Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 maja 2019

Niedorajda – Michał Rusinek


Każdy z nas czasem zastanawia się, jak żyć, kiedy nie da się żyć i jak sobie poradzić, kiedy nie można sobie poradzić? Co zrobić w tej sytuacji? Przeczytać koniecznie Niedorajdę Michała Rusinka.

Nie ma żadnej pewności, że po lekturze zaczniemy radzić sobie lepiej. Gwarantowane są natomiast niekontrolowane wybuchy śmiechu, doskonały nastrój trwający długo po zakończeniu czytania i przekonanie, że warto jednak pozostać niedorajdą.

Ludzie od dawna poszukują recept i gotowych rozwiązań problemów. Nie wierzymy we własne siły, nie ufamy swojej wiedzy, intuicji. Boimy się samodzielnie kierować własnym życiem, ponosić konsekwencje wyborów. Fachowa pomoc wydaje się niezbędna już niemal w każdej sprawie.W razie czego można spokojnie przerzucić odpowiedzialność za ewentualne niepowodzenie na złego doradcę. 

Szybkie tempo życia, nadmiar informacji, bodźców sprawiły, że korzystanie z tzw. mądrości zbiorowej stało się niemal powszechne. Momentami dochodzi do granic absurdu. Stąd niesłabnąca popularność wszelkich poradników, które obok kryminałów, cały czas są najchętniej kupowanym typem literatury. Szukamy odpowiedzi na wiele pytań. Najczęściej oczywiście na te fundamentalne: jak być szczęśliwym w trzech krokach, bo na pięć szkoda czasu, jak się zakochać, żeby się już nigdy nie odkochać i wiele innych.

Michał Rusinek - znany wielbiciel pypciów językowych, tym razem wziął na warsztat język poradników. Ze stosu wydawnictw drukowanych,stron internetowych,przeprowadzonych rozmów wybrał najbardziej kuriozalne, absurdalne przykłady. Z właściwym sobie poczuciem humoru, ironią i sarkazmem przeprowadził wnikliwą, poważną analizę oferowanych porad. Dzięki temu wzrosła nie tylko moja wiedza o języku, ale także, a może przede wszystkim o społeczeństwie i jego poziomie intelektualnym. Momentami jest to wiedza zatrważająca.

Jak podrywać
Temat-rzeka, stary, jak świat. Teoretycznie wszyscy coś na ten temat wiedzą . Praktyka wygląda dużo gorzej, co doskonale pokazują te frazy:

Cześć. Nie wiem, co mógłbym napisać w pierwszej wiadomości, żebyś była zainteresowana poznaniem się, więc załóżmy, że napisałem to wszystko. Co teraz?
Wzbudza pani we mnie instynkt przedłużenia gatunku.
Czy mógłbym zachować pani ósemkę na pamiątkę?
Chciałbym, żebyś mnie pochowała.
Hej, ty też jedziesz tym pociągiem?
Od razu ma się ochotę napisać „Jak dobrze być singlem i nigdy tego nie zmienić”.

Jak sprzedawać
Reklama dźwignią handlu, pieniądze szczęścia nie dają, ale zakupy owszem  Wiedzą o tym autorzy poradników. Niestety z tej wiedzy nie zawsze potrafią korzystać autorzy ofert sprzedaży na aukcjach internetowych.

Porcelana. Lata 60. Komplet niekompletny.
Bidetmajer. Stan gabinetowy.
Sprzedam liścia.
Oddam za darmo skarpety, ściągnięte prosto ze stopy.

Jak być inteligentem
Wiadomo, każdy by chciał, wielu wydaje się, że są, udaje się nielicznym. Poradniki doradzą, jakich słów i zwrotów używać w nadmiarze, by dodać sobie inteligencji.

Azaliż.
Abominacja.
Dychotomia.
Gentryfikacja.
Jakby.
Jeszcze raz?
Prokrastynacja.
Powiem tak.
Subwersywny.

To oczywiście tylko niektóre z rozdziałów i fragmentów.  W Niedorajdzie znajdziemy również instrukcje na temat tego: jak się leczyć, jak zostać pisarzem, jak korzystać z poczty, jak czytać nagłówki, jak przetrwać, jak być mężczyzną,  jak zostać paryżanką, jak tatuować no i najważniejsze,  jak uprawiać seks? Wszystkie felietony ukazały się w krakowskim dodatku „Gazety Wyborczej”. Wydaniu książkowemu towarzyszą pomysłowe rysunki Jacka Gawłowskiego.

Mam nadzieję, że czujecie się wystarczająco doradzeni w kwestii wyboru lektury. Po przeczytaniu jej jednym tchem i opanowaniu trwających długo salw śmiechu, przychodzi czas na refleksję. A może by tak w ten prześmiewczy sposób potraktować wszystkie poradniki? Nigdy więcej nie dać się nabrać, że którykolwiek z nich cudownie odmieni nasze życie. Najlepsza rada to: radź sobie sam!.Czego sobie i wam życzę.

M.Rusinek, Niiedorajda, czyli co nam radzą poradniki, Wydawnictwo Agora 2019.
*Dziękuję Wydawnictwu Agora za przekazanie egzemplarza do recenzji.
* Wszystkie cytaty i śródtytuły pochodzą z omawianej książki.







środa, 10 maja 2017

Masłowidzenie

„Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu” to zbiór felietonów, jak pisze sama autorka, skierowany do tych, którzy na przekór modom, prądom, falom, pływom i horoskopom lubują się w nielubianym, interesują nieinteresującym.

Masłowska powraca na rynek wydawniczy, felietonami publikowanymi w magazynie internetowym dwutygodnik.com w latach 2013 – 2016. Swoją uwagę, tym razem zwraca na popularne zjawiska kultury masowej. Czasem udaje się też na peryferie popkultury, zanurza w jej odmętach i wyławia stamtąd to, co wyszydzane, pogardzane, a jednocześnie chętnie oglądane.

Największą przyjemność z lektury „Jak przejąć kontrolę nad światem...” będą miały osoby urodzone na początku lat 80. i wcześniej. Ci wszyscy, którzy w niedzielne popołudnia siadali, wraz z całą rodziną przed telewizorem, by z wypiekami na twarzy śledzić losy Carringtonów, wojny podjazdowe między Krystle, a Alexis i zadawali sobie pytanie, czy Steven jest gejem? Równie zadowoleni będą, pamiętający pierwszą polską telenowelę „W labiryncie” i eksplozję muzyki Disco Polo, zapoczątkowaną przez Telewizję Polsat i jej flagowy, swego czasu program „Disco Relax”. O wszystkim tym, pisze Masłowska w swoich tekstach. Ponadto, pochyla się nad fenomenem „Kuchennych rewolucji” i Magdy Gessler, kreśli wnikliwe portrety psychologiczne uczestników programu „Azja Express” i przyznaje się do uzależnienia od oglądania seriali, szukając przyczyn tego przyjemnego nałogu. Rozprawia z mitem bajkowej wyspy Bali, udaje w podróż do egzotycznego Tatarstanu, by pod koniec zająć się zespołem Bajm i Beatą Kozidrak. Słowem, dla każdego coś…strasznego. Młodsze pokolenie może traktować felietony pisarki, jako leksykon popkultury
.
O stylu Masłowskiej i jej zdolnościach słowotwórczych napisano już chyba wszystko. Jego kolejna szczegółowa analiza nie ma więc sensu. Podobnie jak w poprzednich książkach mamy tu do czynienia z Masłowidzeniem świata. Jest ono przepełnione ironią, sarkazmem, czarnym humorem, kpiną. Pochwały pojawiają się rzadko, takowa spotkała np. biografię „Beksińscy”, autorstwa Magdaleny Grzebałkowskiej. Nieco sentymentalny ton pojawia się w felietonie o latach dwutysięcznych, odnoszącym się do okresu istnienia czasopisma „Lampa” Pawła Dunina Wąsowicza. Czasami można odnieść wrażenie, że Masłowska sili się na sarkazm, jakby bała się, choć na chwilę wyjść z roli naczelnej prześmiewczyni. Socjologiczny Polaków portret własny, który wyłania się z tych tekstów, daleki jest od pastelowej palety barw.

Ci którzy wielbią Masłowską od czasów „Wojny polsko – ruskiej”, po lekturze najnowszego wydawnictwa będą to robić nadal. „Jak przejąć kontrolę nad światem…” nie przynosi bowiem w zasadzie żadnych zmian w stylu autorki. Zatem, nieprzekonanych do niej, lektura tego zbioru, w dalszym ciągu nie przekona.

Masłowska pisze, że tego co się raz zobaczy, nie da się już odzobaczyć. Lojalnie ostrzegam, że tego, co tu przeczytacie nie da się już odprzeczytać, zastanówcie się więc dobrze, czy na pewno chcecie przejmować kontrolę nad światem, bez wychodzenia z domu.

Ocena: 7/10
D. Masłowska, „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu”, Wydawnictwo Literackie 2017.

* Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wydawnictwoliterackie.pl/
* Książka na stronie wydawcy: http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/4278/Jak-przejac-kontrole-nad-swiatem-nie-wychodzac-z-domu---Dorota--Maslowska

środa, 9 marca 2016

Powrót mistrza felietonu

Lektura „Setki”, drugiego po „Polska mistrzem Polski” tomu felietonów Krzysztofa Vargi, publikowanych w „Dużym Formacie” – czwartkowym dodatku do „Gazety Wyborczej”, gwarantuje nie tylko setną zabawę, pozwala również z dystansem spojrzeć na wydarzenia kulturalno – społeczne w Polsce ostatnich lat.

Jestem stałą czytelniczką felietonów Vargi w „Dużym Formacie”, większość tekstów zebranych w tomie była mi w związku z tym dobrze znana, mimo to z dużą radością przeczytałam zapowiedź wydawniczą „Setki”, była ona tym większa, że zupełnie niespodziewana.

Mariusz Szczygieł nazwał Vargę ostatnio królem felietonu. Nie da się ukryć, że wśród współczesnych polskich pisarzy, poza nieaktywnym ostatnio w tej sferze Pilchem, Varga nie ma konkurencji w sztuce felietonu. Tym, którzy nie zetknęli się dotychczas z prasową twórczością pisarza może się wydawać, że opinia Szczygła jest na wyrost, bardziej humorystyczna, niż na poważnie. Jest szansa, że zmienią zdanie po lekturze obu tomów felietonów. Stali czytelnicy rubryki „Kajet konesera”, podzielają ją z pewnością w stu procentach.

„Felietonistyka jest zajęciem dla autorów szczycących się ponadnormatywnym poziomem złego charakteru, niesympatyczności i zgorzknienia” Po takiej opinii autora łatwo wywnioskować, że teksty, które czytamy w „Setce” dalekie są od łagodności, poprawności politycznej i miłości bliźniego. I bardzo dobrze, bowiem zupełnie nie o to w tym gatunku chodzi.

Varga poświęca swą uwagę przede wszystkim kulturze. O filmach, książkach, czytelnictwie,  i muzyce pisze jednak często w szerszym społeczno – politycznym kontekście. Jako maniak serialowy wypowiada się  m.in. o „House of cards”, „Grze o tron”, jako „kibol” polskiego kina ocenia „Bogów”, „Ziarno prawdy”, „Body Ciało”, pastwi się nad filmowymi gniotami narodowymi typu „Hiszpanka”, „Bitwa pod Wiedniem”, „Miasto ‘44”. „Rodzina Borgiów”, zbiór homilii polskich biskupów, stają się pretekstem do wypowiedzi o sytuacji kościoła w Polsce. Varga pochyla się również nad stanem rodzimego czytelnictwa i literaturą, zabiera głos w sprawie głośnej „afery mercedesowej” Twardocha, czy zarobków pisarzy. Namiętnie, z nieskrywaną pasją polemizuje z prawicowymi publicystami: Horubałą, Wenclem, Rymkiewiczem, przy okazji oceniając niezbyt udane próby literackie niektórych  z nich. W czasie podróży po Polsce zwraca uwagę na paranoję pomnikową, która opanowała nasz kraj oraz totalny chaos architektoniczny i estetyczny, rozprzestrzeniające się niczym zaraza. Uważny czytelnik znajdzie tu też kilka postulatów do twórców kultury m.in. o serial o Episkopacie oraz dramat narodowy. Poza krytyką są również zachwyty. Hymny pochwalne z ust pisarza płyną w kierunku Jerzego Pilcha i Marcina Świetlickiego.

O ile do Vargi – pisarza można mieć uwagi, to do Vargi –felietonisty przyczepić się w zasadzie nie sposób. Teksty te zawierają bowiem wszystkie cechy felietonu idealnego: poczucie humoru, ironię, sarkazm, złośliwość, celne obserwacje i mistrzowskie pointy. Wszystko to oczywiście w ilości ponadnormatywnej. Czy można chcieć więcej? Tak, oby Varga częściej pisał swoje felietony, by szybko zebrały się w kolejny tom, bo czytanie ich to czysta przyjemność.

Ocena : 8/10
K.Varga, „Setka”, Wydawnictwo Wielka Litera 2016.
*Dziękuję Wydawnictwu Wielka Litera za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wielkalitera.pl/

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Wielkie żarcie

Od kilku lat nieprzerwanie trwa moda na gotowanie. Stacje telewizyjne prześcigają się na ilość programów kulinarnych w ramówkach, a półki księgarskie uginają pod stosami publikacji na ten temat. 

Gdy usłyszałam, że zagadnienie kulinariów bierze na warsztat również Dorota Masłowska, w pierwszej chwili pomyślałam, że świat się kończy i pora umierać. 

Uspokajam jednak wszystkich, którzy mają podobne skojarzenia. „Więcej niż możesz zjeść”, to zbiór felietonów parakulinarnych, to ostatnie jest tutaj słowem kluczowym. 

Zanim, więc podejmiecie działania ewakuacyjne, przeczytajcie tę niewielką objętościowo książkę, gdyż jest ona całkiem smakowitym kąskiem.


Przyrządzanie posiłków kiedyś traktowane było bardziej jako zło konieczne, dziś ta umiejętność nobilituje w towarzystwie. Wspólne gotowanie z przyjaciółmi stało się popularną formą spędzania czasu. Upodobania kulinarne, najnowsze diety, ekologiczna żywność, szkodliwość glutenu, w pewnych kręgach są dyżurnymi tematami konwersacji. Epidemia kulinarna zatacza coraz szersze kręgi: nie umieć gotować, odżywiać się niezdrowo to obciach. Każdy: od polityków, celebrytów, na przeciętnym Kowalskim skończywszy ma na ten temat własne zdanie i w razie potrzeby sypie, jak z rękawa sprawdzonymi przepisami na każdą okazję. Jedynie kwestią czasu było to, że trzymająca rękę na pulsie trendów Masłowska weźmie na warsztat ten gorący temat.


Na szczęście zrobiła to jednak po swojemu: prześmiewczo, ironicznie, zabawnie, odwracając kota ogonem. Choć autorka, jak przyznała w jednym z wywiadów jest fanką gazetki kulinarnej „Prześlij przepis”, w swojej książce nie podaje własnych przepisów na pomidorową, mielone i bigos. Ci, którzy spodziewali się sprawdzonych receptur od gwiazdy literatury polskiej, będą więc srodze zawiedzeni. Przeważająca, jak sądzę jest jednak grupa, która nie podejrzewa Masłowskiej o normalność, kojarzy ją raczej z językowymi „przekrętami” i dezynwolturą. Oni, z pewnością nie dali się nabrać na pisarkę – kucharkę, od razu wyczuli podstęp i będą zadowoleni z otrzymanego dania.

„Więcej niż możesz zjeść” to zbiór felietonów publikowanych na łamach „Zwierciadła”, w latach 2011 – 2013. Jedzenie jest tu rzecz jasna jedynie tłem dla rozważań socjologicznych, obśmiania absurdów, czy odbycia sentymentalnej podróży w czasie. Przepisy, jeśli w ogóle się pojawiają, są dość niekonwencjonalne np. na udany kinderbal albo spędzenie lata w mieście. W swojej rubryce spożywczej Masłowska wyśmiewa nawyki żywieniowe rodaków na wycieczkach all inclusive, zamiłowanie do grilla i plenerowych pikników. Dostaje się także amatorom sushi po polsku. Autorka dzieli się również obserwacjami „jedzeniowymi”, poczynionymi podczas zagranicznych podróży. Przy tej okazji krytykuje amerykański konsumpcjonizm, wyjawia, dlaczego w Sztokholmie dopada ją łakomstwo i, gdzie można nabawić się przypadłości zwanej odgłosyjedzeniofobią. Są też teksty sentymentalne, o smakach dzieciństwa i uroku posiłków z WARS-u.

Felietony parakulinarne, podobnie jak pozostałe książki Masłowskiej wyróżniają się językowo. Nie brakuje tu brawurowych metafor, oryginalnych porównań i nowych słów. Jest jednak zdecydowanie grzeczniej i odrobinę spokojniej niż w poprzednich odsłonach. Wydaje się jednak, że nie jest to żadna zapowiedź zmiany, dowód na to, że Masłowska znormalniała, a jedynie potrzeba dostosowania do wymogów tekstu publikowanego w magazynie kobiecym. Całość jest pięknie wydana, teksty uzupełniają ilustracje autorstwa Macieja Sieńczyka.

Nie da się jednak ukryć, że „Więcej niż możesz zjeść” rozbudza jedynie apetyt na danie główne, jakim niewątpliwie będzie nowa powieść Masłowskiej. Zasady zdrowego odżywiania mówią o tym, że nie należy się najadać i jeść małymi kęsami. Zastosowanie się do nich, tłumaczyłoby niewielką objętość książki. Autorka sprytnie zaspokoiła głód czytelników, częstując ich zapychaczem, mającym uciszyć wszelkie narzekania i pytania o coś nowego. Działania zastępcze w postaci płyty i felietonów sieją ferment, dają wrażenie aktywności. Fani Masłowskiej chcieliby się jednak w końcu nażreć porządną porcją soczystej prozy.

Ocena: 8/10
D.Masłowska, „Więcej niż możesz zjeść. Felietony parakulinarne”, Noir Sur Blanc 2015.

piątek, 30 maja 2014

Gorąco polecam

Nazwisko Passent od lat jest gwarancją najwyższej jakości w dziennikarstwie. Daniel Passent uznawany jest za mistrza felietonu, a jego publikowane w „Polityce” teksty dla wielu są lekturą obowiązkową.

Talent po ojcu niewątpliwie odziedziczyła córka – Agata, pisząca dla „Twojego Stylu”. Osiągnięcie zawodowej pełnoletności postanowiła uczcić wydaniem zbioru felietonów pt. „Kto to Pani zrobił?”.


Jak wiadomo bycie dzieckiem znanych i utalentowanych rodziców jest błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. Agata Passent, pewnie też musiała „zmagać” się z etykietką córki Tej Osieckiej i Tego Passenta oraz opinią, że wszystko załatwili jej rodzice, co z pewnością nie ułatwiało wyboru drogi zawodowej. Każda ścieżka w tym przypadku była trudna i ryzykowna. Zarówno całkowicie odmienna profesja, jak i próba „ścigania” się z ich talentem nie miała sensu. Passent poszła w ślady rodziców, zajęła się pisaniem. Obroniła się tym, że robi to po swojemu. W ten sposób nie musi już nic nikomu udowadniać, bo odnalazła swój własny, rozpoznawalny styl i konsekwentnie się go trzyma. Jest zabawnie, ironicznie, przewrotnie, a co najważniejsze, z sensem.


Siłą tekstów zawartych w zbiorze „Kto to Pani zrobił?”, jest to, że trzymają się z dala od spraw „wielkiego świata”. Autorka jest wnikliwa obserwatorką codzienności, zachowań i relacji międzyludzkich. Jednocześnie nie brak tu refleksji na temat istotnych problemów społecznych. Felietony zostały podzielone na sześć grup: z życia Polaka, z życia warszawki, z życia kosmopolitki, z życia matki, żony i kochanki, z życia myślicielki oraz z życia mojego.

Passent interesuje się w felietonach pozornie bardzo odległymi sprawami. Zajmują ją zarówno relacje damsko – męskie, zmiany, jakie zaszły w obyczajowości, rodziny patchworkowe, program edukacji w szkołach kredyty, ale również budownictwo mieszkaniowe w Warszawie i to, że Mick Jagger spał podobno z czterema tysiącami kobiet. Autorka rysuje też Polaków portret własny, pisząc o narodowej skłonności do obrażania się, arytmetyce cierpienia i ulubionym zajęciu – narzekaniu. Nie zabrakło także wątku popkultury i tego, jak zmieniają się media. Dziennikarka o wszystkim pisze z dużą dozą ironii, dystansem, ale przede wszystkim poczuciem humoru i zrozumieniem. Passent często wygłasza dość śmiałe, a nawet kontrowersyjne opinie, z którymi można się nie zgadzać, czy polemizować. Z pewnością jednak, warto się z nimi zapoznać, choćby po to, by móc wyrobić swoją własną opinię.

Choć felietonista przekornie mówi, że nie myśli, czynność tę od wieków deleguje innym to książka „Kto to Pani zrobił, skutecznie temu twierdzeniu przeczy. Passent myśli bowiem ciekawie i wielokierunkowo. W jednym z felietonów, wyraża też tęsknotę za surowymi krytykami, narzeka na „polecaczy”, którym wszystko się podoba. Choć bardzo bym chciała spełnić Jej prośbę i się do czegoś przyczepić, to mogę jedynie do tego, że mogłaby pisać więcej, może czas pomyśleć o większej niż felieton formie? Czekam z niecierpliwością. W książce wszystko się zgadza, niestety nie pozostaje mi więc nic innego, jak napisać z przekonaniem: gorąco polecam!

Ocena: 7/10
A.Passent, „Kto to Pani zrobił?”, Wielka Litera 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera http://www.wielkalitera.pl/

piątek, 13 grudnia 2013

Badania terenowe

Po sukcesie dobrze przyjętego „Gaumardżos” Marcin Meller zdecydował się kontynuować swoją pisarską przygodę. Tym razem funduje czytelnikom powrót do przeszłości, gdyż „Między wariatami” to subiektywny wybór najlepszych tekstów dziennikarza, publikowanych na przestrzeni dwudziestu lat, w różnych tygodnikach opinii. Skojarzenia filmowe są jak najbardziej na miejscu, książkę momentami czyta się, jak najlepszy hollywoodzki scenariusz, i aż trudno uwierzyć, że to po prostu samo życie.


Młodszej generacji Meller niestety kojarzy się już pewnie wyłącznie z telewizją śniadaniową, „Playboyem” i TVN – owskim programem „Agent”. Jest też na szczęście całkiem spora grupa tych, którzy pamiętają, że dziennikarz swoją karierę zaczynał w „twardym dziennikarstwie”, a pierwsze szlify i szkołę zawodu odbierał od najlepszych.


„Między wariatami” na nowo pokazuje twarz Mellera - poważnego publicysty i pozwala mu wyjść z szuflady z napisem „telewizyjna gwiazda”. Ta etykietka z jednej strony daje oczywiście pewien komfort, z drugiej jednak ogranicza. Teksty zebrane w tomie są dowodem na to, że autora stać na dużo więcej, niż może zaprezentować w telewizji śniadaniowej, która rządzi się swoimi prawami. Bardzo dobrze, że czytelnicy mają szansę się o tym przekonać.

Intencją Mellera było, by książkę czytało się dobrze „w pociągu, łóżku i na plaży”. Cel ten został osiągnięty. Rozpiętość tematyczna i amplituda emocjonalna tekstów, sprawiają, że po pierwsze: każdy znajdzie tu coś dla siebie, a po drugie zakończy lekturę z uczuciem żalu, że to już i apetytem na jeszcze więcej.

Na tom składają się zarówno reportaże wojenne z różnych zakątków świata, publikowane w „Polityce” w latach 90., felietony polityczne z „Wprost” i „Newsweeka”, ale także „relacja” z wyjazdu kibiców Legii do Szwecji, czy tekst odsłaniający kulisy pracy ochroniarzy w Polsce. Inną kategorię tekstów stanowią te, w których Meller pokazuje czułą stronę: wspomnienia z czasów szkolnych, harcerstwa, oraz spisane „na gorąco” wrażenia z pierwszej kąpieli syna. Są też opowieści, które odsłaniają twarz autora buntownika, szczęściarza, a nade wszystko niestrudzonego łowcy przygód.

Ogromnym atutem książki jest styl, w jakim została napisana. Dziennikarz pisze ze swadą gawędziarza, używa przy tym soczystego, barwnego języka, nie unika wulgaryzmów, co tylko dodaje całości autentyczności. W felietonach politycznych bywa ostry w ocenie. Mellerowi nie chodzi o to, by koniecznie zgadzać się z jego poglądami, ale by wywołać dyskusję, skłonić do refleksji, mieć własne zdanie na dany temat. Co najważniejsze, a niestety coraz rzadsze w tzw. debacie publicznej, autor nie pluje jadem, nie kipi rządzą „dowalenia” komukolwiek. Jego dużo skuteczniejszą bronią „w walce ze światem” są poczucie humoru, ironia, dystans do siebie i rzeczywistości oraz cięty, ale nigdy chamski język.

W recenzjach „Między wariatami” często pojawia się zdanie, że jest to książka będąca podsumowaniem dwudziestu lat kariery dziennikarskiej. Myślę, że na takowe jest zdecydowanie za wcześniej. Mam wrażenie, że Meller dopiero się rozkręca i jeszcze nie raz bardzo pozytywnie nas zaskoczy. Jedno jest pewne: czym prędzej powinien zacząć pisać nową książkę, bo po tak obiecującej lekturze, nie mogę się doczekać kolejnej.

Ocena: 7/10
M.Meller, „Między wariatami”, Wydawnictwo Wielka Litera 2013.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera http://www.wielkalitera.pl/

niedziela, 27 października 2013

Ludzkie gadanie


Tytuł recenzji jest nieco przewrotny, bo w „Kalendarzyku niemałżeńskim” Pauliny Młynarskiej i Doroty Wellman na szczęście nie znajdziemy plotek, omawiania kulis show – biznesu i telewizyjnej kuchni, rodem z „Magla Towarzyskiego”. 

Nie oznacza to jednak, że książka nie dotyczy „babskich spraw”, istotnych dla każdej z nas. Jest interesująco, mądrze i zabawnie, a przyjęta forma sprawia, że całość czyta się błyskawicznie.

Zarówno Paulina Młynarska jak i Dorota Wellman są doświadczonymi dziennikarkami. Pierwsza zaczynała swą karierę w radiu Tok FM, następnie związała się z Telewizją TVN Style, z której odeszła do Polsat Cafe, gdzie prowadziła program „Kobieta Cafe”. Wellman pracowała m.in.: w Radiu Zet, „Gali”, Telewizji Publicznej. Od kilku lat wraz z Marcinem Prokopem, z sukcesem prowadzi poranny program „Dzień dobry TVN”. Drogi zawodowe obu pań skrzyżowały się w „Mieście Kobiet”, nadawanym na antenie telewizji TVN Style, który to prowadzą wspólnie od dwóch lat. Obie mają również za sobą debiut książkowy. Wellman przeprowadziła wywiad – rzekę z pisarzem Januszem Leonem Wiśniewskim, a Młynarska jest współautorką bardzo udanej książki pt. „Zakopane odkopane. Lekko gorsząca opowieść góralsko – ceperska”.

„Miasto Kobiet” jest flagowym programem stacji TVN Style, nadawanym od początku jej istnienia. Zmieniały się tam duety prowadzących i formuła, zawsze jednak poruszane w nim były tematy istotne dla kobiet. Tak jest w dalszym ciągu. Prowadzące w każdym odcinku rozmawiają o związkach, macierzyństwie, zdradach, przemocy, gwałtach, aborcji, antykoncepcji, edukacji, uzależnieniach, pracy zawodowej, prowadzeniu domu i wielu innych kwestiach. Jak same mówią pomysł książki narodził się ze względu na to, że nie mogły się nagadać. Brak czasu i dzieląca je odległość spowodowały, że zdecydowały się na pisanie do siebie maili, by móc na spokojnie dokończyć, rozpoczęte w studio telewizyjnym dyskusje. W czasach, gdy wiele osób porozumiewa się głównie za pomocą smsów lub postów pisanych na Facebooku, listy elektroniczne są bardzo dobrą, przyciągającą uwagę formą.

Listy w „Kalendarzyku…” zostały ułożone zgodnie ze zmieniającymi się porami roku. Tematycznie są natomiast bardzo zróżnicowane. Mamy tu poważne dyskusje o in vitro, edukacji seksualnej w szkołach, feminizmie, uzależnieniach, psychoterapii, kulcie młodości, operacjach plastycznych, przyjaźni. Nie brak również lżejszych, zabawnych tonów. Poszukiwaczki takowych z całą pewnością zadowolą listy o problemie wiecznego bałaganu w damskiej torebce, podróżach, czy rady dziennikarek jak nie zostać celebrytą i jak nie zgłupieć w głupim świecie. Pojawia się też oczywiście wątek ulubionych kosmetyków, ciuchów, czy plotkowania w babskim gronie. W tego rodzaju  publikacji nie mogło zabraknąć zestawień typu pięć ulubionych książek i filmów. W tekście znalazło się również miejsce dla przepisów kulinarnych, których jest całkiem sporo, bo obie panie nie ukrywają, że uwielbiają i jeść i gotować, zwłaszcza dla bliskich. Wachlarz tematów pokazuje, że naprawdę każda kobieta, znajdzie tu coś dla siebie.


Oczywiście wielu uzna „Kalendarzyk niemałżeński” za kolejną książkę osób znanych z telewizji, po którą nie warto sięgać z założenia. To, czym wyróżnia się wśród innych celebryckich publikacji jest fakt, że została napisana z sensem, pomysłem, szacunkiem dla współrozmówcy i języka polskiego. Autorki nie biją sztucznej piany, nie leją wody, tylko po to, by zapełnić kolejne strony. Są szczere, niejednokrotnie dzielą się prywatnymi doświadczeniami. Niektóre z opisanych przez nie historii może zachęcić do działania, skłonić do refleksji, wywołać dyskusję. Jeśli stanie się tak, choć w jednym wypadku, oznacza to, że warto było podzielić się korespondencją z czytelnikami.

Ocena: 7/10
P. Młynarska, D. Wellman, „Kalendarzyk niemałżeński”, Wydawnictwo Znak 2013.


piątek, 2 sierpnia 2013

Trochę nudny poniedziałek

Gdy słupki rtęci na termometrach znacznie przekraczają 30̊ C należy sięgać po lektury lekkie, łatwe i przyjemne. 

Kierując się tą właśnie zasadą, postanowiłam przeczytać najnowszą książkę Katarzyny Grocholi pt. „Trochę większy poniedziałek”. 

Żeby była jasność, nie spodziewałam się po tym zbiorze tekstów literackiego olśnienia. 

Lektura zawodzi jednak, nawet przy znacznym obniżeniu wymagań. Owszem jest lekko, ale przy tym momentami zbyt banalnie i nudno niestety.


Nie jestem fanką tzw. literatury kobiecej, na co dzień praktycznie nie sięgam po tego typu książki. Do takiego wyboru skłoniła mnie chęć odpoczynku od „cięższej” tematycznie literatury faktu, w której gustuje. Zdecydowałam się sięgnąć po Grocholę, bo cenię ją najbardziej spośród rodzimych twórczyń tego gatunku. Za wyrazistą osobowość, optymizm i nieprzesadne zajmowanie się tak modną ostatnio kreacją wizerunku, a przede wszystkim za to, że jej powieści, w przeciwieństwie do (po) tworów niektórych koleżanek po fachu, pod względem warsztatowym z reguły da się czytać bez zgrzytania zębami. Dodatkowym wabikiem była informacja, że jest to zbiór felietonów, które uwielbiam.


Usprawiedliwieniem słabego poziomu tekstów może być fakt, że jest to zbiór felietonów publikowanych na łamach różnych czasopism w latach 1998 – 2002, czyli z okresu zanim Grochola stała się TĄ poczytną pisarką od „Nigdy w życiu” i innych części przygód Judyty, która została okrzyknięta polską Bridget Jones. Teksty można uznać za pisarskie wprawki, które z pewnością dotychczas były głęboko schowane w domowym archiwum. We wprawianiu się nie ma oczywiście nic złego, każdy kiedyś zaczynał i z reguły nie od razu osiągał literacki Olimp. Powstaje jednak pytanie, czy popyt na autora naprawdę zawsze wymaga publikacji jego wszystkich, najwcześniejszych nawet utworów? Wydaje mi się, że nie, takie powroty do przeszłości bywają niekiedy bardzo bolesne, a przede wszystkim niepotrzebne. Pozycja Grocholi na rynku wydawniczym jest niezagrożona, nie musi przypominać o sobie czytelnikom, ratować wizerunku, a tym bardziej łatać dziur w budżecie i zgadzać się na każdą propozycję. Biorąc pod uwagę te czynniki, wydanie tej książki jest nieco niezrozumiałe. Będę jednak życzliwa i uznam, że letnie repertuary wydawnicze również trzeba jakoś zapełnić, a wielbicielki, których z pewnością nie brakuje, niecierpliwe czekają na każdy nowy tytuł.

Felietony z grubsza rzecz biorąc po trosze są o wszystkim, ale przede wszystkim, jak to bywa u Grocholi o zawiłościach relacji damsko – męskich, miłości, przyjaźni, zazdrości oraz innych targających zwłaszcza kobietami emocjach. Teksty ukazywały się w cyklu miesięcznym. Ich tematyka jest, więc po części dostosowana do kalendarza. Znajdziemy tu historie odpowiednie na święta, Sylwestra, wakacje, Walentynki i inne tego typu okazje. Są opowieści o dietach, stylu życia, byciu kobietą elegancką, urokach życia na wsi, domowych porządkach i inne tego typu. Pojawiają się w nich postaci i dialogi wykorzystane później w „Nigdy w życiu” i pozostałych książkach serii. Poznajemy więc przyjaciółkę Ulę, pana od węgorza, który być może jest pierwowzorem książkowego pana od błękitnych kopert, a także niepokorną córkę autorki.

Całości nie można odmówić pozytywnego przesłania, optymizmu i poczucia humoru – znaków rozpoznawczych twórczości Grocholi. Pisarka po raz kolejny przekonuje czytelniczki, że nie ma sytuacji bez wyjścia, na zmiany nigdy nie jest za późno i wyłącznie naszym wyborem jest to, w jakich barwach widzimy świat. Pojawia się tu cały zestaw życiowych mądrości i prostych prawd, które wydają się oczywiste. Niektórzy jednak potrzebują, by ktoś z zewnątrz stale im to uświadamiał. Ta grupa z całą pewnością będzie w pełni zadowolona z lektury.

„Trochę większy poniedziałek” to rzecz dla zagorzałych fanów autorki. Ci, którzy do nich nie nalezą, ale jednocześnie patrzą w miarę przychylnym okiem na resztę twórczości autorki tą pozycję mogą sobie śmiało odpuścić i cierpliwe czekać na kolejną powieść. Wydaje mi się, że w nich jest dużo więcej polotu, błyskotliwości, a przede wszystkim akcji, jakkolwiek śmiesznie brzmi to słowo w odniesieniu do literatury kobiecej.

Ocena: 5/10
K. Grochola, „Trochę większy poniedziałek”, Wydawnictwo Literackie 2013.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/


czwartek, 29 listopada 2012

Felietonowe rozważania życiowe

Jan Nowicki jest aktorem o bogatym dorobku filmowym i teatralnym. Szeroka widownia kojarzy go jednak przede wszystkim z rolą Wielkiego Szu w z filmu Sylwestra Chęcińskiego. 

Nie wszyscy wiedzą jednak, że ma on obok swojego fachu drugą równorzędną pasję, którą jest pisanie. Ci, którzy są ciekawi, jak Nowicki radzi sobie na tym polu mogą sięgnąć po wydaną niedawno książkę „Mężczyzna i one”, będącą zbiorem felietonów publikowanych w „Zwierciadle”, „Gazecie Krakowskiej i „Wróżce”.

Na pierwszą część książki składają się cykliczne rozmowy autora z Katarzyną Zimmerer, przeprowadzane dla miesięcznika „Zwierciadło”. Nowicki w charakterystyczny dla siebie, pełen ironii i dystansu, ale również błyskotliwy i momentami rozbrajająco szczery sposób odpowiada m.in. na pytania o wieczną miłość, pierwsze zdziwienie, przepis na miłość szczęśliwą, ideał kobiety, dlaczego mężczyźni odchodzą. Druga część to odpowiedzi na listy czytelniczek czasopisma, gdzie Nowicki musiał zmierzyć się z równie filozoficznymi pytaniami, jak np. takie: czy na pewno kocha życie, co myśli o kobietach, które odeszły, do jakiego wieku kobieta jest kobietą, czy można kochać dwóch mężczyzn na raz? I tutaj autor posługuje się swą najcenniejszą bronią – ciętym dowcipem. Bardzo dobrze, bo obawiam się, że gdyby na wszystkie te pytania odpowiedział ze śmiertelną powagą, lektura byłaby ciężkostrawna. Dalszą część tomu stanowią felietony drukowane w „Gazecie Krakowskiej”. Przeczytamy w nich komentarze do różnych ówczesnych wydarzeń, kilka obserwacji z planu filmu „Jeszcze nie wieczór” Jacka Bławuta, ostre chwilami oceny i sądy na temat jakości polskiego kina i środowiska show-biznesu. Obok publicystycznych wypowiedzi pojawia się też nieco bardziej refleksyjna, melancholijna nuta. Nowicki bowiem sporo uwagi i miejsca poświęca tematom przemijania, śmierci. Wspomina zmarłych przyjaciół, wraca myślami do czasów dzieciństwa, młodości, rodzinnego domu.

„Mężczyzna i one” nie jest być może książką wybitną, ale nie takie też było założenie zawartych w niej tekstów. Nowicki nie sili się na przeintelektualizowane rozważania. Pisze wyłącznie o tym, co mu bliskie i o tym, na czym według opinii wielu osób zna się jak nikt inny – kobietach i zawiłych relacjach damsko-męskich. Felietony przepełnione są życiową mądrością i bogatym doświadczeniem autora. Odbijają się w nich również wszystkie cechy charakterystyczne artysty: specyficzny ogląd świata, a także ironia, dystans do rzeczywistości i błyskotliwe poczucie humoru. Lektura będzie więc idealna dla wszystkich, którzy posiadają podobne zalety, chcieliby się nimi zarazić z powodu chwilowego deficytu lub po prostu szukają mądrej rozrywki na wieczór.

Ocena: 6/10
J. Nowicki, "Mężczyzna i one", Wydawnictwo Agora&Bellona 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora http://kulturalnysklep.pl/MIOM/pr/-mezczyzna-i-one--jan-nowicki.html?param=sklep_best_10

piątek, 26 października 2012

Hitman



Juliusz Machulski jest jednym z najbardziej znanych polskich reżyserów. Albercik, Kwinto, czy Kiler to tylko niektóre z barwnej galerii postaci, które udało mu się stworzyć i na trwałe wprowadzić do popkultury. 

Muszę przyznać, że nie jestem fanką jego dwóch ostatnich filmów, ale z dużą ciekawością przyjęłam informację o pojawieniu się na rynku książki „Hitman”, gdzie reżyser pokazuje nieznaną dotąd szerszym kręgom twarz felietonisty. 

Na wstępie pragnę uspokoić wszystkich, obawiających się, że jest to kolejny nieudany twór książkowy służący jedynie powiększeniu stanu konta twórcy. Otóż w zalewie złych książek różnej maści celebrytów i aktorów, ta jest prawdziwą perełką i warto czym prędzej wyłowić ją z księgarskiej półki.

Większość felietonów zebranych w książce została opublikowana w nieistniejącym już, niestety, miesięczniku „Bluszcz”. Teksty układają się w niezwykle interesującą biografię autora. Machulski opowiada o początkach swojej fascynacji filmem, które oczywiście miały ścisły związek ze znanymi rodzicami, Janem i Haliną, idolach młodości, a także najpiękniejszych wakacjach dzieciństwa. Nie brakuje również ujawniania licznych sekretów filmowo-teatralnej kuchni. Dowiadujemy się m.in., jak powstawały pomysły na scenariusze największych hitów („Seksmisji”, „Vabanku”), jaka atmosfera panuje na filmowych festiwalach oraz czy Hollywood naprawdę jest miejscem magicznym. Znajdziemy tu niejedną prywatną historię, np. o zamiłowaniu do nauki języków obcych czy piłki nożnej. Machulski nie unika także wyrażania krytycznych opinii na temat swojego środowiska zawodowego i trzeba przyznać, że jest to krytyka uzasadniona.

„Hitman” urzeka filmowym stylem opowieści. Od pierwszych zdań czuje się, że są to teksty doświadczonego filmowca. Machulski i tutaj pokazuje, że jest biegły w budowaniu napięcia, nagłych zwrotach akcji, a przede wszystkim celnych pointach i doskonałych anegdotach. Choć teoretycznie można uznać, że książka jest pewnym rodzajem autobiografii, to jednak jednoznaczna klasyfikacja jest trudna z uwagi na to, że reżyser opowiada o swoim życiu poprzez filmy, które stworzył lub które z innych powodów były dla niego ważne. Dlatego też zapewne bardziej właściwe byłoby określenie filmografia. Kwestie formalnego nazewnictwa nie są tu jednak wcale istotne, bo „Hitman” na szczęście wymyka się klasyfikacjom. Nie ma tu ani zbyt wielu dat, ani tym bardziej klasycznego układu od do. Każdy czytelnik ma wolne pole dla własnej interpretacji. Dla mnie jest to po prostu historia człowieka o barwnym, obfitującym w niezwykłe spotkania życiorysie, który do tego wszystkiego otrzymał dar opowiadania. Dzięki temu i my z dużą przyjemnością, choćby na moment, możemy zanurzyć się w tym wielkim, niedostępnym świecie.

Mistrzowie dziennikarstwa mówią, że jeśli potrafisz napisać felieton, to potrafisz napisać wszystko. Juliusz Machulski w „Hitmanie” pokazuje, że jest w stanie osiągnąć mistrzostwo również w tej dziedzinie. Jedno jest pewne: powinien kontynuować swoją pisarską przygodę, bo to, co już ujrzało światło dzienne, powoduje apetyt na więcej. Pozostaje mi życzyć „Hitmanowi”, by nie znalazł się w księgarniach pomiędzy wywiadem rzeką z Nergalem a egzystencjalnymi refleksjami Kingi Rusin. Was natomiast z przekonaniem zapraszam do lektury.

Ocena: 9/10

J. Machulski, „Hitman”, Wydawnictwo Agora 2012.
* Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora http://kulturalnysklep.pl/HITMAN/pr/-hitman--juliusz-machulski.html.


czwartek, 20 września 2012

Felietony (kontr)kulturalne


Niedawno ukazał się, pod przewrotnym tytułem „Polska mistrzem Polski”, wybór felietonów Krzysztofa Vargi, opublikowanych na łamach „Dużego Formatu” w latach 2009-2012. Lektura zbioru pozwala na stwierdzenie: Varga mistrzem felietonu. Obecnie w naszym kraju celnością obserwacji i ciętym językiem dorównują mu nieliczni autorzy.

Stali czytelnicy rubryki „Kajet konesera”, do których się zaliczam, z całą pewnością wiedzą, o czym pisze jej autor. Wiadomość o zebraniu tych treści w jeden tom sprawiła im dużą radość. Tym, którzy kojarzą Vargę jedynie z prozą i być może nie wiedzieli, że pisze on również felietony, za wprowadzenie w temat niech posłużą cytaty ze wstępu książki.

„Mam wyraźną słabość do gromadzenia rzeczy zbędnych, a więc książek, płyt i filmów, dziwną przyjemność sprawia mi wydawanie pieniędzy na takie fanaberie, spożywanie i smakowanie dzieł kultury powoduje u mnie podejrzaną radość.”

„Dla tych, którzy jeszcze czytają, słuchają i oglądają, chcę pisać felietony.”

W zbiorze znajdziemy przede wszystkim teksty recenzujące książki, filmy, seriale czy płyty muzyczne, które z pewnych, niekoniecznie pozytywnych względów zwróciły uwagę autora. Jednak są też felietony dotyczące szerszych kwestii, wciąż aktualne, mogące być tematem do dyskusji i indywidualnego zastanowienia, jak np. kondycja i kierunek rozwoju polskiej kultury, uwagi dotyczące mentalności i gustu naszego społeczeństwa, a nawet refleksje o sytuacji politycznej w kraju, którą również obserwuje prawie każdy z nas.

 „Polska mistrzem Polski” nie jest lekturą uniwersalną, która przypadnie do gustu wszystkim. Z całą pewnością nie powinni brać jej do ręki wielbiciele gwiazd – tańczących, jeżdżących na lodzie, czy śpiewających. Obawiam się, że fani talentu aktorskiego Kasi Cichopek, telenowel oraz telewizji śniadaniowej także nie znajdą tam dla siebie nic interesującego. Pisarz bowiem wszelkie zjawiska kultury masowej rozjeżdża walcem krytyki, nie zostawiając na nich suchej nitki. Używa przy tym dosadnego języka, który również może drażnić wrażliwsze jednostki. Mogą to oczywiście zrobić na własną odpowiedzialność, ale tylko pod warunkiem, że mają duże poczucie humoru. Poza tym chyba wszyscy znamy powiedzenie o krowie i poglądach, więc może i dla nich jest nadzieja? Co ważne, wyraźnie rozgranicza on pojęcia kultury masowej i popkultury, w tej drugiej znajdując wiele wartościowych elementów.

Podejrzewam, że wielbiciele twórczości Krzysztofa Vargi będą zachwyceni tym tomem, ponieważ znajdą w nim wszystkie cechy charakterystyczne dla jego stylu: ironię, sarkazm, czarne poczucie humoru, a przede wszystkim ogromny dystans i specyficzną wizję świata. Pozostałych również namawiam do lektury. Można się bowiem z poglądami Vargi nie zgadzać, można z nimi polemizować, do czego sam zachęca, ale zawsze warto poznać inny punkt widzenia – choćby po to, by zastanowić się nad własnym i w efekcie być może go zmienić.

Ocena 9/10
K. Varga, „Polska mistrzem Polski”, Agora 2012.

* Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora http://kulturalnysklep.pl/VARGA/pr/-polska-mistrzem-polski--krzysztof-varga.html.



poniedziałek, 28 maja 2012

Między miejscami


„Manhattan pod wodą”, to niezwykle udany debiut literacki utalentowanej córki wybitnego ojca. Po lekturze powstaje tylko jedno pytanie: dlaczego autorka, tak długo czekała z pokazaniem światu swojej twórczości?

Zuzanna Głowacka na swój „pierwszy raz”, wybrała wyjątkowo trudną materię. Książka jest bowiem zbiorem felietonów, opublikowanych dotychczas w miesięczniku „Bluszcz”. Tak naprawdę, trudno jednoznacznie zdefiniować tę formę. Wydawca, co prawda określa teksty mianem felietonów, faktycznie są to jednak krótkie opowiadania.

Autorka, która mieszka w Nowym Jorku, a z powodu osobistych relacji coraz częściej bywa w Warszawie, opowiada o tym, co dobrze zna i, co jest jej bliskie: byciu ciągle w drodze, życiu pomiędzy światami, nieustannym gubieniu i odnajdywaniu siebie w wielkim mieście. Osobiste historie, o szkole, studiach, współpracy z „New York Timesem”, przeplatają się tu, z refleksjami socjologicznymi.

Pod pozornie lekkimi, przyjemnymi opowieściami, kryją się głębsze refleksje o tolerancji, samotności w tłumie, różnicach kulturowych. Doskonały zmysł obserwatorski, pozwala Głowackiej na celne wypunktowanie braków i dostrzeżenie zalet obu krajów. Pisarka nie broni bardziej któregoś z miejsc, nie opowiada się wyraźnie po jednej stronie. 

Wydaje się, że jedynym celem, jaki sobie postawiła jest odczarowanie Nowego Yorku w oczach Polaków i ponowne oswojenie Warszawy w swoich. 

Zawiodą się, więc wszyscy ci, którzy po „Manhattanie pod wodą”, spodziewają się peanów na cześć Ameryki, bądź gorzkich żali na temat stolicy Polski. Felietonistka, pokazuje raczej, że mimo wielu różnic, największe i najważniejsze problemy ludzi są niemalże identyczne i miejsce zamieszkania, nie ma tu absolutnie żadnego znaczenia.

Największą zaletą tego zbioru tekstów jest niewątpliwie styl, w jakim zostały napisane. Do wspomnianego już wyżej zmysłu obserwatorskiego, należy dołączyć błyskotliwość, poczucie humoru, a nade wszystko ironię autorki. Głowacka ma rzadką umiejętność pisania zabawnie o rzeczach w gruncie rzeczy strasznych i refleksyjnie o zabawnych. Wszystko to, sprawia, że opowiadania zostają w głowie, zmuszając do przemyśleń.

Bardzo dobrym pomysłem było też rozpoczęcie przygody pisarskiej od zbioru krótkich form wypowiedzi. W ten sposób przecięto bowiem wszelkie spekulacje pt.: „jedzie na nazwisku, czy „tatuś pomógł w karierze”. 

Nie od dziś wiadomo, że felieton jest jedną z najtrudniejszych form dziennikarskich, a zmierzenie się z nim wymaga odwagi. Wszyscy, którzy sięgną po „Manhattan pod wodą”, przekonają się, że Ona Ma Talent i stwierdzą, podobnie, jak ja, że warto było czekać na taki debiut.

Ocena 7/10
Z. Głowacka, „Manhattan pod wodą”,  Wydawnictwo Elipsa Sp. z o. o . 2012.
* Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa  Elipsa Sp. z o. o .






sobota, 12 maja 2012

Czeskie opowieści



Autor bestsellerowych reportaży „Gottland” i „Zrób sobie raj”, w swej najnowszej książce po raz kolejny pokazuje swoją sympatię, do Czechów. Udowadnia też, że jest najlepszym ambasadorem naszych sąsiadów w Polsce, bo przyznać trzeba, że opowiada o nich, jak mało kto.

„Láska nebeská” to zbiór siedemnastu felietonów, które towarzyszyły serii „Literatura czeska”, wydanej przez „Gazetę Wyborczą”. Znalazły się w niej klasyczne tytuły m.in.: „Obsługiwałem angielskiego króla”, „Przygody dobrego wojaka Szwejka”, „Palacz zwłok”, czy „Butelki zwrotne”.

Szczygieł przyznaje, że z książek zapamiętuje tylko pojedyncze zdania i potem zaczynają one żyć w jego głowie własnym życiem. Widać to doskonale w felietonach, które nie są po prostu omówieniem poszczególnych książek, a raczej zbiorem luźnych dygresji na dany temat.

Znajdziemy tu niezwykle barwne historie z życia twórców omawianych dzieł, ludzi kultury, a często także polityki czeskiej. Najwięcej miejsca w książce zajmują jednak obserwacje autora, poczynione w czasie licznych podróży do ukochanego kraju oraz oryginalne refleksje tzw. zwykłych ludzi. Obok świetnego fragmentu o literaturze klozetowej, pojawia się przepis na kurczaka á la Havel, czy opis Lesní Baru. Te opowieści mają stanowić pretekst, zachętę dla czytelnika do sięgnięcia po kolejne tomy serii.

Niektóre fragmenty felietonów są znane miłośnikom twórczości reportera z jego wcześniejszych książek. W tym miejscu można zarzucić Szczygłowi, że się powtarza, opowiadając te same, chwytliwe anegdoty. Należy jednak pamiętać o celu, w którym te teksty powstały.

Choć dziennikarz we wstępie pisze, że Czechów wymyślono po to, żeby wprowadzać Polaków w dobry nastrój, to wydaje się, że „Láska nebeská” napisana jest w nieco innym tonie, niż poprzednie reportaże. Nadal jest zabawnie, ale ze zdecydowanie większą dawką powagi, refleksji, a nawet melancholii. Warto dodać, że felietonom, towarzyszą zdjęcia autorstwa Františka Dostala.

Książeczka zaskakuje bardzo skromnymi rozmiarami i dość wygórowaną ceną. Wydawanie w formie zwartej tekstów powstałych w związku z jedną serią książek, które już ukazały się na łamach prasy, wydaje się inicjatywą nastawioną wyłącznie na osiągnięcie ponownego zysku. Jednak, czego się nie robi, dla krzewienia czytelnictwa w narodzie. Jeśli choć jedna osoba, która sięgnie po ten zbiór, zapała miłością do literatury czeskiej lub zechce się wybrać w podróż, to warto takowe działania podejmować.

Ocena 6/10
M. Szczygieł, „Láska nebeská”, Warszawa 2012.