Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 maja 2017

Ćwiczenia z pamięci

„Nasz film. Sceny z życia z Kubą. Wspomnienia” Krystyny Cierniak -  Morgenstern, czyta się tak samo, jak ogląda wszystkie filmy jej męża – z ciekawością.

Janusz „Kuba” Morgenstern zmarł we wrześniu 2011 roku. Był reżyserem filmowym i telewizyjnym. Najbardziej znane filmy jego autorstwa to m.in: Do widzenia, do jutra, Trzeba zabić tę miłość, Jowita, Żółty szalik. Morgenstern stworzył również niezwykle popularne seriale telewizyjne: Stawkę większą niż życie, Polskie drogi, Kolumbów. Poza reżyserią zajmował się także produkowaniem filmów. W tej roli wystąpił m.in. przy: Europa, Europa, Korczaku, Pannie Nikt, Poranku kojota, Chłopaki nie płaczą, Zemście.

Opowieść o wspólnym życiu rozpoczyna się od krótkiego przedstawienia historii rodzinnej obojga. On – urodzony w 1922 roku w Mikulińcach , niedaleko Tarnopola, pochodził z inteligenckiej rodziny żydowskiej, spolszczonej. W czasie wojny, wraz z rodzicami trafił do getta, z którego udało mu się uciec, z dwoma koleżankami. Tęsknota nie pozwoliła  jednak na rozłąkę z rodziną, wrócił. Okazało się, że rodzice po ucieczce syna postanowili popełnić samobójstwo, zażywając truciznę. Gdy Morgenstern wszedł do mieszkania, ojciec już nie żył, matki nie udało mu się uratować. Z uwagi na żydowskie pochodzenie przez całą okupację musiał się ukrywać, najpierw w piwnicy dyrektora Gimnazjum – Hryncyszyna, później – w lesie. Nigdy do końca nie opowiedział o dramatycznych przeżyciach wojennych. Ona przyszła na świat w przeddzień wybuchu wojny, w Inowrocławiu, pochodzi z inteligenckiej rodziny. Ojciec był wicedyrektorem Kredyt Banku w Poznaniu. Zmarł młodo, w wyniku powikłań po operacji.

Poznali się, gdy on był asystentem reżysera, a ona obiecującą studentką Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. I było, tak, jak w filmie. On wypatrzył ją w tramwaju i stwierdził, że będzie jego żoną. Pojawił się na jej uczelni, usiadł na ławce, w tym czasie ona właśnie schodziła ze schodów. Był 1959 rok i zaczęło się wspólne życie. Jak mówi sama Krystyna Cierniak – Morgenstern: Kuba reżyserował filmy, a ona ich małżeństwo.

Kłóciliśmy się z Kubą na każdy temat. I zawsze. Może dlatego byliśmy ze sobą pond pięćdziesiąt lat? Kłóciliśmy się, kiedy byliśmy razem, i wtedy, kiedy któreś z nas wyjeżdżało. Tyle, że wtedy przez telefon. Kłóciliśmy się, ale natychmiast zapominaliśmy o co[1].

„Nasz film” to przede wszystkim opowieść o małżeństwie Morgensternów. W tej relacji jego praca była ważniejsza od jej ambicji zawodowych. Choć równie utalentowana, Krystyna Cierniak – Morgenstern, wybrała życie w cieniu męża. Dużo ważniejsza, niż wyścig o sławę była dla niej harmonia w życiu prywatnym; stworzenie domu, do którego on wracał z radością i, który, z uwagi na swoje traumatyczne doświadczenia niezwykle cenił, wspólne podróże, a przede wszystkim życie towarzyskie, za którym oboje przepadali.

Poza historią o miłości jest to również historia o przyjaźni i bywaniu. U Literatów i w SPATIF – ie, Hybrydach gdzie bywała cała ówczesna śmietanka towarzyska Warszawy. U Literatów stołowali się m.in.: Holoubek, Konwicki, Łapicki, Szpilman. W SPATIF –ie, pojawiali się natomiast: Słonimski, Axer, Minkiewicz, Brzechwa, Stryjkowski. Morgensternowie przyjaźnili się m.in. z: Dygatami, Tyrmandem, Minkiewiczem, Osiecką, Polańskim, Cybulskim. Obowiązkowym miejscem letnich spotkań był basen Legii i nadmorskie Chałupy. O przyjęciach urządzanych w domu Morgenstetnów na Żoliborzu, do dziś krążą legendy.

W książce znajdziemy również listy narzeczonych, liczne fotografie dokumentujące ich wspólne życie, a także fragmenty wypowiedzi reżysera. Całość została uzupełniona o kalendarium artystyczne obojga.

Główną siłą tych wspomnień jest barwność czasów, w których żyli małżonkowie. Nieustanny ferment twórczy, który panował w artystycznym środowisku, bujność i intensywność życia towarzyskiego, generowała całe mnóstwo anegdot i zdarzeń, o których możemy dziś czytać z zapartym tchem.

„Nasz film. Sceny z życia z Kubą” to opowieść przepełniona miłością, wdzięcznością za wspólnie spędzony czas, tęsknotą za tym co było. Jest to też zapis prób poradzenia sobie ze stratą. I tylko od czasu do czasu pobrzmiewa w niej nuta żalu o niespełnienie zawodowe obojga i niewystarczającą ilość pochwał ze strony męża.

Ocena: 6/10
K. Cierniak – Morgenstern, „Nasz film. Sceny z życia z Kubą. Wspomnienia”, Wydawnictwo Literackie 2017.

* Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

* Książka na stronie wydawcy: http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/4186/Nasz-film/


[1] K. Cierniak – Morgenstern, „Nasz film. Sceny z życia z Kubą”, Wydawnictwo Literackie 2017 , s.89. 

wtorek, 19 stycznia 2016

Historia jednej osobowości

Do grona znanych – piszących po raz kolejny dołączyła dziennikarka Dorota Wellman. Tym razem pokusiła się o stworzenie miksu biografii, poradnika i przewodnika pt. „Jak zostać zwierzem telewizyjnym”.

Wellman jest jedną z nielicznych postaci szklanego ekranu, budzących powszechną sympatię. Ceniona za szczerość, otwartość, poczucie humoru i profesjonalizm. Te cechy sprawiają, że telewidzowie traktują ją, jak bliską znajomą, a poranny program, który prowadzi w duecie z Marcinem Prokopem w telewizji TVN cieszy się olbrzymią popularnością. Bywa ostrą komentatorką życia publicznego, zawsze jednak dyskutuje wyłącznie na argumenty, świetnie przygotowana merytorycznie do każdej rozmowy. Jest ambasadorką wielu akcji społecznych, nawet czysto komercyjne posunięcia, jak udział w reklamie przekuwa w działalność społeczną, oddając dochód na cele charytatywne. Dysponuje olbrzymim dystansem do siebie, w związku z tym ewentualni hejterzy nie mają szans w starciu z nią. Udowadnia, że o osobowości i tzw. „przechodzeniu przez szkło” w najmniejszym stopniu nie decydują idealny wygląd, rozmiar, czy wiek.

Jako jedna z nielicznych dziennikarek w Polsce może sobie pozwolić na napisanie książki „Jak zostać zwierzem telewizyjnym”, bo rzeczywiście wie, jak to się robi, stoi za nią wieloletnie doświadczenie, zdobywane w mediach różnego rodzaju. Książka wbrew pozorom i oczekiwaniom niektórych nie jest autobiografią, w rodzaju tych, które ostatnio mnożą się na rynku: prześwietlającą losy bohatera od dzieciństwa po teraźniejszość. Jedyne początki, o których tu mowa to te telewizyjne.
Wellman rozpoczęła swą karierę  w Nowej Telewizji Warszawa . Jak wszystkie początki i ten był i śmieszny i straszny. Nie mogło zabraknąć również wątków pracy w Telewizji Publicznej i późniejszego przejścia do porannego pasma w TVN, zgranego duetu zawodowego, który od lat tworzy z Marcinem Prokopem i często zaskakujących kulis powstawania programu „Dzień Dobry TVN” i wpadkach. W tym swoistym przewodniku telewizyjnym jest także mowa o kultowych programach telewizyjnych, które dziennikarka lubiła. Wśród nich: „Sonda”, „Zwierzyniec”, „Wielka gra”. Jest o ludziach, których szanuje, misji telewizji, przygotowaniu do wywiadów, trudnych gościach, tremie, o tym dlaczego Polacy najbardziej lubią prognozy pogody, gotowaniu na ekranie i o tych, którzy pracują przy realizacji programu, a pojawiają się jedynie w napisach końcowych, mimo, że są najważniejsi.

„Jak zostać zwierzem telewizyjnym” to również poradnik dla początkujących dziennikarzy i osób występujących publicznie. W tych fragmentach znajdziemy porady, co robić, jeśli chcemy zostać dziennikarzami, jak się wypowiadać w TV, jak się ubrać przed kamerę, jak radzić sobie z tremą. Crémé de la crémé na zakończenie jest 10 rzeczy, które denerwują dziennikarkę w telewizji.

Wellman pisze o wszystkim, w charakterystycznym dla siebie, mocno anegdotycznym stylu, a tekst uzupełniają rysunki autorstwa Andrzej Rysuje. Lektura jest rozrywką na dobrym poziomie. Ma tylko jeden poważny mankament: jest to iście teleekspresowy opis zdarzeń. Oczywiście stosunkowo mała ilość tekstu dobitnie sugeruje, że planowany jest ciąg dalszy wspomnień, mimo to szkoda, że tak barwne perypetie zostały potraktowane tak skrótowo. To sprawia, że książka pozostawia po sobie duży niedosyt.

Ocena: 6/10
D.Wellman, „Jak zostać zwierzem telewizyjnym”, Wydawnictwo Pascal 2015.

środa, 1 stycznia 2014

Ocalić od zapomnienia

„Umarł mi. Notatnik żałoby” to najbardziej osobista książka w dorobku Ingi Iwasiów i jedna z najbardziej przejmujących spośród tych, które ukazały się w tym roku. 

Autorka opisuje swoją żałobę po nagłej śmierci ojca. Choć zapis ma charakter jednostkowy, to jednocześnie dotyczy doświadczenia uniwersalnego, które czeka każdego z nas.


Śmierć wciąż jest tematem tabu. Nie pasuje do programu pozytywnego myślenia, który często narzucamy sobie, na co dzień. Nie potrafimy rozmawiać o niej z bliskimi, nie wiemy, jak zachować się wobec kogoś, kto właśnie przeżywa stratę. Jak mantrę powtarzamy słowa: „od nagłej i niespodziewanej śmierci…” Jakichkolwiek zaklęć byśmy nie użyli, jak bardzo starali się uciec od tematu, czy też odwrotnie oswoić go, ona zawsze, jak pisze autorka: "nastaje w czasie przyszłym, niemożliwym".


Telefon o nagłej śmierci ojca, Iwasiów odebrała w pokoju hotelowym na Wybrzeżu, tuż przed galą rozdania nagród literackich. Miał to być piękny, czerwcowy dzień, pełen przyjemności i relaksu. W jednej chwili wszystkie te okoliczności przestały mieć znaczenie. Została niewypowiedziana rozpacz, pustka i przestrzeń, którą należało wypełnić mechanicznym działaniami organizacyjno – logistycznymi, pozwalającymi na niemyślenie.

Zapiski są dokonywane pospiesznie, wkrada się w nie chaos, jakby pisarka bała się, że wspomnienia wyblakną i nikt już nie będzie pamiętał pozornie nieistotnych drobiazgów. Autorka zaznacza w tekście, że nie pisze autoterapeutycznie, nie lubi osobistych „wstawek”, ale nie sposób ich uniknąć, bo skoro ojca już nie ma, ona czuje, że musi go „zachować w sobie” jeszcze mocniej.

„Umarł mi” to pełen czułości portret ojca – zegarmistrza, oddanego swojej pracy. Sceny z życia rodzinnego, pojawiają się tu w krótkich, fotograficznych kadrach. Tatulek, jak pieszczotliwie mówiła o nim Iwasiów, jawi się w nich jako uważny słuchacz, pierwszy recenzent, niepozbawiony wad i śmiesznych przyzwyczajeń wzór mężczyzny. W żadnym wypadku nie jest on postawiony na piedestale, choć trzeba przyznać, że śmierć, zwłaszcza tak nagła zostawia tylko to, co dobre.

Poza prywatnymi wspomnieniami, pisarce udało się uchwycić emocje i doświadczenia, które są wspólne i występują w każdym procesie żałoby. Wśród nich chyba jedna z najtrudniejszych do przyjęcia refleksji, mianowicie ta, że świat się nie zatrzymał zaplanowane wydarzenia biegną swoim torem, a ludzie wokół w dalszym ciągu bawią się i śmieją, choć w tej sytuacji wydaje nam się to wyjątkowo bezduszne. Iwasiów odważnie mówi też o samotności w żałobie. Choć otaczają nas bliscy, przyjaciele, na których możemy liczyć, to jednak mimo najszczerszych chęci, dobrych intencji, nie są oni w stanie zrozumieć tego, co tak naprawdę czujemy. Inni z kolei nie wiedzą, jak się zachować: pytać o samopoczucie, czy nie, wspominać, czy milczeć? Wszystko to pogłębia rozpacz i poczucie izolacji od „normalnego świata”.

Oprócz sfery emocjonalnej są też sprawy organizacyjne, związane z pochówkiem, które wymagają załatwienia, podjęcia szybkich, niełatwych w całej sytuacji decyzji. Trzeba przejść przez wszystkie etapy, nie wolno pominąć żadnego szczegółu: decyzja o rodzaju pogrzebu, wyglądzie urny, organizacji, bądź nie stypy, aż po zredagowanie nekrologu. Wszystkie te nieistotne kwestie składają się jednak na powinność wobec bliskich, której nie może dopełnić już nikt inny. Iwasiów słusznie zauważa, że dorośli mogą rozpaczać dopiero po wypełnieniu swoich obowiązków. Pokazuje, że nawet w tak wyjątkowych okolicznościach powaga miesza się z absurdem i sala pożegnań sąsiaduje ze strzałką wskazującą WC, a do tradycyjnego obrzędu wkrada się mnóstwo komercji i trudno jej nie zauważyć.

„Umarł mi” nie ma zakończenia, tak jak umowne są granice trwania samej żałoby. Można oswoić stratę, nauczyć się z nią żyć, wypełnić czas pracą. Nie da się jednak wrócić do świata „sprzed”, już zawsze trzeba egzystować z jej świadomością. Pustka pozostanie pustką, żal żalem, a tęsknota tęsknotą, która będzie się „odzywać” i kłaść cieniem na najradośniejszych momentach życia.

Książka, choć trudna, bolesna i przejmująca może stać się swego rodzaju „przewodnikiem”, pomocą dla wszystkich, którzy takie doświadczenie szczęśliwie mają dopiero przed sobą, ale również specyficznym pocieszeniem dla tych, którzy być może właśnie ją przeżywają. Okazuje się, że ich emocje, choć jedyne w swoim rodzaju, są, w jakimś stopniu również udziałem innych. Taka świadomość pomaga w radzeniu sobie z samotnością i daje nadzieję na później.

Ocena: 9/10
I.Iwasiów, „Umarł mi. Notatnik żałoby”, Wydawnictwo Czarne 2013.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne http://czarne.com.pl/

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Scenopisarstwo

Czytając nową książkę Janusza Głowackiego pt. „Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy”, trudno oprzeć się wrażeniu, że film Wajdy, który mogliśmy oglądać na ekranach kin ma bardzo nikły związek z pierwotnym zamysłem scenariuszowym pisarza, a szkoda.


Film Andrzeja Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei” budził wiele kontrowersji na długo przed premierą. Po niej zyskał tylu samo zwolenników, co przeciwników. W trakcie prac nad filmem obaj panowie zgodnie zapowiadali, że nie mają zamiaru budować pomnika. Głowacki twierdził, że nie umie takowych pisać, a reżyser, że nie o to mu chodzi. W tym miejscu wypadałoby powiedzieć: miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle.


Głowacki we wstępie wyjaśnia, że zdecydował się na napisanie tej książki, bo do filmu nie weszło 20 scen, które napisał i kilka jego pomysłów, a wydają mu się na tyle ciekawe, że warto zachować je „dla potomności”. Tłumaczy oczywiście, że nie ma w tym cienia żalu, goryczy, albo rządzy odwetu. Te solenne zapewnienia są jednak mało wiarygodne, bo każda niemal strona pełna jest emocji, a przedstawione w tekście kulisy powstawania filmu i zachowania reżysera są, eufemistycznie rzecz ujmując niewesołe. Wydaje się, że to, co możemy przeczytać, to tylko wierzchołek góry lodowej, bo pisarz niczym rasowy dyplomata najpikantniejsze szczegóły współpracy pozostawił „pod dywanem”.

Autor zgodził się na napisanie scenariusza do „Wałęsy”, gdyż był pewny, że ma to być film artystyczny. W połowie drogi zorientował się, że koncepcje jego i Wajdy różnią się diametralnie, gdyż temu drugiemu chodzi o stworzenie obrazu edukacyjnego, przeznaczonego głównie dla ludzi młodych, którzy mają niewielką orientację w najnowszej historii Polski. Wszystko, co nastąpiło później było już tylko próbą niedopuszczenia do całkowitego demontażu pomysłu i obroną suwerenności artystycznej.

„Przyszłem” to właściwe zapis licznych zmian koncepcji reżysera na film, wersji scenariusza, usuwania i dopisywania scen dosłownie na ostatnią chwilę tzn. już po zakończeniu zdjęć. Znajdziemy tu również opisy reakcji osób z różnych środowisk na wieść o tym, że Głowacki zdecydował się pisać „Wałęsę”, dobre rady, których udzielano mu w nadmiarze, a także narastający w tym czasie konflikt wokół „Solidarności” i tego, kto ma prawo nazywać siebie bohaterem tamtych wydarzeń? Całość oczywiście zanurzona jest w charakterystycznych dla autora: ironii, cynizmie, a nade wszystko poczuciu humoru.

Najciekawsza jest jednak filmowa kuchnia, do której mamy wgląd. Spory toczone z reżyserem na temat projektow scenariusza. Głowacki, jako literat doskonale zdawał sobie sprawę, że interesująca postać musi mieć skazę, wątpliwości, choć przez moment się bać, stąd też jeden z pomysłów, by ramą opowieści była droga Wałęsy z domu do Stoczni Gdańskiej na sierpniowy strajk, którym miał kierować. Wajda jednak konsekwentnie „kasował” wszystkie próby „uczłowieczenia” prezydenta, wybierając opcję twardego, nieznającego strachu przywódcy, w konsekwencji bohatera. To, co możemy przeczytać o chaosie organizacyjnym wokół produkcji, w dużej mierze wyjaśnia marną, na tle innych krajów europejskich kondycję polskiego kina. Laureat Oscara jawi się tu, jako osoba mało doświadczona, zdobywająca dopiero szlify w zawodzie.

Po lekturze powstaje pytanie, dlaczego właściwie Głowacki nie wycofał się z pracy nad filmem, skoro rozbieżności były tak duże? On sam stara się zrozumieć reżysera i ma świadomość, że bierze udział czymś wyjątkowym i wycofywanie się z tego byłoby błędem.

Książkę czyta się świetnie, anegdoty są soczyste, opowieści barwne. Mam jedynie wątpliwości, czy przysłuży się ona marketingowo filmowi, czy też przypadkiem nie będzie dla niego przysłowiowym gwoździem do trumny. Wydawcy, co prawda starają się ratować sytuację, pisząc: warto porównać z filmem. Obawiam się jednak, że zarówno Andrzej Wajda, jak i producent Michał Kwieciński będą mieli problem z wybaczeniem pisarzowi, tak dużej swawoli i zerwania się z łańcucha poprawności.

Ocena: 7/10
J. Głowacki, „Przyszłem czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy”, Świat Książki 2013.


czwartek, 14 listopada 2013

Szanujmy wspomnienia

Moda na wspomnienia trwa na polskim rynku wydawniczym w najlepsze. I bardzo dobrze, jeśli za ich spisywanie zabierają się takie postaci, jak Maria Szabłowska i Krzysztof Szewczyk – dziennikarze muzyczni. 

Największą popularność zyskali, prowadząc kultowy dla niektórych program „Wideoteka dorosłego człowieka”. 

Jako, że najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy „Ludzkie gadanie. Życie, rock and roll i inne nałogi”, czyta się jednym tchem, mając nadzieję na rychły ciąg dalszy.


Zarówno Maria Szabłowska, jak i Krzysztof Szewczyk karierę radiową rozpoczęli od pracy w Młodzieżowym Studiu Rytm – bigbitowej redakcji, stworzonej przez Andrzeja Korzyńskiego, która nadawała swe audycje w Programie I Polskiego Radia. Ich drogi zawodowe skrzyżowały się ponownie w Telewizji Polskiej, gdzie wspólnie poprowadzili program „Dozwolone od lat 40”, który później został przekształcony w nadawaną na żywo audycję pt. „Wideoteka dorosłego człowieka”. Obecnie Szabłowska nadal pracuje w Programie I Polskiego Radia, a Szewczyk po dłuższej przerwie wrócił na antenę radiową w radiu Złote Przeboje.


„Ludzkie gadanie” ma formę luźnej rozmowy. Dziennikarze wspominają przede wszystkim okres narodzin rock’n’rolla, nazywanego w Polsce bigbitem, mówią o początkach swojej muzycznej fascynacji i oczywiście karierze telewizyjnej. Rozmowa została podzielona na rozdziały. Całość uzupełniają wywiady z gwiazdami tamtego okresu, przeprowadzone przez Marię Szabłowską w 1993 roku. Wśród nich znaleźli się m.in.: Marek Grechuta, Tadeusz Nalepa, Halina Frąckowiak.

Z książki dowiemy się np., w jakich okolicznościach powstały największe przeboje Czerwonych Gitar, Trubadurów, Czesława Niemena, Maryli Rodowicz. Ostatecznie została również rozwiana „tajemnica” prywatki u Marii Szablowskiej, na którą przybył zespół The Animals, poznajemy także szczegóły pobytów innych zagranicznych gwiazd, w tym Abby i Rolling Stones. W pogaduszkach nie mogło zabraknąć wątku zmagań artystów z cenzurą i jej często kuriozalnymi, a z dzisiejszej perspektywy śmiesznymi działaniami. Jest też oczywiście o festiwalach i dyskotekach. Największa część rozmów poświęcona jest jednak telewizyjnej i radiowej kuchni. Dziennikarski duet wspomina swoje pierwsze audycje poprowadzone w radiu i telewizji. Przy tej okazji pojawiają się opowieści o zabawnych wpadkach, ulubionych wokalistach, a także spostrzeżenia na temat ogromnego postępu technicznego i związanych z nim różnic w pracy, „wczoraj i dziś”. Młodsi czytelnicy, sięgając po lekturę dowiedzą się, na czym polegał „ pocztówkowy” szał, o co chodziło z tym PEWEKSEM oraz, jak wielkim dobrodziejstwem było posiadanie cioci w Ameryce i tranzystorowego radia Bambino. Zadowolone będą nawet „fashionistki”, gdyż autorzy nie zapomnieli omówić ówczesnych hitów ulicznej mody.

Choć dla pokolenia dzisiejszych dwudziestolatków „Ludzkie gadanie” będzie jak wycieczka do „Parku Jurajskiego” lub na wykopaliska, to trzeba przyznać, że lektura ma niebywałe wartości edukacyjne i jest o wiele ciekawsza niż przyswajanie historii muzyki na tradycyjnych lekcjach szkolnych. Autorzy o czasach zamierzchłych i, jak sami mówią słusznie minionych opowiadają barwnie, z ogromnym poczuciem humoru i lekkością. Co ważne, a wcale nie tak częste wśród autorów, Szabłowska i Szewczyk naprawdę pasjonują się tym, o czym rozmawiają, „zjedli zęby” na swojej pracy, w związku tym mogą się wykazać olbrzymią wiedzą i erudycją. Jeśli zastanawiacie się, co kupić swoim rodzicom na gwiazdkę, nie wahajcie się już. Będzie to dla nich fantastyczny powrót do czasów młodości, przy okazji, którego poznają niektóre z sekretów swoich idoli, a także dowiedzą się nieco o losach tych, dziś już nieco zapomnianych.

Ocena: 7/10
M.Szabłowska, K.Szewczyk, „Ludzkie gadanie. Życie, rock and roll i inne nałogi.”, Wydawnictwo Znak 2013.


poniedziałek, 4 listopada 2013

Lata szalone

Czasy PRL-u zwykło się określać jako szare i siermiężne. Książka Andrzeja Klima pt. „Seks, sztuka i alkohol. Życie towarzyskie lat 60.” pokazuje, że jest to tylko jedna strona medalu. 

Obok absurdów i wszelkich niedoborów bujnie kwitło życie towarzyskie i artystyczne, nie tylko w Warszawie, ale także innych dużych miastach.

 Dla starszych doskonała okazja, by powrócić do wspomnień, dla młodszych szansa, by dojrzeć w tych „prehistorycznych” czasach barwy inne, niż tylko szarość.


Autor z wykształcenia jest historykiem, historykiem sztuki i dziennikarzem. Pracował m.in. dla „Gazety Wyborczej”, „Press”, „Newsweeka” oraz PAP-u. Na swoim koncie ma już współautorstwo przewodników po kościołach Torunia.


Książka opiera się przede wszystkim na relacjach zawartych w pamiętnikach i wspomnieniach osób tworzących ówczesną bohemę artystyczną. Wśród nich byli m.in.: Jarosław Iwaszkiewicz, Maria Dąbrowska, Stanisław Dygat, Stefan Kisielewski, Jeremi Przybora, Agnieszka Osiecka, Marek Hłasko, Maryla Rodowicz, Beata Tyszkiewicz, Jerzy Gruza i wielu innych.

Lata 60. przez wielu uważane są za najbarwniejsze, z uwagi na bujność życia towarzyskiego i najbardziej interesujące i płodne artystycznie w historii polskiej kultury i rozrywki. Temu wielokierunkowemu rozkwitowi z pewnością sprzyjała trudna sytuacja polityczno – społeczna w kraju. Nakazy, zakazy, a przede wszystkim cenzura pobudzały wyobraźnię, zachęcały do przekory i wyostrzały poczucie humoru.

„Seks, sztuka i alkohol. Życie towarzyskie lat 60/”, to najkrócej mówiąc skondensowany przegląd tego, kto, z kim, kiedy i gdzie bywał, tworzył, pil i sypiał w tym wyjątkowym okresie. W książce znajdziemy zarówno opisy przyjęć dyplomatycznych, wydawanych przez ambasady, na których po prostu wypadało bywać, jak i tych zdecydowanie nieoficjalnych imprez, które odbywały się bez przerwy np. w SPATIF-ach, czy klubach studenckich i jazzowych. Kultowymi w tamtym czasie miejscami były przede wszystkim Hybrydy i Stodoła w Warszawie, gdański Żak, czy łódzki Pod Siódemkami. Życie towarzyskie aktorów rozpoczynało się po ostatnim wieczornym spektaklu. Miejscem obowiązkowym do odwiedzenia na imprezowym szlaku stolicy była restauracja Kameralna, która wieczorem zamieniała się w klub. Bywali tam m.in. Marek Hłasko i Leopold Tyrmand. Zdzisław Maklakiewicz, Jan Himilsbach oraz pisarze ze „Współczesności” często wybierali Harendę. Na mocno zakrapiane zakończenie wieczoru udawano się do barku w Hotelu Bristol.

Dzienne miejsce podtrzymywania stosunków towarzyskich stanowił niewątpliwie słynny basen Legii. Można tam było spotkać Agnieszkę Osiecką, która czynnie trenowała pływanie. Innego typu „przechowalniami” dla artystów nieustannie spragnionych kontaktu ze światem były kawiarnie. Ich stałymi bywalcami byli m.in. Antoni Słonimski, aktor Ludwik Sempoliński i piosenkarz Mieczysław Fogg. Elementem, bez którego nie mogło się obyć żadne spotkanie był oczywiście alkohol. Lał się on wszędzie od Grand Hotelu po Piwnicę pod Baranami. Menu w tym zakresie było bardzo ubogie i ograniczało się do czystej wódki, wina „patykiem pisanego” oraz piwa od czasu do czasu, ale na ten aspekt nikt nie narzekał.

Lata 60. to również czas, w którym do Polski zaczęły przyjeżdżać na koncerty zagraniczne gwiazdy. Największe zamieszanie, czemu trudno się dziwić wywołała wizyta zespołu Rolling Stones, zachwyt publiczności wzbudziła również Marlena Dietrich. Były to również początki festiwali w Sopocie i Opolu, na które zjeżdżała cała śmietanka towarzyska, by rozkoszować się muzyką i wspaniałą letnią atmosferą, Niebywałą popularnością cieszyli się wówczas festiwalowi konferansjerzy Lucjan Kydryński i Irena Dziedzic.

PRL sprzyjał także rozwojowi sceny kabaretowej. W tym okresie powstał legendarny kabaret „Siedem kotów”, założony przez naczelnego „Przekroju Mariana Eilego z Ireną Kwiatkowską, Hanką Bielicką i Ludwikiem Sempolińskim. W historii polskiej rozrywki zapisał się również Studencki Teatr Satyryków (STS), dla którego teksty pisała m.in.: Agnieszka Osiecka.

Osobnym rozdziałem w życiu towarzyskim był okres wakacji, które obowiązkowo należało spędzać nad morzem w Chałupach, na Mazurach we wsi Krzyże lub w Zakopanem. W te miejsca zjeżdżali wszyscy, którzy chcieli liczyć się w środowisku. Modne było również wyjeżdżać do domów pracy twórczej w Nieborowie, czy Oborach.

Wszechobecna kontrola władz, nakazy, zakazy, restrykcje, paradoksalnie spowodowały rozluźnienie norm obyczajowych, zwłaszcza w środowiskach artystycznych. Szybkie, huczne śluby, równie głośne rozwody, zdrady i trójkąty miłosne, były niemalże na porządku dziennym. Nierzadkie były również, nieco bardziej ukrywane związki homoseksualne. Ciemniejszą stroną tej swobody były często występujące choroby weneryczne, a także stosowanie aborcji jako środka antykoncepcyjnego.

Lektura pokazuje, że życie towarzyskie w latach 60. toczyło się w bardzo wielu różnorodnych miejscach. Środowiska twórcze przenikały się z dziennikarskim, a niekiedy nawet z politykami. Nie było tak wyraźnych, jak dziś podziałów towarzyskich. Istniała lista miejsc, w których należało się pokazać, jeśli chciało się zaliczać do tzw. high life’u. Fenomen tamtych czasów polegał na tym, że ludzie lubili się spotykać, wspólnie dyskutować, tworzyć i bawić. Nie istniało tak wiele jak dziś możliwości komunikacji, w związku z tym wszystko odbywało się spontanicznie, bez konieczności umawiania się i uprzedzania o wizycie z trzydniowym wyprzedzeniem. Czytając książkę Klima, można odnieść wrażenie, że wszyscy artyści mieli czas, nikomu się nie spieszyło. Praca mieszała się z zabawą. Nigdy nie było wiadomo, kiedy skończy się jedno, a zacznie drugie. Można więc powiedzieć, że balanga trwała właściwie nieprzerwanie przez całą dekadę. Jeśli macie ochotę na podróż wehikułem czasu, przeczytajcie koniecznie!

Ocena: 7/10
A.Klim, „Seks, sztuka i alkohol. Życie towarzyskie lat 60.”, Dom Wydawniczy PWN 2013.

*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Dom Wydawniczy PWN http://www.dwpwn.pl/produkty/826/

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Trójkowa potęga radiowa


1 kwietnia 1962 roku rozpoczął się nowy rozdział w historii Polskiego Radia. Właśnie tego dnia nadano pierwszą audycję w nowo powstałym programie III. Choć ta żartobliwa data mogła zwiastować krótkotrwały żywot przedsięwzięcia, okazała się szczęśliwa. W zeszłym roku Trójka obchodziła bowiem 50-lecie swojego istnienia. 

Okrągły jubileusz był okazją do wielu urodzinowych prezentów. Jednym z nich jest „Trójka z dżemem. Palce lizać! Biografia pewnego radia” Marcina Gutowskiego. Dla wiernych słuchaczy po prostu pychotka!


Autor książki pracuje w programie III od 2006 roku. Był autorem audycji „Pępek świata”. Obecnie prowadzi programy „Znaki zapytania” oraz „Stulecie Teatru Polskiego w Warszawie”, przygotowuje także materiały reporterskie. Sam o sobie mówi: „Trafiłem do radia, choć nigdy nie byłem typem gaduły. Zostałem reporterem, choć z natury preferuję zadawanie pytań sobie, a nie innym. Jestem w Trójce, choć do dziś nie mogę w to uwierzyć.”


„Trójka z dżemem…” to biografia napisana według poszczególnych dekad istnienia radia. Składają się nań przede wszystkim: rozmowy z dawnymi współpracownikami, fragmenty archiwalnych audycji oraz oczywiście liczne zdjęcia. Lektura pozwala poznać genezę i kulisy powstawania kultowych już dla wielu osób programów. Jak łatwo można się domyślić, tekst pełny jest również anegdot, smaczków z radiowej kuchni i sekretów legend eteru, które przewinęły się przez stację w ciągu półwiecza istnienia.

„Trójka wnosiła nową jakość. Program III dawał niespotykaną w Polskim Radiu możliwość eksperymentu. Istniały w nim dwa programy, w których poszczególne audycje produkowały branżowe redakcje…Program III mógł stać się inny, bo miał ustalony tylko ogólny profil. A resztę, czyli zawartość, konkret członkowie redakcji wymyślali sami.” Wydaje się, że to właśnie twórcza swoboda w połączeniu z wybitnymi osobowościami autorów, przyczyniły się do stworzenia marki i swoistej gwarancji jakości, jaką Trójka jest do dziś. Niewątpliwie największy rozkwit rozgłośni przypada na lata 60. i 70. Wtedy właśnie zapoczątkowane zostały słynne audycje „MiniMax - nadawana do dziś, prowadzona przez Piotra Kaczkowskiego, Ilustrowany Tygodnik Rozrywkowy Jacka Janczarskiego i Adama Kreczmara, w którym występowali m.in.: Jonasz Kofta, Maria Czubaszek, czy Stefan Friedmann. Powstały też słuchowiska „Posiepszyńscy” i „Kocham Pana, Panie Sułku” i wyjątkowo niecenzuralne w bardzo ocenzurowanych czasach „60 minut na godzinę”. Nie sposób zapomnieć o „Zapraszamy do Trójki”, czy wreszcie „Liście Przebojów Programu III” Marka Niedźwiedzkiego. Listę audycji i nazwisk można by wymieniać jeszcze długo. Zaczynali tu przecież również Fedorowicz, Mann, Sznuk, Olejnik i wielu innych.

Choć zmiany polityczne mocno wpływały na kondycję Radia to trzeba przyznać, że niezależnie od układu sił na „górze” Trójka zachowała swój charakter, zgromadziła wokół siebie rzesze wiernych słuchaczy, cały czas stawia na oryginalność, zaskakuje pomysłami i robi wszystko, by być „pod prąd”, w czym tkwi jej największa siła.

Radio tworzone w „Trójkowy” sposób zostało dziś wyparte przez komercję, wszechobecne playlisty, sensacyjne newsy. Jeśli więc macie ochotę na nostalgiczną podróż w czasie, uśmiech z odrobiną wzruszenia -  „Trójka z dżemem” została napisana specjalnie dla Was. Ciekawostki czekają również na wiernych słuchaczy stacji, którzy wszystkie audycje mają w jednym paluszku. Oni dowiedzą się np. od kogo Wojciech Młynarski nauczył się pisać piosenki i kto jest uważany za historię radiowej motoryzacji. Jeśli opowieści o fenomenie Trójki znacie jedynie z przekazów rodziców i dziadków, tytuły kultowych audycji nic Wam nie mówią, a z nazwisk kojarzycie jedynie Manna prowadzącego „Szansę na sukces”, również zachęcam do lektury. Biografia jest bowiem kopalnią przystępnie podanej wiedzy, która z pewnością pomoże w zrozumieniu zjawiska o nazwie „Program III”. Ponadto książka udowadnia niezbicie, że naprawdę istniał świat przed epoką internetu, ipodów i playstation, a na domiar złego radził sobie całkiem nieźle, co niektórym wydaje się niewiarygodne. Jednym zdaniem: Dla dorosłych i dla dzieci polecamy Program III!

Ocena: 8/10
M. Gutowski, „Trójka z dżemem. Palce lizać! Biografia pewnego radia.” Wydawnictwo Znak 2012.