wtorek, 21 maja 2013

Wybuchowe abecadło


„Abecadło z pieca spadło, o ziemię się hukło, rozsypało się po kątach, strasznie się potłukło…”, ten fragment wiersza Juliana Tuwima idealnie opisuje wrzawę, która rozpętała się w świecie polskiego show-biznesu na długo przed ukazaniem się książki Karoliny Korwin – Piotrowskiej pt. „Bomba, czyli alfabet polskiego szołbiznesu”. 

Po dziennikarce, słynącej z ciętego języka wszyscy spodziewali się drukowanej wersji Pudelka, z podwójną porcją żółci i jadu. Celebryci, którzy już szykowali pozwy o zniesławienie, poczują się zawiedzeni. 

Owszem jest szczerze, momentami do bólu, ale bez jazdy „po bandzie”, opluwania, czy ujawniania wstydliwych sekretów gwiazd. Dla niezorientowanych w polskiej popkulturze, doskonały przewodnik, po tym, kto jest kim w tym małym światku.


Dziennikarka swą pracę w mediach rozpoczęła dwadzieścia lat temu. Najpierw było Radio Kolor, z czasów Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny, potem Radio Zet. Ma za sobą także pracę w TVP1, gdzie współprowadziła magazyn „Filmidło” oraz relacje z Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni i Camerimage w Toruniu. Jej kariera dziennikarska „zahaczyła” również o prasę m.in: miesięczniki „Pani”, „Uroda”, „Sukces”. Szersza publiczność poznała ją, gdy w kwietniu 2006 roku wraz z Tomaszem Kinem na antenie TVN Styl zaczęła prowadzić program „Magiel Towarzyski”. Ten cotygodniowy przegląd prasy, rubryk towarzyskich i tabloidów, zyskał ogromną sympatię widzów. 


Dziennikarze w sposób dosadny i zabawny wytykają w nim polskim gwiazdom potrzebę lansu.
 ekshibicjonizm, parcie na szkło i nieudane sesje zdjęciowe. Jak nietrudno się domyślić program szybko wzburzył środowisko i podzielił je na zwolenników i zagorzałych przeciwników prowadzących. Piotrowska przeszła też na drugą stronę lustra i wystąpiła w roli jurorki w programie „Top Model”. 

Wielu uznało ten krok za szczyt hipokryzji, ona sama za eksperyment, który miał sprawdzić, jak bardzo machina show-biznesu jest w stanie wciągnąć i dopasować kogoś do swoich potrzeb. Jak widać Piotrowska z niejednego medialnego pieca chleb jadła i jako jedna z niewielu mogła pokusić się o napisanie tego typu podsumowania dwóch dekad wolnych mediów i popkultury w Polsce.

„Bomba, czyli alfabet polskiego szołbiznesu” to subiektywny przegląd osób i zjawisk znaczących w popkulturze, jak również jedynie tych zauważalnych, medialnych, znanych bardziej z tego, że są znane niż z konkretnych osiągnięć zawodowych. Obok opinii o tuzach aktorstwa: Januszu Gajosie, Bogusławie Lindzie, czy Krystynie Jandzie, znajdziemy te o początkujących gwiazdkach, piosenkarkach: Honoracie Skarbek, Ewelinie Lisowskiej, Juli. 

KKP omawia także stosunkowo nowe w Polsce zjawiska: jak blogi modowe, zawody agentów gwiazd, stylistów, czy programy nadawane w Internecie, to właśnie one są według dziennikarki kierunkiem, w którym będą rozwijać się media. W zestawieniu nie zabrakło murowanych pewniaków, ulubieńców prasy typu people: Dody, Edyty Górniak, Grycanek, Nergala, Ibisza.
W Bombie każdy znajdzie coś dla siebie. O tym, że jest to rzecz bezkompromisowa, nie pisana pod publiczkę i nie powstała w oparciu o jakiekolwiek układy, świadczy już sam wstęp, który zachęca do natychmiastowego „skonsumowania” całości:

„ To, co czytasz i – mam nadzieję doczytasz do końca, to jedyny w swoim rodzaju wytwór pracy moich komórek mózgu (mam mózg i nie boję się go używać), dowód na moją megalomanię (ją też mam, jak każdy) i niepohamowane parcie na szkło okraszone dziedzicznym cynizmem i abstrakcyjnym poczuciem humoru. Na własny temat i na temat innych…Każdy, kto pewnego dnia siada przed mikrofonem, kamerą, albo klawiaturą komputera jest bezczelnym megalomanem z parciem na szkło. I wszyscy, którzy mówią inaczej, bezczelnie dorabiając ideologię do bycia na świeczniku, łżą. Jak psy…”

Jedni zapamiętają z tej książki zdania typu: „bardzo przystojne i seksowne aktorskie drewno”, „najładniejszy z dotychczasowych podnóżków Kuby Wojewódzkiego, „największy zmarnowany talent muzyczny w Polsce po 1989 roku”, „największy medialny niewypał roku 2012” i z przekonaniem powtórzą za niektórymi cytowanymi tu również celebrytami, że Piotrowska jest chorą z nienawiści głęboko nieszczęśliwą kobietą. Ci, którzy używają inteligencji, a nad obiegowe opinie przedkładają samodzielność myślenia i odwagę w wypowiadaniu własnego zdania, dostrzegą coś znacznie więcej. 

Przede wszystkim świetnie napisany, rzetelnie przygotowany tekst, z celnymi, choć czasem kąśliwymi uwagami. Ci najostrzej krytykowani, dostają też wskazówki, jak mogą poprawić swój wizerunek i jaką wybrać drogę. Powstaje tylko pytanie, czy polskie gwiazdy są w stanie w ogóle przyjąć krytykę i wyciągnąć z niej wnioski dla siebie? 

Bombę można też potraktować, jako swoisty przewodnik po kulturze. Piotrowska, co cenne, zwłaszcza dla młodego pokolenia pisze o filmach, programach, książkach, blogach, które warto obejrzeć i przeczytać. Ci, którzy liczyli na kąpiel w szambie od razu mogą zrezygnować z czytania tej książki, bo zdecydowanie bardziej jest to perfumeria, w której najwięcej uwagi poświęcono osobom utalentowanym, wartościowym, wybitnym.

Według Piotrowskiej to książka dla tych, których „śmieciowe" jedzenie, dziura ozonowa, misie żelki, „Familiada” i wszechogarniający kretynizm nie zdołały wykastrować z jaj, rozumu i poczucia humoru.” 

Sądząc po doskonałych wynikach sprzedaży, na szczęście jest ich w Polsce bardzo wielu. Książka jest szeroko komentowana w różnych środowiskach. I bardzo dobrze. 

Gdyby więcej, tak dobrze skonstruowanych ładunków spadało na polski rynek wydawniczy, wyniki czytelnictwa w Polsce szybko by się poprawiły. Pozostaje, więc czekać z niecierpliwością na kolejny wybuch talentu pisarskiego Karoliny Korwin – Piotrowskiej.

Ocena: 8/10
K. Korwin – Piotrowska, „Bomba, czyli alfabet polskiego szołbiznesu”, Wydawnictwo The Facto 2013.

niedziela, 12 maja 2013

Hymn o miłości…do książek

Według ostatnich badań Biblioteki Narodowej 60 % Polaków nie przeczytało w zeszłym roku żadnej książki. Trochę na przekór tym wynikom na rynku ukazała się niedawno najnowsza książka Jacka Dehnela pt. „Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu”. Autor w zbiorze felietonów pokazuje, że o książkach da się pisać ciekawie, błyskotliwie i z dużym poczuciem humoru.

Paradoksem ostatnich lat jest fakt, że z jednej strony czytanie książek nie cieszy się dużym zainteresowaniem społecznym, z drugiej po sukcesie „Cienia Wiatru” Zafona na rynku wydawniczym pojawiło się mnóstwo tzw. książek o książkach, które wciąż cieszą się dużą popularnością. Kłam badaniom wydaje się zadawać również stale rosnąca liczba blogów i portali książkowych w Internecie. 

Oczywiście, jak w każdej dziedzinie różnią się one jakością. Obok wartościowych powstają marne. Podobnie jest z literaturą tego gatunku. Trzeba jednak przyznać, że tych pierwszych jest coraz mniej. Swego czasu, po części z racji wykształcenia i zainteresowań byłam fanką literatury z książkami i bibliotekami w rolach głównych. Przeczytałam ich dużo, od kryminałów, powieści historycznych, przygodowych, obyczajowych po eseje i felietony. 

W pewnym momencie poczułam jednak przesyt, bo coraz rzadziej trafiałam na teksty z oryginalnym ujęciem tematu. Po książkę Dehnela sięgnęłam z ciekawością, wierząc, że jemu uda się napisać coś niebanalnego. I nie pomyliłam się. „Młodszego księgowego” w jakieś mierze można uznać za polski odpowiednik znakomitego „Ekslibrisu” Anne Fadiman.

„Młodszy księgowy” to zbiór felietonów publikowanych, co dwa tygodnie w portalu Wirtualna Polska. Jak wskazuje podtytuł teksty dotyczą książek, czytania i pisania. Nie należy jednak brać go w 100% dosłownie, bo ilość dygresji i wątków pobocznych jest tu tak duża, że tak naprawdę trudno powiedzieć, o czym dokładnie jest ta książka. W środku znajdziemy, stanowiący pewną wskazówkę podział na księgi: pisania, podopiecznych kopniętej muzy, szpargałów, starych mistrzów, języków, czytania, dzieci i młodzieży, rzeczy. Jednak i w nich kryje się niejedno zaskoczenie.

Dehnel pisze o książkach z perspektywy pisarza, który zabiera nas za kulisy swojej pracy, recenzenta, któremu często zdarza się je oceniać, ale przede wszystkim,  patrzy na nie czułym okiem czytelnika, który uwielbia z nimi obcować, czerpać z nich wiedzę i przyjemność odkrywania nowych światów. Traktuje je zawsze z dużym szacunkiem, jako przedmioty cenne także w sensie estetycznym.

Siłą tego zbioru jest to, że nie są to felietony z cyklu uważam, że, jakie często zdarzają się różnym autorom. Bardziej jest to zaproszenie do prywatnej biblioteki i okołoliterackiego świata pisarza, gdzie prezentuje on perełki, o których nie dowiedzielibyśmy się nigdzie indziej. Oczywiście, książki stanowią tu główną oś rozważań, jednak wewnątrz teksty są bardzo różnorodne: raz publicystyczne, komentujące aktualne wydarzenia, innym razem historyczne, zdarzają się nawet wątki polityczne. Przeczytamy tu o łączeniu funkcji pisarza i krytyka, tzw. neteraturze, czyli utworach publikowanych w Internecie, nadprodukcji poezji w Polsce. 

Są też dużo poważniejsze kwestie, jak np. o literaturze po smoleńskiej, kiczu okołoholocaustowym, czy nieudolnych prób ingerowania polityków w kanon lektur szkolnych. Najciekawsze i najzabawniejsze są jednak te fragmenty, w których dostajemy zaproszenie do prywatnych zbiorów autora, i tam możemy się poczuć, jak odkrywcy zaginionych skarbów, czytając o „słynnej” rodzinie literatów Grzeszczyków, samozwańczej gwieździe Internetu Tomaszu Sobieraju, czy nietypowym antykwariacie Rodgers Book Barn. 

Możemy zapoznać się też z ciekawymi lekturami np. „Biczowanie i biczownicy. Historia rózgi we wszystkich krajach od czasów najdawniejszych do współczesności” Williama Coopera lub „Racjonalne życie płciowe” dr Williama Martina. Cenną wskazówką jest też to, że w chwilach nudy warto zajrzeć na listy kupujących serwisu Allegro, bo można tam znaleźć liczne inspiracje.

W „Młodszym księgowym” widać olbrzymią wiedzę i erudycję autora. Dehnel starannie przygotowuje się do napisania, każdego, nawet krótkiego tekstu, korzysta przy tym, z licznych materiałów źródłowych. Wykazuje również niezwykłą dbałość o poprawność i czystość języka. Trafne obserwacje, błyskotliwe, zaskakujące pointy tekstów oraz smaczne poczucie humoru, to cechy, które wyróżniają tę pozycję wśród innych tego typu, obecnych na rynku.

Ocena: 8/10
J. Dehnel, „Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu”. Wydawnictwo W.A.B. 2013.



sobota, 4 maja 2013

Zwierzenia Marka R


Ta książka obrosła legendą na długo przedtem, zanim pojawiła się na rynku. Właściwie nie mogło być inaczej, z tekstem pt. „Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki”, jeśli dodamy do tego, że jest to wywiad – rzeka, z Markiem Raczkowskim, przeprowadzony przez Magdę Żakowską właściwie wszystko staje się jasne. 

Nie od dziś wiadomo, że wystarczy chwytliwy tytuł, by wywołać w Polsce „święte” oburzenie. Jest to też przykład na to, że nie należy sądzić książki po okładce, a zanim wyda się opinię, warto zapoznać się całością.


Marek Raczkowski z wykształcenia jest architektem. Od początku lat 90. publikuje swoje rysunki na łamach gazet i czasopism. Czytelnicy prasy zetknęli się z jego twórczością m.in.: w „Życiu Warszawy”, „Życiu”, „Polityce”. Od 2003 roku na wyłączność rysuje dla „Przekroju”. W tym właśnie piśmie, stworzył kultową dla niektórych postać Stanisława z Łodzi. Od lat jest doskonałym tropicielem głupoty i absurdów polskiej rzeczywistości. Mimo bogatego dorobku twórczego największy rozgłos medialny i rozpoznawalność, przyniósł mu dopiero występ w programie Kuby Wojewódzkiego, gdzie wykonał słynny już happening z wbijaniem flag w psie kupy. Po tym zdarzeniu do prokuratury wpłynęło doniesienie o podejrzeniu znieważenia flagi państwowej. Sprawę umorzono. Telewizja TVN za ten występ musiała jednak zapłacić karę, nałożoną przez KRRiTV w wysokości pół miliona złotych.


Zastanawiałam się, czy „Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki” wymaga w ogóle recenzji? Skoro, z jednej strony tytuł nie pozostawia żadnych wątpliwości, co do powodów powstania, z drugiej doskonale spełnia swą marketingową funkcję i powoduje chęć natychmiastowego zajrzenia do środka. Skoro wszyscy już wiedzą, że wywiad jest kontrowersyjny, bulwersujący, ekshibicjonistyczny i „po bandzie”, czy trzeba dokładać swoją cegiełkę? Uznałam, że warto, bo pod znanymi już cytatami o korzystaniu z usług prostytutek, zażywaniu narkotyków, alkoholu i związkach, a raczej rozwiązkach miłosnych, kryje się inna twarz i warto ją zobaczyć, bo to ona jest najciekawsza.

W wywiadzie rzeczywiście nie ma tematów tabu. Są, za to liczne dygresje i chwile zamyślenia odpytywanego. Spektrum poruszanych kwestii jest bardzo duże. Magda Żakowska pyta o dzieciństwo, stosunki z rodzicami, pierwsze miłości, autorytety, zdrady, stosunek wiary, służby wojskowej, przyzwyczajenia, fobie, znajomości z politykami. Poza warstwą obyczajowo – społeczną, pojawia się również zawodowa. Są pytania o początki przygody z rysunkiem, studia na ASP, „karierę prasową”. Poniżej, kilka fragmentów na zachętę.

Miałeś szczęśliwe dzieciństwo?
-Bardzo. Wspaniałych dziadków, barwnych rodziców i tak dalej. Podręcznikowe dzieciństwo. Fajni rodzice, fajny dom, kochali mnie strasznie, chociaż nigdy nie mówili tego wprost, i w ogóle byli wyluzowani, wszystko było można. Mówiłem do nich po imieniu – Zosia i Mirek. Żadnych traum, zero stresów, czy nadmiernej przemocy. Niby taki człowiek jak ja powinien być zadowolony, wręcz szczęśliwy. Ale wiadomo, jak jest za dobrze, to też problem”.

Kiedy zacząłeś rysować?
 - Nie wiem, rysowałem, odkąd pamiętam. I to bardzo ładnie. Dużo ładniej niż inne dzieci. Chciałem w ten sposób zaimponować siostrze, która też pięknie rysowała…”

A co rysowałeś jako dziecko?
- Gdy miałem osiem – dziewięć lat, moim największym skarbem był zeszyt z rysunkami. Były to rysunki precyzyjnie zaprojektowanych narzędzi tortur. Rozrywanie ludzi za pomocą najróżniejszych maszyn, wyrywanie członków, okaleczanie na tysiące sposobów…”

Jak rodzice zareagowali na wieść, że chcesz chodzić na lekcje religii?
- Chodziłem na religię w tajemnicy przed rodzicami. Maturę z religii też przed nimi ukryłem. Tak jak w tajemnicy przed rodzicami wziąłem ślub kościelny. I w tajemnicy przed rodzicami miałem dziecko.”

W szkole byłeś dobrym uczniem?
- Najgorszym na świecie. Siedem lat chodziłem do liceum. Byłem dwa razy w drugiej klasie, trzy razy w trzeciej, raz w pierwszej i raz w czwartej. Chyba nikt nie chodził do liceum tak długo jak ja…”

Teraz masz czterech kumpli, a wcześniej, w dzieciństwie, w młodości, było ich więcej?
- Nie miałem żadnych. Byłem strasznie samotny. Właściwie dopiero teraz czuje, że mam przy sobie bliskie osoby.”

Dlaczego?
 - Nie wiem. Ale z tego, że chodzisz z kimś do jednej klasy albo wybrałeś podobny kierunek studiów nie wynika, że jesteście sobie bliscy. To przypadek. A im jesteśmy starsi, tym nasze wybory stają się bardziej świadome. Ja z okresu dojrzewania wyrosłem koło czterdziestki…”

Nie chciałbyś mieć na grobie żadnej sentencji?
 - Chyba tylko: „To jest miejsce na twoją reklamę”. Bo przecież po mojej śmierci rodzina nadal będzie potrzebowała pieniędzy.”

Całość uzupełniają oczywiście rysunki Raczkowskiego. Dla tych, którzy znają nie tylko twórczość autora, ale także czytali lub oglądali jego wcześniejsze wywiady lektura „Książki, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki” nie będzie w żaden sposób kontrowersyjna. Wywoła jedynie uśmiech, a momentami bardziej pogłębioną refleksję. Tym, którzy do tej pory obcowali jedynie z rysunkami, nie śledząc medialnej obecności książka z całą pewnością pomoże zrozumieć, na czym polega fenomen twórczości i jej autora. 

Część z całą pewnością pozostanie przy obiegowych opiniach przytoczonych we wstępie, bo to najprostsze, nie wymaga podjęcia wysiłku wysnucia własnej refleksji. Należałoby się jednak zastanowić, co tak naprawdę szokuje niektórych w tym tekście? 

Szczerość, dosadność języka, czy po prostu fakt, że Raczkowski ma odwagę powiedzieć wprost to, co inni wolą zamieść pod dywan lub boją się przyznać, że też tak myślą, a może to, że rysownik ani przez moment nie stara się kreować swojego wizerunku, uładzić go po publiczkę, gdyż zupełnie nie zważa na opinię społeczną, co w Polsce cały czas jest rzadkością.

Ocena:7/10
M. Raczkowski, „Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki”, Magda Żakowska zadawała pytania i nagrywała odpowiedzi, Wydawnictwo Czerwone i Czarne 2013.

sobota, 27 kwietnia 2013

Nowojorscy kochankowie


O związkach, takich jak ten Patti Smith i Roberta Mapplethorpe’a , zwykło się mawiać: taka miłość się nie zdarza. „Poniedziałkowe dzieci” to jednak nie tylko historia miłosna napisana w piękny sposób, ale także hołd złożony największemu przyjacielowi, rzecz o pasji i, o tym, że zawsze warto podążać za swoimi marzeniami.


Poznali się latem 1967 roku. Dwudziestoletnia Smith, przyjechała do Nowego Jorku, by rozpocząć nowe życie, zostawiając za sobą bolesne wydarzenia z przeszłości. Rozpaczliwie poszukiwała pracy, w końcu znalazła zatrudnienie w księgarni. Mapplethorpe, zjawił się tam pewnego dnia, by kupić naszyjnik, który podobał się Patti najbardziej ze wszystkich tam dostępnych. Taki był początek znajomości, która zaważyła na jej całym późniejszym życiu i w rozrachunku okazała się być tą najważniejszą.


Obydwoje nie mieli nic, poza determinacją i silnym przekonaniem, że zostaną artystami. Choć brzmi to bajkowo i naiwnie, oni konsekwentnie realizowali swoje zamiary. Początkowo byli bezdomni, zajmowali się więc włóczeniem po ulicach Nowego Jorku w poszukiwaniu noclegu. Odkrywali przy tym, że łączy ich dużo więcej niż fakt, że urodzili się w poniedziałek.

„Poniedziałkowe dzieci” w całości są zapisem uczucia, które ich połączyło. W pierwszym momencie była to przede wszystkim ogromna fascynacja erotyczna. Później więź duchowa i artystyczna, na końcu przyjaźń. Od początku wzajemnie się inspirowali i napędzali do działań twórczych. Patti była pod wpływem intelektualnym Roberta. Traktowała go jak mistrza i wyrocznię. Każdy obraz, wiersz, czy piosenkę którą napisała „oddawała” do jego oceny. On z myślą o niej tworzył swoje instalacje i fotografie. Smith opisuje w książce także to, co ich różniło: odrębne „ścieżki kariery”, wizje swojego miejsca w sztuce, a przede wszystkim podejście do sławy i pieniędzy. Artystka pisze również o ciemnych kartach tej niezwykłej love story. Dotyczą one przede wszystkim zmagań Roberta z własną tożsamością seksualną: skłonnościami homoseksualnymi i fascynacji środowiskiem sado – maso.

Niezwykle istotnym tematem tej autobiograficznej opowieści jest zawarty w niej obraz Nowego Jorku końca lat 60. i 70. Dzięki lekturze, mamy możliwość zajrzenia do miasta w jednym z najbarwniejszych okresów w jego historii. Smith przybywa, bowiem do Nowego Jorku w czasie, gdy umiera Coltrane. Wraz z głównymi bohaterami, wędrujemy przez Coney Island, aż do Czterdziestej Drugiej Ulicy. Po drodze, odwiedzamy kultowe miejsca, jak Hotel Chelsea, La Quixote, czy Kansas City, gdzie zbierała się cała ówczesna bohema artystyczna. Patti wspomina swoje spotkania z Janis Joplin, Jimmym Hendrixem, czy Allenem Ginsbergiem. Opowiada też o swoich innych mistrzach: Gregorym Corso i Williamie Burroughsie. Wszyscy oni mieli wpływ na muzyczną drogę, którą obrała i w jakiś sposób przyczynili się do nagrania płyty „Horses”, dzięki której dziś nazywana jest matką chrzestną punk rocka i żeńskim odpowiednikiem Boba Dylana.

W ostatnim czasie powstało bardzo wiele autobiografii największych gwiazd muzycznych. Ta jest jednak wśród nich wyjątkowa i zdecydowanie wyróżnia się „w tłumie”. Elementem wyróżniającym jest tu przede wszystkim styl. Smith pisze niezwykle prostym i jednocześnie pięknym językiem. Cechuje go również subtelność i klasa. Nie czuje się tu potrzeby podkoloryzowania i nagięcia rzeczywistości, w celu zbudowania odpowiedniego wizerunku i osiągnięcia w ten sposób zysku. Ta autentyczność i oszczędność środków wyrazu, sprawia, że ładunek emocjonalny całości dodatkowo wzrasta.

Niektórzy recenzenci, piszą o „Poniedziałkowych dzieciach”, że jest to elegia dla przyjaciela. Trudno się z tą opinią nie zgodzić. Niewątpliwie jest to książka, która powstała z potrzeby podzielenia się osobistą historią. Jest to też jednak próba kronikarskiego oddania ducha pewnej społeczno – artystycznej epoki. Najlepiej powstanie tej książki uzasadnia sama autorka, dlatego w tym momencie warto oddać jej głos:
„Byliśmy jak Jaś i Małgosia, ruszyliśmy w czarny las świata. Są tam pokusy, wiedźmy i demony, o których nam się nie śniło, ale jest też wspaniałość, której nawet w najśmielszych porywach sobie nie wyobrażaliśmy. Nikt nie mógł przemówić w imieniu tych dwojga młodych ludzi, nikt nie mógł prawdziwie opowiedzieć o ich dniach i nocach razem. Mogliśmy to zrobić tylko Robert albo ja. To nasza historia, jak mówił. Odszedł, więc mnie przypadło to zadanie.”


Ocena: 9/10
P. Smith, „Poniedziałkowe dzieci”, Wydawnictwo Czarne 2012.



piątek, 19 kwietnia 2013

Pensjonat pamięci


„Pensjonat pamięci” Tony’ego Judta to zbiór osobistych esejów, w których autor zajął się kreśleniem historii swojego życia. Jest to jednak przede wszystkim książka pokazująca siłę i piękno ludzkiego umysłu, który jest w stanie poradzić sobie z największymi fizycznymi ograniczeniami.


Tony Judt był amerykańsko – brytyjskim historykiem pochodzenia żydowskiego. Urodził się w 1948 roku w Londynie. Wykładał w Oxfordzie, Berkeley, Cambridge i Nowym Jorku, gdzie kierował założonym przez siebie Instytutem Studiów Europejskich im. Remarque’a. Jest autorem 13 książek, w tym najważniejszej „Powojnie. Historia Europy od roku 1945”. Publikował m.in. w "The New York Review of Books" oraz „ The New York Times”. Zmarł w 2010 roku.


„Pensjonat pamięci” jest książką wyjątkową przez okoliczności, w których została napisana, a dokładniej podyktowana, ale nie tylko. W czasie, gdy powstawała autor był już nieuleczalnie chory na stwardnienie zanikowe boczne. Doskwierało mu całkowite unieruchomienie i niemożność komunikacji ze światem. Aby wypełnić czymś bezsenne noce, które musiał spędzać wyłącznie w jednej pozycji, postanowił oddawać się rozmyślaniom na temat własnej przeszłości, tożsamości, ale również bardziej ogólnych spraw, które przez całe życie go interesowały. W ciągu dnia dyktował je swojemu współpracownikowi. Największy ich atut doskonale zdefiniował sam Judt:

„O wartości tych szkiców przesądza zasadniczo impresjonistyczny efekt: fakt, że udało mi się powiązać i przepleść prywatne z publicznym, wyrozumowane z intuicyjnym, przypomniane z odczuwanym”.

Esej jest formą, która daje dużą swobodę tematyczną. Autor skwapliwie z niej korzysta. Wspomnienia z dzieciństwa, czasów szkolnych, przeplatają się z poważnymi refleksjami na temat tożsamości żydowskiej. Przywołanie z pamięci szanowanego nauczyciela, miłości do kolei, czy podróży Zieloną Linią, sąsiaduje z rozważaniami na temat intelektualistów francuskich, krytyczną analizą angielskiego szkolnictwa wyższego, oceną własnego stosunku do rewolucji i swojego w nich udziału.

Szkice ułożone są chronologicznie, mają oczywiście osobisty charakter. Całość jednak trudno nazwać biografią w klasycznym rozumieniu tego słowa. Judt nie ma ambicji pochwalenia się swoimi dokonaniami, chęci podsumowania i rozliczenia swojego życia. Bardziej są to krótkie impresje, pojedyncze kadry z życia, zatrzymane ku pamięci. Teksty różnią się też stylem. Najbardziej prywatne wspomnienia zostały przekazane w gawędziarski, dowcipny i ironiczny sposób. Nie brakuje jednak dużo poważniejszych, nostalgicznych tonów. Dotyczą one zwłaszcza refleksji o żydowskiej tożsamości, różnic w postrzeganiu tego pochodzenia w Europie i Stanach Zjednoczonych.

W jednej z recenzji przytoczonych w książce napisano: „Można niemal poczuć, jak dusza z wolna opuszcza jego ciało, pozostawiając nam wszakże żywy dorobek jego życia. Wypowiedź tę można uznać za wyjątkowo nietrafną i niefortunną. W żadnym z tekstów zamieszczonych w „Pensjonacie pamięci” autor nie skupia się na temacie śmierci, choć ma świadomość nadchodzącego kresu, gdyż diagnoza jest jednoznaczna, nie pozostawia nadziei na cud. Eseje dowodzą niebywałej ciekawości świata, przenikliwości i otwartości umysłu oraz pasji życia, którą zachował do końca, na przekór wszystkiemu.
Z pewnością jest to lektura wymagająca dużego skupienia, ale też dająca szansę na zatrzymanie się, dokonanie bilansu i postawienie sobie istotnych pytań, np. o to, czy na pewno żyjemy uważnie i według własnego scenariusza?

Ocena: 8/10
T. Judt, „Pensjonat pamięci”, Wydawnictwo Czarne 2012.

sobota, 13 kwietnia 2013

Słodko – kwaśny smak dzieciństwa


Bardzo długa zima i opornie budząca się do życia wiosna, u wielu z nas powoduje chęć ucieczki w egzotyczne miejsce, gdzie z nieba nie leje się nic, poza żarem.  Jeśli nie macie możliwości natychmiastowego wykupienia wycieczki typu first minute, sięgnijcie po kolejną książkę z serii Dolce Vita wydawnictwa Czarne pt. „Wśród mangowych drzew. Wspomnienia z dzieciństwa w Indiach” Madhur Jaffrey. 

Dzięki niej poznacie niebywale barwny świat, pachnący mango, kolendrą, imbirem. O wartościowych książkach, mówi się z reguły, że dobrze się je czyta, są świetnie napisane. O tej, należałoby powiedzieć, że smakuje wyśmienicie i została przyrządzona po mistrzowsku.


 Madhur Jaffrey jest indyjską aktorką i pisarką. Wystąpiła w kilkudziesięciu filmach m.in. „Szósty stopień oddalenia” i „Bez skazy”. Napisała blisko 30 książek kulinarnych, popularyzujących kuchnię indyjską. Kilkakrotnie została uhonorowana Nagrodą Fundacji im. Jamesa Bearda, nazywaną kulinarnym Oscarem. Pisze także o kuchni azjatyckiej i wegetariańskiej. Ma stałą rubrykę poświęconą podróżom i kuchni w „The Financial Times”.


„Wśród mangowych drzew”, jak wskazuje podtytuł to wspomnienia autorki z okresu dzieciństwa i dorastania spędzonego w Delhi. Jaffrey przyszła na świat w zamożnej, wielopokoleniowej rodzinie, należącej do podkasty „pisarzy”, jako piąta z rodzeństwa. W związku z tą kastową przynależnością, w rodzinie mieszały się tradycje: hinduska, muzułmańska i angielska. Familia funkcjonowała wedle modelu patriarchalnego. Wszyscy członkowie pozostawali pod silnym wpływem nestora rodu, dziadka autorki.

Najważniejsze w tej książce są jednak doskonale oddane przez pisarkę smaki Indii. Są to przede wszystkim te zapamiętane ze wspólnie spożywanych domowych posiłków, rodzinnych pikników, czy wyjazdów wakacyjnych. Najlepszy dla Jaffrey smak, miały jednak posiłki nieznane, których mogła spróbować w szkole, bądź w czasie wizyt u koleżanek. Poza smakiem jedzenia w tekście zamknięte zostały także bardziej metaforyczne smaki. Te związane ze wspólnym spędzaniem czasu, rodzinnymi rytuałami, czy obchodzeniem świąt. Ich smak jest z reguły najbardziej wyjątkowy, bo niepowtarzalny, w żadnym innym prócz dzieciństwa okresie.

Jak w każdej książce z serii Dolce Vita, tak i w tej pojawiają się przepisy. Są one jednak zamieszczone na końcu książki, a nie w tekście głównym. Może, dlatego, że w opisywanym okresie autorka w ogóle nie wykazywała zainteresowania gotowaniem. Co więcej, ta dzisiejsza guru indyjskiej kuchni oblała jeden z kulinarnych egzaminów szkolnych. Wydaje się też, że przygotowywanie posiłków i receptury wcale nie są tu najważniejsze. Miłośnicy gotowania powinni być jednak usatysfakcjonowani. Znajdą bowiem zbiór 33 rodzinnych przepisów Jaffrey na tradycyjne potrawy indyjskie m.in.: koftę, samosy, kurczaka curry, garam masalę, czy pudding ryżowy.

Obok smaków w „Wśród mangowych drzew” najważniejsza jest rodzina, której znaczenie autorka podkreśla na każdym kroku. Bycie jedną z najmłodszych wśród rodzeństwa przynosiło istotne korzyści. Przede wszystkim Jaffrey obowiązywało mniej ograniczeń związanych z oczekiwanym od kobiet zachowaniem, mogła swobodnie wyrażać swoje zdanie i poświęcać czas edukacji. Autorka zwraca też jednak uwagę na cienie dorastania w wielopokoleniowej, patriarchalnej rodzinie. Są one związane z wewnętrznymi podziałami, rywalizacją o względy najbardziej szanowanych członków i trudnościami w budowaniu własnej odrębności.

Historię swojej rodziny pisarka stara się wpisać w ważne wydarzenia historyczno – polityczne, które miały duży wpływ na jej losy. Kreśli, przy tej okazji szeroką panoramę społeczną Indii.

Narracja snuje się tu bardzo powoli, leniwie. Dając czytelnikowi możliwość zaznania wytchnienia, relaksu, przeniesienia się w urokliwe plenery i przeżycia dzięki lekturze radosnych chwil. Ci mniej wrażliwi i czuli, co prawda mogą stwierdzić, że książka jest nudna, ale przecież nie chodzi o to, by zadowolić wszystkich.

Ocena: 7/10
M. Jaffrey, „Wśród mangowych drzew”, Wydawnictwo Czarne 2013.
* Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne M. Jaffrey, „Wśród mangowych drzew”, Wydawnictwo Czarne 2013.

sobota, 6 kwietnia 2013

Zapiski ostatnie

„Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939 – 1945” Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej, zebrane przez Rafała Podrazę, to bardzo poruszająca lektura. Dziennik pokazuje zupełnie inne oblicze poetki, znanej z romantycznych, zwiewnych wierszy o miłości.


Maria Pawlikowska – Jasnorzewska, zwana Lilką urodziła się w 1891 roku. Była córką Wojciecha Kossaka, wnuczką Juliusza Kossaka – słynnych malarzy batalistycznych oraz siostrą pisarki Magdaleny Samozwaniec. Debiutowała w 1922 roku tomem pt. „Niebieskie migdały”. Za życia opublikowała w sumie piętnaście tomików poezji.



Myśli zapisywane przez poetkę, jak sama zaznaczała w tekście miały trafić do pieca. Zaczęła ona prowadzić ten swego rodzaju dziennik tuż przed wybuchem II wojny światowej. Kontynuowała go podczas wymuszonej wydarzeniami emigracji. Powodem wyjazdu Jasnorzewskiej i jej trzeciego męża Stefana Jerzego Jasnorzewskiego, zwanego Lotkiem, była podobno premiera sztuki „Baba – dziwo”, w której postać dyktatora miała być karykaturą Hitlera. Nie są to jednak potwierdzone informacje.
W zapiskach Lilka opisuje ich niełatwą, wiodącą przez Rumunię i Francję drogę do Anglii. W tym czasie doskwierały jej niewygody pokoi hotelowych, brak eleganckich strojów, do których zawsze przywiązywała olbrzymią wagę, a przede wszystkim dojmująca tęsknota za rodziną. Ostatnie dwa lata to właściwie wyłącznie zapis przegranej walki z chorobą – rakiem szyjki macicy, opisy kolejnych operacji, pobytów w szpitalu.

To, co najbardziej uderza w „Wojnę szatan spłodził” jest język używany przez poetkę. O Polakach wyraża się z odrazą, bardzo krytycznie oceniając ich zachowania: „…Wstydzę się swojego plemienia. Schłopiałe, ogłupione, rozpustne prostaki. Możemy śmiało nie żałować, że to się nie rozpanoszyło na cały świat, ale, że po łbie chamskim dostało.” Z podobną bezpośredniością pisze również chorobie. Momentami są to wręcz fizjologiczne opisy. Nawet w tak trudnej sytuacji, nieustannie zmagając się z bólem, Jasnorzewska stara się dbać o wygląd zewnętrzny. Pamięta, by do teatru, jak nazwała salę operacyjną włożyć twarzowy szlafrok. Takie zabiegi dawały jej poczucie komfortu i namiastkę normalności. Czułe tony, znane z wierszy w dzienniku zarezerwowane są wyłącznie dla fragmentów poświęconych rodzinie i mężowi.

Z całości tekstu wyłania się portret kobiety głęboko nieszczęśliwej, cierpiącej. Wojna odebrała jej nie tylko rodzinę i zdrowie, ale przede wszystkim całkowicie zmieniła spojrzenie na świat. Bezpieczny kokon domu rodzinnego, w którym żyła, musiała zamienić na emigracyjną tułaczkę. Wszystkie te wydarzenia sprawiły, że stała się zgorzkniała. Jedynym jej pocieszeniem był w tym czasie mąż. Wydaje się jednak, że momentami i on nie spełniał jej oczekiwań.

Niewątpliwym atutem książki jest również piękne wydanie. Uwagę przykuwają liczne fotografie rodzinne i szata graficzna. Lektura jest trudna, momentami porażająca. Oprawa sprawia jednak, że obcowanie z nią jest dużą przyjemnością estetyczną. Warto wspomnieć, że tom został wzbogacony o wiersze, które miały się złożyć na ostatni, emigracyjny tomik poetki.

Ocena: 7/10
M. Pawlikowska – Jasnorzewska, „Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939 – 1945”, zebrał Rafał Podraza. Wydawnictwo Agora 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora http://kulturalnysklep.pl/MPJ/pr/-wojne-szatan-splodzil--zapiski-1939-1945--maria-pawlikowska-jasnorzewska.html