środa, 5 listopada 2014

Diabeł niestraszny

Iran znany z przekazów medialnych, jawi się jako fundamentalistyczne, zamknięte państwo, w którym notorycznie łamane są prawa człowieka. Artur Orzech w książce „Wiza do Iranu”, postanowił pokazać szerzej nieznaną, „ludzką” twarz tego kraju – niezwykle barwnego, pełnego życzliwych, gościnnych ludzi. Lektura pozwala przekonać się, czy tytuł naczelnego medialnego „straszaka”, faktycznie jest w pełni zasłużony?


Autor znany jest bardziej jako dziennikarz muzyczny, konferansjer – prowadzący wielu festiwali i imprez muzycznych. Niewielu pamięta, że z wykształcenia jest iranistą, mającym za sobą wieloletnią pracę naukową i doświadczenie zawodowe w tym zakresie. Iran jest dla Orzecha fascynujący także z prywatnego punktu widzenia, co wyraźnie widać w osobistym, subiektywnym tonie całego tekstu.


Nie da się pisać o Iranie unikając tematów historii i polityki, dlatego też Orzech rozpoczyna wspólną podróż z czytelnikami od nakreślenia początków państwa i przedstawienia najważniejszych faktów, w jego skomplikowanej historii. Pomijając te fragmenty nie będziemy w stanie w pełni zrozumieć obecnej sytuacji politycznej kraju. Orzech sporo uwagi poświęca niejednorodności etnicznej oraz zawiłościom języka.

Dziennikarz poznaje nieoficjalne oblicze kraju w dużej mierze dzięki swobodnej komunikacji z jego mieszkańcami. Nie boi się zbaczać z utartych, mocno uczęszczanych szlaków i zaglądać w ciemne zaułki. Podróżuje lokalnymi drogami, w miejscowych autobusach, których standard znacząco odbiega od znanego w Europie. Jak sam pisze, nie da się odkryć prawdziwego Iranu, bez wizyty w czyimś domu i zaprzyjaźnieniu się z członkami rodziny. Orzech przez lata zaprzyjaźnił się i utrzymuje bliskie kontakty z wieloma Irańczykami. Dzięki temu jego relacje mają walor autentyczności.

Iran jest państwem mocno hermetycznym o rygorystycznym prawie, religii i polityce, które ingerują we wszystkie sfery życia mieszkańców. Znaczna część książki jest poświęcona miejscu i roli kobiet i mężczyzn oraz ograniczeniom obyczajowym, którym musi podporządkować się społeczeństwo. Autor śledzi ewolucje poglądów, która dokonała się na przestrzeni lat. Wszelkie zakazy powodują oczywiście bunt i próby ich ominięcia. Te są podejmowane często i chętnie zwłaszcza przez młode pokolenie.

Orzech mierzy się też z medialnymi stereotypami, sprawdza, na ile Iran rzeczywiście jest państwem zamkniętym i, jaką rolę odgrywa w tej sytuacji internet i nowe technologie. Przede wszystkim pokazuje go jednak jako kraj wielu wybitnych uczonych, poetów i pisarzy. Na każdym kroku podkreśla rolę literatury, poezji, sportu w życiu Irańczyków. Ważnym czynnikiem spajającym i budującym relacje jest pełna różnorodnych wpływów kuchnia. Jest to też kraj o bogatej tradycji obchodzenia licznych świąt, które zostały barwnie opisane przez dziennikarza.

W przerwach między rozdziałami autor pisze o swoich perypetiach związanych ze zdobyciem tytułowej wizy do Iranu. W praktyce okazało się to dużo trudniejsze i bardziej skomplikowane formalnie niż otrzymanie wizy do Stanów Zjednoczonych.

Nie jestem pewna, czy po przeczytaniu „Wizy do Iranu” ktoś zechce podjąć trud obrania właśnie takiego kierunku podróży. Nie wiem też, czy lektura przekona zatwardziałych sceptyków Iranu. Pewnie jest na to zbyt powierzchowna i z powodu ograniczeń formalnych narzuconych przez wydawcę za krótka. Z całą pewnością jednak będzie to interesujące wycieczka, dla tych ciekawych świata, otwartych, którzy na co dzień z różnych względów nie mają możliwości odbywania dalekich podróży. Warto ją odbyć, choćby po to, by poznać inny punkt widzenia, poszerzyć horyzonty i  zobaczyć z bliska drugą stronę medalu, o której rzadko słyszymy w mediach.

Ocena: 6/10
A.Orzech, „Wiza do Iranu”, Wydawnictwo Wielka Litera 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera http://www.wielkalitera.pl/

niedziela, 26 października 2014

Zakazany owoc

Krótka historia książek zakazanych” Wernera Fulda, z jednej strony idealnie wpisuje się w popularny nurt „książek o książkach”, z drugiej pokazuje, że nie jest to dziedzina statyczna, w której nie zdarzyło się nic, od czasu wynalezienia druku.


Kolejna książka o książkach początkowo nie wzbudziła mojego entuzjazmu. Wydawało mi się, że wszystko w temacie zostało już powiedziane, przysłowiowe odkrycie Ameryki jest niemożliwe, szkoda więc czasu na lekturę. Ostatecznie do sięgnięcia po nią, przekonał mnie jednak zakres tematu, którym zajął się autor. Otóż Fuld pisze o książkach zakazanych, pokazując tym samym, że historia literatury w dużej mierze jest historią zakazów, ściśle związaną z polityką, religią i społeczeństwem.


W pierwszym rozdziale zostały omówione ciekawe przypadki autocenzury. Możemy przeczytać m.in., jak Kafka, Wergiliusz, Nabokov, Proust i wielu innych próbowali zapobiec temu, by ich dzieła ujrzały światło dzienne. Postępowali tak z różnych powodów: jedni z przekonania o niedoskonałości własnych utworów, inni z przyczyn obyczajowych.

W dalszej części Fuld pisze o różnych rodzajach cenzury stosowanych przez władców i polityków, od cesarza Augusta, który ukarał Owidiusza dożywotnim wypędzeniem z Rzymu począwszy na Hitlerze skończywszy. Autor przytacza wiele faktów historycznych, dat i ciekawostek. Najczęstszym i jednocześnie najbardziej widowiskowym sposobem pozbycia się książek było ich palenie. Płonące stosy pełniły rolę „pouczającej” rozrywki dla ludu.

Niezwykle ważną rolę w historii książek zakazanych odegrał kościół. Oczytanie społeczeństwa sprzyjało myśleniu, a co za tym idzie podważaniu prawd głoszonych z ambony. W sposób oczywisty było więc sprzeczne z interesem hierarchów. Dlatego też duszpasterze i ich zwierzchnicy podejmowali różnorodne działania mające na celu ograniczenie dostępu i pozbycie się niewygodnych dzieł. Podstawowym narzędziem w walce z „papierowym wrogiem” było tworzenie indeksów ksiąg zakazanych i regularne uzupełnianie ich o nowe tytuły.

Historia książki i dzieł zakazanych jest również historią bibliotek. Ich funkcja zmieniała się nieco na przestrzeni wieków. W starożytności i średniowieczu często były niszczone. W późniejszym czasie stały się swego rodzaju więzieniem dla nieprawomyślnych tytułów.

Nie od dziś wiadomo, że zakazany owoc kusi najbardziej. Szybko okazało się więc, że działania polityków i kościoła nie przynoszą spodziewanego rezultatu, wywołują wręcz odwrotny skutek – książki zakazane budziły ciekawość już przez sam fakt znalezienia się na indeksie, niekoniecznie dlatego, że były szczególnie wartościowe. O wielu z nich nigdy byśmy nie słyszeli, gdyby nie to, ze zostały zakazane. Prześcigano się wymyślaniu sposobów ominięcia cenzury i uzyskania dostępu do pożądanych tomów. Pomysłowość ludzka nie zna granic, niekiedy więc były to niezwykle oryginalne działania. Temu zagadnieniu autor również poświęca sporo uwagi. Jeśli uważacie, że obecnie mamy pełną wolność słowa, a cenzura przestała istnieć dawno temu, koniecznie sięgnijcie po tę książkę, a przekonacie się, w jak dużym jesteście błędzie.

„Krótką historię książek zakazanych” można uznać za literaturę popularno – naukową. Fuld wykorzystał bogaty materiał źródłowy, co niewątpliwie podnosi wartość książki. Oczywiście z uwagi na ograniczenia objętościowe jest to jedynie zarys szerokiego zagadnienia, jakim jest historia książki. Dla osób niezorientowanych w temacie będzie to ciekawa lektura, która pozwoli odkryć, jak fascynująca, złożona i pełna zagadek jest ta dziedzina nauki. Dla osób zawodowo związanych z literaturą, będzie to jedynie powtórka z rozrywki, bądź okazja do odświeżenia sobie pamięci.

Ocena: 6/10

W. Fuld, „Krótka historia książek zakazanych”, Wydawnictwo Muza SA 2014.
*Dziękuję Wydawnictwu Muza SA http://muza.com.pl/ za przekazanie egzemplarza do recenzji

niedziela, 5 października 2014

Szczypta smaku

Obecnie doświadczamy jesieni w pięknym – słonecznym i ciepłym wydaniu. Oby trwała w nim jak najdłużej. Specyfika naszego klimatu każe już jednak powoli przygotowywać się na dużo chłodniejsze, słotne i ponure dni. W tym czasie często zdarza nam się marzyć o egzotycznych podróżach do ciepłych krajów. Tym, którzy z różnych względów nie mogą od razu zrealizować swojej wizji, z pomocą przychodzi, niezawodna pod tym względem seria Dolce Vita wydawnictwa Czarne. Książka „Kropla oliwy”, zabiera nas na Sycylię i z pewnością zaspokoi również apetyty kulinarnych maniaków.


Autorką wspomnień jest Simonetta Agnello Hornby – sycylijska pisarka, prawniczka z wyksztalcenia. Ma na swoim koncie kilka bestsellerowych powieści i książek kulinarnych, poświęconych kuchni włoskiej. Pierwszym pomysłem autorki było, by wydać w formie książki przepisy na desery, zapisywane przez jej babcię, Marię Z czasem postanowiła jednak do przepisów dodać garść rodzinnych wspomnień, tak by, jak sama pisze przywrócić do życia kulturę domowego stołu rodziny Agnellów.


„Kropla oliwy” jest przede wszystkim opowieścią o wakacjach spędzanych w wiejskim domu rodziny w Mosè. Wyjazd z Agrigento poprzedzały kilkumiesięczne, rozpoczynające się tuż po przygotowania. Polegały one główne na zaopatrywaniu się w różnego rodzaju zapasy m.in. środki czystości, żywność. Poza rodziną autorki – młodszą siostrą Chiarą i rodzicami do posiadłości udawała się także liczna służba – nianie, pokojówki, kucharki i oczywiście kierowca. Do Mosè na czas letni przyjeżdżali też pozostali krewni: ciotki, liczni kuzyni, dziadkowie oraz przyjaciele familii.

Pobyt na wsi wiązał się z całkowicie odmiennymi od miejskich rytuałami i tradycjami, a także różnym rytmem dnia. Podstawową zasadą było jedzenie tego samego, co miejscowi chłopi, czyli produktów rosnących i dostępnych na miejscu. W ten sposób wycieczki do miasta były ograniczane do minimum. Dzieci spędzały większość czasu na świeżym powietrzu i cieszyły swobodą.

Przygotowywanie i spożywanie posiłków było ważnym elementem spajającym rodzinę. Każdy z nich odpowiednio celebrowano. Częste biesiady były okazją do wspólnego spędzenia czasu, niekończących się rozmów i rozrywki. Spożywano proste posiłki z sezonowych składników: pomidorów, bakłażanów, papryki, ogórków, cukinii. W codziennym menu były m.in. makaron przyrządzany z różnorodnymi sosami, szaszłyki z sera i sardeli, czy rolada z tuńczyka z ziemniakami i kaparami. Na śniadania podawano sery owcze, z kolei na kolację jajka w różnej postaci Właściwie żadne danie nie mogło obyć się bez tytułowej kropli oliwy.

Każdy z członków rodziny miał swoje kuchenne zadania. Mama autorki, wraz ze swoją siostrą zajmowała się pieczeniem ciasteczek na popołudniowy deser, dzieci zbierały rumianek, natomiast ojciec dbał o dostawę lodów. Na co dzień kuchnią rządziła jednak niepodzielnie babka autorki od strony ojca. Z jedzeniem związane były również coroczne rytuały. Wśród nich najważniejszym było wspólne wypiekanie chleba. Brały w nim udział wszystkie miejscowe kobiety, a każda miała ściśle określone zadanie. Ważnymi wydarzeniami w letnim harmonogramie były zbiór oliwek oraz migdałów. Ten ostatni zawsze kończył się huczną imprezą, w której główna rola przypadała zbieraczkom migdałów.

W książce obok wspomnień, autorka zamieściła kilkanaście przepisów, zapamiętanych właśnie z  kuchni domowej. Pojawiają się tu m.in. receptury na cukinie smażone z czosnkiem, miętą, cukrem i octem, zupę inglese, jaja po rzymsku, caponatę z bakłażanów. Są również desery, wśród nich: mus arbuzowy, crostata ze świeżych owoców i budyń z konfiturą pigwową.

„Kroplą oliwy” autorka oddaje hołd wielopokoleniowej rodzinie. Lektura jest okazją do zatrzymania się na chwilę w codziennym pędzie i powrotu do własnych smaków dzieciństwa. Wspomnienia Hornby są kolejnym potwierdzeniem tego, że w życiu najważniejsze jest budowanie więzi i czas spędzony wspólnie z bliskimi, największa wartość tkwi natomiast w prostych przyjemnościach i niewyszukanych smakach. Wydaje się oczywiste i banalne, jednak zbyt często o tym zapominamy.

Ocena 6/10
S.Hornby „ Kropla oliwy. Moje sycylijskie wakacje”. Wydawnictwo Czarne 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne http://czarne.com.pl/

wtorek, 30 września 2014

Niedźwiedź, od początku.

W ostatnich latach wielu dziennikarzy postanowiło zostać również autorami książek. Mnogość tego rodzaju publikacji sprawia, że do każdej kolejnej „nowości” tego rodzaju, podchodzę z dużym sceptycyzmem. 

Jednym z nielicznych wyjątków jest Marek Niedźwiecki. Jego drugą książkę „Radiota”, czyta się z taką samą przyjemnością i zainteresowaniem jak poprzednią.


Pojawienie się tej książki na rynku było sporym zaskoczeniem. Przez niektórych może zostać odebrane jako brak konsekwencji. Dziennikarz słynący do tej pory z ochrony prywatności, jak najbardziej stroniący od wszelkiego rodzaju „zwierzeń”, zdecydował się na  publikację w osobistym tonie? On sam tłumaczy ten fakt kompletnym brakiem asertywności i usilnymi namowami wydawcy, którym w związku z tym uległ. Takie wyjaśnienia można uznać za wiarygodne. Lektura książki dowodzi bowiem, że autor nie postradał zmysłów, pisze dokładnie, tyle ile chce, a to, co miało pozostać prywatne takim pozostaje. Taki zarzut w tym wypadku jest więc nieco na wyrost.


„Radiota” w założeniu miała być kontynuacją i poszerzeniem treści zawartych w „Nie wierzę w życie pozaradiowe”. Tak też w istocie jest. Opowieść zaczyna się tradycyjnie, opisem dzieciństwa spędzonego przez Niedźwieckiego w Szadku – małej miejscowości nieopodal Zduńskiej Woli. Jak sam mówi żyło się tam od Festiwalu w Opolu do Festiwalu w Sopocie i od Wyścigu Pokoju do Wyścigu Pokoju. Przy okazji pojawiają się również historie związane z rodzicami: matką – nauczycielką i ojcem – rzeźnikiem oraz trojgiem rodzeństwa.

Głównym tematem książki jest jednak muzyka i radio. Niedźwiecki, na każdym kroku podkreśla ważność pasji, która towarzyszy mu od lat szkolnych. Wszystko zaczęło się od lekcji gry na akordeonie, listy przebojów Studia Rytm i słuchania bigbitu w radiu marki Eroica. Dziennikarz bardzo szybko wiedział też, że jego przyszłym miejscem pracy będzie radio. W związku z tymi planami ćwiczył dykcję i głoś m.in., biorąc udział w szkolnych konkursach recytatorskich. Konsekwencja, z jaką Niedźwiecki dążył do osiągnięcia celu, budzi podziw. Swoją zawodową przygodę rozpoczął w studenckim radiu Żak, następnie było Radio Łódź, wreszcie w trudnym historycznie momencie – tuż po rozpoczęciu stanu wojennego, spełniło się jego marzenie i trafił do radiowej Trójki.

Sporo uwagi autor poświęca Australii. Ten kontynent zachwycił autora w połowie lat 90., podczas pierwszej wizyty. Od tego czasu jest to jego miejsce „ucieczek od świata”, które odwiedza regularnie. Dowiadujemy się też, że pierwszym pomysłem Niedźwieckiego było, by książka w całości dotyczyła jego australijskich przygód. Niestety wydawca nie przychylił się do tej wizji i wątek ten został podany jedynie w bardzo okrojonej wersji. Wydaje mi się, że warto wrócić do tej idei, bo tkwi w niej duży potencjał i wbrew przypuszczeniom wydawców, taka publikacja cieszyłaby się dużym zainteresowaniem odbiorców.

Jest też odrobina narzekania na współczesny medialny świat, zwłaszcza szybkość przekazu i miałkość podawanych informacji, które powodują stałe obniżanie poziomu audycji. Niestety  momentami występują powtórzenia informacji, które można było przeczytać w pierwszej części wspomnień. Rekompensuje to ujmująca szczerość i prostota, z jaką radiowiec pisze o swoim zgodnym związku z samotnością z wyboru i byciu życiowym fafułą. Autor dotyka też bolesnych tematów, wspominając moment odejścia z Trójki, nie unika poważnego tonu, mówiąc o problemach współczesności, czy swojej definicji patriotyzmu.

„Radiota” to książka o konsekwentnym dążeniu do celu, pasji i szczęściu płynącym z całkowitego zawodowego spełnienia, o zachowaniu normalności w zwariowanym świecie, o byciu w zgodzie ze sobą i zawsze pod prąd obowiązującym „trendom”. Chcecie zrozumieć, dlaczego dla wielu Niedźwiedź jest żywą legendą, człowiekiem – instytucją i chodzącą, muzyczną encyklopedią? Koniecznie przeczytajcie tę książkę

Ocena: 7/10
M.Niedźwiecki, „Radiota czyli skąd się biorą Niedźwiedzi”, Wielka Litera 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Wielka Litera http://www.wielkalitera.pl/

sobota, 21 czerwca 2014

Bombowa ćwiartka

Karolina Korwin – Piotrowska „wdarła” się na polski rynek wydawniczy bestsellerową „Bombą”. Wybuch był potężny i pozostawił ofiary w postaci celebrytów, którym autorka bezpardonowo wytknęła brak talentu i nieróbstwo. 

Po drugiej książce Piotrowskiej wielu spodziewało się kontynuacji szołbiznesowego alfabetu. Tymczasem ona po raz kolejny zagrała wszystkim na…nerwach i odważnie poszła krok dalej. 

„Ćwiartka raz” jest podsumowaniem ostatniego dwudziestopięciolecia w mediach i kulturze.


Dziennikarka słynie z ciętego języka i ostrych sądów, które prezentuje m.in. w programie „Magiel Towarzyski” i felietonach pisanych w prasie. Własne zdanie i umiejętność argumentowania przysporzyły jej wielu wrogów w środowisku zblazowanych gwiazd, które notorycznie zarzucają jej bezczelność i zarozumiałość. „Ćwiartka raz” w jakimś sensie potwierdza ich opinię. Jest to bowiem bezczelnie dobra książka. O mrówczej pracy wykonanej przy jej powstaniu, świadczy nie tylko imponująca objętość (788 stron). Korwin – Piotrowska utarła nosa wszystkim tym, którzy przedwcześnie umieścili ją w szufladce „Pani od ploteczek”. Zawartość „Ćwiartki” pokazuje, że niewielu dorównuje dziennikarce poziomem rozeznania w kulturze, popkulturze i mechanizmach funkcjonowania współczesnych mediów.


Sama autorka, pisze we wstępie, że „Ćwiartka” nie aspiruje do roli encyklopedii. Książka jest napisana niezobowiązującym językiem, z mnóstwem anegdot, dygresji i osobistych refleksji. Choć nie jest dziełem naukowym, spokojnie może pełnić rolę leksykonu popkultury. Ponadto ma bezsprzeczną wartość edukacyjną, zwłaszcza dla młodszego pokolenia, które z powodzeniem może traktować „Ćwiartkę”, jak podręcznik do historii kultury masowej i mediów w Polsce.

Jak już wspominałam „Ćwiartka” ma imponującą objętość, krótko mówiąc jest klasyczną cegłą. Na pierwszy rzut oka może przerazić i odstraszyć mniej odpornych i zdeterminowanych czytelników. Nie lękajcie się jednak, śmiało sięgnijcie po lekturę, a z pewnością nie pożałujecie. Czas spędzony na czytaniu upłynie w oka mgnieniu, a po skończeniu książki zawyjecie tęsknie do księżyca: jeszcze, jeszcze.

Siła „Ćwiartki” tkwi w tym, że jest to książka, która łączy pokolenia. Zdecydowanie największą frajdę sprawi pokoleniu trzydziestolatków i ich rodzicom, którzy pamiętają moment, gdy w TV z pewną taką nieśmiałością pojawiła się reklama podpasek, dźwignią handlu było turystyczne łóżko ustawione na bazarze, a polskie kino miało twarz Bogusia Lindy. W zależności od wieku, z odrobiną wzruszenia, bądź szerokim uśmiechem, można przypomnieć sobie czasy, gdy wszyscy używali mydełka Fa i marzyli o majteczkach w kropeczki, do czego oczywiście oficjalnie przyznawało się niewielu. Poczucie obciachu i określenie polski paździerz niestety dotarło do nas dużo później niż upragniona wolność. Młodsi być może z pewnym zdziwieniem dowiedzą  się, że istniało życie przed Facebookiem, iphonem i ipodem, przed erą Big Brothera i seksem, w wannie w mediach istniało i było respektowane prawo do prywatności, a botoks nie był traktowany jak codzienny makijaż.

„Ćwiartka” ułożona jest chronologicznie. Każdy rok omówiony został pod kątem ważnych premier kinowych muzycznych, teatralnych telewizyjnych, a także wydarzeń towarzyskich i medialnych. Bezcennym materiałem są okładki starych czasopism, które dają okazję do zobaczenia nie wyretuszowanych twarzy gwiazd, sprzed ery kultu młodości i operacji plastycznych. Natomiast fragmenty szczerych wywiadów dzisiejszych topowych celebrytów, gwarantują niekontrolowane ataki śmiechu i spazmy, starszym natomiast pomogą zrozumieć określenie martwica mózgu.

Książkę można czytać na różne sposoby. Połknąć w całości, bądź delektować się po kawałeczku, na wyrywki. Dla jednych będzie rodzajem pamiętnika, kalendarium, dla innych z kolei przewodnikiem, po tym, co warto obejrzeć, przeczytać, jakie zaległości kulturalne nadrobić. Każdy z pewnością, przełknie „Ćwiartkę” po swojemu. Jedną z mocniejszych stron publikacji jest niewątpliwie wątek kinowy. Widać, że to temat niezwykle bliski autorce, tu w końcu miała szansę rozwinąć skrzydła i pokazać swoją wiedzę. Osobiście liczę na to, że kolejna książka Korwin – Piotrowskiej będzie w całości poświęcona X muzie.

Wakacje to idealny czas, by wraz z „Ćwiartką” wyruszyć w podróż cudownym wehikułem czasu. Czasami będzie to niewygodna wyprawa, która zmusi do refleksji, czasami pełna przyjemności wycieczka all inclusive, z której nie będziemy chcieli wrócić. W pakiecie dostaniemy wachlarz emocji: od wzruszenia, po głośny śmiech. Możliwe, że nie wszystko nam się spodoba i ucieszymy się z możliwości rychłego powrotu „do siebie”, możliwe, ze z żalem pomyślimy to se ne vrati. Jakkolwiek warto ją odbyć, choćby po to, by docenić i ocenić to, co jest. Pani Karolino, czekamy na więcej!

Ocena: 9/10
K.Koriwn – Piotrowska, „Ćwiartka raz”, Prószyński i S – ka 2014.

piątek, 30 maja 2014

Gorąco polecam

Nazwisko Passent od lat jest gwarancją najwyższej jakości w dziennikarstwie. Daniel Passent uznawany jest za mistrza felietonu, a jego publikowane w „Polityce” teksty dla wielu są lekturą obowiązkową.

Talent po ojcu niewątpliwie odziedziczyła córka – Agata, pisząca dla „Twojego Stylu”. Osiągnięcie zawodowej pełnoletności postanowiła uczcić wydaniem zbioru felietonów pt. „Kto to Pani zrobił?”.


Jak wiadomo bycie dzieckiem znanych i utalentowanych rodziców jest błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. Agata Passent, pewnie też musiała „zmagać” się z etykietką córki Tej Osieckiej i Tego Passenta oraz opinią, że wszystko załatwili jej rodzice, co z pewnością nie ułatwiało wyboru drogi zawodowej. Każda ścieżka w tym przypadku była trudna i ryzykowna. Zarówno całkowicie odmienna profesja, jak i próba „ścigania” się z ich talentem nie miała sensu. Passent poszła w ślady rodziców, zajęła się pisaniem. Obroniła się tym, że robi to po swojemu. W ten sposób nie musi już nic nikomu udowadniać, bo odnalazła swój własny, rozpoznawalny styl i konsekwentnie się go trzyma. Jest zabawnie, ironicznie, przewrotnie, a co najważniejsze, z sensem.


Siłą tekstów zawartych w zbiorze „Kto to Pani zrobił?”, jest to, że trzymają się z dala od spraw „wielkiego świata”. Autorka jest wnikliwa obserwatorką codzienności, zachowań i relacji międzyludzkich. Jednocześnie nie brak tu refleksji na temat istotnych problemów społecznych. Felietony zostały podzielone na sześć grup: z życia Polaka, z życia warszawki, z życia kosmopolitki, z życia matki, żony i kochanki, z życia myślicielki oraz z życia mojego.

Passent interesuje się w felietonach pozornie bardzo odległymi sprawami. Zajmują ją zarówno relacje damsko – męskie, zmiany, jakie zaszły w obyczajowości, rodziny patchworkowe, program edukacji w szkołach kredyty, ale również budownictwo mieszkaniowe w Warszawie i to, że Mick Jagger spał podobno z czterema tysiącami kobiet. Autorka rysuje też Polaków portret własny, pisząc o narodowej skłonności do obrażania się, arytmetyce cierpienia i ulubionym zajęciu – narzekaniu. Nie zabrakło także wątku popkultury i tego, jak zmieniają się media. Dziennikarka o wszystkim pisze z dużą dozą ironii, dystansem, ale przede wszystkim poczuciem humoru i zrozumieniem. Passent często wygłasza dość śmiałe, a nawet kontrowersyjne opinie, z którymi można się nie zgadzać, czy polemizować. Z pewnością jednak, warto się z nimi zapoznać, choćby po to, by móc wyrobić swoją własną opinię.

Choć felietonista przekornie mówi, że nie myśli, czynność tę od wieków deleguje innym to książka „Kto to Pani zrobił, skutecznie temu twierdzeniu przeczy. Passent myśli bowiem ciekawie i wielokierunkowo. W jednym z felietonów, wyraża też tęsknotę za surowymi krytykami, narzeka na „polecaczy”, którym wszystko się podoba. Choć bardzo bym chciała spełnić Jej prośbę i się do czegoś przyczepić, to mogę jedynie do tego, że mogłaby pisać więcej, może czas pomyśleć o większej niż felieton formie? Czekam z niecierpliwością. W książce wszystko się zgadza, niestety nie pozostaje mi więc nic innego, jak napisać z przekonaniem: gorąco polecam!

Ocena: 7/10
A.Passent, „Kto to Pani zrobił?”, Wielka Litera 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera http://www.wielkalitera.pl/

poniedziałek, 5 maja 2014

Tour de mitteleuropa

W najnowszej książce pt.: „Czardasz z mangalicą”, Krzysztof Varga powraca na Węgry. Ta podróż, z jednej strony jest okazją powrotu do osobistych wspomnień autora, z drugiej próbą sportretowania współczesnego społeczeństwa węgierskiego, badaniem roli, jaką odgrywa w jego życiu historia, a także poszukiwaniem podobieństw między dwiema ojczyznami Vargi.


Pisarz odbywa już drugą literacką podróż na Węgry. Teraz jedynie kontynuuje eskapadę rozpoczętą w świetnym „Gulaszu z turula”. Można, więc stwierdzić, że wcale nie odkrywa Ameryki, raczej odwiedza stare, dobrze znane kąty. A jednak, odkrywa, chociażby, dlatego, że konsekwentnie omija centrum, stolicę, utarte szlaki. Porusza się po obrzeżach, odwiedza prowincję, miejsca, w których, jak pisze czas się nie zatrzymał, bo po prostu nigdy w nich nie istniał. W tym tkwi największa siła książki. Czytelnik sięgając po nią ma szansę poznać, jak wygląda prawdziwa codzienność Węgrów, która toczy się, poza głównym nurtem.


„Czardasz z mangalicą” rozpoczyna się osobistym wspomnieniem o ojcu i jego nie do końca zrealizowanej pasji filatelistycznej. Konieczność uporządkowania pozostałego po nim zbioru znaczków, wywołuje wspomnienia z dzieciństwa. Postać ojca autora pojawia się w wielu miejscach tekstu. Wątek ten nadaje całości nostalgiczny ton. Książka jest też niewątpliwie próbą rozrachunku z przeszłością.

Po tym akcencie wyruszamy w drogę. Zaczynamy w Miszkolcu, następnie ruszamy m.in. do Peczu, Suboticy, Szegedu, Debreczyna i oczywiście najważniejszego - Budapesztu. Do niektórych miejsc pisarz dotarł z konkretnego powodu, do innych całkiem przypadkiem, zbaczając z drogi do zamierzonego wcześniej celu. Niezależnie od tego, w jakim mieście się zanim dotarł do centrum miasta, zwiedzanie go rozpoczynał od przedmieść, gdyż jak pisze, bez nich nie ma miasta. Za każdym razem ważnymi punktami na jego mapie były również dworce kolejowe i cmentarze. Pisarz ma do nich szczególny stosunek, jako do miejsc, w których czas się zatrzymał, bądź nie istnieje. Varga pisze również, że o ile płucami każdego miasta są tereny zielone, tętnicami boczne uliczki, prowadzące do głównej, to sercem każdego węgierskiego miasta jest bazar, hala targowa.

„Węgierska kuchnia jest trwalszym fundamentem tego narodu niż chrześcijaństwo.” Trudno więc dziwić się, że jedzenie, co sugeruje już sam tytuł jest niezwykle istotnym tematem książki. Varga penetrując prowincjonalne miasteczka odwiedza niepozorne, dziwne restauracje, a czasem wręcz speluny. Autor przy wyborze potraw kieruje się pamięcią smaku i najczęściej wybiera te dania, które jadł w dzieciństwie. W zestawach tych pojawiają się: pőrkolt z galuszkami, kanapki ze sznyclami, langosz, zupa rybna, zupa gulaszowa. Królową węgierskiej kuchni jest jednak dla pisarza paprykowana słonina z mangalicą właśnie. W odwiedzanych przez Vargę przybytkach doskonale widać odporność i niechęć Węgrów do zmian. Jadłospis i wystrój niektórych lokali pozostaje niezmienny od dziesięcioleci. Kuchnia jest również terenem, który dzielnie przeciwstawia się wpływowi zachodu. Autor wysnuwa nawet teorię, że depresyjno – melancholijne usposobienie Węgrów po części może być związane z upodobaniem do ciężkiej, tłustej kuchni.

„Tylko serbskie umiłowanie klęski jest większe niż węgierskie, a węgierskie większe niż polskie, a polskie jest ogromne.”. Zdanie to doskonale oddaje, kolejny motyw przewodni książki, a jednocześnie opisuje cechę  Węgrów, którą jest zanurzenie w przeszłości i rozpamiętywanie porażek. Historia i jej rola w życiu społeczeństwa to temat, który Varga poddaje dokładnej analizie. Zwraca uwagę, że niektórzy wciąż przeżywają klęskę, jaką był traktat z Trianon, podpisany po I wojnie światowej. Poza tym jest to także państwo pełne pomników upamiętniających bohaterów przegranych bitew.

„Czardasz z mangalicą” to przede wszystkim doskonała podróż sentymentalna. Mnóstwo tu osobistych wspomnień z dzieciństwa, powrotów do ulubionych miejsc, potraw, książek i filmów. Pojawiają się również niezwykle celne spostrzeżenia o charakterze antropologiczno – socjologicznym. W tekstach panuje nostalgiczny nastrój. Varga snuje egzystencjalne refleksje na temat przemijania, starzenia się. Nie brak bolesnej konstatacji, że ocalenie od zapomnienia jest skazane na porażkę. Mimo to warto próbować i podejmować starania. Bez przeszłości teraźniejszość, bowiem, nie byłaby taka sama. Lektura obowiązkowa dla miłośników Węgier i nie tylko. Idealna również dla tych, którzy nie oszaleli na punkcie portali społecznościowych, internetu, natomiast dużo bliższy jest im świat papierowych listów i mają problem z zaakceptowaniem współczesności.

Ocena: 8/10
K.Varga, „Czardasz z mangalicą”, Wydawnictwo Czarne 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne http://czarne.com.pl/