Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu.. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 listopada 2020

Calypso - David Sedaris


Roześmiejmy się czym prędzej, żeby nie zapłakać**** - ten cytat doskonale opisuje emocje towarzyszące lekturze  zbioru tekstów Sedarisa. W tych słodko-gorzkich szkicach pod płaszczykiem dowcipu, sarkazmu i ironii, kryją się poruszające historie o trudnych relacjach rodzinnych, lękach, przywarach społecznych.

David Sedaris jest amerykańskim pisarzem. Do tej pory napisał kilkanaście książek przetłumaczonych na wiele języków. Przede wszystkim jednak jest znanym i lubianym komikiem i stand-uperem. Do tej pory w Polsce ukazała się tylko jedna jego książka Zjem to, co ma na sobie (Znak 2006)- przeszła zupełnie bez echa. Nowo powstałe warszawskie wydawnictwo Filtry założone przez Dorotę Nowak i Ewę Wieleżyńską, postanowiło przypomnieć o Sedarisie czytelnikom i przywrócić go do łask publiczności.

Głównymi bohaterami gawęd Dawida Sedarisa jest on sam - z pochodzenia Grek, gej niskiego wzrostu (160 cm.)jego rodzina - partner - Hugh, rodzeństwo ( piątka), stary ojciec, nieżyjąca matka oraz społeczeństwo amerykańskie. Autor nie ma litości dla nikogo, na czele z samym sobą. Jest dziwny, ekscentryczny, ekshibicjonistyczny. Dlaczego zatem warto mimo wszystko przeczytać tę książkę?

Początkowo wszystko wydaje się tu przewidywalne i proste: garść zabawnych historyjek o parze gejów - hedonistów, rodzeństwie lubiącym robić kompulsywne zakupy i nosić dziwne ubrania z japońskiego butiku. Letni dom przy plaży jest miejscem spotkań rodzinnych i niezobowiązujących gier towarzyskich przy drinkach. Zwykły spacer nie jest dla Sedarisa tylko przyjemnością, ale przede wszystkim okazją do obsesyjnego liczenia kroków i zdobywania pochwał od urządzenia fitbit.  Uśmiech nie schodzi nam z ust. Trafiliśmy do bezpiecznej krainy amerykańskiego stand-upu.

Schody zaczynają się w momencie, gdy okazuje się, że w istocie mamy do czynienia z wysoce dysfunkcyjną, choć bardzo kochającą się rodziną. Matka okazuje się alkoholiczką, rodzeństwo przez lata utrzymuje zmowę milczenia wokół jej nałogu, sprawiający wrażenie łagodnego staruszka ojciec, kiedyś wyrzucił syna z domu za homoseksualizm i nigdy do końca nie zaakceptował. Jedna z sióstr zmagała się z chorobą psychiczną, w wyniku tych problemów popełniła samobójstwo. Jej nieobecność stanowi wyrwę w rodzinnej układance.

Śmiech natychmiast grzęźnie w gardle, zamieniając się w rozpacz i przerażenie. Bezlitosna  ironia okazuje się jedynie zasłoną dymną mającą ukryć lęk przed śmiercią i ułatwiającą poradzenie sobie ze stratą.

Sedaris co krok przesuwa granice wstydu i intymności, bez problemu opowiadając o przebiegu grypy jelitowej, czy kłopotach fizjologicznych. Humor skatologiczny jest tu osobną kategorią. Dla autora tabu zdaje się nie istnieć, choć w niektórych kwestiach jest zaskakująco pruderyjny. Nie pasuje do żadnych ram i schematów. Jego matka często mawiała : To niemożliwe, żeby ktoś tak postąpił, ojciec z kolei kwitował zdaniem: słowo daje, poziom tej dyskusji pozostawia wiele do życzenia.** Czytelnik ma dokładnie takie same wrażenia, co chwilę zadając sobie pytanie: dlaczego jeszcze czytam tę książkę? I jednocześnie nie mogąc się od niej oderwać.

Autor nieustannie prowokuje, zadaje niewygodne pytania, wytrąca ze strefy komfortu. Momentami powoduje fizyczną wręcz niechęć ( historia o karmieniu żółwia tłuszczakiem)

Calypso z całą pewnością nie jest książką dla wszystkich, ale za to jest książką o wszystkich. Każdy z nas ma swoje własne dziwactwa, słabości, lęki. Nawet jeżeli różnie je przeżywamy, różnie sobie z nimi radzimy są to rzeczy uniwersalne. Dlatego w historiach Sedarisa można się przeglądać jak w lustrze i większość z nas odnajdzie w nich fragmenty własnych biografii.

Po raz kolejny też okazuje się, że miał rację Gogol pisząc:

Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie.***

Calypso D. Sedaris, tł. P.Tarczyński, Wydawnictwo Filtry 2020.

*Dziękuję Wydawnictwu Filtry za przekazanie egzemplarza do recenzji.

** Cytaty pochodzą z omawianej książki.

*** Rewizor, M.Gogol, tł. Julian Tuwim, Wydawnictwo M.Kot 1950.

**** Blais Cendrars.


 



niedziela, 1 listopada 2020

Podsumowanie czytelnicze października


Październik był kolejnym miesiącem, który przyniósł istny wysyp nowości wydawniczych typu: must read. Nawet osoby mocno związane ze światem książki, dużo czytające, nie są w stanie nadążyć z lekturą, być na bieżąco. 

Ten zalew z jednej strony cieszy, bo pozwala zrobić plany czytelnicze na całą zimę, co zważywszy na sytuację pandemiczno-społeczną w kraju jest cenne. Z drugiej jednak jest szkodliwy, bo wiele wartościowych tytułów przepadnie w gąszczu, nie doczekawszy należytej uwagi ze strony mediów, a co za tym odbiorców. 

Można odnieść wrażenie, że w tym roku Gwiazdka przyszła dużo wcześniej i wszystkie najważniejsze tytuły już się ukazały. Pytanie tylko, czy dla wydawców nie jest to oby strzał w kolano? Przekonamy się wkrótce.


1. Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu 2 D. Masłowska, il. M.Chorąży. - Nie przepadam za prozą Masłowskiej. Natomiast jestem wielką fanką jej felietono-esejów publikowanych w internetowym czasopiśmie dwutygodnik.com. właśnie pod takim tytułem. Pierwszy tom tych teksów wzbudził mój zachwyt, drugi na szczęście nie zawiódł oczekiwań. Mamy tu codzienność poddaną wnikliwej ironiczno-sarkastycznej, śmieszno-smutnej analizie i refleksji. Masłowska z pasją i zaangażowaniem pisze zarówno o programie telewizyjnym Apetyt na miłość , kursie szycia, na który zapisała się w czasie wolnym, jak i o swoich licznych podróżach, w tym stypendium w Szanghaju. Nie brak tu również pisanych "na gorąco" pandemicznych obserwacji. Lektura idealna dla wszystkich chcących nabrać dystansu do rzeczywistości.

https://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/5285/Jak-przejac-kontrole-nad-swiatem-2/

2. Żółty dom S.M. Broom, tł. Ł. Błaszczyk - recenzję książki znajdziecie tu.

3. Koniec świata, umyj okna A. Jelonek - Debiut prozatorski. Główna bohaterka - Alicja cierpi na ataki paniki. Nerwice, stany lękowe, inne zaburzenia psychiczne wciąż bardzo rzadko są tematem polskiej prozy. W związku z tym już sam fakt, że taka książka powstała zasługuje na uznanie i uwagę. Autorka bardzo dobrze opisuje emocje i napięcia, które towarzyszą atakom paniki. Wskazuje też, że tego typu problemy nie biorą się znikąd, nigdy nie są jedynie czyimś  wymysłem, czy fanaberią  Bardzo krótka, skondensowana forma tekstu buduje atmosferę duszności i wzmaga poczucie zagrożenia u czytelnika. Nie jestem pewna, czy jest to dobra lektura dla osób z aktywnym problemem tego typu, ze względu na to, że raczej nie pozostawia nadziei i trudno ją nazwać optymistyczną. Dla tych, którzy nie znają problemu może być z kolei zbyt ciężka w odbiorze i niezrozumiała. Wszyscy zainteresowani tematem, nie powinni jej przeoczyć, o co bardzo łatwo, bo praktycznie wcale nie jest promowana ani przez wydawcę ani w mediach, a szkoda, bo jest to książka potrzebna i wartościowa.

https://wydawnictwocyranka.pl/?v=9b7d173b068d

4. Cudze słowa W. Szostak - recenzję książki znajdziecie tu.

5. Mona B. Bellova, tł. A. Radwan - Żbikowska - Pięknie wydana, niewielkich rozmiarów mocna, gęsta proza. Niezwykle aktualna w kontekście ostatnich wydarzeń w naszym kraju, co potęguję jej siłę rażenia i miejscami wywołuje dreszcze. Nieokreślone miejsce, nieokreślony czas. Mona jest kobietą, żoną, matką pielęgniarką w szpitalu, do którego, jak czytamy wdziera się dżungla, opiekuje się rannymi w wyniku działań wojennych. Wśród nich jest Adam - młody żołnierz po amputacji nogi. Życie głównej bohaterki poznajemy równolegle w dwóch liniach czasowych. Druga z nich to wspomnienia dzieciństwa i młodości. Wspomnienia świata, którego już nie ma. Rodziców, którzy zniknęli nagle, z dnia na dzień, babci, która z obawy o wnuczkę trzymała ją w komórce pod podłogą. Jedynym łącznikiem między tymi światami, symbolem luksusu i smakiem minionej beztroski są rozpływające się w ustach makaroniki. Mona ma męża, który jej nie zauważa i syna, który jej nie szanuje. Żyje w świecie, w którym kobiety są zdominowane przez mężczyzn, religię, państwo. Poddane kontroli, licznym zakazom i nakazom Mona się nie zgadza, pragnie czegoś więcej: prawdziwej miłości, zaspokojenia potrzeb i ma odwagę tego szukać. Autorka niczego nie dookreśla. Tropy kulturowe, które podaje prowadzą nas w różne miejsca świata i w różny czas. Mona to napisana surowym językiem niezwykle uniwersalna opowieść. O kobiecości, seksualności, zmysłowości, buncie, odwadze, potrzebie wolności, poszukiwaniu miłości i dojrzewaniu. W czasach walki o prawo wyboru - lektura konieczna.

https://www.wydawnictwoafera.pl/mona,id73.html

* Dziękuję Wydawnictwu Afera za przekazanie egzemplarza do recenzji.

6. Soroczka A. Kuźniak Intymny, kameralny  reportaż o przygotowaniach do śmierci za życia. Bohaterkami i bohaterami są tu starzy mieszkańcy wsi, którzy opowiadają reporterce o ubraniach, w których chcą być pochowani -  owinięte w folię czekają w szafach na swój czas. Rozmowy o przemijaniu, lęku, ludowych tradycjach i obrzędach związanych z pochówkiem są oczywiście pretekstem do opowieści o życiu: często tragicznym, naznaczonym wojną, tułaczką, cierpieniem. Kuźniak daje głos prostym ludziom. Wysłuchuje ich z niezwykłą wrażliwością, empatią, uważnością. Całość napisana jest  oszczędnym, subtelnym, pięknym językiem. Uzupełniają ją doskonale fotografie autorstwa Anny Bedyńskiej. Rzecz idealna na ten listopadowy, jesienny czas. Do oswojenia, przeżywania, przemyślenia. Nie przegapcie!

https://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/5293/Soroczka/

7. Stacja Tokio Ueno Yu Miri, tł. D. Latoś - Kazu nie żyje. Powraca na ziemię jako duch do parku Ueno, w którym jako bezdomny spędził ostatnie lata  życia. Z tej perspektywy wspomina koleje swojego losu, ważnych ludzi i miejsca. Sam pomysł na fabułę wydawał mi się bardzo ciekawy. Niestety z realizacją wyszło dużo gorzej. Spodziewałam się po tej książce znacznie więcej i czego innego, niż otrzymałam finalnie. Opowieści o życiu bohatera przeplatają  się tu z faktami z historii Japonii, opisami świąt i tradycji. Do tego zostały dodane obserwacje zachowań przypadkowych bywalców parku Ueno. Tworzy to w sumie dość chaotyczną i ciężkostrawną całość, bez czytelnego przesłania, pozbawioną głębi przekazu. Pozycja, która zadowoli wyłącznie zagorzałych wielbicieli Japonii. Seria z Żurawiem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego ma już swoją renomę na rynku wydawniczym i cieszy się dużym uznaniem wśród czytelników. Zaliczam się do jej sympatyków, jednak ten konkretny tytuł był dla mnie dużym rozczarowaniem.

https://wuj.pl/ksiazka/stacja-tokio-ueno#oprawa-miekka-ze-skrzydelkami

poniedziałek, 19 października 2020

Żółty dom. Wspomnienia - S.M.Broom

 

Sarah M. Broom z topograficzną precyzją odtwarza historię swojej wielopokoleniowej rodziny i żółtego domu - miejsca, w którym się wychowała. Kreśli też surowy portret Nowego Orleanu. Znacznie odbiegający od powszechnych wyobrażeń na temat tego miasta. Porywająca lektura.

Bardzo chętnie sięgam po sagi rodzinne, autobiograficzne i biograficzne opowieści. Jednak ta konkretna początkowo umknęła mojej uwadze. Mam wrażenie, że przeczytałam ją na szarym końcu, kiedy zrobili to już wszyscy. Większość zdążyła się już również wypowiedzieć na jej temat. Mimo to, cieszę się, trafiła w końcu w moje ręce. Dzięki temu, nie ominęło mnie poruszające czytelnicze przeżycie.

Broom opisuje dzieje rodziny z perspektywy kobiet, które całe życie musiały walczyć o przetrwanie, a ich głównym pragnieniem było posiadanie własnego miejsca na ziemi. Udało się to dopiero jej matce - Ivory Mae.

Sarah jest najmłodszą z dwanaściorga rodzeństwa. Jej matka dwukrotnie wychodziła za mąż. Pierwszy raz, w bardzo młodym wieku, tuż po ukończeniu ósmej klasy. Ze związku z Webbem miała dwoje dzieci - chłopców: Eddiego i Michaela. Drugi mąż, ojciec Sary - Simon Broom miał z kolei dwie córki z poprzedniego małżeństwa. Od początku tworzyli więc rodzinę patchworkową. Niestety, Simon zmarł w wyniku wylewu, tuż po narodzinach Sarah. 

Różnice wieku między rodzeństwem były tak duże, że Sarah miała problemy z odnalezieniem swojego miejsca w rodzinie, nawiązaniem relacji z rodzeństwem. Historia rodziny sprzed jej narodzin, zwłaszcza postać ojca, którego nie zdążyła poznać, była dla niej zagadką. Poznawała wszystko na podstawie relacji pozostałych współmieszkańców żółtego domu. Ci jednak nie byli zbyt skorzy do mówienia. Dzieciństwo upłynęło jej więc w dużej mierze na walce o akceptacje ze strony rodzeństwa i uwagę matki. Całe rodzeństwo dotknął również problem segregacji rasowej w szkole i podziałów klasowych wśród rówieśników.

Wymarzony żółty dom stał się własnością Ivory Mae w 1961 roku. Był to typ domu-wielbłąda: podłużny, parterowy, z frontem skierowanym do ulicy. Znajdował się na przedmieściach Nowego Orleanu. Obszar New Orleans East, według władz miał być kurą znoszącą miastu w przyszłości złote jaja. Tak naprawdę osiedle znajdowało się na \osuszonych, bagnistych terenach. Lokalizacja ta w ogóle nie  była atrakcyjna dla białej części społeczeństwa. 

Remont domu zakończył się w 1964 roku. Z powodu braku funduszy nie udało się dokończyć wszystkiego. Mnóstwo było prowizorycznych rozwiązań i niedoróbek. Ivory Mae lubiła ładne przedmioty i starała się nimi otaczać, tak by stworzyć rodzinie przytulne, ciepłe miejsce. To jednak nie wystarczyło, by wszyscy faktycznie poczuli się tam, jak u siebie. Po śmierci Simona dom systematycznie przeistaczał się w wymagającą ciągłych napraw i remontów ruderę. Ivory Mae nie była w stanie sprostać jego stale rosnącym potrzebom.

W ten sposób upragnione miejsce na ziemi stało się powodem do wstydu. Rodzina nie zapraszała do siebie nikogo spoza swojego kręgu. Tworzyli własny mikrokosmos, w którym mogli liczyć wyłącznie na siebie i okolicznych sąsiadów. którzy znali prawdziwe warunki ich życia. Izolowali się wbrew swojej naturze i potrzebom. Wszystko dlatego, ze na zewnątrz prezentowali zupełnie inny obraz siebie. Rodzeństwo zawsze chodziło dumnie wyprostowane, porządnie, schludnie ubrane, czyste i ufryzowane zgodnie z normami i modami. Dopiero wnętrze domu  pokazywało ich prawdziwą sytuację. Do jej ujawniania nie chcieli dopuścić.

Mimo różnych przeciwności dom trwał, a starsze rodzeństwo Sary często zatrzymywało się w nim na dłużej, w wyniku różnych zawirowań życiowych. Do czasu. W 2005 roku Nowy Orlean nawiedziła "wielka woda" w postaci huraganu Katrina. Żółty dom przestał istnieć, cała rodzina w jednej chwili, podobnie, jak setki tysięcy innych mieszkańców Nowego Orleanu straciła dach nad głową.

Żółty dom jest też w dużej mierze portretem miasta. Nowy Orlean widziany oczami Broom, jawi się jako skorumpowane, pełne przemocy i bezprawia miasto, w którym kwitnie bieda i podziały społeczne. Obraz ten pogarsza się jeszcze po przejściu huraganu. Wtedy zaczyna panować totalny chaos, uderza bezradność władz i bezsilność ludzi.

Broom doskonale miesza style i łączy gatunki. Autobiografia i biografia łączy się tu z reportażem i publicystyką. Epicki rozmach z dokumentalną szczegółowością. O Nowym Orleanie pisze konkretnie i rzeczowo, o ludzkiej tragedii po przejściu huraganu Katrina - bez szukania taniej sensacji i prób wymuszenia na czytelnikach emocji. O rodzinie - szczerze, z dużą świadomością, zdobytym przez lata dystansem, bez lukru i prób zamiatania pod dywan tego, co było trudne. Trzeźwe spojrzenie łączy się tu z czułością, a słowna precyzja z metaforami i miejscami poetyckim językiem.

Duża bliska rodzina jest jak ameba. By się oddzielić od jej pełzającego ciała, trzeba je rozerwać. Czy autorce się to udało? Przekonajcie się sami. Warto, bo Żółty dom to również uniwersalna opowieść o świecie świadomych swojego losu kobiet, które tworzą wspólnotę i wspierają się wzajemnie.

Żółty dom S.M. Broom, tł. Ł.Błaszczyk, Wydawnictwo Agora 2020.
*Dziękuję Wydawnictwu Agora za przekazanie egzemplarza do recenzji.
*Cytowany fragment pochodzi z omawianej książki.





piątek, 31 lipca 2020

Podsumowanie półrocza

Wiem, że mamy dziś ostatni dzień lipca i robienie teraz podsumowania może się wydawać co najmniej ekstrawagancją, jeśli nie przesadą, ale z drugiej strony mamy lato, wakacje, czas rozluźnienia i myślę, że to małe opóźnienie, nie będzie stanowiło żadnego problemu. Jeśli jeszcze szukacie inspiracji na lektury wakacyjne, potraktujcie ten subiektywny wybór jako listę typu: must read.

Zacznę od tego, że od dwóch lat mam szczęście i nie zdarza mi się już czytać całkowicie złych książek, zręcznie też unikam literackiej papki i tandety. Czytam różnorodnie, oczywiście poszczególne pozycje prezentują różny poziom, zdarzają się rozczarowania, ale nie zgrzytam już zębami w czasie czytania, nie prycham z poirytowania i nie rzucam w kąt niedokończonych książek. Jednym zdaniem: intuicja mnie nie zawodzi, złą literaturę wyczuwam na odległość i omijam szerokim łukiem. Uważam to za spory sukces i mam nadzieję, że ta pozytywna tendencja będzie się utrzymywała jak najdłużej. Podsumowanie będzie dość krótkie, dla wygody i większej czytelności podzieliłam je na kategorie.

  1. Najlepsza książka tego półrocza – oczywiście nie będzie to jedna książka, dokonałam tu podziału na literaturę obcą, polską i faktu.

Literatura obca: w tym roku nadrobiłam trochę pozycji z klasyki literatury, siłą rzeczy nie mogło ich tu zabraknąć.

Droga C. McCarthy – na pewno będę jeszcze szerzej pisała o tej książce, mam nadzieję, że przedstawiać nie trzeba, póki co zostawiam link do strony wydawcy.

https://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/5075/Droga/

Myszy i ludzie J. Steinbeck – więcej o książce pisałam tu.

Hana A. Mornstajnova – na pewno napiszę o tej książce w osobnym poście.

http://amaltea.az.pl/hana/

Normalni ludzie S. Rooney – recenzja tu.

Wierzyliśmy jak nikt R. Makkai – recenzja tu.

Zbieranie kości J. Ward – pisałam o książce tu.

Literatura polska : – tutaj lista będzie znacznie krótsza, bo czytam znacznie mniej polskiej prozy.

Bezmatek M. Marcinów – cały czas zbieram się do napisania recenzji tej książki. Z uwagi na temat i ciężar gatunkowy myślę, że pojawi się jesienią. Jest to proza, która pozostawia po sobie obezwładniające wrażenie, z gatunku tych, które miażdżą serce. Lektura konieczna!!!!

https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/bezmatek

Poufne M. Grynberg – pisałam o tej książce tu.

Od jednego Lucypera A. Dziewit-Meller – recenzja tu.

Najlepszy reportaż: – wybrałam tytuły o największym ciężarze emocjonalnym i jeden, którego przyporządkowanie do tej kategorii jest pewnym nadużyciem.

Płuczki. Poszukiwacze żydowskiego złota P.P. Reszka

https://kulturalnysklep.pl/ksiazka/pluczki--poszukiwacze-zydowskiego-zlota-plu

Strup. Hiszpania rozdrapuje rany. K. Kobylarczyk

https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/strup

Osobisty przewodnik po Pradze M. Szczygieł – więcej o tej książce pisałam tu.

  1. Największe rozczarowanie półrocza: – po obu tytułach spodziewałam się zupełnie czego innego niż otrzymałam.

Polska przydrożna P. Marecki – więcej pisałam o tej książce tu.

https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/polska-przydrozna

Argonauci  M. Nelson

https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/argonauci

  1. Największe zaskoczenie półrocza:

Była sobie rzeka D. Setterfield – książka równie piękna w środku, jak na zewnątrz, a myślałam, że będzie raczej niewinnym, mało ambitnym czytadłem z piękną okładką. I takie niespodzianki lubię! Wciąż czeka w kolejce na obszerniejszą recenzję J

 

4. Premiery książkowe na które czekam – wybór ograniczyłam do sierpnia i początku jesieni.

https://www.karakter.pl/ksiazki/niewidzialne-kobiety-jak-dane-tworza-swiat-skrojony-pod-mezczyzn

http://amaltea.az.pl/pusta-mapa/

https://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/5274/Pokora---Szczepan-Twardoch

 https://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/5283/Dodatkowa-dusza---Wioletta-Grzegorzewska

https://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/5285/Jak-przejac-kontrole-nad-swiatem-2/

https://soniadraga.pl/produkt/wdziecznosc

 https://czytelnik.pl/pl/p/Stara-milosc/1114

https://wydawnictwocyranka.pl/product/koniec-swiata-umyj-okna/?v=9b7d173b068d

https://tajfuny.pl/?s=moralnej+paniki&post_type=product&type_aws=true&id=1&filter=1&awscat=Form:1+Filter:All


poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Historia znikania


Domy bezdomne – debiut reporterski Doroty Brauntsch to dowód na to, że z pozornie niszowego tematu można uczynić ciekawą dla wszystkich, uniwersalną historię.

W 2016 roku fotografka Dorota Brauntsch na facebookowym profilu Ceglane domy , zaczęła zamieszczać zdjęcia unikalnych domów murowanych, pochodzących z przełomu XIX i XX wieku, które znajdują się na ziemi pszczyńskiej. Zabytkowe budynki w szybkim tempie znikają z krajobrazu śląskich wsi. Są wyburzane z powodu starości, nieużyteczności. Książka jest uzupełnieniem projektu fotograficznego o opowieści ludzi, którzy w tych domach mieszkają lub mieszkali. Próbą ukazania historii budynków w szerszym kontekście.

Młody wróbel wpadł do kuchni prosto w kopkę świeżo skubanego pierza. Trzepot skrzydeł rozniósł puch i pióra. Białe kłaczki osiadły na meblach, zasłonach, na gorących jeszcze kołoczach. Nawet we włosach Hanka miała gęsie pierze.*

Taki początek, sugeruje liryczną opowieść o sielskiej krainie dzieciństwa. Przywołuje na myśl beztroskę czasu spędzanego w domu dziadków. Reportaż literacki to w Polsce wciąż rzadko uprawiany gatunek. Budzi kontrowersje i spory. Bywa niedoceniany, umniejsza się jego wartość. Dla mnie język literacki, szczególnie w tym przypadku jest dodatkowym walorem tekstu. Budzi emocje. Całość czytałam z dużym zainteresowaniem, mimo, że ne jestem specjalistką w dziedzinie budownictwa czy architektury. W dużej mierze jest to właśnie zasługą języka.

Dom żyje dopóki żyje w nim człowiek*

Dom buduje się dla innych. Nie tylko dla dzieci czy wnuków, ale dla wszystkich. Dla otoczenia. Dla miejsca, Żeby nie zepsuć przestrzeni, żeby nawiązać z nią relację wtopić się w krajobraz.*

Brauntsch rozmawia z mieszkańcami domów, ich rodzinami, ale także z rzemieślnikami: cieślami, murarzami. Ważny jest tu również głos architektów. Jawią się oni jako grupa pasjonatów, zapaleńców, którzy mimo przeszkód, z dużym wysiłkiem próbują uratować to, co nieuchronnie odchodzi w zapomnienie. Każdy robi to na swój sposób: odnawiając stare domy, budując nowe, wyłącznie z wykorzystaniem naturalnych materiałów: cegły drewna, projektując z poszanowaniem przestrzeni, dziedzictwa, zachowując tożsamość.

Domy bezdomne to też opowieść o zgubnych skutkach transformacji. Rozwój technologii, innowacje, postęp gospodarczy sprawiły, że ludzie przestali szanować pracę ludzkich rąk, nie kształci się już rzemieślników: cieśli, murarzy. Większość woli budować: tanio, szybko i „tak jak wszyscy”, czyli najczęściej z prefabrykatów.

Wiesz, mam wrażenie, że domy, które dzisiaj budują ludzie, są jednorazowe. Tak jak wszystko dookoła. A mnie kultura jednorazowości przeraża. Wydaje nam się, że możemy kupić wszystko, nawet dom…Ale jednorazowość już z założenia nie zniesie próby czasu. Dlaczego więc nie sięgnąć do wzorców, które zdały test na długowieczność?*

Dokumentacja zaniku domów jest dla Brauntsch pretekstem do wypowiedzi o zaniku wartości. Rosnący konsumpcjonizm doprowadził do tego, że ludzie stracili umiar w zagarnianiu przestrzeni dla siebie. Projektujący domy rzadko myślą o tym, by wkomponować nowe budynki w krajobraz i otoczenie. Zanika rozsądek, budowanie „na skalę człowieka”. Brak szacunku nie tylko dla przestrzeni, ale także dla przyrody. Znika również poczucie wspólnoty, czemu autorka poświęca dużo uwagi. Kiedyś domy budowano wspólnie, sąsiedzi mogli liczyć na wzajemną pomoc. Dzisiejsza anonimizacja społeczeństwa, nie sprzyja budowaniu tego typu więzi. Coraz mniej jest domów wielopokoleniowych, wraz z nimi ginie przywiązanie do ziemi. Trudno bowiem czuć przywiązanie do mieszkania w bloku kupionego od dewelopera.

Wadą reportażu jest niespójność tekstu. Debiutantkę gubi momentami chęć poruszenia zbyt wielu wątków. Przez to często tracimy z oczu główny cel i założenie książki. Niepotrzebnie zostały tu wkomponowane, niepasujące stylistycznie do całości fragmenty manifestów urbanistycznych. Zaburzają one harmonię i odbiór tekstu.

Największą siłą zarówno tekstu jak i zdjęć jest przenikliwe, wrażliwe, uważne spojrzenie autorki. O swoich bohaterach pisze z olbrzymią czułością, szacunkiem. Na każdym kroku wyczuwa się Jej emocjonalny stosunek do tematu, przywiązanie do opisywanych terenów. Ten rodzaj patrzenia natychmiast udziela się czytelnikowi i sprawia, że wszelkie niedociągnięcia tekstu przestają mieć jakiekolwiek znaczenie.

Wizje rozpadu i zaniku przedstawione w Domach bezdomnych są dość katastroficzne. W dodatku wygląda na to, że będzie coraz gorzej, a szanse na poprawę, jeśli w ogóle istnieją, są niewielkie. Nawet jeżeli całość wydaje się nieco przesadzona i na wyrost, to należy przyznać, że wiele z nich niestety jest prawdziwych. Każdy z nas obserwuje to na co dzień w swoim otoczeniu.  Warto przeczytać: ku pamięci, przestrodze, do zatrzymania i przemyślenia.

D. Brauntsch, Domy bezdomne, Wydawnictwo Dowody na Istnienie 2019.
*Wszystkie cytaty pochodzą z omawianej książki.
*Dziękuję Wydawnictwu Dowody na Istnienie za przekazanie egzemplarza do recenzji.

piątek, 22 marca 2019

Dziennik.Jeszcze jedno zdanie – Tadeusz Sobolewski


Zapiski Tadeusza Sobolewskiego to dla młodszych doskonała wycieczka po najnowszej historii Polski. Dla starszych okazja do wspomnień i refleksji. Niezależnie od wieku, czyta się jednym tchem.

Sobolewski jest krytykiem filmowym, publicystą. Przez wiele lat był związany z miesięcznikiem Kino. Od 1995 roku pracuje w Gazecie Wyborczej. Współtworzył i współprowadził ( wraz z Grażyną Torbicką) lubiany program Kocham kino w Telewizji Polskiej.

Zawsze pisałem coś w rodzaju dziennika. Nawet w dzieciństwie. Nie zastanawiałem się, po co to robię. Jakbym zbierał materiały do powieści, która nigdy nie zostanie napisana. Pozostają tylko fragmenty.*

Dziennik, rozpoczyna się w czasie trwania stanu wojennego. Sobolewski doskonale oddaje atmosferę tamtego czasu: poczucie beznadziei, zwątpienie, strach, podziały społeczne, potrzebę wspólnotowych doznań, a jednocześnie poczucie osamotnienia, próby dokonania wewnętrznej „emigracji”.

Stan wojenny przedstawia mi się jako ucieczka w absurd wobec niemożliwości rozwiązania rzeczywistych problemów.*

Wiele miejsca poświęca dominującej roli kościoła w tamtym czasie.

Czy wiara się tak upowszechniła? A może tylko nie wstyd jej dziś manifestować? Za moich szkolnych czasów religia była prywatna, nieujawniana publicznie. Za to uwewnętrzniona, odkrywana, czasem na własne ryzyko. Zawsze sprowadzano ją do czegoś innego. A teraz? Nauka i prasa przestały być autorytetami, odkąd okazało się, że zarówno profesor, jak i dziennikarz mogą być takimi samymi szmatami. Sztuka jest słaba, zamieniona w propagandę [także opozycyjna]. Kino, teatr nie wieszczą narodowi, nie są w stanie ludzi poruszyć jak kiedyś. Teatr wylał się na ulice. Religia objawiła się na tym tle jako rozrywka duchowa najłatwiej dostępna. Ludzie chwycili się jej masowo, jak za okupacji. Wyszliśmy z bezpiecznego światka. *

Kościół w latach 80. , jawił się jako schronienie dla środowisk inteligenckich , był czynnikiem  spajającym społeczeństwo. Po okresie euforii, wywołanej wyborem Jana Pawła II na papieża, przyszło rozczarowanie, niezgoda na zawłaszczanie przez hierarchów coraz liczniejszych sfer życia.

Poza polityką, religią, sprawami społecznymi,  Sobolewskiego zajmuje przede wszystkim życie rodzinne i praca zawodowa. Pisze o niełatwych relacjach z rodzicami, siostrą, teściową – Jadwigą Stańczakową, trudzie wychowania młodszej, chorej na zespół Downa córki – Cecylii , jak również o radości płynącej z doświadczenia tego ojcostwa.

Mnogość wątków pojawiających się na kartach Dziennika jest ogromna. Dla każdego ważne będzie coś innego i każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Dla jednych będzie to przyjaźń z Mironem Białoszewskim, dla innych recenzje filmowe, relacje z festiwali filmowych , prywatnych podróży, czy wywiady z reżyserami.

W swoim Dzienniku autor, zachowuje bezpieczny dystans od czytelnika. Nie ma potrzeby ekshibicjonizmu, dzielenia się wszystkim. Wiele tu niedopowiedzeń, rzeczy przemilczanych, ukrytych między wierszami.

Sobolewski, pisze ze swadą, erudycją. Poczucie humoru, ironia, splata się na stronach Jeszcze jednego zdania z melancholią, czasem goryczą. Jest doskonałym obserwatorem rzeczywistości. Jego uwagi, choćby na temat zgubnych skutków gwałtownej transformacji ustrojowej, porażają celnością i przenikliwością. Niektóre diagnozy społeczne są aktualne, zwłaszcza dzisiaj.

Kiedyś zło społeczne było wyraźnie podane, jak wojskowe tablice strzelnicze. Teraz sami dla siebie nawzajem stajemy się figurami strzelniczymi. Nienawiść ogarnia najłagodniejszych(…)Nieoczekiwane wyjście z formy grozi każdemu. Moje pokolenie miota się, rozczarowane, depcząc po drodze „przeszłości ołtarze”.(…) Ludzie w Polsce zabijają się słowami. Brak kogoś ,kto powie: jesteśmy razem. Sami zniszczyliśmy solidarność. Rozsypała się razem z obalonymi pomnikami starego reżimu.*

Zdolności profetyczne godne podziwu.

Dzisiaj wielu, również młodych pisarzy ma ambicje opublikowania dziennika. W większości są to rzeczy miałkie, niewarte uwagi. „Dziennik. Jeszcze jedno zdanie” to wyborny reprezentant gatunku. Śmiało może stanowić wzorzec w kategorii: „jak pisać dziennik”, dla wszystkich, chcących publikować takowe w przyszłości. Nie ma tu bowiem słabych punktów. Jest czysta przyjemność lektury i chęć, by było takich jak najwięcej.

Dziennik. Jeszcze jedno zdanie, T. Sobolewski, Wydawnictwo W.A.B. 2019.
*Wszystkie cytaty pochodzą z omawianej książki.
*Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za przekazanie egzemplarza do recenzji.

piątek, 15 marca 2019

Ocalić od zapomnienia


„Japonia utracona” to fascynująca podróż do świata, którego już nie ma. Alex Kerr z pasją przekazuje czytelnikom swoją wiedzę o starej Japonii. Przy okazji, burzy stereotypowe wyobrażenia ludzi Zachodu na temat Kraju Kwitnącej Wiśni.

Moja dotychczasowa wiedza o Japonii była powierzchowna i znikoma, a skojarzenia banalne i powszechne. Pierwsze, co przychodzi na myśl to zdrowa, lekka uwielbiana przez wielu kuchnia i związane z nią poniekąd legendy o długowieczności Japończyków. Kolejne to trzęsienia ziemi, filmy Kurosawy, wschodnie sztuki walki, minimalizm i wysoko rozwinięte technologie. Niemal natychmiast w głowie wyświetla się również obraz samotności w wielkim mieście, przedstawiony przez Coppolę w filmie „Między słowami”.

Oczywiście zetknęłam się z kaligrafią, pojęciami: ikebana, czy ceremonią picia  herbaty. Nie posiadam jednak szerokiej wiedzy na temat żadnej z tych sztuk. Dlatego też „Japonia utracona” była dla mnie tak ciekawą, zaskakującą od niemal pierwszej strony lekturą.

Alex Kerr jest Amerykaninem, pochodzi z rodziny oficerskiej. Praca ojca wiązała się z wieloma podróżami, częstymi zmianami miejsca zamieszkania. Po raz pierwszy przyjechał do Japonii w 1964 roku, mając dwanaście lat. Zamieszkał w Jokohamie i banalnie mówiąc: zakochał się w Japonii od pierwszego wejrzenia.

W kraju zaczynał się właśnie ogromny boom ekonomiczny, ale stara Japonia była jeszcze wyraźnie widoczna. Wokół Jokohamy, a nawet w środku miasta, wznosiły się zielone wzgórza, wiele dzielnic i ulic wciąż miało tradycyjnie japoński charakter. Szczególne zachwycało mnie morze dachów pokrytych dachówkami…Ogromnie podobały mi się japońskie domy. Wtedy w Jokohamie i Tokio było jeszcze dużo wspaniałych starych japońskich domów.*

W 1969 roku Kerr zaczął studiować japonistykę na Uniwersytecie Yale. W latach 70. powrócił do Japonii i odnalazł tam swoje miejsce na ziemi – dolinę Iya.

Pejzaż, jaki ujrzałem tego dnia, był najbardziej spektakularny spośród wszystkich widzianych w tym kraju; przypominał mi chińskie góry, w których zakochałem się jako dziecko. Wyglądał dokładnie tak, jak górski pejzaż malowany tuszem w okresie dynastii Song.*

Zamieszkał w starym, opuszczonym domu, którego renowacja zajęła kilka lat. Powoli poznawał zwyczaje lokalnej społeczności, a oni przyglądali mu się z życzliwą ciekawością.

Wypolerowana czarna podłoga z desek i palenisko przetrwały niezmienione przez wieki, jednak dach, niepokrywany od pięćdziesięciu lat , przeżywał swe ostatnie chwile.*

W kolejnych rozdziałach autor opisuje swoją fascynacje teatrem kabuki, opowiada o przyjaźni z aktorami, kolekcjonowaniu dzieł sztuki, kaligrafii. Oprowadza m.in po Kioto, Osace.

Kerr jest wszechstronnie wykształcony, poza japonistyką, ukończył również sinologię w Oxfordzie. O wszystkim pisze z ogromną erudycją, znawstwem, dbałością o szczegół, a jednocześnie przystępnie, swobodnie, używając pięknego literackiego języka. Nie sposób przytoczyć tu całego bogactwa poruszanych w książce tematów. Na jej kartach zmieściło się mnóstwo fachowej wiedzy z wielu dziedzin. Percepcję ułatwia zamieszczony na końcu słowniczek.

Często uważamy, że dewastacja środowiska naturalnego, brak odpowiednich regulacji prawnych w kwestii zagospodarowania przestrzennego, „pomnikoza”, na którą poważnie zachorowaliśmy kilka lat temu, to jedynie polskie problemy. Wystarczy uważnie przeczytać „Japonię utraconą”, by przekonać się, że jest inaczej.

Kiedy teraz myślę o naturalnym pięknie Japonii w tamtych czasach, zbiera mi się na płacz. Wulkaniczne góry, „tropikalna” roślinność i delikatność tamtejszej flory sprawiały, że Japonia była jednym z najpiękniejszych krajów świata. W ciągu następnych dwudziestu dziwnych lat jej naturalne środowisko kompletnie się zmieniło. Stare lasy wycięto i zastąpiono równymi rzędami drzew cedrowych; między tymi cedrowymi „sadami ”panuje śmiertelna cisza. Stały się pustynią, w której nie ma roślin ani zwierząt. Głęboko w górach pobudowano drogi, a zbocza gór pokryto zabezpieczającym przed erozją cementem, ukrywając ich piękno. Nawet mgły nie wznoszą się już nad wąwozami.*

Brzmi znajomo, prawda? Podobnie jak ten fragment:

W Japonii niemal nie istnieją ograniczenia co do umieszczania reklam świetlnych, a salony pachinko wypracowały wyjątkowo krzykliwy styl: rzędy olbrzymich, wielometrowych neonów, rzucających światła we wszystkich kolorach tęczy, a na dachach iluminowane wieże w kształcie Statui Wolności, pojazdów kosmicznych lub dinozaurów.*

Ten, ostatni już cytat, wywołuje z kolei ironiczny uśmiech zrozumienia:

…Japonia stała się krajem pomników. Ten trend zaczął się około 1960 roku wraz z wieżą w Kioto i „Wieżą Słońca” ustawioną na Expo w Osace. W ostatnich latach każde miasto musi mieć muzeum albo „wielofunkcyjny obiekt kulturalny”, nawet jeśli nie posiada niczego wartościowego do wystawienia w muzeum ani niczego, czemu mógłby taki obiekt służyć. W budżecie przeznacza się dziesiątki miliardów dolarów na te budowle, podobno każdego tygodnia powstają trzy lub cztery nowe.*

Kerr pisze o Japonii z ogromną miłością. Jako cudzoziemiec potrafi też z dystansem spojrzeć na trapiące kraj problemy i trzeźwo ocenia sytuację. Z troską obserwuje zachodzące przemiany. Obawia się o przyszłość, ubolewa nad całkowitym zanikiem tradycji japońskich, a przede wszystkim, nad brakiem osób mogących przekazywać wiedzę o starej Japonii przyszłym pokoleniom. Jego książka spełnia tę rolę doskonale.

Informacji zawartych w „Japonii utraconej” nie znajdziemy w żadnym turystycznym przewodniku. Wiedzy tej nie przekażą wykładowcy akademiccy na studiach japonistycznych. Dlatego, tak cenna to publikacja. Powinien ją przeczytać każdy, komu wydaje się, że interesuje się Japonią i dużo o niej wie, żeby przekonał się, że był w błędzie oraz wszyscy przyszli studenci japonistyki, bo z reguły, nie wiedzą, czego dokładnie będą się uczyć na studiach. Lektura pozwoli im uniknąć rozczarowań.

Jedynie dla formalności wspomnę, że książka, jak zawsze w przypadku wydawnictwa Karakter jest pięknie wydana. Autorem projektu graficznego jest niezawodny Przemek Dąbrowski.

A.Kerr, Japonia utracona, tł. Maria Kwiecieńska-Decker, Wydawnictwo Karakter 2019.

*Wszystkie cytaty pochodzą z omawianej książki.
* Dziękuję Wydawnictwu Karakter za przekazanie egzemplarza do recenzji.