czwartek, 10 stycznia 2013

Odkochanie


Autor „Ruskiego ekstrema” Boris Reitschuster w drugim tomie swoich felietonów pt. „Ruski ekstrem do kwadratu. Co zostało z mojej miłości do Moskwy” już nie udowadnia swojego uczucia do tego kraju. Bardziej tłumaczy się z wyznań poczynionych w pierwszej części, a powrotem do Niemiec pokazuje, że ten burzliwy związek od początku nie miał szans na przetrwanie.


We wstępie do książki dziennikarz przyznaje, że podczas wywiadu przeprowadzanego z nim w Polsce doznał swego rodzaju olśnienia. „Polski dziennikarz trafił mnie swoim werbalnym nożem prosto w serce…Musiałem stwierdzić, że mój rzekomy uśmiech często był jedynie tłumionym płaczem. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień wszystkie te szaleństwa codzienności, które wcześniej uważałem za rosyjski „folklor” i do których odnosiłem się pozytywnie, choć z nutką ironii, coraz bardziej doprowadzały mnie do szału…”


Felietony w „Ruskim ekstremie do kwadratu” tematycznie właściwie nie różnią się od tych zaprezentowanych w pierwszej części. Autor nadal obnaża absurdy mnożące się w życiu publicznym, polityce, urzędach, stosunkach damsko-męskich. Możemy więc przeczytać o kolejkach, specjalnym traktowaniu VIP-ów, przywilejach drogowych dla polityków, niekończącym się świętowaniu, biurokracji, łapówkarstwie. Nie mogło oczywiście zabraknąć historii o specyficznym stosunku Rosjan do alkoholu, równie dziwnych metodach podrywu oraz tych o radzeniu sobie z kryzysem ekonomicznym.

Widać jednak bardzo wyraźnie, że Rosja rządzona przez Putina podoba się Reitschusterowi zdecydowanie mniej. Więcej miejsca poświęca on na wytknięcie władzy błędów i kłamstw, chociażby w sprawach Biesłanu i Czarnobyla. Na licznych przykładach pokazuje mechanizmy działania wszechobecnej propagandy, stopień ingerencji w życie obywateli. Kładzie też szczególny nacisk na próby manipulacji niezależnymi mediami.

 Podobnie jak w „Ruskim ekstremie” autor stara się, aby felietony były podane w sposób lekki, zabawny i ironiczny.Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że tony te są używane wyłącznie po to żeby dobitniej pokazać czytelnikom, że tak naprawdę zupełnie nie ma się z czego śmiać. Dziennikarz stwierdził: „Chciałbym tymi opowieściami uwiecznić migawki z życia w mojej ojczyźnie z wyboru, w której spędziłem długie lata, – ale uwiecznić, nie upiększając, nie unikając okrucieństwa…” Ten cel niewątpliwie udało mu się osiągnąć.

Mam tylko nadzieję, że za rok nie ukaże się kolejna książka dziennikarza pt. „Znów kocham Moskwę”, bo wtedy będzie to już wyłącznie wydawniczy chwyt obliczony na osiągnięcie sukcesu sprzedażowego i zwiększenie stanu konta. Chętnie natomiast przeczytam książkę zatytułowaną np. „Powrót po latach”, opisującą zmiany, jakie zaszły w jego pierwszej ojczyźnie – Niemczech. Trzeba bowiem przyznać, że w tropieniu i zabawnym opisywaniu absurdów codzienności Reitschuster jest znakomity.

Ocena: 7/10
B. Reitschuster, „Ruski ekstrem do kwadratu. Co zostało z mojej miłości do Moskwy?”
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Carta Blanca. http://www.cartablanca.pl/

niedziela, 6 stycznia 2013

Rozmowy z sensem


Książka Anny Wacławik-Orpik pt. „Życie. Zderzenie czołowe” to zbiór interesujących rozmów z nietuzinkowymi osobami, prowadzonych wokół sztandarowych haseł: Bóg, Honor, Ojczyzna.


Doczekaliśmy czasów, w których o zawartości programów telewizyjnych i prasy decydują przede wszystkim słupki oglądalności i wyniki sprzedaży. Informacje muszą być krótkie, atrakcyjnie podane i odpowiednio sensacyjne. Te „współczesne” wymogi nie sprzyjają prowadzeniu w środkach masowego przekazu długich dyskusji o sprawach egzystencjalnych. Próby wprowadzenia takiej formuły na antenę, czy łamy prasowe z reguły kończą się niepowodzeniem. Sztuka dziennikarskiej rozmowy zanika, wyparta przez wszechobecne wywiady z celebrytami różnej maści, dotyczące wyłącznie ich prywatnego życia. Zbiór stworzony przez dziennikarkę radia TOK FM pokazuje, że pomysłowo przeprowadzona, polegająca na wymianie poglądów, nie tylko „wyciąganiu” informacji konwersacja może zainteresować czytelników nawet, jeśli wymaga większego zaangażowania.


„Życie. Zderzenie czołowe” to pięć wywiadów z wybitnymi osobowościami kościoła, nauki, sztuki. Wśród rozmówców znaleźli się: ks. Adam Boniecki – wieloletni redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”, siostra Małgorzata Chmielewska – przełożona katolickiej wspólnoty Chleb życia, Eva-Elvira Klonowski – antropolog sądowy, Anda Rottenberg – historyk, krytyk sztuki, kuratorka wystaw oraz Krystyna Starczewska – polonistka, doktor filozofii.

Każda z rozmów prowadzona jest według pewnego schematu. Na początku autorka pyta: kim pani/pan jest, następnie pojawia się nota biograficzna bohatera wywiadu, a dalej pytania o wiarę, stosunek do Boga, ojczyznę, patriotyzm, honor, miłość, a także sens życia i śmierć. Choć formuła książki jest ściśle określona, wywiady nie są nudnymi wywodami dzięki różnorodności i bogactwu doświadczeń osobistych rozmówców. Dobrane tematy wydają się niezwykle delikatne i wysoce niemedialne, mimo to zapisane zwierzenia mają intymny charakter. Anda Rottenberg mówi o depresji i samotności po śmierci syna uzależnionego od narkotyków, Małgorzata Chmielewska o byciu rodziną zastępczą dla grupy dzieci, z kolei ks. Adam Boniecki opowiada o kapłaństwie i życiu w celibacie.

W zalewie publikacji, które są pełne miałkich, banalnych myśli jednosezonowych gwiazdek wykreowanych przez media, „Życie. Zderzenie czołowe” jest ożywczą dawką mądrości. Książka pozwala poznać bardzo prywatne oblicze wybitnych osobowości, których obecność medialna na co dzień jest znikoma bądź żadna. Anna Wacławik-Orpik poprzez stawiane pytania daje również czytelnikom szansę na choćby chwilowe zatrzymanie się w biegu i pogłębioną refleksję o kwestiach fundamentalnych, na którą z reguły brakuje czasu. Myślę, że warto z niej skorzystać.

Ocena: 7/10
A.Wacławik-Orpik, „Życie. Zderzenie czołowe”. Wydawnictwo Carta Blanca 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Carta Blanca http://www.cartablanca.pl/produkty/311/zycie-zderzenie-czolowe-ks-adam-boniecki-s-malgorzata-chmielewska-eva--klonowski-anda-rottenberg-krystyna-starczewska



wtorek, 1 stycznia 2013

Chimera


17 grudnia ukazał się na polskim rynku nowy magazyn literacko-kulturalny pt. „Chimera”. Ten nawiązujący do chlubnych tradycji prasowych okresu Młodej Polski tytuł na starcie jest zobowiązaniem dla redakcji, a w czytelnikach rozbudza nadzieję na interesującą zawartość. Lektura pierwszego numeru przynosi ulgę, bo jest to niezwykle udany debiut i radość, że wkrótce będą kolejne. Oby tak dalej!


Redaktorem naczelnym „Chimery” jest Rafał Bryndal, który wcześniej pełnił tę funkcję w nieistniejącym już niestety magazynie „Bluszcz”. Czasopismo można uznać za jego kontynuację nie tylko przez łączące oba tytuły nazwisko redaktora, ale także częściowo skład redakcji oraz profil gazety. Jako stała czytelniczka „Bluszcza” z niecierpliwością czekałam na jego następcę. W końcu się pojawił, wywołując szeroki uśmiech zadowolenia na mojej twarzy. Co prawda w związku z problemami dystrybucyjnymi „Chimera” trafiła w moje ręce z lekkim opóźnieniem. Zawartość szybko przekonała mnie jednak, że warto było czekać.


Na wstępie wzrok przyciąga ciekawa graficznie okładka autorstwa Jana Kallwejta. Pierwsze wrażenie po pobieżnym przejrzeniu magazynu było bardzo pozytywne, gdyż stwierdziłam, że mam do czynienia z magazynem kulturalnym, który rzeczywiście jest do czytania, a nie tylko do oglądania, co na polskim rynku wciąż jest jednak rzadkością i zasługuje na wyróżnienie. Na 100 stronach występuje tylko siedem reklam. Reszta jest ucztą, w której każdy mol książkowy i konsument kultury znajdzie coś dla siebie.

Tematem przewodnim pierwszego numeru „Chimery” jest „Narcystyczna osobowość naszych czasów". W związku z nim możemy przeczytać tekst Bryndala o uwielbieniu społecznym dla siłowni i mięśni. Kuba Wojewódzki z kolei w charakterystycznym dla siebie stylu przeanalizował pod względem narcyzmu środowisko celebrytów. W nieco poważniejszym tonie utrzymany jest wywiad Agnieszki Wolny-Hamkało z psychoterapeutką Barbarą Biernacką. Wielbiciele popkultury mogą zainteresować się również tekstami o 7 największych narcyzach rock and rolla oraz Vincencie Gallo.

Gratką dla wymienionych wyżej moli książkowych z całą pewnością będą: reportaż Filipa Springera „Nad rzekę”, felieton Joanny Bator „Piękne Zęby”, „Stacja numer 13” Janusza Rudnickiego, czy „Dziennik lankijski” Andrzeja Mellera, które według mnie są najlepszymi tekstami numeru. W magazynie literackim nie mogło oczywiście zabraknąć recenzji książek, które jak na prasowe standardy są wyjątkowo obszerne i nie ograniczają się jedynie do przyznania odpowiedniej ilości gwiazdek. W tej sferze zdecydowanie prym wiedzie „Pok, czyli rock” Szymona Kloska o książce „Oczami radzieckiej zabawki”. Niezdecydowanym w wyborze lektur być może pomogą opublikowane fragmenty powieści noblisty Mo Yana pt. „Obfite piersi pełne biodra” oraz „Lepperiady” Marcina Kąckiego. Duża pochwała dla redakcji należy się również za promowanie książek starszych, będących już poza głównym obiegiem, ale nie mniej wartościowych. Mowa o powieści „Nocny gość” B. Travena. Mam nadzieję, że wskaźniki sprzedaży pozwolą na kontynuowanie tej niespotykanej nigdzie indziej rubryki. Niektórzy narzekają na brak w dzisiejszej prasie wartościowych wywiadów. W Chimerze i ta luka została wypełniona. Możemy przeczytać, bowiem wywiady z pisarkami Anną Janko, Joanną Bator, Magdaleną Cielecką oraz Jarosławem Politem. Ponadto do współpracowników czasopisma zaliczają się m.in.: Edward Pasewicz, Małgorzata Rejmer, Marta Szarejko, Adam Wiedemann, panowie z Make Life Harder, czy Wojciech Krzyżaniak.

Do kupna „Chimery” zachęca również wyjątkowa niska jak na miesięcznik cena 10 zł oraz przede wszystkim staranne wydanie. Składają się nań: dobrej jakości papier, w miarę wygodny w lekturze format, wspomniana już wcześniej grafika oraz zadowalająca ilość światła na stronach.

Na rynku istnieją już, co prawda inne magazyny o książkach. Wydaje mi się jednak, że „Chimera” ma duże szanse by stać się wśród nich liderem, jeśli tylko zdoła utrzymać zaprezentowany poziom . Z „Książkami” Agory wygrywa bardziej „ekskluzywnym” nie gazetowym wydaniem. Z kolei „PaperMinta” zostawia daleko w tyle pod względem zawartości merytorycznej i dbałości o dobór autorów.

Gdybym miała się do czegoś przyczepić to byłby to brak w zestawie autorów Ignacego Karpowicza i Zuzanny Głowackiej, których teksty były mocnymi atutami w „Bluszczu” i miło byłoby czytać je również w „Chimerze”, która niejako kontynuuje jego tradycje. Absolutnym spełnieniem marzeń byłoby przeczytanie choćby krótkiego tekstu Janusza Głowackiego, Jerzego Pilcha czy Andrzeja Stasiuka. Drugim „zarzutem” jest grubość czasopisma, po lekturze pozostaje, bowiem niedosyt i nuta żalu, że na następny numer trzeba czekać miesiąc. Zdaję sobie sprawę, że nie można mieć wszystkiego. Uwagi mają więc czysto kosmetyczny charakter, a wymienione nazwiska być może w przyszłości staną się wskazówką dla redakcji.

W zbliżającym się wielkimi krokami Nowym Roku pozostaje mi życzyć redakcji „Chimery”, aby udało jej się utrzymać zapoczątkowany kierunek, zaskakujących treści w każdym kolejnym numerze, a także odkrycia ciekawych debiutantów i „zdobycia” na łamy tuzów literatury polskiej i nie tylko. Przede wszystkim jednak licznego grona wiernych czytelników, które pozwoli na sukcesywny rozwój magazynu. Wszystkich, którzy nie sięgnęli jeszcze po ten tytuł, zachęcam do jak najszybszego nadrobienia tej zaległości, a wielbicielom literatury życzę ZACZYTANEGO ROKU 2013!!!
Więcej informacji o czasopiśmie znajdziecie na stronie http://magazynchimera.pl/

Ocena: 8/10
"Chimera magazyn literacko-kulturalny", 1/2012 (grudzień-styczeń 2013).

niedziela, 30 grudnia 2012

Nieznane Zakopane


Gdyby przeprowadzić wśród ceprów sondę dotyczącą skojarzeń z zimową stolicą Polski większość z nas jednym tchem wymieni: Krupówki, Morskie Oko, oscypek, narciarze dorzucą do tego pewnie Kasprowy Wierch, Gubałówkę, a kierowcy znienawidzoną Zakopiankę. 

Jeśli dalej drążyć temat i zapytać o historię, czy ważne postaci związane z miastem, pewnie szybko okazałoby się, że nasza wiedza w temacie nie jest zbyt rozległa. 

Doskonałym pomysłem dla wszystkich chcących uzupełnić braki, poszerzyć posiadaną już wiedzę, bądź zobaczyć Zakopane z zupełnie innej strony będzie lektura książki „ Zakopane odkopane. Lekko gorsząca opowieść góralsko-ceperska” Pauliny Młynarskiej i Beaty Sabały-Zielińskiej.


Zakopane było i jest źródłem artystycznych inspiracji dla przebywających tu licznie twórców różnej maści. Przekonani o uzdrawiającym wpływie górskiego powietrza, pod wpływem pięknych widoków tworzyli i tworzą tam nadal wiersze, utwory literackie, piosenki, czy dzieła sztuki. Wydaje się, że legenda miejsca trwa w najlepsze. Świadczą o tym chociażby setki tysięcy turystów ciągnących rokrocznie w tym kierunku, by podziwiać piękne górskie widoki i odbyć obowiązkowy spacer najsłynniejszym zakopiańskim deptakiem. Legenda to jedno, a faktyczna wiedza drugie. Ta druga wśród osób mieszkających na nizinach bardzo często oparta jest na wielu mitach, nie mających związku z rzeczywistością i stereotypach dotyczących samych górali. Walkę o odarcie Zakopanego z tych nieścisłości i zmiany w sposobie jego postrzegania wśród ceprów podjęły dwie wymienione wyżej dziennikarki- góralka Sabała-Zielińska i ceperka kochająca Tatry-Młynarska. Wynikiem tej nizinno-wyżynnej współpracy jest pożyteczna, przyjemna w odbiorze książka, w której znajdziemy mnóstwo praktycznych, a zarazem interesujących informacji.


„Zakopane odkopane” to w gruncie rzeczy przewodnik turystyczny. Tym, co odróżnia go jednak od całej masy już dostępnych na rynku jest gawędziarski styl opowieści. Sprawia on, że tekst czyta się, jak wciągającą powieść, a fakty z historii miasta, których nie brakuje na stronach nie są jedynie zbiorem suchych dat i nazwisk. Wątek historyczny nie jest jednak dominujący w książce, choć oczywiście opowieść zaczyna się od tego, skąd się wzięło Zakopane? Dalej znajdziemy rozważania o architekturze, opis cech tzw. stylu zakopiańskiego stworzonego przez Witkiewicza ojca i dzisiejszy stosunek mieszkańców Podhala do tej chlubnej tradycji. Nie mogło również zabraknąć vademecum turysty, w którym autorki ostro wytykają wszystkie grzechy niedoświadczonych turystów wybierających się na wędrówki górskie. Jednym z największych wydaje się brak odpowiedniego obuwia i odzieży. Najbardziej jaskrawym przykładem głupoty „niedzielnych spacerowiczów”, wydaje się pomysł wchodzenia w klapkach, podkoszulku i kurtce jeansowej na Kasprowy Wierch. Znajdziemy tu również praktyczne wskazówki, jak postępować, aby być bezpiecznym w górach. Kolejne rozdziały dotyczą: zwierząt występujących w Tatrach, wiatru halnego, a także sportów zimowych, których uprawienie jest przecież głównym celem pielgrzymek Polaków do Zakopanego. Amatorzy białego szaleństwa dowiedzą się, gdzie i kiedy najlepiej zjeżdżać na nartach, uprawiać Ski-touring, a nawet wspinaczkę.

Wielbiciele spacerów po bardziej płaskim terenie również znajdą tu coś dla siebie. Przede wszystkim, czego absolutnie nie kupować na Krupówkach, opanowanych przez wyroby made in China, a na co warto zwrócić uwagę. Fani białego, często nietrzeźwego Misia dowiedzą się, dlaczego ma on białe futro. Do części praktycznej zalicza się w przewodniku bardzo przydatna baza hoteli, pensjonatów i kwater. Imprezowicze dowiedzą się, do których lokali warto zajrzeć i dlaczego obowiązkowym punktem powinna być wizyta w kawiarni Europejska i dancing w towarzystwie pana Rysia. Część rozrywkową uzupełniają informacje o tradycjach prawdziwie góralskiej muzyki i tańca. W tym wyczerpującym kompendium wiedzy nie mogło również zabraknąć rozdziału „Kuchnia”, która jest przecież istotnym elementem życia i tradycji. I w tym miejscu zostaną obalone mity dotyczące bogactwa kulinarnego tej części Polski. Coraz liczniejsi w naszym kraju amatorzy gotowania, przeczytają, dlaczego „Kuchenne rewolucje” na Podhalu nie mają szans na powodzenie. Panie lubiące modnie wyglądać dowiedzą się natomiast, gdzie zaopatrzyć się w oryginalne góralskie stroje i gdzie nabyć jedyne w swoim rodzaju futra.

Ci, którzy łakną bardziej pikantnych opowieści także powinni być usatysfakcjonowani, gdyż autorki poświęcają swoją uwagę również tematowi nierządu pod Tatrami oraz najskuteczniejszym metodom podrywu. Znalazło się też miejsce na opowieść o tym, dlaczego Ameryka przez wiele lat była dla górali ziemią obiecaną i, jak naprawdę wyglądały tam ich losy. Jest też nieco poważniejszy wątek o szukaniu śladów zakopiańskich Żydów.

Jeśli na podstawie wielokrotnie powtarzanych opinii uważacie, że domy góralskie budowane są z bali, pieśń „Góralu czy Ci nie żal” jest swoistym hymnem i ich ulubionym utworem, a „Oj maluśki, maluśki” najpiękniejszą góralską kolędą, lektura książki pokaże Wam, że jesteście w błędzie.

„Zakopane odkopane” to bardzo wartościowa lektura. Napisana z lekkością, swadą i dużym poczuciem humoru, a przy tym przekazująca dużą ilość cennych wiadomości. Dziennikarkom udało się połączyć szacunek i sympatię do miasta ze zdrowym dystansem. Na szczęście, więc próżno szukać tu zadęcia w tonie i przekonania o tym, że miasto jest absolutnym pępkiem świata. I Zielińska i Młynarska zresztą zgodnie przyznają, że ich miłość do tego wyjątkowego miejsca nie jest ślepa. Widzą mankamenty i nie boją się ich otwarcie krytykować, co stanowi dodatkową wartość tekstu.

Dla tych, którzy znają Zakopane lektura z pewnością będzie okazją do odkrycia nowych szlaków wędrówek i podążenia nimi przy okazji następnych wizyt. Ci zaś, którzy do stolicy Tatr wybierają się po raz pierwszy obowiązkowo powinni spakować ją do plecaka, gdyż wiedza tam zawarta pozwoli na uniknięcie błędów i skupieniu się na tym, co naprawdę warte jest zobaczenia.

Ocena 7/10
P. Młynarska, B. Sabała-Zielińska, „Zakopane odkopane. Lekko gorsząca opowieść góralsko-ceperska”, Wydawnictwo Pascal 2012.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Sekretne życie miasta


Pierwsza powieść J.K. Rowling dla dorosłych pt. „Trafny wybór” pokazuje, że sukces „Harry'ego Pottera” nie był jedynie dziełem przypadku i doskonałej kampanii promocyjnej. 

Okazuje się, że autorka radzi sobie świetnie nie tylko z opisywaniem magicznego świata, ale potrafi również stworzyć wciągającą historię z wyrazistymi postaciami, osadzoną w realiach „prawdziwego” życia, jak najdalszą od czarodziejskich krain.


Na wstępie muszę napisać, że nie jestem fanką książek o przygodach młodego czarodzieja. Szczerze mówiąc miałam spory problem z przebrnięciem przez pierwszy tom. Świat Hogwartu nie zafascynował mnie na tyle, abym chciała zagościć w nim na dłużej. Wielokrotnie jednak zastanawiałam się nad zjawiskiem potteromanii, która w pewnym momencie ogarnęła nie tylko dzieci i młodych ludzi, ale także tych o wiele starszych, wydawałoby się poważniejszych i bardziej doświadczonych czytelniczo. Wieść o wydaniu przez Rowling powieści dla dorosłych przyjęłam z odrobiną sceptycyzmu, ale też dużą dozą ciekawości, czy i jak pisarka poradzi sobie w tej materii. Ostatecznie sięgnęłam po książkę zachęcona dodatkowo kilkoma dobrymi lub bardzo dobrymi recenzjami. Dziś mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że był to dobry wybór lektury.


Z pozoru prosta historia rozpoczyna się w momencie, gdy w dość sennym angielskim miasteczku Pagford nagle umiera jeden z członków Rady Gminy Barry Fairbrother. Po krótkotrwałym okresie szoku i współczucia dla wdowy w miasteczku wybucha bezpardonowa walka o tzw. tymczasowy wakat w Radzie, który pozostał po zmarłym. Ujawnia się też zadawniony konflikt o przynależność do miasta peryferyjnego, ubogiego osiedla Fields, zamieszkałego w większości przez osoby z marginesu społecznego. Mieszkańcy dzielą się na dwa obozy. Jedna grupa podziela stanowisko zmarłego urzędnika, na czele drugiej zaś stoi jego najbardziej zagorzały przeciwnik Howard Mollison- właściciel dobrze prosperującego sklepu spożywczego, będącego jednocześnie miejskim centrum plotek z życia mieszkańców. Wszyscy, łącznie z młodzieżą, zobligowani są do zajęcia właściwego stanowiska i włączenia się do wyścigu w słusznej przecież sprawie.

Rowling obnaża ciemne strony ludzkiej natury, punktuje słabości i pokazuje, że w walce o władzę nie ma świętości, wszystkie chwyty rzeczywiście są dozwolone. Natomiast pojęcie winy i niewinności praktycznie nie istnieje, bo w gruncie rzeczy każdy ma grzeszne tajemnice, które za wszelką cenę chciałby ukryć przed otoczeniem. Można się pokusić o stwierdzenie, że „Trafny wybór” jest w jakimś stopniu książką zaangażowaną politycznie, bo autorka dość wyraźnie daje do zrozumienia, po której stronie się opowiada.

Ogromnym atutem powieści są świetnie narysowane portrety bohaterów oraz błyskotliwe, niepozbawione czarnego humoru dialogi. Wszystko to sprawia, że prostą w założeniu opowieść czyta się jednym tchem i nie można się od niej oderwać do zakończenia lektury. Świetnym pomysłem było też uczynienie miasta bohaterem zbiorowym. Pokazało to, bowiem, że pisarka naprawdę ma talent, gdyż panowanie nad przeplatającymi się losami 20 bohaterów wcale nie jest proste, a jej ta sztuka udała się znakomicie. Podobno stacja BBC już szykuje się do nakręcenia serialu na podstawie tej książki. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że będzie to murowany hit i już w głowie kompletuję swoją obsadę marzeń, nie mogąc doczekać się pierwszego odcinka.

„Trafny wybór” zasługuje na uznanie z jeszcze jednego powodu. Rowling, która spokojnie mogłaby odcinać kupony od sławy, pisząc 10 kolejnych części „Harry'ego Pottera” odważyła się na totalne odcięcie od swojej dotychczasowej twórczości i napisała bardzo pesymistyczną w wymowie, pozbawioną lukrowanych wizji i oczywistych rozstrzygnięć powieść. Choć był to ryzykowny krok to wydaje mi się, że dzięki temu posunięciu autorka wygrała rzeszę nowych czytelników. Znajdą się pewnie sceptycy, którzy i tak sklasyfikują książkę, jako czytadło. Moim zdaniem „Trafny wybór” jest jednak przykładem na to, że powieść popularna nie musi być o niczym i można zawrzeć tam również głębsze refleksje. Pewnie wielu z Was znajdzie jutro tę książkę pod choinką. Mam nadzieję, że okaże się ona trafionym prezentem, a lektura sprawi dużo przyjemności w tym wyjątkowym czasie.
WESOŁYCH ŚWIĄT!!!
Ocena: 8/10
J.K.Rowling, „Trafny wybór”, Znak 2012.


sobota, 15 grudnia 2012

Opowieści dziwnej treści



Tegoroczna literacka Nagroda Nobla (dla Mo Yana) jak zwykle była zaskoczeniem dla wielu i podzieliła środowisko literackie, wzbudzając pewne kontrowersje. 

Na rynku niedawno ukazały się wznowienia dwóch książek autora wydanych w Polsce przez wydawnictwo W.A.B. Jedną z nich jest „Kraina wódki”, którą omówię szerzej, druga to „Obfite piersi, pełne biodra”. 

Możemy sami przekonać się, czy werdykt Akademii tym razem był słuszny. Książka z całą pewnością zadowoli wytrawnych czytelników i smakoszy literatury. Obawiam się, że ci mniej obeznani będą musieli wspomóc się przy lekturze tytułową wódką bądź winem, najlepiej… małpim.


Pisarz naprawdę nazywa się Guan Moye, a jego pseudonim oznacza „Ten, który nie mówi”. Urodził się w 1956 roku w Chinach. Jako dwudziestolatek wstąpił do Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, gdzie pełnił liczne funkcje. Studiował również na wydziale literatury w Wyższej Szkole Artystycznej. Jest autorem siedmiu powieści, w tym „Klanu czerwonego sorga”, na podstawie której nakręcono film nagrodzony w 1988 roku Złotym Niedźwiedziem na festiwalu w Berlinie.


„Kraina wódki” rozgrywa się w dwóch planach równolegle. Na pierwszym umieszczona została historia śledczego Ding Gou’era, który pewnego dnia zostaje wysłany do Alkoholandii w celu przeprowadzenia śledztwa dotyczącego stosowania praktyk kanibalistycznych przez przedstawicieli najwyższych władz państwowych. W czasie podróży do tej surrealistycznej krainy Gou’er spotyka całą galerię barwnych postaci. Wśród nich są między innymi kobieta-kierowca, która zawładnie jego sercem i umysłem, karzeł i chłopiec-demon. Cała wizyta jest mocno zakropiona najlepszymi trunkami regionu i doprawiona niezwykłymi kulinariami, którymi gospodarze pragną się pochwalić przed swym szanownym gościem. Równolegle do tej kryminalnej opowieści czytamy korespondencję Li Yidou – doktora alkohologii, początkującego adepta literatury do uznanego już pisarza Mo Yana. Yidou wymienia z nim uwagi na temat sztuki pisarskiej, a ponadto przesyła do oceny swoje opowiadania. Dzięki nim poznajemy od kulis Uniwersytet Gorzelnictwa, Akademię Kulinarną i jej największy sekret – recepturę przyrządzania mięsnych dzieci. Listy są uzupełnieniem dochodzenia prowadzonego przez Gou’era i znacząco wpływają na jego wynik.

Trudno jednym zdaniem powiedzieć, o czym naprawdę jest ta książka. W pierwszej chwili przychodzi bowiem na myśl, że jest to typowy przykład literatury eksperymentalnej będącej kolażem różnorodnych, pozornie niedających się ze sobą połączyć gatunków. Romans chodzi tu pod rękę z kryminałem i satyrą. Baśnie spotykają się z ludowymi podaniami, a alegoria co krok miesza się z realizmem. Mo Yan nawiązuje do tradycji powieści postmodernistycznej i dzieł największych mistrzów literatury. Sięgając głębiej do wymowy ideologicznej, można stwierdzić, że „Kraina wódki” jest wyrazistym, krytycznym portretem zbiorowym społeczeństwa chińskiego. Taka sugestia została zresztą wyrażona przez autora w zdaniu zamieszczonym na okładce: „Prawda o Chinach nie jest elegancka”. Po lekturze trudno się z tą opinią nie zgodzić. W warstwie językowej mamy do czynienia z podobnym melanżem. Autor płynnie przechodzi od ostrej, ciętej, niepozbawionej wulgaryzmów mowy do misternych, lirycznych, momentami wręcz poetyckich fraz.

„Kraina wódki” nie jest tekstem łatwym ani oczywistym. Takim, który zaraz po lekturze wzbudza zachwyt i przekonanie, że ma się do czynienia z czymś wybitnym. Wręcz przeciwnie. Książka ta w wielu miejscach drażni, męczy i nuży. Kilkakrotnie miałam ochotę ją odłożyć i znaleźć coś przyjemniejszego w odbiorze. Dla czytelników nieznających wszystkich nawiązań do historii literatury, bez choćby ogólnej wiedzy na temat sytuacji polityczno-społecznej Chin, będzie to jedynie zbiór mocno „odjechanych” fantasmagorii mało znanego w Polsce pisarza. Powieść ma jednak dwie najważniejsze zalety: budzi ciekawość i nie pozwala o sobie zapomnieć. Myślę więc, że osobom rozmiłowanym w literaturze nie potrzeba większej zachęty. „Kraina wódki” zyskuje bowiem przy bliższym poznaniu. Być może wymaga od czytającego dłuższych i głębszych przemyśleń, ale z całą pewnością warto się w niej zanurzyć.


Ocena: 7/10
M. Yan, „Kraina wódki”, Wydawnictwo W.A.B. 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B. https://www.wab.com.pl/?autor=287



czwartek, 6 grudnia 2012

Kawiarniany szlak



Niedawno na rynku wydawniczym ukazała się książka Krzysztofa Jakubowskiego „Kawa i ciastko o każdej porze”. Wydaje się, że jest to kompozycja idealna dla wielbicieli historii, łakoci, a przede wszystkim Krakowa. Lektura, owszem, pobudza apetyt na kawę i ciastko, ale niestety nie zaspokaja go w pełni.


Autor jest publicystą, samorządowcem i popularyzatorem historii dawnej stolicy Polski. Na swoim koncie ma m.in. publikacje „Kraków na starych widokówkach” oraz „Przy stoliku, czyli o najstarszych krakowskich kawiarniach”. Brał czynny udział w tworzeniu „Encyklopedii Krakowa” i „Spacerownika krakowskiego”.


„Kawa i ciastko o każdej porze” opisuje dzieje krakowskich kawiarni, cukierni i palarni kawy z zachowaniem porządku chronologicznego. Historia zaczyna się więc w momencie pojawienia się i rozpowszechnienia na ziemiach polskich kawy. Jak przystało na rzetelne opracowanie historyczne, w tekście roi się od dat i nazwisk. Nie sposób oczywiście wymieniać tu wszystkich. Warto jednak wspomnieć kilka istotnych nazwisk. Gottlieb Cypcer – właściciel pierwszej kawiarni w mieście, Jan Michalik – twórca i właściciel słynnej do dziś Jamy Michalikowej, Ferdynand Turliński – właściciel pierwszej kawiarni artystycznej. Nie można również zapomnieć o znanych rodach cukierników i właścicieli kawiarni, tj. Wielandach czy Winterach. Jakubowski dokładnie opisuje przechodzenie każdej kawiarni z rąk do rąk, zmiany właścicieli, a także architekturę kamienic, w których się mieściły i wystrój wnętrz. Książka jest więc idealnym przewodnikiem dla wszystkich wielbicieli spacerów i wycieczek śladami historii. Można ją bowiem porównać ze stanem obecnym, gdyż dziennikarz w większości przypadków podaje informacje o tym, co dziś mieści się pod opisywanym adresem. Uwzględnione są też wszystkie zmiany historyczno-polityczno-społeczne, które miały ogromny wpływ na rozwój bądź stagnację tzw. kawiarnianego życia. Z książki dowiemy się gdzie, według ówczesnej opinii publicznej, podawano najlepszą kawę lub ciasta, kiedy i gdzie pojawiły się w Krakowie pierwsze pączki, jakie osobistości bywały w lokalach artystycznych oraz co stanowiło ulubione towarzyskie rozrywki.

Publikacja jest estetycznie wydana. Zawiera niezwykle bogaty materiał fotograficzny, co jest jej dużym atutem. Jeśli chodzi o tekst, to niestety opisy poszczególnych lokali są dość powierzchowne. Zwłaszcza na początku są to właściwie krótkie notki opisujące jedynie zmienne koleje własności lokalu, jego wnętrze oraz stan obecny.

„Kawa i ciastko o każdej porze” to właściwie bardziej przewodnik historyczny, który spokojnie mógłby nosić tytuł „Poczet cukierników krakowskich”. W tekście zabrakło mi rozbudowania wątku będącego sednem istnienia każdej cukierni lub kawiarni, czyli tytułowego ciastka i kawy. Nie znajdziemy tu obszernych opisów menu danego lokalu, jego specjalności, stałych bywalców oraz barwnych anegdot związanych z prowadzonym tam, bujnym przecież życiem towarzyskim. Łasuchy muszą się zadowolić pojedynczymi, umieszczonymi u dołu strony starymi recepturami, np. na bordurkę z czekoladą, cytrynówkę, czy tort Sachera. Trzymając się słodkich metafor, należałoby powiedzieć, że książka jest pysznym ciastem czekoladowym, do którego niedbały cukiernik dodał sztuczny olejek pomarańczowy, psując tym samym jego smak. Lektura z pewnością pobudzi wasze kubki smakowe i sprawi, że zechcecie odwiedzić Kraków, ale raczej nie pozwoli najeść się do syta. A szkoda.



Ocena 6/10
K. Jakubowski, „Kawa i ciastko o każdej porze. Historia krakowskich kawiarni i cukierni.” Wydawnictwo Agora 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora