Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Wielkie żarcie

Od kilku lat nieprzerwanie trwa moda na gotowanie. Stacje telewizyjne prześcigają się na ilość programów kulinarnych w ramówkach, a półki księgarskie uginają pod stosami publikacji na ten temat. 

Gdy usłyszałam, że zagadnienie kulinariów bierze na warsztat również Dorota Masłowska, w pierwszej chwili pomyślałam, że świat się kończy i pora umierać. 

Uspokajam jednak wszystkich, którzy mają podobne skojarzenia. „Więcej niż możesz zjeść”, to zbiór felietonów parakulinarnych, to ostatnie jest tutaj słowem kluczowym. 

Zanim, więc podejmiecie działania ewakuacyjne, przeczytajcie tę niewielką objętościowo książkę, gdyż jest ona całkiem smakowitym kąskiem.


Przyrządzanie posiłków kiedyś traktowane było bardziej jako zło konieczne, dziś ta umiejętność nobilituje w towarzystwie. Wspólne gotowanie z przyjaciółmi stało się popularną formą spędzania czasu. Upodobania kulinarne, najnowsze diety, ekologiczna żywność, szkodliwość glutenu, w pewnych kręgach są dyżurnymi tematami konwersacji. Epidemia kulinarna zatacza coraz szersze kręgi: nie umieć gotować, odżywiać się niezdrowo to obciach. Każdy: od polityków, celebrytów, na przeciętnym Kowalskim skończywszy ma na ten temat własne zdanie i w razie potrzeby sypie, jak z rękawa sprawdzonymi przepisami na każdą okazję. Jedynie kwestią czasu było to, że trzymająca rękę na pulsie trendów Masłowska weźmie na warsztat ten gorący temat.


Na szczęście zrobiła to jednak po swojemu: prześmiewczo, ironicznie, zabawnie, odwracając kota ogonem. Choć autorka, jak przyznała w jednym z wywiadów jest fanką gazetki kulinarnej „Prześlij przepis”, w swojej książce nie podaje własnych przepisów na pomidorową, mielone i bigos. Ci, którzy spodziewali się sprawdzonych receptur od gwiazdy literatury polskiej, będą więc srodze zawiedzeni. Przeważająca, jak sądzę jest jednak grupa, która nie podejrzewa Masłowskiej o normalność, kojarzy ją raczej z językowymi „przekrętami” i dezynwolturą. Oni, z pewnością nie dali się nabrać na pisarkę – kucharkę, od razu wyczuli podstęp i będą zadowoleni z otrzymanego dania.

„Więcej niż możesz zjeść” to zbiór felietonów publikowanych na łamach „Zwierciadła”, w latach 2011 – 2013. Jedzenie jest tu rzecz jasna jedynie tłem dla rozważań socjologicznych, obśmiania absurdów, czy odbycia sentymentalnej podróży w czasie. Przepisy, jeśli w ogóle się pojawiają, są dość niekonwencjonalne np. na udany kinderbal albo spędzenie lata w mieście. W swojej rubryce spożywczej Masłowska wyśmiewa nawyki żywieniowe rodaków na wycieczkach all inclusive, zamiłowanie do grilla i plenerowych pikników. Dostaje się także amatorom sushi po polsku. Autorka dzieli się również obserwacjami „jedzeniowymi”, poczynionymi podczas zagranicznych podróży. Przy tej okazji krytykuje amerykański konsumpcjonizm, wyjawia, dlaczego w Sztokholmie dopada ją łakomstwo i, gdzie można nabawić się przypadłości zwanej odgłosyjedzeniofobią. Są też teksty sentymentalne, o smakach dzieciństwa i uroku posiłków z WARS-u.

Felietony parakulinarne, podobnie jak pozostałe książki Masłowskiej wyróżniają się językowo. Nie brakuje tu brawurowych metafor, oryginalnych porównań i nowych słów. Jest jednak zdecydowanie grzeczniej i odrobinę spokojniej niż w poprzednich odsłonach. Wydaje się jednak, że nie jest to żadna zapowiedź zmiany, dowód na to, że Masłowska znormalniała, a jedynie potrzeba dostosowania do wymogów tekstu publikowanego w magazynie kobiecym. Całość jest pięknie wydana, teksty uzupełniają ilustracje autorstwa Macieja Sieńczyka.

Nie da się jednak ukryć, że „Więcej niż możesz zjeść” rozbudza jedynie apetyt na danie główne, jakim niewątpliwie będzie nowa powieść Masłowskiej. Zasady zdrowego odżywiania mówią o tym, że nie należy się najadać i jeść małymi kęsami. Zastosowanie się do nich, tłumaczyłoby niewielką objętość książki. Autorka sprytnie zaspokoiła głód czytelników, częstując ich zapychaczem, mającym uciszyć wszelkie narzekania i pytania o coś nowego. Działania zastępcze w postaci płyty i felietonów sieją ferment, dają wrażenie aktywności. Fani Masłowskiej chcieliby się jednak w końcu nażreć porządną porcją soczystej prozy.

Ocena: 8/10
D.Masłowska, „Więcej niż możesz zjeść. Felietony parakulinarne”, Noir Sur Blanc 2015.

piątek, 2 stycznia 2015

Um(ni)ami!

W ostatnich latach obserwujemy wciąż narastającą modę na gotowanie, świadome odżywianie i wspólne celebrowanie posiłków. Niegdyś, przysłowiowe stanie przy garach, kojarzyło się z przykrym, codziennym obowiązkiem, dziś wiąże się raczej z przyjemnością, często jest elementem życia towarzyskiego, stało się nawet częścią popkultury.

 Kucharze powrócili do łask opinii publicznej, niektórzy z nich zyskali status gwiazd, a ich działania wykraczają daleko poza „gary”. Książki kucharskie i te o zdrowym odżywianiu to dziś potężny, bardzo dochodowy segment rynku wydawniczego. 

Piszą je dziś właściwie wszyscy – profesjonalni kucharze, różnej maści celebryci oraz amatorzy -  pasjonaci. Zakres tematyczny publikacji jest tak szeroki, że wydaje się iż powiedziano już właściwie wszystko i ciężko będzie odkryć w tej materii jakiś nowy, nie eksplorowany ląd. Jednak czasem się to udaje, czego doskonałym przykładem jest książka „Piąty smak. Rozmowy przy jedzeniu” Łukasza Modelskiego.


Modelski jest dziennikarzem, pracuje w „Twoim Stylu” oraz prowadzi audycję „Droga przez mąkę” w radiowej Dwójce. Z wykształcenia jest z historykiem sztuki, z zamiłowania frankofilem i, jak sam o sobie mówi spożywcą.


Autor wziął na warsztat zagadnienie piątego smaku, nazywanego powszechnie umami, który znany francuski szef kuchni Auguste Escoffier określał jako wyśmienitość. Do rozmowy na ten temat zaprosił znawców, pasjonatów, osoby w różnym stopniu związane z gotowaniem. Co ciekawe, wśród nazwisk, z małymi wyjątkami nie znajdziemy najpopularniejszych polskich kucharzy – celebrytów: Magdy Gessler, Pascala Brodnickiego, czy Wojciecha Modesta Amaro. To, że dziennikarz poszukał nieco dalej i głębiej niewątpliwie jest dodatkowym walorem, który wzbogaca wartość merytoryczną całości i zachęca do lektury.

Książka jest zbiorem wywiadów. Do wspólnego posiłku z autorem zasiedli m.in.: Agnieszka Kręglicka, Grzegorz Łapanowski, Elizabeth Gilbert, Patricia Atkinson. Każda z rozmów ma inny wątek przewodni. Agnieszka Kręglicka mówi o smaku, jego zmysłowym odczuwaniu, kulinarnych afrodyzjakach, ćwiczeniach smakowych oraz oczywiście definicji piątego smaku. Atkinson opowiada o prowadzeniu winnicy w Bergerac. Creme de la creme książki stanowią rozmowy z prawnukiem Auguste’a Escoffiera oraz Danièle Mazet Delpeuch – osobistą kucharką prezydenta Mitterranda. Istotnym dodatkiem do posiłku jest alkohol, jemu poświęcone są rozmowy z somelierem oraz koneserem whisky.

Apetyt na lekturę dodatkowo pobudza piękna szata graficzna i staranne wydanie. To, co wyróżnia „Piąty smak” wśród innych publikacji jest różnorodność tematów. Rozmowy dotyczą nie tylko gotowania, ale również edukacji kulinarnej, filozofii jedzenia, stylu życia. Książka odsłania też kulisy prowadzenia biznesu powiązanego z gastronomią. Wszystko to sprawia, że stanowi wyjątkowy kąsek dla czytelników.

Ocena: 8/10
Ł.Modelski, „Piąty smak. Rozmowy przy jedzeniu”. Wydawnictwo Literackie 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

niedziela, 5 października 2014

Szczypta smaku

Obecnie doświadczamy jesieni w pięknym – słonecznym i ciepłym wydaniu. Oby trwała w nim jak najdłużej. Specyfika naszego klimatu każe już jednak powoli przygotowywać się na dużo chłodniejsze, słotne i ponure dni. W tym czasie często zdarza nam się marzyć o egzotycznych podróżach do ciepłych krajów. Tym, którzy z różnych względów nie mogą od razu zrealizować swojej wizji, z pomocą przychodzi, niezawodna pod tym względem seria Dolce Vita wydawnictwa Czarne. Książka „Kropla oliwy”, zabiera nas na Sycylię i z pewnością zaspokoi również apetyty kulinarnych maniaków.


Autorką wspomnień jest Simonetta Agnello Hornby – sycylijska pisarka, prawniczka z wyksztalcenia. Ma na swoim koncie kilka bestsellerowych powieści i książek kulinarnych, poświęconych kuchni włoskiej. Pierwszym pomysłem autorki było, by wydać w formie książki przepisy na desery, zapisywane przez jej babcię, Marię Z czasem postanowiła jednak do przepisów dodać garść rodzinnych wspomnień, tak by, jak sama pisze przywrócić do życia kulturę domowego stołu rodziny Agnellów.


„Kropla oliwy” jest przede wszystkim opowieścią o wakacjach spędzanych w wiejskim domu rodziny w Mosè. Wyjazd z Agrigento poprzedzały kilkumiesięczne, rozpoczynające się tuż po przygotowania. Polegały one główne na zaopatrywaniu się w różnego rodzaju zapasy m.in. środki czystości, żywność. Poza rodziną autorki – młodszą siostrą Chiarą i rodzicami do posiadłości udawała się także liczna służba – nianie, pokojówki, kucharki i oczywiście kierowca. Do Mosè na czas letni przyjeżdżali też pozostali krewni: ciotki, liczni kuzyni, dziadkowie oraz przyjaciele familii.

Pobyt na wsi wiązał się z całkowicie odmiennymi od miejskich rytuałami i tradycjami, a także różnym rytmem dnia. Podstawową zasadą było jedzenie tego samego, co miejscowi chłopi, czyli produktów rosnących i dostępnych na miejscu. W ten sposób wycieczki do miasta były ograniczane do minimum. Dzieci spędzały większość czasu na świeżym powietrzu i cieszyły swobodą.

Przygotowywanie i spożywanie posiłków było ważnym elementem spajającym rodzinę. Każdy z nich odpowiednio celebrowano. Częste biesiady były okazją do wspólnego spędzenia czasu, niekończących się rozmów i rozrywki. Spożywano proste posiłki z sezonowych składników: pomidorów, bakłażanów, papryki, ogórków, cukinii. W codziennym menu były m.in. makaron przyrządzany z różnorodnymi sosami, szaszłyki z sera i sardeli, czy rolada z tuńczyka z ziemniakami i kaparami. Na śniadania podawano sery owcze, z kolei na kolację jajka w różnej postaci Właściwie żadne danie nie mogło obyć się bez tytułowej kropli oliwy.

Każdy z członków rodziny miał swoje kuchenne zadania. Mama autorki, wraz ze swoją siostrą zajmowała się pieczeniem ciasteczek na popołudniowy deser, dzieci zbierały rumianek, natomiast ojciec dbał o dostawę lodów. Na co dzień kuchnią rządziła jednak niepodzielnie babka autorki od strony ojca. Z jedzeniem związane były również coroczne rytuały. Wśród nich najważniejszym było wspólne wypiekanie chleba. Brały w nim udział wszystkie miejscowe kobiety, a każda miała ściśle określone zadanie. Ważnymi wydarzeniami w letnim harmonogramie były zbiór oliwek oraz migdałów. Ten ostatni zawsze kończył się huczną imprezą, w której główna rola przypadała zbieraczkom migdałów.

W książce obok wspomnień, autorka zamieściła kilkanaście przepisów, zapamiętanych właśnie z  kuchni domowej. Pojawiają się tu m.in. receptury na cukinie smażone z czosnkiem, miętą, cukrem i octem, zupę inglese, jaja po rzymsku, caponatę z bakłażanów. Są również desery, wśród nich: mus arbuzowy, crostata ze świeżych owoców i budyń z konfiturą pigwową.

„Kroplą oliwy” autorka oddaje hołd wielopokoleniowej rodzinie. Lektura jest okazją do zatrzymania się na chwilę w codziennym pędzie i powrotu do własnych smaków dzieciństwa. Wspomnienia Hornby są kolejnym potwierdzeniem tego, że w życiu najważniejsze jest budowanie więzi i czas spędzony wspólnie z bliskimi, największa wartość tkwi natomiast w prostych przyjemnościach i niewyszukanych smakach. Wydaje się oczywiste i banalne, jednak zbyt często o tym zapominamy.

Ocena 6/10
S.Hornby „ Kropla oliwy. Moje sycylijskie wakacje”. Wydawnictwo Czarne 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne http://czarne.com.pl/

środa, 17 lipca 2013

Z wizytą w raju dla smakoszy

Lato w pełni, wakacyjne wojaże pełne przygód i poznawania nowych smaków też. 

Jeśli ktoś nie może sobie pozwolić na daleką, egzotyczną wyprawę, a przy tym uwielbia testować swoje kubki smakowe, czym prędzej powinien sięgnąć po nową książkę Michaela Bootha pt. „Sushi i cała reszta”. 

Ostrzegam: ta podróż ma jedną wadę – kończy się błyskawicznie, bo książkę pochłania się podczas jednej letniej sjesty.


Przyznaje szczerze, że moja wiedza o kuchni japońskiej, przed lekturą tej książki była do tej pory znikoma, żeby nie powiedzieć żadna. Ograniczała się właściwie do trzech nazw: sushi, wasabi, sos sojowy. W mojej pamięci utkwił też makaron sobą, niezwykle zachwalany przez znajomą. I to by było na tyle. Sądząc po wciąż rosnącej w dużych miastach liczbie lokali popularnie zwanych suszarniami, wiedza większości Polaków jest podobnie ograniczona. Lektura książki pokazuje, że Europejczycy, nawet ci, którzy gotują świetnie i są biegli w temacie, bez wizyty w Japonii, tak naprawdę nie mają możliwości poznania prawdziwej japońskiej kuchni.


Michael Booth – dziennikarz, autor dość popularnej u nas książki „Jedz, módl się jedz” (PWN 2012), tym razem zabiera nas w kulinarną podróż po Kraju Kwitnącej Wiśni. Inspiracją do odbycia tak dalekiej eskapady stała się dla niego lektura książki „Kuchnia japońska. Prosta sztuka.” Shizuo Tsujiego. Booth postawił sobie za cel, sprawdzenie, czy i jak zmieniła się kuchnia japońska od czasu ukazania się tej publikacji i zgłębienie tajników diety Japończyków, która zapewnia im upragnioną przez wielu długowieczność. Zarezerwował więc bilety dla całej czteroosobowej rodziny, zaplanował trasę, wiodącą od Hokkaido do Tokio, Kioto, Osaki, Fukuoki, po wyspy Okinawa i wyruszył w drogę.

Wraz z autorem mamy możliwość odwiedzenia restauracyjnej dzielnicy Kabukicho w Tokio, poznania od kulis najsłynniejszego kulinarno – rozrywkowego show SMAP. Ciekawostką jest, że według niektórych szacunków 40% japońskiej produkcji telewizyjnej to programy o jedzeniu! Również w Tokio znajduje się Kappabashidori – ulica akcesoriów kuchennych. Po tej garstce informacji maniacy gotowania, z całą pewnością stwierdzą, że oto jest ich raj na ziemi i zaczną planować podróż. Niech ten wstęp was jednak nie zmyli, autor nie zajmuje się tylko tematami około kulinarnymi, najważniejsze są japońskie specjały. Poznajemy, więc sekret idealnej tempury, smak prawdziwego wasabi, najlepszego sushi, lokalnych ryb i przysmaków. W opowieści o kuchni Kraju Wschodzącego Słońca nie mogło oczywiście zabraknąć rozdziałów o sake, miso, wołowinie z Kobe, czy sosie sojowym. Jeśli jesteście zagorzałymi przeciwnikami glutaminianu sodu, dodawanego do każdej potrawy, możecie być bardzo zaskoczeni tym, co Booth pisze na jego temat, chociażby, dlatego, warto sięgnąć po tę książkę.

Kluczem do sukcesu podróży, a co za tym idzie udanej lektury jest fakt, że dziennikarz poznaje japońską kuchnię rozmawiając ze specjalistami w danej dziedzinie, dociera do miejsc, które nie były pokazane wcześniej nikomu innemu. Jada w najlepszych restauracjach, spędza czas z najlepszymi szefami kuchni, śledzi dwie największe szkoły gotowania, na które podzielona jest Japonia: Kanto na wschodzie i Kansai na zachodzie. Czasami zbacza z utartego szlaku i kierując się intuicją i podpowiedziami lokalnych znawców, trafia do unikalnych miejsc. Dzięki takiemu podejściu i my – czytelnicy możemy się przez chwilę poczuć jak odkrywcy, a to wydaje się jedną z najważniejszych zalet każdej lektury. Autor wybrał się w tę daleką podróż z całą rodziną, a to z kolei sprawia, że tekst pełen jest zabawnych sytuacji z udziałem dzieci, lekkości i poczucia humoru. Czyż wakacyjnym lekturom trzeba czegoś więcej?

Ocena: 7/10
M. Booth, „Sushi i cała reszta”, Dom Wydawniczy PWN 2013.

*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Domu Wydawniczego PWN http://www.dwpwn.pl/


wtorek, 28 maja 2013

Kulinarna historia Polski

Od dłuższego czasu obserwujemy w Polsce fascynację kuchniami świata. Patrząc na restauracyjne menu, można dojść do wniosku, że pizza i kebab faktycznie stały się naszymi narodowymi przysmakami, a z sushi niektórzy uczynili już nawet potrawę wigilijną. 

Potwierdzają to telewizyjne „Kuchenne rewolucje”, gdzie Magda Gessler, co tydzień zmaga się z restauratorami nie mającymi pojęcia o regionalnych potrawach i historii miejsc, w których mieszkają. 

Owszem, podróże kształcą, zanim jednak zagalopujemy się w kursowaniu dookoła świata, warto poznać rodzimą tradycję i korzenie smaków. 

Gdy zaczniemy zgłębiać zagadnienie bardzo szybko okaże się, jak małą i często błędną wiedzę mamy na ten temat. 

Idealną pozycją do odrobienia lekcji w tym względzie jest „Historia polskiego smaku. Kuchnia. Stół. Obyczaje” Mai i Jana Łozińskich. Wyśmienita lektura nie tylko dla wielbicieli kuchni, ale także fascynatów historii.

Maja i Jan Łozińscy od dawna zajmują się badaniem i popularyzowaniem historii życia codziennego w Polsce, zwłaszcza okresu Drugiej Rzeczypospolitej. Na swoim koncie mają m.in. publikację: „W ziemiańskim dworze”, „W przedwojennej Polsce, „Smaki dwudziestolecia”, „Bale i bankiety w Drugiej Rzeczypospolitej”.

„Historia polskiego smaku” to fascynująca, obejmująca 1000 lat podróż w czasie. Autorzy dokonali następującego podziału: Kuchnia Piastów i Jagiellonów, Przy sarmackim stole, Od Sasów do króla Stasia, Kuchnia ziemiańska, czyli narodowa, Przedwojenne smaki, Za Bieruta i Gomułki. W każdym z rozdziałów znajdziemy informację na temat podstawowych składników żywnościowych w danej epoce, stosunku do mięsa, warzyw, charakterze upraw, rodzimych i przybyłych ze świata przyprawach, spożywanych trunkach. Obok wiadomości o menu na dworach królewskich i w innych warstwach społeczeństwa, Łozińscy badają także związki polskiej tradycji kulinarnej z wierzeniami religijnymi i ludowymi. Ich wpływ na kuchnię był bardzo silny, zwłaszcza w okresie średniowiecza. Autorzy śledzą też zmieniające się na przestrzeni wieków „mody smakowe”, czy zagraniczne odkrycia, które na stałe „weszły do naszych garnków”.

Istotnymi, szeroko omówionymi w opracowaniu zagadnieniami są sposoby celebrowania i podawania posiłków, zasady savoir vivre, które stosowano, a raczej, do których nie dostosowywano się przy stole. W tekście znajdziemy mnóstwo opisów królewskich uczt i biesiad, zaczerpniętych zarówno z literatury, jak i korespondencji. W tak kompletnym materiale, nie została oczywiście pominięta kwestia rodzajów używanych naczyń, zastaw i narywaniu stołu. Autorzy sporo uwagi poświęcają też „architekturze” pomieszczeń kuchennych, ich rozmieszczeniu i wyposażeniu.

Jeśli z dotychczasowego opisu treści wnioskujecie, że jest to kolejne nudne i „suche” kompendium historyczne jesteście w błędzie. Łozińscy, przygotowując „Historię polskiego smaku”, wykorzystali bardzo bogaty materiał źródłowy. Jak możemy przeczytać we wstępie były to m.in. inwentarze, relacje z podróży, poradniki i kalendarze gospodarskie. Dzięki temu całość ma ogromną wartość merytoryczną i jest najbardziej rzetelną, tego typu publikacją na rynku. Dane faktograficzne zostały okraszone mnóstwem anegdot, wypisów z literatury, a to z kolei sprawia, że tekst czyta się momentami jak powieść przygodową, od której trudno się oderwać.


W omówieniu warto również zwrócić uwagę na piękne, staranne wydanie książki. Treść jest bogato ilustrowana miniaturami, portretami, rycinami. Przy tego rodzaju publikacjach jest to normą, cieszy jednak dobra jakość i kompozycja zamieszczonych materiałów. Wygodny jest także format wydania, który sprawia, że pomimo znacznej objętości (295 stron) książkę „dobrze się trzyma”. Całość została wzbogacona o słownik potraw i produktów dawnej kuchni polskiej oraz bibliografię, co ważne szczególnie dla kulinarnych pasjonatów. Lektura z pewnością jest pożywką nie tylko intelektualną, ale także przyjemnością estetyczną. Konsumpcję, więc czas zacząć!

Ocena: 8/10
M. i J. Łozińscy, „Historia polskiego smaku. Kuchnia. Stół. Obyczaje. Wydawnictwo Naukowe PWN 2013.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Domu Wydawniczego PWN. http://www.dwpwn.pl/


sobota, 13 kwietnia 2013

Słodko – kwaśny smak dzieciństwa


Bardzo długa zima i opornie budząca się do życia wiosna, u wielu z nas powoduje chęć ucieczki w egzotyczne miejsce, gdzie z nieba nie leje się nic, poza żarem.  Jeśli nie macie możliwości natychmiastowego wykupienia wycieczki typu first minute, sięgnijcie po kolejną książkę z serii Dolce Vita wydawnictwa Czarne pt. „Wśród mangowych drzew. Wspomnienia z dzieciństwa w Indiach” Madhur Jaffrey. 

Dzięki niej poznacie niebywale barwny świat, pachnący mango, kolendrą, imbirem. O wartościowych książkach, mówi się z reguły, że dobrze się je czyta, są świetnie napisane. O tej, należałoby powiedzieć, że smakuje wyśmienicie i została przyrządzona po mistrzowsku.


 Madhur Jaffrey jest indyjską aktorką i pisarką. Wystąpiła w kilkudziesięciu filmach m.in. „Szósty stopień oddalenia” i „Bez skazy”. Napisała blisko 30 książek kulinarnych, popularyzujących kuchnię indyjską. Kilkakrotnie została uhonorowana Nagrodą Fundacji im. Jamesa Bearda, nazywaną kulinarnym Oscarem. Pisze także o kuchni azjatyckiej i wegetariańskiej. Ma stałą rubrykę poświęconą podróżom i kuchni w „The Financial Times”.


„Wśród mangowych drzew”, jak wskazuje podtytuł to wspomnienia autorki z okresu dzieciństwa i dorastania spędzonego w Delhi. Jaffrey przyszła na świat w zamożnej, wielopokoleniowej rodzinie, należącej do podkasty „pisarzy”, jako piąta z rodzeństwa. W związku z tą kastową przynależnością, w rodzinie mieszały się tradycje: hinduska, muzułmańska i angielska. Familia funkcjonowała wedle modelu patriarchalnego. Wszyscy członkowie pozostawali pod silnym wpływem nestora rodu, dziadka autorki.

Najważniejsze w tej książce są jednak doskonale oddane przez pisarkę smaki Indii. Są to przede wszystkim te zapamiętane ze wspólnie spożywanych domowych posiłków, rodzinnych pikników, czy wyjazdów wakacyjnych. Najlepszy dla Jaffrey smak, miały jednak posiłki nieznane, których mogła spróbować w szkole, bądź w czasie wizyt u koleżanek. Poza smakiem jedzenia w tekście zamknięte zostały także bardziej metaforyczne smaki. Te związane ze wspólnym spędzaniem czasu, rodzinnymi rytuałami, czy obchodzeniem świąt. Ich smak jest z reguły najbardziej wyjątkowy, bo niepowtarzalny, w żadnym innym prócz dzieciństwa okresie.

Jak w każdej książce z serii Dolce Vita, tak i w tej pojawiają się przepisy. Są one jednak zamieszczone na końcu książki, a nie w tekście głównym. Może, dlatego, że w opisywanym okresie autorka w ogóle nie wykazywała zainteresowania gotowaniem. Co więcej, ta dzisiejsza guru indyjskiej kuchni oblała jeden z kulinarnych egzaminów szkolnych. Wydaje się też, że przygotowywanie posiłków i receptury wcale nie są tu najważniejsze. Miłośnicy gotowania powinni być jednak usatysfakcjonowani. Znajdą bowiem zbiór 33 rodzinnych przepisów Jaffrey na tradycyjne potrawy indyjskie m.in.: koftę, samosy, kurczaka curry, garam masalę, czy pudding ryżowy.

Obok smaków w „Wśród mangowych drzew” najważniejsza jest rodzina, której znaczenie autorka podkreśla na każdym kroku. Bycie jedną z najmłodszych wśród rodzeństwa przynosiło istotne korzyści. Przede wszystkim Jaffrey obowiązywało mniej ograniczeń związanych z oczekiwanym od kobiet zachowaniem, mogła swobodnie wyrażać swoje zdanie i poświęcać czas edukacji. Autorka zwraca też jednak uwagę na cienie dorastania w wielopokoleniowej, patriarchalnej rodzinie. Są one związane z wewnętrznymi podziałami, rywalizacją o względy najbardziej szanowanych członków i trudnościami w budowaniu własnej odrębności.

Historię swojej rodziny pisarka stara się wpisać w ważne wydarzenia historyczno – polityczne, które miały duży wpływ na jej losy. Kreśli, przy tej okazji szeroką panoramę społeczną Indii.

Narracja snuje się tu bardzo powoli, leniwie. Dając czytelnikowi możliwość zaznania wytchnienia, relaksu, przeniesienia się w urokliwe plenery i przeżycia dzięki lekturze radosnych chwil. Ci mniej wrażliwi i czuli, co prawda mogą stwierdzić, że książka jest nudna, ale przecież nie chodzi o to, by zadowolić wszystkich.

Ocena: 7/10
M. Jaffrey, „Wśród mangowych drzew”, Wydawnictwo Czarne 2013.
* Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne M. Jaffrey, „Wśród mangowych drzew”, Wydawnictwo Czarne 2013.

sobota, 9 lutego 2013

Sekrety Błękitnej Wstążki


Gotowanie stało się ostatnio w Polsce bardzo modne. Programy kulinarne biją rekordy oglądalności, a najpopularniejszymi blogami są właśnie te o przyrządzaniu posiłków. 

Coraz więcej osób odkrywa, że ta codzienna czynność może być pasją, przyjemnością i sztuką. Gastronomia jest jednak również dziedziną wymagającą sporego doświadczenia, wiedzy i umiejętności technicznych. Te zaś warto zdobywać na najlepszych uczelniach. 

Tak właśnie postąpił pasjonat – Marek Brzeziński, który w swej książce „Kulisy Kulinarnej Akademii”, zdradza sekrety jednej z najsłynniejszych szkół gotowania – Le Cordon Bleu w Paryżu.


Autor z wykształcenia jest anglistą i psychologiem. Wykładał na Uniwersytecie Schillera w Paryżu, równocześnie pracował w radiu France International. Swą przygodę z Akademią rozpoczął w 2010 roku. W tym czasie zamknięto radio, w którym pracował, a pracownikom w ramach rekompensaty zaproponowano odbycie dowolnych staży, by mogli zdobyć nowy zawód. Brzeziński wybrał właśnie kurs kucharski w Le Cordon Bleu (Błękitna Wstążka). Wystarczyło wypełnienie formularza, uiszczenie opłaty i napisanie niebanalnego listu motywacyjnego, by podwoje szkoły stanęły przed zainteresowanym otworem.


„Nadszedł wreszcie ten moment. Przestąpiłem progi Akademii. To, co mnie tam spotkało, przerosło moje wyobrażenia. Kulinarna świątynia, a w jej wnętrzu reżim jak w oddziale pułku specjalnego piechoty morskiej. Świat, z którego istnienia trudno było sobie zdać sprawę – świat musztry i rozkoszy podniebienia. Odkrywałem to z oczyma otwartymi ze zdumienia.”

W „Kulisach Kulinarnej Akademii” dziennikarz oprowadza czytelników po zakamarkach tego szacownego przybytku wiedzy, do których osoby postronne nie mają, na co dzień wstępu. Ponadto pokazuje od podszewki warsztat pracy adeptów sztuki kulinarnej. Brzeziński kreśli również rys historyczny Akademii, przedstawia swoich nauczycieli oraz kolegów „z klasy”. Przede wszystkim jednak gotuje i doprowadza do ekstazy swoje kubki smakowe, serwując im niespotykane połączenia składników.

W ten sposób dowiadujemy się np., że strój obowiązujący w szkolnej kuchni składał się z biało-niebieskiego mundurka, fartucha i ściereczki za pasem. W wyprawce dla każdego początkującego był przede wszystkim zestaw różnorodnych noży, a także rękawy do kremów, pędzelki do smarowania, ubijaczki do piany, igła oraz termometr. Nauczycielami w Akademii są wybitne postaci świata gastronomii. Większość z nich ma wieloletnie doświadczenie w szefowaniu najlepszym restauracjom w Europie. Niektórzy gotowali też w Pałacu Elizejskim bądź na Igrzyskach Olimpijskich. Wśród nazwisk m.in.: Patrick Terrien, Marc Thivet, Bruno Stil. Autor, opisując sylwetki mistrzów posługuje się zabawnymi pseudonimami. Kolegami Brzezińskiego zza kuchennego blatu byli natomiast ludzie ze wszystkich stron świata: Tajwanu, Japonii, Turcji, Kanady, Nowego Jorku. Wspólnie tworzyli wielokulturowy, barwny tygiel. Ta różnorodność dawała niepowtarzalną okazję do wzajemnej wymiany doświadczeń i poszerzenia horyzontów.

Tematem przewodnim książki jest oczywiście gotowanie, właściwe podawanie i jedzenie najróżniejszych potraw. Wielbiciele „pichcenia” powinni być w pełni usatysfakcjonowani lekturą. W każdym rozdziale autor zamieścił po kilka przepisów. Zarówno na tradycyjne francuskie przysmaki typu fois gras, żabie udka, zupa rybna, jak i oryginalne wariacje na temat, testowane na szkolnych zajęciach. Coś dla siebie znajdą mięsożercy (królik w szampanie), wegetarianie(zasmażany kozi ser) i łasuchy (suflet). Odważni mogą pokusić się o przygotowanie np. kurczaka we krwi. Jako że kurs kuchni dla zaawansowanych w Akademii polega na poznaniu tajników kuchni regionalnych, wraz z Brzezińskim możemy wyruszyć w fascynującą podróż po Francji. Szlak turystyczny wiedzie nas przez Landy, kraj Basków, ziemie nad Loarą, Normandię, Prowansję, Burgundię. Na każdym z etapów wycieczki poznajemy barwną historię zwiedzanego regionu, a także charakterystyczne dla niego przysmaki. Oczywiście z podanymi przepisami na nie. Ponadto autor zamieszcza w tekście sporo praktycznych wskazówek dotyczących np. krojenia warzyw, doboru sprzętu kuchennego, dekorowania posiłków, czy doboru win.

„Kulisy Kulinarnej Akademii” to książka smakowita nie tylko dla aktywnych kucharzy, ale również dla tych, którzy dopiero mają zamiar zaprzyjaźnić się z garnkiem, patelnią i piekarnikiem. Książkę czyta się świetnie przede wszystkim z uwagi na styl. Brzeziński pisze z dużą swadą i poczuciem humoru. Należy również docenić dużą wiedzę historyczną autora. Wszystko to sprawia, że momentami tekst czyta się jak pasjonującą powieść. Wartościowe jest również to, że Brzeziński po ukończeniu nauki w Le Cordon Bleu nie kreuje się na mistrza kuchni, który zjadł już wszystkie rozumy. Wręcz przeciwnie, książkę żartobliwie dedykuje patronce kucharzy i kuchcików – św. Marcie, pisząc, że bez jej pomocy nie zdałby żadnego egzaminu. Publikacja ma też pewien walor dydaktyczny. Po pierwsze dziennikarz jako „zwykły” pasjonat kuchni udowadnia, że na realizację marzeń, nawet tych najbardziej śmiałych, nigdy nie jest za późno. Ponadto autor przypomina swoją publikacją, jak ważna w gastronomii jest edukacja, warsztat i wiedza teoretyczna. Nie tylko warto zdobywać ją od najlepszych, ale nade wszystko nie bagatelizować znaczenia i cały czas doskonalić. W obserwowanej ostatnio w różnych kręgach „manii” gotowania, gdzie wszyscy uczą się ze wszystkiego i od wszystkich, a w rezultacie każdy umie „coś", to ważny głos, z którym warto się zapoznać.

Ocena: 8/10
M. Brzeziński, „Kulisy Kulinarnej Akademii”, Wydawnictwo Helion 2012.

*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Helion http://helion.pl/?gclid=CPSt547Yp7UCFYpP3god8AkApw


czwartek, 6 grudnia 2012

Kawiarniany szlak



Niedawno na rynku wydawniczym ukazała się książka Krzysztofa Jakubowskiego „Kawa i ciastko o każdej porze”. Wydaje się, że jest to kompozycja idealna dla wielbicieli historii, łakoci, a przede wszystkim Krakowa. Lektura, owszem, pobudza apetyt na kawę i ciastko, ale niestety nie zaspokaja go w pełni.


Autor jest publicystą, samorządowcem i popularyzatorem historii dawnej stolicy Polski. Na swoim koncie ma m.in. publikacje „Kraków na starych widokówkach” oraz „Przy stoliku, czyli o najstarszych krakowskich kawiarniach”. Brał czynny udział w tworzeniu „Encyklopedii Krakowa” i „Spacerownika krakowskiego”.


„Kawa i ciastko o każdej porze” opisuje dzieje krakowskich kawiarni, cukierni i palarni kawy z zachowaniem porządku chronologicznego. Historia zaczyna się więc w momencie pojawienia się i rozpowszechnienia na ziemiach polskich kawy. Jak przystało na rzetelne opracowanie historyczne, w tekście roi się od dat i nazwisk. Nie sposób oczywiście wymieniać tu wszystkich. Warto jednak wspomnieć kilka istotnych nazwisk. Gottlieb Cypcer – właściciel pierwszej kawiarni w mieście, Jan Michalik – twórca i właściciel słynnej do dziś Jamy Michalikowej, Ferdynand Turliński – właściciel pierwszej kawiarni artystycznej. Nie można również zapomnieć o znanych rodach cukierników i właścicieli kawiarni, tj. Wielandach czy Winterach. Jakubowski dokładnie opisuje przechodzenie każdej kawiarni z rąk do rąk, zmiany właścicieli, a także architekturę kamienic, w których się mieściły i wystrój wnętrz. Książka jest więc idealnym przewodnikiem dla wszystkich wielbicieli spacerów i wycieczek śladami historii. Można ją bowiem porównać ze stanem obecnym, gdyż dziennikarz w większości przypadków podaje informacje o tym, co dziś mieści się pod opisywanym adresem. Uwzględnione są też wszystkie zmiany historyczno-polityczno-społeczne, które miały ogromny wpływ na rozwój bądź stagnację tzw. kawiarnianego życia. Z książki dowiemy się gdzie, według ówczesnej opinii publicznej, podawano najlepszą kawę lub ciasta, kiedy i gdzie pojawiły się w Krakowie pierwsze pączki, jakie osobistości bywały w lokalach artystycznych oraz co stanowiło ulubione towarzyskie rozrywki.

Publikacja jest estetycznie wydana. Zawiera niezwykle bogaty materiał fotograficzny, co jest jej dużym atutem. Jeśli chodzi o tekst, to niestety opisy poszczególnych lokali są dość powierzchowne. Zwłaszcza na początku są to właściwie krótkie notki opisujące jedynie zmienne koleje własności lokalu, jego wnętrze oraz stan obecny.

„Kawa i ciastko o każdej porze” to właściwie bardziej przewodnik historyczny, który spokojnie mógłby nosić tytuł „Poczet cukierników krakowskich”. W tekście zabrakło mi rozbudowania wątku będącego sednem istnienia każdej cukierni lub kawiarni, czyli tytułowego ciastka i kawy. Nie znajdziemy tu obszernych opisów menu danego lokalu, jego specjalności, stałych bywalców oraz barwnych anegdot związanych z prowadzonym tam, bujnym przecież życiem towarzyskim. Łasuchy muszą się zadowolić pojedynczymi, umieszczonymi u dołu strony starymi recepturami, np. na bordurkę z czekoladą, cytrynówkę, czy tort Sachera. Trzymając się słodkich metafor, należałoby powiedzieć, że książka jest pysznym ciastem czekoladowym, do którego niedbały cukiernik dodał sztuczny olejek pomarańczowy, psując tym samym jego smak. Lektura z pewnością pobudzi wasze kubki smakowe i sprawi, że zechcecie odwiedzić Kraków, ale raczej nie pozwoli najeść się do syta. A szkoda.



Ocena 6/10
K. Jakubowski, „Kawa i ciastko o każdej porze. Historia krakowskich kawiarni i cukierni.” Wydawnictwo Agora 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora

środa, 24 października 2012

Domek na prerii


Niedawno na rynku ukazała się piąta już książka w serii Dolce Vita wydawnictwa Czarne pt. „Brudna robota. Zapiski o życiu na wsi, jedzeniu i miłości” autorstwa Kristin Kimball. 

Podobnie jak poprzednie, jest pochwałą budowania trwałych więzi międzyludzkich za pomocą fantastycznego jedzenia. Z drugiej strony autorka rozprawia się z mitami dotyczącymi spokojnego, sielsko-anielskiego życia na wsi. 

Lektura obowiązkowa dla wszystkich mieszczuchów marzących o zmianie trybu życia na wiejski – ku przestrodze!


Na początku losy Kristin Kimball do złudzenia przypominają życiorys jednej z bohaterek kultowego w niektórych kręgach serialu „Seks w wielkim mieście”. Jest trzydziestoletnią singielką wiodącą barwne życie w Nowym Jorku. Nad rodzinną stabilizację zdecydowanie przedkłada przelotne romanse i niezależność finansową. Konsekwentnie podąża obraną drogą – do dnia, w którym obowiązki zawodowe rzucają ją na farmę, gdzie poznaje Marka, specjalizującego się w uprawie ekologicznej żywności. Od tej chwili „Brudna robota” staje się historią miłości, która doprowadziła do całkowitej zmiany stylu życia pisarki. Kristin i Mark zostają parą, postanawiają wyjechać z miasta, osiedlić się na farmie i prowadzić tradycyjnymi metodami samowystarczalne gospodarstwo.


Autorka opisuje wszystkie trudy związane ze znalezieniem odpowiedniego miejsca, remontem domu, a przede wszystkim przyzwyczajeniem się do wiejskiego trybu życia i wykonywaniem koniecznych gospodarczych czynności. W pierwszych częściach próżno szukać sielankowych opisów życia w rytmie przyrody. Są za to momentami brutalne i bardzo fizjologiczne opisy dojenia, uboju, czy chorób krów oraz innych zwierząt. Nie należy się jednak nimi zrażać, gdyż najważniejszym tematem tej książki jest jednak produkcja jedzenia z własnych upraw. Niemalże z każdej strony przebija radość z obserwowania wzrostu owoców, warzyw posadzonych własnymi rękami i ta jeszcze ważniejsza – z powodu obfitych zbiorów. Kimball skutecznie przekonuje czytelników, że najlepiej smakują i najładniej pachną proste, niewyszukane posiłki, których opisy również znalazły się w książce. Obok tych jasnych stron pojawiają się łyżki dziegciu. Autorka przestrzega przed stereotypowym postrzeganiem życia na wsi, kojarzonym z wiecznym spokojem. Mówi wprost, że jest to bezustanna, ciężka, a do tego brudna praca, która oczywiście po czasie przynosi wymierne efekty, ale najpierw wymaga poświęcenia i właściwie całkowitej rezygnacji z miejskich aspektów życia.

„Brudna robota. Zapiski o życiu na wsi, jedzeniu i miłości” to także, a może przede wszystkim, książka o podążaniu za własnymi marzeniami, odwadze w podejmowaniu decyzji i o tym, że nie należy bać się zmian, bo nawet jeśli początkowo wydają się niewyobrażalne, w konsekwencji z reguły przynoszą dobre rzeczy, a każdy związek wymaga „dotarcia” i kompromisów, dzięki którym nawet dwa zupełnie różne światy mają szansę się spotkać. Ogromnym atutem jest też styl autorki, która swoje przeżycia opisuje z dużą szczerością i humorem. Nie ma tu przesadnych ozdobników i lukru, dzięki czemu historia zyskuje wiarygodność i czyta się ją z dużą przyjemnością. Jednym zdaniem: jest to idealna lektura na długie jesienne wieczory, kiedy szczególnie potrzebujemy dobrego jedzenia i miłości, a niektórzy mają więcej czasu na marzenia o życiu na wsi.


Ocena 8/10
K. Kimball, „Brudna robota. Zapiski o życiu na wsi, jedzeniu i miłości”. Wydawnictwo Czarne 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne http://czarne.com.pl/.


niedziela, 7 października 2012

Dobrze, że lato już się skończyło

Nigdy nie sądziłam, że kiedyś to powiem... Tak, jestem zadowolona, że lato już się skończyło. A konkretnie – „Śródziemnomorskie lato”. 

Wydawać by się mogło, że książka o takim tytule, w dodatku zachwalana w większości recenzji jako wspaniała kulinarno-podróżnicza przygoda, będzie idealną lekturą na wakacje. 

Mnie jednak nie urzekła, a raczej znudziła. Czy popełniłam błąd, czytając ją w październiku? A może to i lepiej. Gorącego sierpniowego popołudnia byłoby mi chyba bardziej żal...

David Shalleck, autor „Śródziemnomorskiego lata”, jest uznanym amerykańskim szefem kuchni i zarazem producentem telewizyjnych programów kulinarnych. Na początku swojej kariery pracował w wielu różnych restauracjach, zaczynając od najniższego szczebla zawodowej hierarchii. Starł się jak tylko mógł, ale nie zawsze wszystko szło po jego myśli. Zarzucano mu brak prawdziwego zaangażowania i zdecydowania – a szef kuchni nie może się przecież wahać. Zdobywał doświadczenie w Stanach Zjednoczonych, Anglii, Francji oraz we Włoszech. I właśnie kuchnia włoska szczególnie go zainteresowała. Porzucił swoje dotychczasowe zajęcia, by poznać różne jej smaki i smaczki, nauczyć się gotować po włosku i dowiedzieć, co to znaczy być prawdziwym szefem kuchni. W swojej wędrówce trafił na luksusowy jacht „Serenity”, którego właściciele, bogaci Włosi, mieli bardzo konkretne wymagania. Shalleck miał być ich kucharzem podczas rejsu wzdłuż Lazurowego Wybrzeża i Włoskiej Riwiery. Młody amerykański kucharz miał gotować włoskie potrawy rodowitym Włochom! Podczas całego rejsu mógł używać tylko świeżych, regionalnych produktów, charakterystycznych dla miejsc, do których akurat przybywali. Zabronione były mięsne sosy, cebula, małże, a także makarony i risotto. Posiłki miały być proste i lekkie. Podczas całego rejsu żadna potrawa nie mogła się powtórzyć.

Oprócz gotowania dla właścicieli jachtu, Shalleck musiał jeszcze obsłużyć siedmioosobową załogę, która preferowała bardziej kaloryczne i „konkretne” potrawy. Sam jeden gotował również dla gości swoich chlebodawców, którzy nieraz zjawiali się bez zapowiedzi i w dość licznym gronie, na przykład czterdziestu lub nawet ponad stu osób! A kuchnia na jachcie, zwana kambuzem, była mikroskopijnych rozmiarów. Produkty spożywcze i naczynia były poupychane wszędzie. Dodatkowo kucharz musiał pomagać reszcie załogi w obsłudze „Serenity” oraz pełnić nocne wachty. Na brak zajęć nie mógł narzekać. Ten rejs był dla niego nie lada wyzwaniem. Ale, jak dowiadujemy się z książki, poradził sobie z nim znakomicie. Wszyscy byli zadowoleni z jego pracy. A ponieważ szkoda by było zatrzymać ten zachwyt tylko dla siebie, Shalleck postanowił zrobić ze swoich podróży coś na kształt powieści. Po mozolnej lekturze jego zbeletryzowanych wspomnień mam jedno przemyślenie: róbmy to, co potrafimy najlepiej. Nie każdy genialny kucharz musi być świetnym pisarzem. I odwrotnie. Autorowi „Śródziemnomorskiego lata” radziłabym więc pozostać przy gotowaniu.

Książka jest pisana sztywnym, suchym stylem. Bez emocji, bez akcji, a nawet, co jest w przypadku literatury kulinarnej dość niepokojące, bez wyłaniających się z opowieści smaków i zapachów przyrządzanych potraw. Przejrzałam opinie innych recenzentów i zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno czytam tę samą książkę, co oni. „Fascynująca, świetnie napisana, przepyszna, autor ma talent gawędziarski, powoduje fizyczne odczuwanie głodu, nie można się od niej oderwać, więcej takich książek!” Tak, zdecydowanie stwierdzam, że czytałam coś innego... Na początku lektury nie byłam tak surowa w wyrażaniu opinii. Czekałam aż opowieść się rozwinie, nabierze rumieńców. Nie przypadły mi do gustu opisy praktyk Shallecka w różnych kulinarnych przybytkach. Czytając o jego poczynaniach, stwierdziłam, że nie chcę, aby dla mnie gotował. Miałam wrażenie, że nie potrafi dokonać w kuchni niczego dobrego, że jego gotowanie nie jest prawdziwe. Tak, jakby ktoś zmusił go do podążania tą właśnie drogą, której tak naprawdę „nie czuł”. Zresztą to wrażenie towarzyszyło mi do końca lektury i zostało nawet po przeczytaniu całej litanii niezwykłych potraw, które przyrządził na pokładzie „Serenity”.

Zaciekawiły mnie pierwsze opisy zakupów – wyprawa po wyposażenie kambuzu, potrzebne naczynia i niepsujące się, podstawowe produkty spożywcze, a także organizowanie miejsca pracy i „spiżarni”. Interesująco wyglądały również wyprawy na targowiska, wybieranie świeżych ryb, warzyw, dodatków. Ale szybko nastąpił przesyt takimi opisami, bo przewijają się one przez całą książkę, przy czym prawie wcale się od siebie nie różnią. Sceny gotowania, serwowania posiłków i jedzenia wypadły jeszcze gorzej. Zupełnie nie czułam zaangażowania Shallecka, jego miłości do gotowania, talentu. Zapewne potrafi świetnie gotować, skoro w tym fachu doszedł tak wysoko, ale zdecydowanie nie potrafi o tym pisać. I najwyraźniej nie pomógł mu nawet współautor książki Erol Munuz. Dużo miejsca zajmują w „Śródziemnomorskim lecie” opisy żeglowania oraz obsługi jachtu. Pojawia się wiele fachowych terminów, które zostały wyjaśnione na końcu książki. Szkoda jednak, że nie podano przypisów bezpośrednio w tekście. Same opisy żeglowania i w ogóle całej podróży również nie zachwycają. Wędrówki po urokliwych włoskich miasteczkach, spotkania z ciekawymi ludźmi, potajemne imprezy z kolegami – wszystko jest jakieś czerstwe, drętwe i nudne. Jeśli takie miałoby być moje lato, to wolę zaszyć się pod kocem w moim fotelu i przeżywać polską jesień, nawet niekoniecznie piękną i złotą.

Książkę czytałam niespiesznie, ale zajęło mi to zaledwie dwa wieczory. Jest bardzo dobrze wydana pod względem ergonomii czytania. Jednak merytorycznie i emocjonalnie czuję się zawiedziona. Było dużo słów, ale mało wzruszeń i radości. Dużo składników i potraw, lecz niewiele smaku. Nie polubiłam bohaterów tej opowieści. Wszyscy są mi zupełnie obojętni. Doprawdy nie wiem komu ta książka mogłaby się spodobać. Moich oczekiwań – kulinarnych, podróżniczych, intelektualnych, rozrywkowych – nie zaspokoiła. Mam żal do Shallecka, bo na pewno miał w zanadrzu wiele wspaniałych, zabawnych sytuacji, ciekawych porad, kulinarnych inspiracji, psychologicznych obserwacji współtowarzyszy rejsu oraz poznawanych po drodze mieszkańców urokliwych nadmorskich miasteczek... To wszystko gdzieś się zagubiło. W opisie książki czytamy, że autor „szybko przekonuje się, że te niezobowiązujące rozmowy przy straganach i wizyty w kuchniach zwykłych gospodyń domowych są o wiele bardziej owocne niż najbardziej prestiżowe kursy. Tylko tak można nauczyć się prawdziwej sztuki gotowania.”. Cudownie! Tylko dlaczego oszczędził czytelnikom tych wspaniałości, serwując w zamian ciągnący się w nieskończoność, rozgotowany, niedoprawiony, kiepskiej jakości literacki makaron?!

Bardzo chciałam się zachwycić, ale tym razem się nie udało. Dobrze, że na końcu książki zostały chociaż zamieszczone jakieś przepisy. W treści właściwej receptur jest bowiem jak na lekarstwo. Przepisów nie ma tu jednak zbyt wiele i nie są najbardziej interesujące na świecie, ale rybę w szalonej wodzie (pesce in acqua pazza) zrobię kiedyś na pewno. Poza tym możecie wypróbować na przykład majonez prawdziwkowy, mus z tuńczyka do smarowania, krewetki na ciepło z białą fasolą, linguine z małżami i cukinią, pieczonego lucjana czerwonego z pomidorami i oliwkami, gulasz rybny po livorneńsku albo czekoladowe ciasto Capri. Jeżeli macie dużo wolnego czasu i daleko do najbliższej biblioteki – przeczytajcie sobie „Śródziemnomorskie lato”, ale nie spodziewajcie się „literatury podróżniczo-kulinarnej w najlepszym wydaniu”, jak głosi zachęta na okładce. Ale jeśli na waszych półkach piętrzą się inne smakowite książki kulinarne czy podróżnicze, lepiej zacznijcie od nich. Bo – na szczęście dla was, a niestety dla Shallecka, na rynku wydawniczym jest mnóstwo fantastycznych, apetycznych i klimatycznych książek z kulinarnym wątkiem. Ta plasuje się na przeciętnym, rzemieślniczym poziomie.
Ocena: 5/10
D. Shalleck, E. Munuz, „Śródziemnomorskie lato, Wydawnictwo Literackie 2012.

*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/.

*Tekst powstał we współpracy z Kulinarną Czytelnią http://www.kulinarnaczytelnia.blogspot.com/



niedziela, 29 lipca 2012

Nie tylko dla (komputerowych) geeków



Po dłuższej przerwie, dłuższa recenzja :-)Zapraszam do lektury!


Geek to pochodzące z języka angielskiego slangowe określenie osoby zafiksowanej na punkcie danej dziedziny wiedzy czy umiejętności. Geeka interesują przede wszystkim przedmioty ścisłe i komputery, którym poświęca dużo czasu. Bardzo dużo. Jak wyobrażacie sobie typowego informatycznego maniaka? Tak, to właśnie jest wzorowy geek. Jeśli nowe technologie są twoim światem, całymi dniami potrafisz główkować nad jedną linijką kodu – zachęcam, dla miłej odmiany, do lektury książki „Gotowanie dla geeków”. Jeśli nie jesteś komputerowym fanatykiem, ale choć trochę interesujesz się kulinariami – ta książka jest również dla ciebie.

piątek, 6 lipca 2012

Życie po życiu


W trzeciej części bestsellerowego „Kill Grilla” Anthony Bourdain, kontynuuje podróż po kulisach restauracyjnego świata. Jednak tym razem, skupia się na podsumowaniu swojej kariery szefa kuchni oraz, przedstawia przemyślenia, wynikające z osiągnięcia pozycji gwiazdy krytyki kulinarnej.

Po sukcesie swoich książek Bourdain, prowadzi stabilne, dostatnie życie. Zakończenie kariery zawodowej, pozwala mu z jeszcze większym dystansem i brutalną momentami szczerością spojrzeć na układy panujące w branży i swoich kolegów po fachu.

„O kuchnia!”, to bardzo różnorodna książka. Znajdziemy tu relacje z licznych podróży autora po najbardziej egzotycznych kulinarnie zakątkach świata, poglądy na temat wegetarianizmu, mody na gotowanie, a także porady dla przyszłych „gwiazd” kuchni. W tekście Bourdain ’a nie mogło zabraknąć tego, co przyniosło mu największy sukces-opisu kulis biznesu restauracyjnego. Fanów tego wątku, z pewnością usatysfakcjonuje stworzona przez niego lista pozytywnych i negatywnych bohaterów. Obok tych zawodowych uwag, pojawiają się bardziej osobiste tony. Autor wspomina swoje dzieciństwo, walkę z uzależnieniem od narkotyków, jak również z czułością wypowiada się o swojej „odbudowanej” rodzinie.

„Kill Grill 3” jest nasycony składnikami, które dobrze znamy z poprzednich części: ciętym, barwnym językiem, poczuciem humoru, a przede wszystkim wyjątkową szczerością twórcy. Wszystko to sprawia, że książka z pewnością, podzieli los swoich poprzedniczek i szybko stanie się bestsellerem. Choć momentami wydaje się, że autor się powtarza i nie jest już w stanie wymyślić nic nowego, on na kolejnych stronach udowadnia, że ma w zanadrzu jeszcze wiele zaskakujących historii. W tej sytuacji, pozostaje jedynie czekać na kolejną część „przygód” Kill Grilla i liczyć na to, że będą one równie udaną lekturą

Ocena:6/10
A.Bourdain, "O kuchnia!", W.A.B. 2012.



środa, 27 czerwca 2012

Wspomnień czar

Lato to czas podróży, poznawania nowych kultur i smaków. Jeśli lubicie wszystkie te rzeczy, powinniście koniecznie sięgnąć po książkę „Język baklawy. Wspomnienia”. Diany Abu-Jaber.

„Język baklawy” to nasycona smakami, aromatami i barwami autobiograficzna historia dzieciństwa spędzonego w dwóch całkowicie różnych, odległych krajach: Stanach Zjednoczonych i Jordanii. Autorka przywołuje z pamięci dawnych przyjaciół, najważniejsze miejsca i legendy rodzinne, z wczesnych lat swojego życia. Kreśli przy tym niezwykle barwny portret rodzinny, wyłaniają się z niego postaci o silnych osobowościach i bogatych życiorysach.

Gdyby pokusić się o wskazanie wiodącego wątku tej książki, zdecydowanie byłoby nim jedzenie. Każda strona powieści jest pochwałą rodzinnego biesiadowania, mówi o radości płynącej z przygotowywania i dzielenia się posiłkiem. Spłycanie tematyki „Języka baklawy” wyłącznie do jedzenia byłoby jednak niesprawiedliwe. Jest to również opowieść o poszukiwaniu tożsamości, tęsknocie za własnym miejscem na ziemi i trudnym losie imigrantów.

Powieść została napisana w gawędziarskim stylu, nawiązującym do dawnych przekazów ustnych. Urzeka dużą dawką poczucia humoru, ciepła i liryzmu. Dla podkreślenia ważności jedzenia i familijnego klimatu, autorka zamieściła w książce wiele przepisów na tradycyjne dania obu kuchni.

Wszystko to sprawia, że „Język baklawy”, podobnie jak wszystkie książki z serii Dolce Vita jest lekturą idealną na wakacje. Znajdziemy tu, bowiem mnóstwo słońca, fantastyczną kuchnię i egzotykę, a więc wszystkie składniki udanego wypoczynku. Jest tylko jedno zastrzeżenie: przed lekturą najedzcie się do syta, bądź usiądźcie w pobliżu lodówki. Nie zastosowanie się do instrukcji grozi napadem ślinotoku, bądź silnymi skurczami żołądka.

Ocena: 8/10
D.Abu-Jaber, „Język baklawy. Wspomnienia”, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne 2012.

*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne http://czarne.com.pl/?a=2727
*Tekst został opublikowany również w "Gazecie Młodych" http://gazeta.mlodych.pl/

sobota, 9 czerwca 2012

Wysmakowane ujęcia

Dziś wyjątkowo krótki wstęp do posta ode mnie. Otóż oprócz kultury,interesuje się także fotografią i kulinariami. Choć przyznaje,tym drugim  głównie jako konsumentka :-) Na szczęście mam w swoim otoczeniu Koleżankę, która kulinariami zajmuje się czynnie z pasją,sercem i pomysłem. W związku z tym postanowiłyśmy połączyć siły i ten tekst jest efektem naszej współpracy. Chciałabym, aby Kulturalna dzielnica,była nie tylko miejscem promującym kulturę,ale także pyszne jedzenie i książki z nim związane. Dlatego też od czasu do czasu pojawią się tu teksty naszego autorstwa na ten temat. 

Na polskim rynku wydawniczym jest mnóstwo książek dotyczących fotografii cyfrowej - lepszych i gorszych, dla mniej lub bardziej zaawansowanych użytkowników. Jedne koncentrują się na fotografii krajobrazowej lub portretowej, inne pretendują do miana encyklopedii gromadzących informacje na każdy fotograficzny temat. Teoretycznie w tak bogatej ofercie każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Mi jednak przez długi czas czegoś brakowało... książki o fotografii kulinarnej. I w końcu, ku mojej radości nakładem wydawnictwa Helion ukazała się publikacja "Ujęcia ze smakiem. Kulisy fotografii kulinarnej i stylizacji dań" autorstwa Hélène Dujardin.