sobota, 21 czerwca 2014

Bombowa ćwiartka

Karolina Korwin – Piotrowska „wdarła” się na polski rynek wydawniczy bestsellerową „Bombą”. Wybuch był potężny i pozostawił ofiary w postaci celebrytów, którym autorka bezpardonowo wytknęła brak talentu i nieróbstwo. 

Po drugiej książce Piotrowskiej wielu spodziewało się kontynuacji szołbiznesowego alfabetu. Tymczasem ona po raz kolejny zagrała wszystkim na…nerwach i odważnie poszła krok dalej. 

„Ćwiartka raz” jest podsumowaniem ostatniego dwudziestopięciolecia w mediach i kulturze.


Dziennikarka słynie z ciętego języka i ostrych sądów, które prezentuje m.in. w programie „Magiel Towarzyski” i felietonach pisanych w prasie. Własne zdanie i umiejętność argumentowania przysporzyły jej wielu wrogów w środowisku zblazowanych gwiazd, które notorycznie zarzucają jej bezczelność i zarozumiałość. „Ćwiartka raz” w jakimś sensie potwierdza ich opinię. Jest to bowiem bezczelnie dobra książka. O mrówczej pracy wykonanej przy jej powstaniu, świadczy nie tylko imponująca objętość (788 stron). Korwin – Piotrowska utarła nosa wszystkim tym, którzy przedwcześnie umieścili ją w szufladce „Pani od ploteczek”. Zawartość „Ćwiartki” pokazuje, że niewielu dorównuje dziennikarce poziomem rozeznania w kulturze, popkulturze i mechanizmach funkcjonowania współczesnych mediów.


Sama autorka, pisze we wstępie, że „Ćwiartka” nie aspiruje do roli encyklopedii. Książka jest napisana niezobowiązującym językiem, z mnóstwem anegdot, dygresji i osobistych refleksji. Choć nie jest dziełem naukowym, spokojnie może pełnić rolę leksykonu popkultury. Ponadto ma bezsprzeczną wartość edukacyjną, zwłaszcza dla młodszego pokolenia, które z powodzeniem może traktować „Ćwiartkę”, jak podręcznik do historii kultury masowej i mediów w Polsce.

Jak już wspominałam „Ćwiartka” ma imponującą objętość, krótko mówiąc jest klasyczną cegłą. Na pierwszy rzut oka może przerazić i odstraszyć mniej odpornych i zdeterminowanych czytelników. Nie lękajcie się jednak, śmiało sięgnijcie po lekturę, a z pewnością nie pożałujecie. Czas spędzony na czytaniu upłynie w oka mgnieniu, a po skończeniu książki zawyjecie tęsknie do księżyca: jeszcze, jeszcze.

Siła „Ćwiartki” tkwi w tym, że jest to książka, która łączy pokolenia. Zdecydowanie największą frajdę sprawi pokoleniu trzydziestolatków i ich rodzicom, którzy pamiętają moment, gdy w TV z pewną taką nieśmiałością pojawiła się reklama podpasek, dźwignią handlu było turystyczne łóżko ustawione na bazarze, a polskie kino miało twarz Bogusia Lindy. W zależności od wieku, z odrobiną wzruszenia, bądź szerokim uśmiechem, można przypomnieć sobie czasy, gdy wszyscy używali mydełka Fa i marzyli o majteczkach w kropeczki, do czego oczywiście oficjalnie przyznawało się niewielu. Poczucie obciachu i określenie polski paździerz niestety dotarło do nas dużo później niż upragniona wolność. Młodsi być może z pewnym zdziwieniem dowiedzą  się, że istniało życie przed Facebookiem, iphonem i ipodem, przed erą Big Brothera i seksem, w wannie w mediach istniało i było respektowane prawo do prywatności, a botoks nie był traktowany jak codzienny makijaż.

„Ćwiartka” ułożona jest chronologicznie. Każdy rok omówiony został pod kątem ważnych premier kinowych muzycznych, teatralnych telewizyjnych, a także wydarzeń towarzyskich i medialnych. Bezcennym materiałem są okładki starych czasopism, które dają okazję do zobaczenia nie wyretuszowanych twarzy gwiazd, sprzed ery kultu młodości i operacji plastycznych. Natomiast fragmenty szczerych wywiadów dzisiejszych topowych celebrytów, gwarantują niekontrolowane ataki śmiechu i spazmy, starszym natomiast pomogą zrozumieć określenie martwica mózgu.

Książkę można czytać na różne sposoby. Połknąć w całości, bądź delektować się po kawałeczku, na wyrywki. Dla jednych będzie rodzajem pamiętnika, kalendarium, dla innych z kolei przewodnikiem, po tym, co warto obejrzeć, przeczytać, jakie zaległości kulturalne nadrobić. Każdy z pewnością, przełknie „Ćwiartkę” po swojemu. Jedną z mocniejszych stron publikacji jest niewątpliwie wątek kinowy. Widać, że to temat niezwykle bliski autorce, tu w końcu miała szansę rozwinąć skrzydła i pokazać swoją wiedzę. Osobiście liczę na to, że kolejna książka Korwin – Piotrowskiej będzie w całości poświęcona X muzie.

Wakacje to idealny czas, by wraz z „Ćwiartką” wyruszyć w podróż cudownym wehikułem czasu. Czasami będzie to niewygodna wyprawa, która zmusi do refleksji, czasami pełna przyjemności wycieczka all inclusive, z której nie będziemy chcieli wrócić. W pakiecie dostaniemy wachlarz emocji: od wzruszenia, po głośny śmiech. Możliwe, że nie wszystko nam się spodoba i ucieszymy się z możliwości rychłego powrotu „do siebie”, możliwe, ze z żalem pomyślimy to se ne vrati. Jakkolwiek warto ją odbyć, choćby po to, by docenić i ocenić to, co jest. Pani Karolino, czekamy na więcej!

Ocena: 9/10
K.Koriwn – Piotrowska, „Ćwiartka raz”, Prószyński i S – ka 2014.

piątek, 30 maja 2014

Gorąco polecam

Nazwisko Passent od lat jest gwarancją najwyższej jakości w dziennikarstwie. Daniel Passent uznawany jest za mistrza felietonu, a jego publikowane w „Polityce” teksty dla wielu są lekturą obowiązkową.

Talent po ojcu niewątpliwie odziedziczyła córka – Agata, pisząca dla „Twojego Stylu”. Osiągnięcie zawodowej pełnoletności postanowiła uczcić wydaniem zbioru felietonów pt. „Kto to Pani zrobił?”.


Jak wiadomo bycie dzieckiem znanych i utalentowanych rodziców jest błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. Agata Passent, pewnie też musiała „zmagać” się z etykietką córki Tej Osieckiej i Tego Passenta oraz opinią, że wszystko załatwili jej rodzice, co z pewnością nie ułatwiało wyboru drogi zawodowej. Każda ścieżka w tym przypadku była trudna i ryzykowna. Zarówno całkowicie odmienna profesja, jak i próba „ścigania” się z ich talentem nie miała sensu. Passent poszła w ślady rodziców, zajęła się pisaniem. Obroniła się tym, że robi to po swojemu. W ten sposób nie musi już nic nikomu udowadniać, bo odnalazła swój własny, rozpoznawalny styl i konsekwentnie się go trzyma. Jest zabawnie, ironicznie, przewrotnie, a co najważniejsze, z sensem.


Siłą tekstów zawartych w zbiorze „Kto to Pani zrobił?”, jest to, że trzymają się z dala od spraw „wielkiego świata”. Autorka jest wnikliwa obserwatorką codzienności, zachowań i relacji międzyludzkich. Jednocześnie nie brak tu refleksji na temat istotnych problemów społecznych. Felietony zostały podzielone na sześć grup: z życia Polaka, z życia warszawki, z życia kosmopolitki, z życia matki, żony i kochanki, z życia myślicielki oraz z życia mojego.

Passent interesuje się w felietonach pozornie bardzo odległymi sprawami. Zajmują ją zarówno relacje damsko – męskie, zmiany, jakie zaszły w obyczajowości, rodziny patchworkowe, program edukacji w szkołach kredyty, ale również budownictwo mieszkaniowe w Warszawie i to, że Mick Jagger spał podobno z czterema tysiącami kobiet. Autorka rysuje też Polaków portret własny, pisząc o narodowej skłonności do obrażania się, arytmetyce cierpienia i ulubionym zajęciu – narzekaniu. Nie zabrakło także wątku popkultury i tego, jak zmieniają się media. Dziennikarka o wszystkim pisze z dużą dozą ironii, dystansem, ale przede wszystkim poczuciem humoru i zrozumieniem. Passent często wygłasza dość śmiałe, a nawet kontrowersyjne opinie, z którymi można się nie zgadzać, czy polemizować. Z pewnością jednak, warto się z nimi zapoznać, choćby po to, by móc wyrobić swoją własną opinię.

Choć felietonista przekornie mówi, że nie myśli, czynność tę od wieków deleguje innym to książka „Kto to Pani zrobił, skutecznie temu twierdzeniu przeczy. Passent myśli bowiem ciekawie i wielokierunkowo. W jednym z felietonów, wyraża też tęsknotę za surowymi krytykami, narzeka na „polecaczy”, którym wszystko się podoba. Choć bardzo bym chciała spełnić Jej prośbę i się do czegoś przyczepić, to mogę jedynie do tego, że mogłaby pisać więcej, może czas pomyśleć o większej niż felieton formie? Czekam z niecierpliwością. W książce wszystko się zgadza, niestety nie pozostaje mi więc nic innego, jak napisać z przekonaniem: gorąco polecam!

Ocena: 7/10
A.Passent, „Kto to Pani zrobił?”, Wielka Litera 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera http://www.wielkalitera.pl/

poniedziałek, 5 maja 2014

Tour de mitteleuropa

W najnowszej książce pt.: „Czardasz z mangalicą”, Krzysztof Varga powraca na Węgry. Ta podróż, z jednej strony jest okazją powrotu do osobistych wspomnień autora, z drugiej próbą sportretowania współczesnego społeczeństwa węgierskiego, badaniem roli, jaką odgrywa w jego życiu historia, a także poszukiwaniem podobieństw między dwiema ojczyznami Vargi.


Pisarz odbywa już drugą literacką podróż na Węgry. Teraz jedynie kontynuuje eskapadę rozpoczętą w świetnym „Gulaszu z turula”. Można, więc stwierdzić, że wcale nie odkrywa Ameryki, raczej odwiedza stare, dobrze znane kąty. A jednak, odkrywa, chociażby, dlatego, że konsekwentnie omija centrum, stolicę, utarte szlaki. Porusza się po obrzeżach, odwiedza prowincję, miejsca, w których, jak pisze czas się nie zatrzymał, bo po prostu nigdy w nich nie istniał. W tym tkwi największa siła książki. Czytelnik sięgając po nią ma szansę poznać, jak wygląda prawdziwa codzienność Węgrów, która toczy się, poza głównym nurtem.


„Czardasz z mangalicą” rozpoczyna się osobistym wspomnieniem o ojcu i jego nie do końca zrealizowanej pasji filatelistycznej. Konieczność uporządkowania pozostałego po nim zbioru znaczków, wywołuje wspomnienia z dzieciństwa. Postać ojca autora pojawia się w wielu miejscach tekstu. Wątek ten nadaje całości nostalgiczny ton. Książka jest też niewątpliwie próbą rozrachunku z przeszłością.

Po tym akcencie wyruszamy w drogę. Zaczynamy w Miszkolcu, następnie ruszamy m.in. do Peczu, Suboticy, Szegedu, Debreczyna i oczywiście najważniejszego - Budapesztu. Do niektórych miejsc pisarz dotarł z konkretnego powodu, do innych całkiem przypadkiem, zbaczając z drogi do zamierzonego wcześniej celu. Niezależnie od tego, w jakim mieście się zanim dotarł do centrum miasta, zwiedzanie go rozpoczynał od przedmieść, gdyż jak pisze, bez nich nie ma miasta. Za każdym razem ważnymi punktami na jego mapie były również dworce kolejowe i cmentarze. Pisarz ma do nich szczególny stosunek, jako do miejsc, w których czas się zatrzymał, bądź nie istnieje. Varga pisze również, że o ile płucami każdego miasta są tereny zielone, tętnicami boczne uliczki, prowadzące do głównej, to sercem każdego węgierskiego miasta jest bazar, hala targowa.

„Węgierska kuchnia jest trwalszym fundamentem tego narodu niż chrześcijaństwo.” Trudno więc dziwić się, że jedzenie, co sugeruje już sam tytuł jest niezwykle istotnym tematem książki. Varga penetrując prowincjonalne miasteczka odwiedza niepozorne, dziwne restauracje, a czasem wręcz speluny. Autor przy wyborze potraw kieruje się pamięcią smaku i najczęściej wybiera te dania, które jadł w dzieciństwie. W zestawach tych pojawiają się: pőrkolt z galuszkami, kanapki ze sznyclami, langosz, zupa rybna, zupa gulaszowa. Królową węgierskiej kuchni jest jednak dla pisarza paprykowana słonina z mangalicą właśnie. W odwiedzanych przez Vargę przybytkach doskonale widać odporność i niechęć Węgrów do zmian. Jadłospis i wystrój niektórych lokali pozostaje niezmienny od dziesięcioleci. Kuchnia jest również terenem, który dzielnie przeciwstawia się wpływowi zachodu. Autor wysnuwa nawet teorię, że depresyjno – melancholijne usposobienie Węgrów po części może być związane z upodobaniem do ciężkiej, tłustej kuchni.

„Tylko serbskie umiłowanie klęski jest większe niż węgierskie, a węgierskie większe niż polskie, a polskie jest ogromne.”. Zdanie to doskonale oddaje, kolejny motyw przewodni książki, a jednocześnie opisuje cechę  Węgrów, którą jest zanurzenie w przeszłości i rozpamiętywanie porażek. Historia i jej rola w życiu społeczeństwa to temat, który Varga poddaje dokładnej analizie. Zwraca uwagę, że niektórzy wciąż przeżywają klęskę, jaką był traktat z Trianon, podpisany po I wojnie światowej. Poza tym jest to także państwo pełne pomników upamiętniających bohaterów przegranych bitew.

„Czardasz z mangalicą” to przede wszystkim doskonała podróż sentymentalna. Mnóstwo tu osobistych wspomnień z dzieciństwa, powrotów do ulubionych miejsc, potraw, książek i filmów. Pojawiają się również niezwykle celne spostrzeżenia o charakterze antropologiczno – socjologicznym. W tekstach panuje nostalgiczny nastrój. Varga snuje egzystencjalne refleksje na temat przemijania, starzenia się. Nie brak bolesnej konstatacji, że ocalenie od zapomnienia jest skazane na porażkę. Mimo to warto próbować i podejmować starania. Bez przeszłości teraźniejszość, bowiem, nie byłaby taka sama. Lektura obowiązkowa dla miłośników Węgier i nie tylko. Idealna również dla tych, którzy nie oszaleli na punkcie portali społecznościowych, internetu, natomiast dużo bliższy jest im świat papierowych listów i mają problem z zaakceptowaniem współczesności.

Ocena: 8/10
K.Varga, „Czardasz z mangalicą”, Wydawnictwo Czarne 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne http://czarne.com.pl/

sobota, 19 kwietnia 2014

Rozmowa zalotna

Łukasz Maciejewski stał się specjalistą od rozmów z aktorami. Po wywiadzie – rzece z Jerzym Radziwiłowiczem zatytułowanym „Wszystko jest lekko dziwne”, przyszła pora na Danutę Stenkę. Owocem tego spotkania jest niezwykle ciekawa, odbyta w przyjacielskiej atmosferze rozmowa pt.: „Flirtując z życiem”.


Danuta Stenka jest jedną z najwybitniejszych polskich aktorek. Ma na swoim koncie kilkadziesiąt ról filmowych i teatralnych. Jej osiągnięcia zawodowe długo pozostawały niezauważone. Ogromną popularność przyniosła jej rola Judyty w kinowym hicie „Nigdy w życiu”, na podstawie książki Katarzyny Grocholi. Od tego momentu cieszy się niesłabnącą sympatią widzów, którzy pokochali ją za promienny uśmiech, bezpretensjonalność, szczerość, klasę.


„Flirtując z życiem” nie jest klasycznym wywiadem. Zdecydowanie bardziej przypomina przyjacielską pogawędkę o charakterze sentymentalno – wspomnieniowym. Z drugiej strony zostały zachowane wszystkie formalne reguły, standardowe dla tego typu publikacji. Rozmowa zaczyna się od wspomnień związanych z domem rodzinnym w Gowidlinie na Kaszubach. Aktorka przywołuje z pamięci niepowtarzalne smaki i krajobrazy. Najważniejszy wśród nich jest miód z pasieki, którą prowadzili rodzice. Z wypowiedzi Stenki wyłania się obraz skromnego, ale pełnego miłości i radosnego gwaru miejsca. Taki dom, z pewnością jest solidnym fundamentem, z którego można czerpać siłę przez całe życie.

W dalszej części tekstu jest mowa o drodze do aktorstwa, początkach kariery w Szczecinie, późniejszym etapie poznańskim i najważniejszym warszawskim. W tym kontekście pojawiają się nazwiska zawodowych mentorów: Ryszarda Majora, Izabeli Cywińskiej, Macieja Prusa. Nie mogło również zabraknąć tych, dzięki którym aktorka święci triumfy teatralne obecnie: Krzysztofa Warlikowskiego, Grzegorza Jerzyny, czy Mai Kleczewskiej. Z uwagi na zainteresowania autora książki, zdecydowanie najwięcej miejsca poświęcone jest w niej właśnie teatrowi: kulisom powstawania przedstawień, sposobom pracy nad tekstem, oswajaniu stresu przed premierą i niepewności, która mimo ogromnego doświadczenia towarzyszy każdemu wyjściu na scenę. Pojawia się też wątek momentów przełomowych w karierze filmowej i telewizyjnej.

Danuta Stenka na szczęście wyznaje zasadę: mój dom, moja twierdza. W związku z tym o życiu prywatnym mówi dokładnie tyle ile powinna i nic ponadto. Nie bawi się również w magiel, nie plotkuje o koleżankach i kolegach z branży, nie ocenia ich wyborów, nie ma potrzeby wypowiadania się na każdy temat. Do uciążliwych stron popularności stara się podchodzić z dystansem, traktuje ją bardziej jako dobrodziejstwo niż przekleństwo. Ma świadomość upływu czasu i choć wolałaby być młodsza, przyjmuje go z godnością. Nie wyklucza przy tym skorzystania w przyszłości z zabiegów medycyny estetycznej. Ideał? Nic podobnego. Każdy zawód, aktorstwo w szczególności ma swoją cenę. Tą ceną dla aktorki jest niewątpliwie krytyczny stosunek i brak wiary w siebie, niska samoocena, a także depresja, której doświadczyła. Przyznała się do niej otwarcie, czym zyskała jeszcze większy szacunek i uznanie widzów. Co ważne, nie ma przy okazji chęci moralizowania, nie twierdzi, że teraz już znalazła odpowiedź na pytanie, jak żyć? Nie wypisuje gotowych recept. Wręcz przeciwnie. Ciągle szuka, jest w drodze.

Lektura „Flirtując z życiem”, potwierdza, że sympatia, którą od lat obdarzana jest aktorka jest jak najbardziej uzasadniona. Stenka w rozmowie z Maciejewskim, rysuje się czytelnikowi jako osoba autentyczna spontaniczna, wrażliwa, z poczuciem humoru, ale również jasno określonym kodeksem i rzadkimi, w tej profesji cechami charakteru: lojalnością, słownością. Wizerunek z książki jest w pełni zgodny z tym, co widzimy na ekranie w telewizji, czy czytamy w prasie. Jedyny żal, jaki pozostaje, to ten, że w polskim środowisku filmowym jest niewiele postaci o równie barwnej i mocnej osobowości, a na polskim rynku wydawniczym jest wciąż za mało tak przemyślanych, mądrych, interesujących rozmów, jak ta Łukasza Maciejewskiego z Danutą Stenką.

Ocena: 7/10
„Flirtując z życiem”, Danuta Stenka w rozmowie z Łukaszem Maciejewskim, Wydawnictwo Znak Litera Nova 2013.



poniedziałek, 31 marca 2014

(Po) Szczególni

Pierwsza książka Pauliny Wilk pt.: „Lalki w ogniu” była okazją do odbycia niezwykłej podróży po Indiach, druga: „Znaki szczególne” jest z kolei podróżą sentymentalną do czasów dorastania w okresie transformacji ustrojowej. 

Zastosowana przez autorkę narracja, obserwacje i diagnozy społeczne, sprawiają, że przez niektórych już teraz uznawana jest za głos pokolenia. Kwestią do dyskusji pozostaje, czy nie jest to etykietka przypięta na wyrost?


Autorka dorastała w bloku z wielkiej płyty na osiedlu wojskowym, położonym za torami kolejowymi. Tam właśnie przebiegała pierwsza linia podziału, gdyż po drugiej stronie znajdowało się osiedle domków jednorodzinnych, na którym „wojskowi” nie byli mile widziani. Podobnie, jak większość dzieci w schyłkowym okresie PRL – u wolny czas, wraz z rówieśnikami spędzała na podwórku. Zestaw rozrywek również był taki sam dla wszystkich, należały do nich: piaskownica, wiszenie na trzepaku, gry w gumę, klasy, kapsle, a przede wszystkim rzucanie monet na tory kolejowe. Obowiązkowym punktem niedzieli była wizyta w cukierni. Wieczorami wszyscy oglądali w telewizji tę samą dobranockę i jednakowo tęsknili za smakiem bananów, gum do żucia, czy kolorowych cukierków. Ta swoista równość i poczucie braku, sprawiała, że między ludźmi tworzyły się mocne, trwałe więzi.


Cezurą dla tego ustalonego, dobrze znanego porządku był 1989 rok. Pierwsze wolne wybory, idące za nimi zmiany polityczno – ekonomiczne wywróciły stosunki społeczne do góry nogami. W sklepach pojawiła się niespotykana dotąd mnogość towarów i, jak pisze Wilk „a my staliśmy się tym, co mogą kupić nam rodzice”. W odstawkę poszły czarno – białe telewizory i magnetofony kasetowe Kasprzak. Zostały zastąpione przez stale pojawiające się na rynku nowinki technologiczne. Dorośli stanęli do wyścigu o zajęcie, jak najlepszego miejsca w nowej rzeczywistości. Jak w każdych zawodach bywa niektórzy, nieumiejący przystosować się do nowych zasad zostali daleko w tyle lub odpadli w przedbiegach, nie stając nawet do walki.

Wydawało się, że zdawanie egzaminu dojrzałości i wybieranie zawodu w czasach rodzącego się kapitalizmu było sytuacją wprost wymarzoną. Przedstawiciele pokolenia transformacji mogli się poczuć wybrańcami losu, biorąc udział w tworzeniu nowej rzeczywistości. Firmy powstawały „na pniu”, wystarczyło znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie, ciężko pracować i nieustannie zdobywać wiedzę, a można było liczyć na odniesienie sukcesu w swojej dziedzinie. Bardzo szybko okazało się jednak, że droga na szczyt jest długa, żmudna i kręta. Konkurencja nie śpi, a przy wejściu panuje już spory tłok.

Kolejnym momentem przełomowym było oczywiście wejście Polski do Unii Europejskiej. Otwarcie granic, tanie linie lotnicze, dały niespotykaną dotąd swobodę przemieszczania się. W końcu mogliśmy zaspokoić „głód świata”. Rzeczywistość nabrała barw. Poczucie bezpieczeństwa sprawiło, że rozpędziliśmy się w konsumpcjonizmie Stale rosnące potrzeby, życie na kredyt i często ponad stan, stało się normą.

„Znaki szczególne” nastręczają pewnych trudności w ocenie. Wilk świetnie, z imponującą pamięcią szczegółu odtwarza atmosferę blokowisk schyłku PRL – u. Udało się jej również uchwycić i trafnie opisać uczucie bycia pomiędzy starym a nowym i wynikający z niego brak zakorzenienia. Całość ma bardzo osobisty, autobiograficzny ton. Pojawiają się tu również celne obserwacje zmian w stosunkach społecznych, jakie zaszły w ciągu ostatniego ćwierćwiecza.

Tym, co drażni w książce jest nachalne używanie w narracji zaimka my. Autorka rości sobie prawo do bycia głosem pokolenia. Nadmierne stosowanie tej formy niejako zmusza czytelnika do identyfikacji z przeżyciami i opiniami autorki, które przecież nie były udziałem wszystkich. Traktowanie tej publikacji w ten sposób wydaje się być mocno na wyrost. Ponadto opisywane przez nią następstwa przemian: globalizacja, konsumpcjonizm, rewolucja technologiczna, różnice ekonomiczne, wykluczenie społeczne, zanik więzi, dewaluacja pojęć zostały już wielokrotnie zauważone i opisane. Niektóre stwierdzenia trącą banałem. W tym sensie publikacja nie wnosi nic nowego do debaty publicznej.

„Znaki szczególne” portretują pokolenie urodzone w okresie transformacji. Jest to jednak bardzo jednowymiarowy obraz. Do kompletności, zabrakło użycia wielu barw i przedstawienia różnych punktów widzenia.

Ocena: 7/10
P.Wilk, „Znaki szczególne”, Wydawnictwo Literackie 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl


środa, 19 marca 2014

Przy mikrofonie

Krzysztof Materna powszechnie jest kojarzony przede wszystkim z zawodowego duetu, który swego czasu tworzył wraz z Wojciechem Mannem. Książka: „Przed Państwem Krzysztof Materna (dla przyjaciół Siostra Irena) pokazuje, że jego indywidualna biografia zawodowa jest równie barwna i pełna zabawnych przygód.


Po ogromnym sukcesie autobiografii Wojciecha Manna pt. „Rockmann”, wydawnictwo Znak odkryło potencjał przygodowy oraz talent pisarski duetu M&M i postanowiło wycisnąć go, jak cytrynę. Książka Materny, wydaje się zamykać serię, w której poza „Rockmannem ukazały się także, napisane wspólnie „Podróże małe i duże” i specyficzne, zrozumiałe dla dość wąskiej grupy „Kroniki wariata z kraju i ze świata” Wojciecha Manna.


W swojej książce Materna opisuje przede wszystkim meandry swojej drogi zawodowej. Bardziej prywatny charakter ma rozdział o fascynacji piłką nożną oraz część, w której Materna wspomina ważne dla siebie zawodowo i prywatnie osoby. W tych zapisach pojawiają się m.in. Jerzy Gruza, Magda Umer, Krystyna Janda i oczywiście Wojciech Mann.

Kariera autora rozpoczęła się dość typowo, od szkolnych konkursów recytatorskich. Odniesione tam sukcesy umocowały decyzję o zdawaniu do Szkoły Teatralnej w Krakowie. Działalność w ruchu studenckim: prowadzenie Festiwalu Piosenki Studenckiej, organizowanie FAMY, aktywność kabaretowa, doprowadziły go z kolei do ścieżki konferansjerskiej. Najważniejszym wydarzeniem tamtego etapu niewątpliwie było prowadzenie koncertów Czesława Niemena. Materna twierdzi, że właśnie podczas nich doskonale opanował sztukę panowania nad publicznością.

Równie ciekawym okresem w biografii Materny jest pobyt w jednostce wojskowej w Trzebiatowie, gdzie poza obowiązkami wynikającymi z pełnienia służby, założył teatr poezji, był szefem grupy śpiewającej, która przygotowywała kompanię do występu na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu, a przede wszystkim zorganizował w jednostce koncert Czesława Niemena, który okazał się dużym sukcesem i podniósł notowania Materny u dowódców i kolegów.

W książce zawarte zostały również wrażenia z najważniejszych dla autora koncertów, zakulisowe przygody i smaczki związane z prowadzeniem festiwali w Opolu i Sopocie. Dużą część zajmuje opis telewizyjnej kuchni, którą autor poznał dogłębnie, przygotowując, wraz z Wojciechem Mannem różne projekty m.in.: „Za chwilę dalszy ciąg programu’, czy „MDM”. Było ich tyle, że nie sposób opisać tu wszystkie. Zresztą byłoby to zbędne odbieranie przyjemności czytelnikom. Mogę jedynie zapewnić, że w czasie lektury nie będziecie narzekać na brak śmiechu.

Wspomnienia Materny są napisane w charakterystycznym dla niego stylu. Jest więc ironicznie, sarkastycznie, zabawnie. O ważnych osobach spotkanych na drodze zawodowej autor pisze z szacunkiem, czułością, sentymentem. Satyryk nie ma potrzeby obrażania swoich oponentów i nawet w porażkach, stara się znaleźć dobrą stronę. Lektura tekstu jest niczym niezakłóconą przyjemnością. W starszych wzbudzi nostalgię, dla młodszych będzie okazją do odbycia fascynującej podróży wehikułem czasu.

Ocena: 6/10
K.Materna, „Przed państwem Krzysztof Materna (dla przyjaciół Siostra Irena). Przygody z życia wzięte.”



środa, 5 marca 2014

Dynastia

Każdy z nas od czasu do czasu, lubi przeczytać opowieść o pięknych, bogatych, wpływowych ludziach, którzy odnieśli światowy sukces. „Historia rodziny, która stworzyła Maybelline” bez wątpienia do takich należy, choć ma niewiele wspólnego z bajką, o szczęśliwym zakończeniu.


Publikacje odsłaniające kulisy powstania i funkcjonowania koncernów kosmetycznych i odzieżowych są ostatnio bardzo popularne. Z reguły służą ociepleniu wizerunku firmy, a także przywiązaniu klientów do konkretnej marki, poprzez wytworzenie swego rodzaju więzi emocjonalnej. Po Maxfactorze, Zarze i Pradzie, przyszła kolej na Maybelline. Autorkami książki są Sherrie Williams i Bettie Youngs. W notce prasowej czytamy, że książka jest oparta na materiałach gromadzonych przez Sherrie Williams przez trzydzieści lat.


Kosmetyki Maybelline są obecnie jednymi z najpopularniejszych na świecie. Prawie każda kobieta miała do czynienia z produktami tej firmy. Ten sukces nie zrodził się jednak z dnia na dzień. Stoi za nim olbrzymia praca, determinacja i wizjonerstwo jej właściciela - Toma Williamsa oraz jego współpracowników, bez których, działania na szeroką skalę byłyby niemożliwe. Podobnie, jak w wielu innych wypadkach i tutaj sprawdziło się powiedzenie: „potrzeba matką wynalazku”. Na pomysł stworzenia produktu, w przyszłości znanego jako tusz do rzęs Tom Williams wpada, gdy jego siostra Mabel podczas gotowania niefortunnie przypala sobie rzęsy i brwi. Aby odzyskać atuty kobiecości postanawia sięgnąć po specjalną miksturę, którą odmalowuje brakującą oprawę oczu. Efekt, który uzyskuje dzięki zabiegowi zachwyca Toma Williamsa. Ten pozornie błahy moment można uznać za początek przyszłego imperium kosmetycznego rodziny Williams.

Jednak, zanim Tom odkrył tę kurę znoszącą złote jajka, przeszedł długą, trudną drogę. Kilka jego pomysłów biznesowych okazało się niewypałem, zostawał bankrutem i musiał zaczynać od początku. Książka opisuje początki i rozwój koncernu do lat 70. XX wieku. Firma Maybelline, z Tomem Williamsem na czele podjęła wiele nowatorskich, innowacyjnych działań w zakresie reklamy, marketingu i sprzedaży produktów. To oni, jako pierwsi zatrudnili gwiazdy filmowe do reklam, rozumiejąc ścisłe powiązanie handlu z show – biznesem. Również, jako pierwsi zastosowali technikolor i retusz w kampaniach. Członkowie klanu zrewolucjonizowali także sposób sprzedaży, m.in.: umieszczając kosmetyki na stojakach ustawionych przy kasie. Wszystkie te działania sprawiły, że Maybelline w krótkim czasie, stała się liderem rynku, wyprzedzając o lata świetlne konkurencję. Wizjonerskie rozwiązania wprowadzone przez Williamsów na trwałe zmieniły branżę reklamową. Zmiany te, oczywiście musiały nadążać za stale zmieniającymi się warunkami ekonomiczno – społecznymi. Firma radziła sobie dobrze zarówno w trudnych wojennych czasach, jak i w okresie rewolucji obyczajowej lat 60.

Od początku dla Toma Williamsa najważniejsza była rodzina. Przedsiębiorstwo, które stworzył miało właśnie taki charakter. Zostali w nim zatrudnieni wszyscy członkowie familii na czele z synem, całym rodzeństwem oraz bliskimi przyjaciółmi, którzy z czasem byli traktowani, jak rodzina. Taki układ z jednej strony dawał poczucie biznesowego bezpieczeństwa, z drugiej jednak stwarzało wiele problemów. Do Williamsów bowiem idealnie pasuje powiedzenie, że z rodziną dobrze wychodzi się jedynie na zdjęciu.

„Historia rodziny, która stworzyła Maybelline” to przede wszystkim dobrze napisana, wciągająca powieść obyczajowa. Przeplatają się tu miłość, namiętność, zazdrość, nienawiść, wielkie wzloty i bolesne upadki, zdrady, konflikty i rodzinne dramaty. Intensywność zdarzeń i zwroty akcji sprawiają, że książkę czyta się, jak papierową wersję „Mody na sukces” lub „Dynastii”. Evelyn, żona Prestona Williamsa, niczym serialowa Alexis kradnie całe show i wyrasta na główną bohaterkę dramatu. Oczywiście są tu również opisane dzieje i etapy rozwoju firmy, ale są one tylko barwnym tłem dla skomplikowanych relacji rodzinnych.

Z lektury płyną wnioski, o różnym zabarwieniu. Z jednej strony pozytywne: Wszystko jest możliwe, warto marzyć, ciężko pracować i nigdy się nie poddawać, a możemy osiągnąć wszystko, co tylko chcemy. Z drugiej potwierdzają starą prawdę, o tym, że pieniądze szczęścia nie dają. Bezpieczeństwo materialne i największe nawet sukcesy są niewiele warte, bez fundamentów w postaci rodziny i dobrych relacji z otoczeniem. Zawsze warto mieć je na uwadze w pierwszej kolejności.

Ocena: 7/10
S.Williams, B.Youngs, „Historia rodziny, która stworzyła Maybelline”, Wydawnictwo Muza 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Muza http://muza.com.pl/