do trzeciej żony, Mary Ellen Fox, uzupełniony intymnymi sentymentalnymi wspomnieniami wdowy po pisarzu. Początki ich związku nie należały do łatwych. Ona była 23-letnią studentką iberystyki, on 50-letnim autorem piszącym do „New Yorkera”, mającym coraz silniejszą pozycję w środowisku intelektualnym Nowego Jorku. Choć nikt nie dawał temu związkowi szans na przetrwanie, para była ze sobą 15 lat, do końca życia Tyrmanda. Doczekali się także bliźniąt.

W korespondencji czytamy m.in. o braku akceptacji matki Mary dla autora „Złego”, obserwujemy początki rodzącej się fascynacji między Mary i Leopoldem. Ona była zafascynowana jego intelektem, on dostrzegał u niej talent literacki i mobilizował do działania w tym kierunku. Wydaje się, że namiętność i głębokie uczucie, zwłaszcza ze strony Tyrmanda, pojawiły się dużo później. Niezwykle ciekawe jest odkrycie konserwatywnej twarzy twórcy, która wyłania się z tych listów. Wygłaszał on bardzo kategoryczne sądy w kwestii małżeństwa, wierności, zazdrości.

Mary po latach wspomina męża jako człowieka o wielkiej pasji, niespotykanym intelekcie. Jednocześnie potrafi z dystansem ocenić niektóre sytuacje i zachowania pisarza. Zależy jej na częściowym zburzeniu legendy TEGO Tyrmanda, odbrązowieniu go, pokazaniu prawdziwego człowieka z licznymi wadami i słabościami. Otwarcie przyznaje, że to ona napisała pierwszy list i że być może tą intensywną korespondencją przede wszystkim go uwiodła. Mówi również o tym, że już jako żona zrezygnowała z części swoich ambicji zawodowych, choć nigdy nie zrobiła tego do końca, bo przecież dyplom doktorski niczym symbol zawisł w końcu w… łazience.

Agata Tuszyńska, inaczej niż w poprzednich swoich książkach, usunęła się w cień. Wydaje się, że celowo zmarginalizowała swoją rolę, nie komentując zdarzeń. Brakuje wypowiedzi innych osób z otoczenia pary, przez co tekst sprawia wrażenie niepełnego. Obserwujemy właściwie tylko jeden punkt widzenia. Publikację można traktować jako hołd złożony dwóm artystom – Leopoldowi Tyrmandowi oraz Henrykowi Dasko, nieżyjącemu mężowi Agaty Tuszyńskiej, który przez lata prowadził archiwum Tyrmanda.

„Tyrmandowie. Romans amerykański” to z całą pewnością wartościowa publikacja. Przede wszystkim dlatego, że pokazuje najbardziej prywatne oblicze Tyrmanda i stanowi doskonałe uzupełnienie jego opublikowanych już biografii. Dodatkowym walorem są oczywiście liczne fotografie z prywatnego archiwum. Choć książka może być pewnym zaskoczeniem dla wielbicieli stylu Tuszyńskiej, należy po nią sięgnąć chociażby po to, by poszerzyć swoją wiedzę bądź zmienić poglądy na temat kultowego dla wielu osób pisarza.



Ocena 7/10
A. Tuszyńska, „Tyrmandowie. Romans amerykański”, Wydawnictwo MG 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MG http://www.wydawnictwomg.pl/

niedziela, 26 sierpnia 2012

Cały ten jazz



Michał Urbaniak jest jedynym polskim jazzmanem, o którym bez cienia przesady można powiedzieć, że zrobił światową karierę. Jego życie może być przykładem spełnienia american dream. 

Pierwsza autoryzowana biografia muzyka autorstwa Andrzeja Makowieckiego pt. „Ja, Urbanator. Awantury muzyka jazzowego” udowadnia, że samo życie zawsze pisze najciekawsze scenariusze.


Gdyby pokusić się o streszczenie tej fascynującej biografii jednym zdaniem, należałoby napisać, że opisuje ona drogę muzyka z Łodzi na Manhattan i szczyty światowych list przebojów. To lakoniczne stwierdzenie jest jednak niewystarczające dla opisania zmiennych kolei losu Urbaniaka. Aby dać potencjalnym czytelnikom obraz stylu, w którym utrzymana jest cała książka, na początek posłużę się kilkoma istotnymi cytatami.

„Przyszedłem na ten piękny świat w Warszawie. Mój ojciec Edmund Michałowski był polskim antysemitą, moja matka była polską filosemitką, a ja urodziłem się Amerykaninem…”

„…Pieniędzy w naszym domu przy Narewskiej było tyle, że nie mieściły się już w szafach…”
„Rozpieszczany byłem bardziej niż dzieci królewskie. Służąca miała rozkaz odwieźć mnie codziennie do szkoły taksówką, a potem wrócić tramwajem, żeby jej się przypadkiem nie poprzestawiało w głowie…”

„…jazzowego potwora obudził we mnie Louis Armstrong, śpiewając i grając na trąbce „Mack The Knife”. Wysłuchałem oniemiały z wrażenia tej prostej i dość monotonnej w sumie melodii, i w tym momencie świat muzyki klasycznej wydał mi się nagle ciasny i mdły…”

Przedstawione fragmenty to tylko przedsmak tego, co można znaleźć na 350 stronach biografii. Życie Urbaniaka jest gotowym scenariuszem nie na jeden, a na kilka filmów. Nic dziwnego więc, że książkę tak się właśnie czyta (to zdanie w sumie jest niepotrzebne, może zacznij po prostu następne od W książce mnóstwo jest nagłych... Mnóstwo tu nagłych zwrotów akcji: spektakularnych sukcesów i równie bolesnych upadków, burzliwych romansów, a nawet wątków delikatnie kryminalnych. Jazzman o swoim życiu opowiada z rozbrajającą szczerością. Nie ukrywa słabości: nałogu alkoholowego, zamiłowania do ruletki, czy problemów ze zdrowiem. „Urbanator” jest prawdziwą gratką dla fanów muzyki, Urbaniak jest bowiem chodzącą encyklopedią w tej dziedzinie. Nie tylko współpracował, ale również przyjaźni się z wieloma gwiazdami jazzu. W każdym zdaniu poświęconym dźwiękom widać nieustającą fascynację i chęć odkrywania nowych obszarów. Skrzypek, który spokojnie mógłby zająć się już tylko odcinaniem kuponów od swoich sukcesów, cały czas „trzyma rękę na pulsie” światowych trendów, interesuje się nowymi technologiami i wcale nie ma ochoty wypaść z obiegu.

Siłą tej biografii jest niewątpliwie styl, w którym została napisana. Jest on zasługą Andrzeja Makowieckiego, a zapewne także przyjaźni, która łączy obu panów od lat i z pewnością wpłynęła na poziom szczerości Urbaniaka. Właściwie nie znajdziemy tu wypowiedzi na tematy publicystyczne, komentarzy do sytuacji politycznej, czy społecznej. Są za to ciekawe spostrzeżenia na temat środowiska krytyków muzycznych oraz trafne obserwacje dotyczące mentalności Polaków, którzy najtrudniej wybaczają innym sukces. Dodatkowym atutem publikacji są zdjęcia z prywatnego archiwum oraz imponująca, licząca ponad trzy strony dyskografia.

Dlaczego „Urbanatora” czyta się z taką przyjemnością? Każdy znajdzie zapewne własne powody. Dla mnie najważniejsze jest to, że widać tu człowieka pełnego pasji, który ma świadomość odniesionego sukcesu, a mimo to udało mu się pozostać sobą i który, nie zważając na mody, cały czas ma odwagę iść pod prąd.
Na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak powtórzyć za Marią Czubaszek: „Gdybym była profesjonalną recenzentką i musiała do czegoś się przyczepić, to jedynie do tego, że nie można się od niej oderwać.”. Naprawdę trudno nie zgodzić się z tą opinią, o czym mam nadzieję, przekonacie się po przeczytaniu książki.

Ocena 8/10
 A.Makowiecki, „Ja, Urbanator. Awantury muzyka jazzowego”. Wydawnictwo Agora 2011.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora.http://kulturalnysklep.pl/JU/pr/-ja--urbanator--andrzej-makowiecki.html