środa, 26 czerwca 2013

Polska bardzo B

Przy okazji premiery najnowszej powieści Ignacego Karpowicza Wydawnictwo Literackie postanowiło również wznowić wydanie jego debiutanckiej powieści pt. „Niehalo” z 2006 roku. 
To bardzo trafne posunięcie. 

W czasie wciąż rosnącego bezrobocia wśród młodych ludzi, dyskusjach o straconym pokoleniu i podziałach religijno – politycznych, które obserwujemy, fabuła tej powieści właśnie teraz wydaje się wyjątkowo aktualna.


Głównym bohaterem powieści jest 24 letni Maciek – student polonistyki, mieszkający w Białymstoku. Wiedzie on zwyczajne życie, przeciętnego żaka. Kończy pisać pracę magisterską, ma dziewczynę, pracę. Ta zwyczajność jest największą bolączką Maćka. Po bliższym poznaniu okazuje się bowiem, że rodzina wywołuje u młodzieńca wyłącznie irytację, praca jest beznadziejna i niskopłatna, związek nie satysfakcjonujący, promotorka skretyniała, a znajomi i miasto to już po prostu brak słów. Sfrustrowany osobnik szybko dochodzi do wniosku, że wszyscy wyżej wymienieni są źródłem jego nieszczęścia i wszelkich niepowodzeń.


Gdy Maciejowi wydaje się, że jego życie do końca już będzie się toczyć według tego samego, znienawidzonego scenariusza, a czytelnikom, że mają do czynienia z kolejną realistyczną powieścią, opisującą trudy życia w Polsce, Karpowicz wprawia w ruch wodze fantazji i rozkręca akcję w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. Wszystko zaczyna się po raz drugi, gdy główny bohater wychodzi z pracy po mleko, po drodze spotyka koleżankę, z którą postanawia pójść na piwo. Te pozornie błahe zdarzenia sprawiają, że młody człowiek wpada w swego rodzaju trans, w czasie, którego odbywa fantasmagoryczny spacer po Białymstoku w towarzystwie Popiełuszki i Piłsudskiego, którzy na chwilę zeszli z pomników. Brzmi ciekawie? To nie wszystko, na dokładkę panowie trafiają na marsz narodowców i zgrupowanie formacji „katopolo” w jednym.

Przy użyciu groteski i pastiszu autor rozprawia się z wieloma aspektami, które były i wciąż są przedmiotem gorącej publicznej debaty. Wśród nich są problemy z tożsamością, zaszłości historyczne, podziały religijne. Karpowicz bezlitośnie wyszydza skrajne postawy i różnie środowiska. Kpi i ironizuje z przywar powszechnie uznanych za narodowe. Robi to jednak w sposób daleki od banału i chamstwa, przemycając po drodze wiele celnych obserwacji bez formułowania zero – jedynkowych sądów.

Ktoś mógłby zapytać, gdzie w tym wszystkim zapodział się Maciek i jego problemy. Otóż wiecznie nieszczęśliwy bohater winą za swój los jest w stanie obarczyć wszystkich: historię, która toczyła się nie pomyśli, polityków, urzędników, katolików, elity, tylko nie siebie samego. W ten sposób pisarz kreśli mentalność obecnego pokolenia młodych ludzi. Bardzo często zdarza się, że posiadając niewielkie umiejętności i wiedzę na starcie spodziewają się przysłowiowych „kokosów”, mają zbyt wysokie mniemanie o sobie i przekonanie, że świat powinien leżeć u ich stóp. Taki scenariusz z takim nastawieniem zwykle nie ma szans na realizację. W sporze o to, kto lub co jest niehalo najtrafniejszą odpowiedzią wydaje się, więc ta, że wszystko po trochu.

Ocena: 8/10
I.Karpowicz, „Niehalo”, Wydawnictwo Literackie 2013.

*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/2536/Niehalo---Ignacy-Karpowicz




czwartek, 20 czerwca 2013

Książki na wakacje

Już wkrótce kalendarz potwierdzi oficjalnie radosny fakt nadejścia lata. Wielu z nas, oddając się błogiemu lenistwu, będzie mogło zanucić: "Morza szum, ptaków śpiew, złota plaża pośród drzew…". To tekst dla wszystkich, którym do pełni szczęścia w tym sielankowym obrazku brakuje jedynie ciekawych lektur.


Przyjęło się, że wakacyjne lektury powinny być lekkie, łatwe i przyjemne, bo człowiek zmęczony całoroczną pracą nie ma ochoty na wysiłek intelektualny, a kurorty proponują tak wiele atrakcji, że na czytanie zwyczajnie szkoda czasu.


Wszystko to prawda, warto jednak pamiętać, że jest to tylko jedna z wielu możliwości. Najlepszą zasadą w doborze książek czytanych podczas urlopu jest zupełny brak zasad. 

Na początku należy bowiem stwierdzić, że coś takiego jak idealna lektura wakacyjna, która spełni oczekiwania wszystkich czytelników, po prostu nie istnieje i szkoda czasu na jej definiowanie. Wszystkie przedstawione przeze mnie propozycje będą więc subiektywnym wyborem, stanowiącym jedynie wskazówkę i inspirację dla własnych książkowych poszukiwań.


Oto, uwzględniający różne gusta, przegląd książek, które spokojnie można spakować do walizki. Wszystkich, którzy lubią lekko, przyjemnie, a jednocześnie ciekawie, z pewnością zadowoli„Bomba. Alfabet polskiego show - biznesu” Karoliny Korwin - Piotrowskiej. 


Niezdecydowani, którzy szukają pomysłu na kierunek wakacyjnej wycieczki, powinni sięgnąć po „Gaumardżos" Marcina Mellera i jego żony Anny Dziewit, w której opisują Gruzję i swoją fascynację tym krajem. Lekturą obowiązkową dla tych, którzy lubią odkrywać nieznane, są „Światoholicy” Aleksandry i Jacka Pawlickich – piękne zdjęcia i fascynujące opowieści staną się zapewne inspiracją do niejednej wakacyjnej podróży. 

Reportażami o zdecydowanie większym ciężarze emocjonalnym i gatunkowym, które jednak również zasługują na uwagę, są: „Zapiski z Homs" Jonathana Littella oraz "Ostatni świadkowie Swietłany Aleksijewicz. 

W krainę baśni i fantazji zaprowadzi nas niezawodny w tym względzie Haruki Murakami w tomie opowiadań „Zniknięcie słonia". Wielbiciele powieści historyczno-przygodowych bez obaw mogą sięgnąć po „Władcę Barcelony II" Chufo Llorensa, czy monumentalne „Wyznaję” Jaume Cabre . W zadumę, ale także dobry humor wprowadzą was „Bracia Sisters” Patricka DeWitta .  Troszkę młodszych odbiorców zachwyci najnowsza powieść Zafona pt.:  „Więzień nieba". 

Miłośnicy rozwiązywania zagadek kryminalnych w czasie plażowania sięgną zapewne po „Człowieka nietoperza" Jo Nesbo lub „ Mózg Kennedy’ego Henninga Mankella. 

Ci, dla których nie istnieją tematy tabu ani granice politycznej czy językowej poprawności, powinni zapoznać się z najnowszą powieścią Chucka Palahniuka pt.:  „Snuff”. 

Z rodzimych propozycji warte uwagi są:„Wiele demonów” Jerzego Pilcha i „świeżutkie „Ości” Ignacego Karpowicza. 

Wiele interesujących pozycji mogą w tym roku spakować do walizki wielbiciele felietonów. Wśród nich „W krzywym zwierciadle” Macieja Stuhra –publikowane na łamach „Zwierciadła”, „Hitman” Juliusza Machulskiego – teksty z nieistniejącego miesięcznika „Bluszcz”, „Manhattan pod wodą” debiut Zuzanny Głowackiej, będący zbiorem felietonów również publikowanych w „Bluszczu”, „Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu” Jacka Dehnela, a przede wszystkim „Polska mistrzem Polski” Krzysztofa Vargi – zbiór wypowiedzi publikowanych w rubryce „Kajet konesera” na łamach „Dużego Formatu”.


Jak zwykle długą listę w doborze wakacyjnego repertuaru będą mieli do dyspozycji fani biografii i wspomnień. Z uwagi na mnogość wartościowych tytułów w tej kategorii, pozwolę sobie wymienić dwa, które moim zdaniem zasługują na szczególną uwagę. Są to: „Poniedziałkowe dzieci” Patti Smith,  oraz „Dziennik Mistrza i Małgorzaty” Michaiła i Jeleny Bułhakowów.



Lektury wakacyjne powinny iść z duchem czasu. Nie sposób nie zauważyć, że ostatnio na czasie w Polsce jest gotowanie. Rynek wydawniczy bardzo szybko odpowiedział na to zapotrzebowanie i  pojawiło się sporo publikacji nie tyle z przepisami, co z kulinariami, jako głównym tematem fabuły. Z pewnością warto zapoznać się z całą serią „Dolce Vita”, przygotowaną przez wydawnictwo Czarne, „Białymi Truflami” N.M. Kelby i „Kulisami Kulinarnej Akademii” Marka Brzezińskiego.



Nie samymi nowościami literackimi jednak żyje człowiek. Duża część osób zapakuje do walizki książki, które dobrze zna i czytała niejednokrotnie. Lista wakacyjnych klasyków jest długa i dla każdego inna. 


W zestawie obowiązkowym znajdują się jednak z pewnością kryminały Agathy Christie czy reportaże Ryszarda Kapuścińskiego. 

Niektórzy z całą pewnością zamarzą o powrocie do dzieciństwa i zechcą przypomnieć sobie „Jeżycjadę" Małgorzaty Musierowicz, odkryć na nowo „Anię z Zielonego Wzgórza", czy zanurzyć się w świecie „Przygód Mikołajka". 

Dla tych, którzy dotychczas nie zdążyli tego zrobić, urlop jest też wyśmienitą okazją do zapoznania się z „Millenium" - trylogią Stiega Larssona. Jest tylko jedna wada takiego wyboru, wolny czas upłynie nam dwa razy szybciej.


Innym pomysłem na dobór wakacyjnych czytadeł jest przekorne pójście pod prąd obowiązującemu schematowi "lekko, łatwo, przyjemnie". Każdy z nas w zakamarkach pamięci ma tzw. cegłę z gatunku tych ambitnych, do której zawsze - mimo wielokrotnych prób przeczytania - zabrakło cierpliwości. L


Lato jest doskonałą porą do podjęcia ponownej lektury i wbrew pozorom są duże szanse, że zakończy się ona sukcesem. Kto powiedział, że na plaży nie można czytać np. „Ulissesa" Joyce’a,  „Braci Karamazow" Dostojewskiego, czy „Łaskawych" Littella? Że nie wypada, że zbyt męczące, grube, ciężkie? 

Wszystko to jedynie wymówki, gdyż właśnie latem dzięki promieniom słonecznym jesteśmy najbardziej pozytywnie nastawieni do świata i gotowi do takich działań. Polecam, zwłaszcza przekornym jednostkom - to naprawdę działa.


Na koniec należy wspomnieć o wszystkich tych, którzy podczas wakacji zamierzają ostentacyjnie i z pełną premedytacją nie przeczytać żadnej książki. Bo czytają dużo w pracy i zwyczajnie chcą od tego odpocząć lub po prostu nie lubią. Zamiast wygłaszać tyrady na temat dobrodziejstw płynących z czytania bądź niepochlebne opinie na temat intelektu tych osób, spróbujmy uszanować ten wybór, pamiętając, że nie żyjemy przecież w dyktaturze moli książkowych.



Jak widać, w doborze wakacyjnych lektur powinien obowiązywać wyłącznie freestyle Wszelkie mody tutaj tracą rację bytu, gdyż jedynym wskaźnikiem powinny być nasza fantazja, aktualna potrzeba i intuicja. 


Jeśli więc zza parawanu na ręczniku niedaleko nas ujrzymy osobę czytającą z zapamiętaniem książkę Paulo Coelho, Dana Browna, Stephenie Mayer, bądź innego autora, którego nie darzymy sympatią, nie patrzmy na nią z lekceważeniem, zamiast tego uśmiechnijmy się przyjaźnie. 

Przecież są wakacje, których głównym celem ma być nasz prywatny relaks, a ten dla każdego oznacza co innego. Wszystkim czytelnikom życzę więc szerokich wakacyjnych dróg i dobrych dla was wyborów książkowych!

środa, 5 czerwca 2013

Rozmowy podminowane

Ostatnio na rynku ukazało się sporo rozmów na tzw. ważne tematy, z ludźmi kultury, biznesu, polityki religii. Za każdym razem pretekst do dyskusji i klucz doboru rozmówców był nieco inny. 

Dziennikarka „Gazety Wyborczej” Dorota Wodecka zapytała o polskie sprawy: patriotyzm, politykę, religię, mentalność, przywary i zalety piętnastu polskich pisarzy. Wywiady zostały zebrane w zbiorze „Polonez na polu minowym”.


 Jak, czytamy we wstępie powodem powstania tej książki był e-mail wysłany przez Eustachego Rylskiego do premiera Donalda Tuska, w którym w ostrym tonie wymienił on problemy polskiej polityki. Wśród nich asekuranctwo, przesadną ostrożność, tchórzostwo w wyrażaniu opinii. List pozostał bez odpowiedzi, stał się jednak przyczynkiem do przeprowadzenia rozmowy, diagnozującej stan państwa polskiego. Za nią poszły kolejne, do których Wodecka zaprosiła literacką śmietankę: Stasiuka, Vargę, Karpowicza, Twardocha, Kuczoka, Bator, Krall, Tulli Piątka, Rudnickiego, Sieniewicza, Pilota, Kolskiego i Ostachowicza. Taki zestaw nazwisk po części wynika z ich popularności w Polsce, głównym powodem jest jednak swego rodzaju wrażliwość na sprawy społeczne, którą wszyscy oni wykazują w swojej twórczości.


Chcąc streścić tematy rozmów w jednym zdaniu, należałoby napisać, że twórcy zostali zapytani o Boga, Honor i Ojczyznę. W każdym z tekstów pojawiły się wątki Smoleńska, obecności krzyża w życiu publicznym, polskiego katolicyzmu, aktualnej definicji patriotyzmu, problemów z tolerancją i wiele innych. Takie przedstawienie tematu byłoby jednak zbyt dużym uproszczeniem. Obok zagadnień państwowo – społecznych, pojawiają się dużo bardziej osobiste, czasami wręcz intymne wyznania autorów, których próżno szukać gdzie indziej.

Ogromnym atutem rozmów przeprowadzonych przez Wodecką jest to, że nie boi się ona konfrontacji poglądów, drobnych strać i prowokacji. Zadając zaczepne pytania, zmusza pisarzy do otwartości, czasem większej, niż chcieliby okazać publicznie. Dzięki temu w książce znajdziemy wiele mocnych cytatów.

Janusz Rudnicki: „ – Polak bez zupy to jakiś taki małopolski. Polska powinna mieć dymiący talerz zupy w herbie, a nie jakiegoś orła, który z tymi rozcapierzonymi szponami wygląda tak, jakby go ktoś na chwilę do prądu podłączył.”

Joanna Bator: „…Przeraża mnie ten rozmiar nienawiści, jaka w ostatnich latach objawia się w Polsce. Gdyby zaszła odpowiednia sytuacja, to nie mówilibyśmy o pojedynczych incydentach, tylko Polacy spaliliby Romów.”

Ignacy Karpowicz, o tym, jakiej Polski nie potrafi sobie wyobrazić: „Sprawiedliwej, otwartej, nowoczesnej, rozsądnej, świeckiej, równej, wolnej od korupcji i dyktatury sondaży, z planem na dekadę do przodu, a nie dwie do tyłu…”

Szczepan Twardoch: „Mieszkańcy centralnej Polski nie rozumieją Śląska. Dla was bycie Polakiem i kwestie narodowościowe są przyrodzone. Jeśli człowiek się urodził, to znaczy, że jest Polakiem. Tak jak ma kolor włosów albo oczu. Uznanie, że kwestia przynależności narodowej jest efektem wyboru, jest dla niektórych intelektualnie niewyobrażalne.”

Krzysztof Varga: „To jest źle pojęty polski indywidualizm, który objawia się tym, że ja mam mieć wystrzelony w kosmos dom, muszę się wyróżnić, więc oblepię mój klocek z pustaków tłuczonymi talerzami, dobuduje do niego gotycką wieżyczkę, machnę wszystko na seledynowo, a przed domem postawię plastikowego jelenia i gipsowego papieża…”

Obraz społeczeństwa, który wyłania się z „Poloneza na polu minowym” jest bardzo daleki od optymizmu. Większość pisarzy uważa, że jesteśmy krajem opóźnionym w rozwoju. Z tego faktu wynikają liczne kompleksy, brak otwartości, problemy z tolerancją, społeczne fobie. Jeśli ktoś myśli pozytywnie, stara się otaczać wyłącznie dobrą energią i szuka takowych wiadomości, tu raczej nie znajdzie dla siebie pożywki. Sądy zaprezentowane w książce są mocne, szczere, momentami wręcz bezlitosne. Czytanie dobrych wywiadów cały czas jest w Polsce rzadkością, a ich przeprowadzenie niebywale trudną sztuką, która Dorocie Wodeckiej udała się znakomicie.

Ocena: 8/10
D. Wodecka, „Polonez na polu minowym”, Wydawnictwo Agora 2013.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora http://kulturalnysklep.pl/


wtorek, 28 maja 2013

Kulinarna historia Polski

Od dłuższego czasu obserwujemy w Polsce fascynację kuchniami świata. Patrząc na restauracyjne menu, można dojść do wniosku, że pizza i kebab faktycznie stały się naszymi narodowymi przysmakami, a z sushi niektórzy uczynili już nawet potrawę wigilijną. 

Potwierdzają to telewizyjne „Kuchenne rewolucje”, gdzie Magda Gessler, co tydzień zmaga się z restauratorami nie mającymi pojęcia o regionalnych potrawach i historii miejsc, w których mieszkają. 

Owszem, podróże kształcą, zanim jednak zagalopujemy się w kursowaniu dookoła świata, warto poznać rodzimą tradycję i korzenie smaków. 

Gdy zaczniemy zgłębiać zagadnienie bardzo szybko okaże się, jak małą i często błędną wiedzę mamy na ten temat. 

Idealną pozycją do odrobienia lekcji w tym względzie jest „Historia polskiego smaku. Kuchnia. Stół. Obyczaje” Mai i Jana Łozińskich. Wyśmienita lektura nie tylko dla wielbicieli kuchni, ale także fascynatów historii.

Maja i Jan Łozińscy od dawna zajmują się badaniem i popularyzowaniem historii życia codziennego w Polsce, zwłaszcza okresu Drugiej Rzeczypospolitej. Na swoim koncie mają m.in. publikację: „W ziemiańskim dworze”, „W przedwojennej Polsce, „Smaki dwudziestolecia”, „Bale i bankiety w Drugiej Rzeczypospolitej”.

„Historia polskiego smaku” to fascynująca, obejmująca 1000 lat podróż w czasie. Autorzy dokonali następującego podziału: Kuchnia Piastów i Jagiellonów, Przy sarmackim stole, Od Sasów do króla Stasia, Kuchnia ziemiańska, czyli narodowa, Przedwojenne smaki, Za Bieruta i Gomułki. W każdym z rozdziałów znajdziemy informację na temat podstawowych składników żywnościowych w danej epoce, stosunku do mięsa, warzyw, charakterze upraw, rodzimych i przybyłych ze świata przyprawach, spożywanych trunkach. Obok wiadomości o menu na dworach królewskich i w innych warstwach społeczeństwa, Łozińscy badają także związki polskiej tradycji kulinarnej z wierzeniami religijnymi i ludowymi. Ich wpływ na kuchnię był bardzo silny, zwłaszcza w okresie średniowiecza. Autorzy śledzą też zmieniające się na przestrzeni wieków „mody smakowe”, czy zagraniczne odkrycia, które na stałe „weszły do naszych garnków”.

Istotnymi, szeroko omówionymi w opracowaniu zagadnieniami są sposoby celebrowania i podawania posiłków, zasady savoir vivre, które stosowano, a raczej, do których nie dostosowywano się przy stole. W tekście znajdziemy mnóstwo opisów królewskich uczt i biesiad, zaczerpniętych zarówno z literatury, jak i korespondencji. W tak kompletnym materiale, nie została oczywiście pominięta kwestia rodzajów używanych naczyń, zastaw i narywaniu stołu. Autorzy sporo uwagi poświęcają też „architekturze” pomieszczeń kuchennych, ich rozmieszczeniu i wyposażeniu.

Jeśli z dotychczasowego opisu treści wnioskujecie, że jest to kolejne nudne i „suche” kompendium historyczne jesteście w błędzie. Łozińscy, przygotowując „Historię polskiego smaku”, wykorzystali bardzo bogaty materiał źródłowy. Jak możemy przeczytać we wstępie były to m.in. inwentarze, relacje z podróży, poradniki i kalendarze gospodarskie. Dzięki temu całość ma ogromną wartość merytoryczną i jest najbardziej rzetelną, tego typu publikacją na rynku. Dane faktograficzne zostały okraszone mnóstwem anegdot, wypisów z literatury, a to z kolei sprawia, że tekst czyta się momentami jak powieść przygodową, od której trudno się oderwać.


W omówieniu warto również zwrócić uwagę na piękne, staranne wydanie książki. Treść jest bogato ilustrowana miniaturami, portretami, rycinami. Przy tego rodzaju publikacjach jest to normą, cieszy jednak dobra jakość i kompozycja zamieszczonych materiałów. Wygodny jest także format wydania, który sprawia, że pomimo znacznej objętości (295 stron) książkę „dobrze się trzyma”. Całość została wzbogacona o słownik potraw i produktów dawnej kuchni polskiej oraz bibliografię, co ważne szczególnie dla kulinarnych pasjonatów. Lektura z pewnością jest pożywką nie tylko intelektualną, ale także przyjemnością estetyczną. Konsumpcję, więc czas zacząć!

Ocena: 8/10
M. i J. Łozińscy, „Historia polskiego smaku. Kuchnia. Stół. Obyczaje. Wydawnictwo Naukowe PWN 2013.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Domu Wydawniczego PWN. http://www.dwpwn.pl/


wtorek, 21 maja 2013

Wybuchowe abecadło


„Abecadło z pieca spadło, o ziemię się hukło, rozsypało się po kątach, strasznie się potłukło…”, ten fragment wiersza Juliana Tuwima idealnie opisuje wrzawę, która rozpętała się w świecie polskiego show-biznesu na długo przed ukazaniem się książki Karoliny Korwin – Piotrowskiej pt. „Bomba, czyli alfabet polskiego szołbiznesu”. 

Po dziennikarce, słynącej z ciętego języka wszyscy spodziewali się drukowanej wersji Pudelka, z podwójną porcją żółci i jadu. Celebryci, którzy już szykowali pozwy o zniesławienie, poczują się zawiedzeni. 

Owszem jest szczerze, momentami do bólu, ale bez jazdy „po bandzie”, opluwania, czy ujawniania wstydliwych sekretów gwiazd. Dla niezorientowanych w polskiej popkulturze, doskonały przewodnik, po tym, kto jest kim w tym małym światku.


Dziennikarka swą pracę w mediach rozpoczęła dwadzieścia lat temu. Najpierw było Radio Kolor, z czasów Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny, potem Radio Zet. Ma za sobą także pracę w TVP1, gdzie współprowadziła magazyn „Filmidło” oraz relacje z Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni i Camerimage w Toruniu. Jej kariera dziennikarska „zahaczyła” również o prasę m.in: miesięczniki „Pani”, „Uroda”, „Sukces”. Szersza publiczność poznała ją, gdy w kwietniu 2006 roku wraz z Tomaszem Kinem na antenie TVN Styl zaczęła prowadzić program „Magiel Towarzyski”. Ten cotygodniowy przegląd prasy, rubryk towarzyskich i tabloidów, zyskał ogromną sympatię widzów. 


Dziennikarze w sposób dosadny i zabawny wytykają w nim polskim gwiazdom potrzebę lansu.
 ekshibicjonizm, parcie na szkło i nieudane sesje zdjęciowe. Jak nietrudno się domyślić program szybko wzburzył środowisko i podzielił je na zwolenników i zagorzałych przeciwników prowadzących. Piotrowska przeszła też na drugą stronę lustra i wystąpiła w roli jurorki w programie „Top Model”. 

Wielu uznało ten krok za szczyt hipokryzji, ona sama za eksperyment, który miał sprawdzić, jak bardzo machina show-biznesu jest w stanie wciągnąć i dopasować kogoś do swoich potrzeb. Jak widać Piotrowska z niejednego medialnego pieca chleb jadła i jako jedna z niewielu mogła pokusić się o napisanie tego typu podsumowania dwóch dekad wolnych mediów i popkultury w Polsce.

„Bomba, czyli alfabet polskiego szołbiznesu” to subiektywny przegląd osób i zjawisk znaczących w popkulturze, jak również jedynie tych zauważalnych, medialnych, znanych bardziej z tego, że są znane niż z konkretnych osiągnięć zawodowych. Obok opinii o tuzach aktorstwa: Januszu Gajosie, Bogusławie Lindzie, czy Krystynie Jandzie, znajdziemy te o początkujących gwiazdkach, piosenkarkach: Honoracie Skarbek, Ewelinie Lisowskiej, Juli. 

KKP omawia także stosunkowo nowe w Polsce zjawiska: jak blogi modowe, zawody agentów gwiazd, stylistów, czy programy nadawane w Internecie, to właśnie one są według dziennikarki kierunkiem, w którym będą rozwijać się media. W zestawieniu nie zabrakło murowanych pewniaków, ulubieńców prasy typu people: Dody, Edyty Górniak, Grycanek, Nergala, Ibisza.
W Bombie każdy znajdzie coś dla siebie. O tym, że jest to rzecz bezkompromisowa, nie pisana pod publiczkę i nie powstała w oparciu o jakiekolwiek układy, świadczy już sam wstęp, który zachęca do natychmiastowego „skonsumowania” całości:

„ To, co czytasz i – mam nadzieję doczytasz do końca, to jedyny w swoim rodzaju wytwór pracy moich komórek mózgu (mam mózg i nie boję się go używać), dowód na moją megalomanię (ją też mam, jak każdy) i niepohamowane parcie na szkło okraszone dziedzicznym cynizmem i abstrakcyjnym poczuciem humoru. Na własny temat i na temat innych…Każdy, kto pewnego dnia siada przed mikrofonem, kamerą, albo klawiaturą komputera jest bezczelnym megalomanem z parciem na szkło. I wszyscy, którzy mówią inaczej, bezczelnie dorabiając ideologię do bycia na świeczniku, łżą. Jak psy…”

Jedni zapamiętają z tej książki zdania typu: „bardzo przystojne i seksowne aktorskie drewno”, „najładniejszy z dotychczasowych podnóżków Kuby Wojewódzkiego, „największy zmarnowany talent muzyczny w Polsce po 1989 roku”, „największy medialny niewypał roku 2012” i z przekonaniem powtórzą za niektórymi cytowanymi tu również celebrytami, że Piotrowska jest chorą z nienawiści głęboko nieszczęśliwą kobietą. Ci, którzy używają inteligencji, a nad obiegowe opinie przedkładają samodzielność myślenia i odwagę w wypowiadaniu własnego zdania, dostrzegą coś znacznie więcej. 

Przede wszystkim świetnie napisany, rzetelnie przygotowany tekst, z celnymi, choć czasem kąśliwymi uwagami. Ci najostrzej krytykowani, dostają też wskazówki, jak mogą poprawić swój wizerunek i jaką wybrać drogę. Powstaje tylko pytanie, czy polskie gwiazdy są w stanie w ogóle przyjąć krytykę i wyciągnąć z niej wnioski dla siebie? 

Bombę można też potraktować, jako swoisty przewodnik po kulturze. Piotrowska, co cenne, zwłaszcza dla młodego pokolenia pisze o filmach, programach, książkach, blogach, które warto obejrzeć i przeczytać. Ci, którzy liczyli na kąpiel w szambie od razu mogą zrezygnować z czytania tej książki, bo zdecydowanie bardziej jest to perfumeria, w której najwięcej uwagi poświęcono osobom utalentowanym, wartościowym, wybitnym.

Według Piotrowskiej to książka dla tych, których „śmieciowe" jedzenie, dziura ozonowa, misie żelki, „Familiada” i wszechogarniający kretynizm nie zdołały wykastrować z jaj, rozumu i poczucia humoru.” 

Sądząc po doskonałych wynikach sprzedaży, na szczęście jest ich w Polsce bardzo wielu. Książka jest szeroko komentowana w różnych środowiskach. I bardzo dobrze. 

Gdyby więcej, tak dobrze skonstruowanych ładunków spadało na polski rynek wydawniczy, wyniki czytelnictwa w Polsce szybko by się poprawiły. Pozostaje, więc czekać z niecierpliwością na kolejny wybuch talentu pisarskiego Karoliny Korwin – Piotrowskiej.

Ocena: 8/10
K. Korwin – Piotrowska, „Bomba, czyli alfabet polskiego szołbiznesu”, Wydawnictwo The Facto 2013.

niedziela, 12 maja 2013

Hymn o miłości…do książek

Według ostatnich badań Biblioteki Narodowej 60 % Polaków nie przeczytało w zeszłym roku żadnej książki. Trochę na przekór tym wynikom na rynku ukazała się niedawno najnowsza książka Jacka Dehnela pt. „Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu”. Autor w zbiorze felietonów pokazuje, że o książkach da się pisać ciekawie, błyskotliwie i z dużym poczuciem humoru.

Paradoksem ostatnich lat jest fakt, że z jednej strony czytanie książek nie cieszy się dużym zainteresowaniem społecznym, z drugiej po sukcesie „Cienia Wiatru” Zafona na rynku wydawniczym pojawiło się mnóstwo tzw. książek o książkach, które wciąż cieszą się dużą popularnością. Kłam badaniom wydaje się zadawać również stale rosnąca liczba blogów i portali książkowych w Internecie. 

Oczywiście, jak w każdej dziedzinie różnią się one jakością. Obok wartościowych powstają marne. Podobnie jest z literaturą tego gatunku. Trzeba jednak przyznać, że tych pierwszych jest coraz mniej. Swego czasu, po części z racji wykształcenia i zainteresowań byłam fanką literatury z książkami i bibliotekami w rolach głównych. Przeczytałam ich dużo, od kryminałów, powieści historycznych, przygodowych, obyczajowych po eseje i felietony. 

W pewnym momencie poczułam jednak przesyt, bo coraz rzadziej trafiałam na teksty z oryginalnym ujęciem tematu. Po książkę Dehnela sięgnęłam z ciekawością, wierząc, że jemu uda się napisać coś niebanalnego. I nie pomyliłam się. „Młodszego księgowego” w jakieś mierze można uznać za polski odpowiednik znakomitego „Ekslibrisu” Anne Fadiman.

„Młodszy księgowy” to zbiór felietonów publikowanych, co dwa tygodnie w portalu Wirtualna Polska. Jak wskazuje podtytuł teksty dotyczą książek, czytania i pisania. Nie należy jednak brać go w 100% dosłownie, bo ilość dygresji i wątków pobocznych jest tu tak duża, że tak naprawdę trudno powiedzieć, o czym dokładnie jest ta książka. W środku znajdziemy, stanowiący pewną wskazówkę podział na księgi: pisania, podopiecznych kopniętej muzy, szpargałów, starych mistrzów, języków, czytania, dzieci i młodzieży, rzeczy. Jednak i w nich kryje się niejedno zaskoczenie.

Dehnel pisze o książkach z perspektywy pisarza, który zabiera nas za kulisy swojej pracy, recenzenta, któremu często zdarza się je oceniać, ale przede wszystkim,  patrzy na nie czułym okiem czytelnika, który uwielbia z nimi obcować, czerpać z nich wiedzę i przyjemność odkrywania nowych światów. Traktuje je zawsze z dużym szacunkiem, jako przedmioty cenne także w sensie estetycznym.

Siłą tego zbioru jest to, że nie są to felietony z cyklu uważam, że, jakie często zdarzają się różnym autorom. Bardziej jest to zaproszenie do prywatnej biblioteki i okołoliterackiego świata pisarza, gdzie prezentuje on perełki, o których nie dowiedzielibyśmy się nigdzie indziej. Oczywiście, książki stanowią tu główną oś rozważań, jednak wewnątrz teksty są bardzo różnorodne: raz publicystyczne, komentujące aktualne wydarzenia, innym razem historyczne, zdarzają się nawet wątki polityczne. Przeczytamy tu o łączeniu funkcji pisarza i krytyka, tzw. neteraturze, czyli utworach publikowanych w Internecie, nadprodukcji poezji w Polsce. 

Są też dużo poważniejsze kwestie, jak np. o literaturze po smoleńskiej, kiczu okołoholocaustowym, czy nieudolnych prób ingerowania polityków w kanon lektur szkolnych. Najciekawsze i najzabawniejsze są jednak te fragmenty, w których dostajemy zaproszenie do prywatnych zbiorów autora, i tam możemy się poczuć, jak odkrywcy zaginionych skarbów, czytając o „słynnej” rodzinie literatów Grzeszczyków, samozwańczej gwieździe Internetu Tomaszu Sobieraju, czy nietypowym antykwariacie Rodgers Book Barn. 

Możemy zapoznać się też z ciekawymi lekturami np. „Biczowanie i biczownicy. Historia rózgi we wszystkich krajach od czasów najdawniejszych do współczesności” Williama Coopera lub „Racjonalne życie płciowe” dr Williama Martina. Cenną wskazówką jest też to, że w chwilach nudy warto zajrzeć na listy kupujących serwisu Allegro, bo można tam znaleźć liczne inspiracje.

W „Młodszym księgowym” widać olbrzymią wiedzę i erudycję autora. Dehnel starannie przygotowuje się do napisania, każdego, nawet krótkiego tekstu, korzysta przy tym, z licznych materiałów źródłowych. Wykazuje również niezwykłą dbałość o poprawność i czystość języka. Trafne obserwacje, błyskotliwe, zaskakujące pointy tekstów oraz smaczne poczucie humoru, to cechy, które wyróżniają tę pozycję wśród innych tego typu, obecnych na rynku.

Ocena: 8/10
J. Dehnel, „Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu”. Wydawnictwo W.A.B. 2013.



sobota, 4 maja 2013

Zwierzenia Marka R


Ta książka obrosła legendą na długo przedtem, zanim pojawiła się na rynku. Właściwie nie mogło być inaczej, z tekstem pt. „Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki”, jeśli dodamy do tego, że jest to wywiad – rzeka, z Markiem Raczkowskim, przeprowadzony przez Magdę Żakowską właściwie wszystko staje się jasne. 

Nie od dziś wiadomo, że wystarczy chwytliwy tytuł, by wywołać w Polsce „święte” oburzenie. Jest to też przykład na to, że nie należy sądzić książki po okładce, a zanim wyda się opinię, warto zapoznać się całością.


Marek Raczkowski z wykształcenia jest architektem. Od początku lat 90. publikuje swoje rysunki na łamach gazet i czasopism. Czytelnicy prasy zetknęli się z jego twórczością m.in.: w „Życiu Warszawy”, „Życiu”, „Polityce”. Od 2003 roku na wyłączność rysuje dla „Przekroju”. W tym właśnie piśmie, stworzył kultową dla niektórych postać Stanisława z Łodzi. Od lat jest doskonałym tropicielem głupoty i absurdów polskiej rzeczywistości. Mimo bogatego dorobku twórczego największy rozgłos medialny i rozpoznawalność, przyniósł mu dopiero występ w programie Kuby Wojewódzkiego, gdzie wykonał słynny już happening z wbijaniem flag w psie kupy. Po tym zdarzeniu do prokuratury wpłynęło doniesienie o podejrzeniu znieważenia flagi państwowej. Sprawę umorzono. Telewizja TVN za ten występ musiała jednak zapłacić karę, nałożoną przez KRRiTV w wysokości pół miliona złotych.


Zastanawiałam się, czy „Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki” wymaga w ogóle recenzji? Skoro, z jednej strony tytuł nie pozostawia żadnych wątpliwości, co do powodów powstania, z drugiej doskonale spełnia swą marketingową funkcję i powoduje chęć natychmiastowego zajrzenia do środka. Skoro wszyscy już wiedzą, że wywiad jest kontrowersyjny, bulwersujący, ekshibicjonistyczny i „po bandzie”, czy trzeba dokładać swoją cegiełkę? Uznałam, że warto, bo pod znanymi już cytatami o korzystaniu z usług prostytutek, zażywaniu narkotyków, alkoholu i związkach, a raczej rozwiązkach miłosnych, kryje się inna twarz i warto ją zobaczyć, bo to ona jest najciekawsza.

W wywiadzie rzeczywiście nie ma tematów tabu. Są, za to liczne dygresje i chwile zamyślenia odpytywanego. Spektrum poruszanych kwestii jest bardzo duże. Magda Żakowska pyta o dzieciństwo, stosunki z rodzicami, pierwsze miłości, autorytety, zdrady, stosunek wiary, służby wojskowej, przyzwyczajenia, fobie, znajomości z politykami. Poza warstwą obyczajowo – społeczną, pojawia się również zawodowa. Są pytania o początki przygody z rysunkiem, studia na ASP, „karierę prasową”. Poniżej, kilka fragmentów na zachętę.

Miałeś szczęśliwe dzieciństwo?
-Bardzo. Wspaniałych dziadków, barwnych rodziców i tak dalej. Podręcznikowe dzieciństwo. Fajni rodzice, fajny dom, kochali mnie strasznie, chociaż nigdy nie mówili tego wprost, i w ogóle byli wyluzowani, wszystko było można. Mówiłem do nich po imieniu – Zosia i Mirek. Żadnych traum, zero stresów, czy nadmiernej przemocy. Niby taki człowiek jak ja powinien być zadowolony, wręcz szczęśliwy. Ale wiadomo, jak jest za dobrze, to też problem”.

Kiedy zacząłeś rysować?
 - Nie wiem, rysowałem, odkąd pamiętam. I to bardzo ładnie. Dużo ładniej niż inne dzieci. Chciałem w ten sposób zaimponować siostrze, która też pięknie rysowała…”

A co rysowałeś jako dziecko?
- Gdy miałem osiem – dziewięć lat, moim największym skarbem był zeszyt z rysunkami. Były to rysunki precyzyjnie zaprojektowanych narzędzi tortur. Rozrywanie ludzi za pomocą najróżniejszych maszyn, wyrywanie członków, okaleczanie na tysiące sposobów…”

Jak rodzice zareagowali na wieść, że chcesz chodzić na lekcje religii?
- Chodziłem na religię w tajemnicy przed rodzicami. Maturę z religii też przed nimi ukryłem. Tak jak w tajemnicy przed rodzicami wziąłem ślub kościelny. I w tajemnicy przed rodzicami miałem dziecko.”

W szkole byłeś dobrym uczniem?
- Najgorszym na świecie. Siedem lat chodziłem do liceum. Byłem dwa razy w drugiej klasie, trzy razy w trzeciej, raz w pierwszej i raz w czwartej. Chyba nikt nie chodził do liceum tak długo jak ja…”

Teraz masz czterech kumpli, a wcześniej, w dzieciństwie, w młodości, było ich więcej?
- Nie miałem żadnych. Byłem strasznie samotny. Właściwie dopiero teraz czuje, że mam przy sobie bliskie osoby.”

Dlaczego?
 - Nie wiem. Ale z tego, że chodzisz z kimś do jednej klasy albo wybrałeś podobny kierunek studiów nie wynika, że jesteście sobie bliscy. To przypadek. A im jesteśmy starsi, tym nasze wybory stają się bardziej świadome. Ja z okresu dojrzewania wyrosłem koło czterdziestki…”

Nie chciałbyś mieć na grobie żadnej sentencji?
 - Chyba tylko: „To jest miejsce na twoją reklamę”. Bo przecież po mojej śmierci rodzina nadal będzie potrzebowała pieniędzy.”

Całość uzupełniają oczywiście rysunki Raczkowskiego. Dla tych, którzy znają nie tylko twórczość autora, ale także czytali lub oglądali jego wcześniejsze wywiady lektura „Książki, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki” nie będzie w żaden sposób kontrowersyjna. Wywoła jedynie uśmiech, a momentami bardziej pogłębioną refleksję. Tym, którzy do tej pory obcowali jedynie z rysunkami, nie śledząc medialnej obecności książka z całą pewnością pomoże zrozumieć, na czym polega fenomen twórczości i jej autora. 

Część z całą pewnością pozostanie przy obiegowych opiniach przytoczonych we wstępie, bo to najprostsze, nie wymaga podjęcia wysiłku wysnucia własnej refleksji. Należałoby się jednak zastanowić, co tak naprawdę szokuje niektórych w tym tekście? 

Szczerość, dosadność języka, czy po prostu fakt, że Raczkowski ma odwagę powiedzieć wprost to, co inni wolą zamieść pod dywan lub boją się przyznać, że też tak myślą, a może to, że rysownik ani przez moment nie stara się kreować swojego wizerunku, uładzić go po publiczkę, gdyż zupełnie nie zważa na opinię społeczną, co w Polsce cały czas jest rzadkością.

Ocena:7/10
M. Raczkowski, „Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki”, Magda Żakowska zadawała pytania i nagrywała odpowiedzi, Wydawnictwo Czerwone i Czarne 2013.