środa, 18 lutego 2015

(Kontra) banda

Make Life Harder – kultowy już w pewnych kręgach blog autorstwa Macieja i Lucjana, doczekał się książkowej wersji, która właśnie ukazała się na rynku. 

Dzieło będące w założeniu twórców pastiszem blogu Kasi Tusk, w sposób zabawny, momentami wulgarny i kontrowersyjny, odpowiada na równie słynne już pytanie: jak żyć? 

W epoce Facebooka , blogerek modowych, wszechobecnych i wszystkowiedzących celebrytów oraz programów śniadaniowych. To rzecz obowiązkowa dla tych, którzy lubią czystą, niewyszukaną rozrywkę, bez skrupułów i po bandzie. 

Ci nawykli do częstego zastanawiania się nad sensem wszystkiego, niech ominą książkę szerokim łukiem, bowiem sens jest ostatnią rzeczą, którą w niej znajdą.

Biografie autorów blogu owiane są tajemnicą, panowie publicznie pojawiają się wyłącznie w maskach na twarzach, nie zdradzają swoich personaliów. Znaki szczególne: obuwie, klapki bądź sandały z obowiązkową białą skarpetą. Pewne wydaje się być tylko to, że pochodzą z Gdańska. Podobno są przystojni i młodzi, podobno byli bezrobotni, a blog miał być humorystycznym sposobem na zarobienie pieniędzy. Jaka jest prawda? Nie wiadomo, swój cel jednak osiągnęli. Ich fanpage na Facebooku ma obecnie 140 tysięcy fanów, a książka stała się bestsellerem na długo przed oficjalną premierą.

Nadszedł czas na akapit, w którym wypada odpowiedzieć na pytanie, o czym jest ta książka? I tu zaczynają się małe schody, gdyż najuczciwsza odpowiedź brzmi, o wszystkim i o niczym jednocześnie. Tak łatwo się jednak nie poddam i to nic ubiorę w słowa, w myśl refrenu mówiącego, że recenzja musi posiadać tekst. Zacznijmy więc od początku. Książka ma formę kalendarza, znajdą w nim Państwo horoskop dla każdego znaku zodiaku i porady dotyczące bardzo szeroko pojętego stylu życia. Nie mają one jednak żadnego związku z dobrym wychowaniem, czy ogólnie przyjętymi normami społecznymi. Dotyczą rzeczy bardziej przyziemnych, czyli np. tego, jak bawić się w Facebooka w realu, jak zachowywać się na wakacjach w Sopocie, przetrwać sesję akademicką, pracę w korporacji i grilla u cioci Chłopaki, chcąc ułatwić społeczeństwu życie podają również sprawdzone patenty na świętowanie: Tłustego Czwartku, Walentynek, Bożego Narodzenia, Wielkanocy, wieczoru kawalerskiego i innych istotnych dat. W związku z tym, że jesteśmy w Polsce, nie mogło zabraknąć tekstu o sposobach zdobywania pieniędzy na alkohol, jego picia i tych na poradzenie sobie z nadmiernym spożyciem, potocznie zwanym kacem. Jak widać uwagę autorów zajmują wyłącznie istotne problemy współczesności.

Oczywiście powaga jest ostatnią rzeczą, której należy się po „Make Life Harder” spodziewać. Całość utrzymana jest w mocno prześmiewczym, maksymalnie ironicznym i zabawnym (dla niektórych) tonie. Wydaje się, że dla chłopaków nie ma świętości i granic, obśmiani i wyszydzeni zostali tu właściwie wszyscy: katolicy, księża, politycy, intelektualiści i bezrobotni, wielkomiejscy i małomiasteczkowi, geje, a przede wszystkim celebryci i różnej maści gwiazdy polskiego show – biznesu. Ci konserwatywni, mniej liberalni wrażliwsi (zwłaszcza na słowa) mogą się poczuć urażeni i zniesmaczeni. Nie brakuje tu wulgaryzmów, dowcipów fekalnych, zaznaczone są też fragmenty wycięte przez redakcję, jako te zbyt ostre.
W zasadzie wszystko się zgadza, są jednak dwa mankamenty. Po pierwsze, okazało się, że to co broni się w Internecie, niekoniecznie równie dobrze sprawdza na papierze, po drugie dowcip opowiadany wielokrotnie w którymś momencie przestaje być śmieszny. Tak też jest w przypadku tej książki, która momentami jest ciężkostrawna i nużąca nawet dla miłośników tego rodzaju poczucia humoru. Uwaga: w końcowych fragmentach, zamiast salw śmiechu, możliwa irytacja i uczucie ulgi, że to już KONIEC.

Na zakończenie wypada odpowiedzieć na pytanie, w takim razie, jaki sens ma ta książka? Mówiąc najprościej żaden, jednak, i w tym miejscu skomplikuje sobie życie. Z jednej strony można się oczywiście bulwersować, że dożyliśmy czasów, w których naprawdę każdy, nie mający szczególnych osiągnięć może napisać książkę, która stanie się bestsellerem. Z drugiej jednak „Make Life Harder” w tym żartobliwym sosie zawarli celne i cenne spostrzeżenia socjologiczne. „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!”. Im głośniejszy był nasz śmiech podczas tej lektury, tym bardziej nas ona dotyczy. Warto mieć tego świadomość.

Ocena: 7/10

„Make Life Harder”, Lucjan i Maciej, Prószyński Media 2015.

czwartek, 5 lutego 2015

(Nie) wesoła dziewczyna

Lena Dunham po emisji serialu „Dziewczyny”, którego jest autorką, została okrzyknięta głosem pokolenia i damskim odpowiednikiem Woody’ego Allena. Idąc za ciosem, na fali sukcesu postanowiła wydać książkę. „Nie taka dziewczyna” – zbiór autobiograficznych felietonów właśnie ukazał się na polskim rynku. 


Oczekiwania i nadzieje wobec przedsięwzięcia były ogromne, o czym dobitnie świadczy suma 3,7 miliona dolarów zaliczki wypłacona autorce przez wydawnictwo Random House. Ci, którzy po lekturze tego drogocennego dzieła spodziewają się objawienia nieprzeciętnego literackiego talentu, doznają srogiego zawodu. Okazuje się bowiem, że w znacznej mierze refleksje Dunham, nie są warte przysłowiowego funta kłaków.


Serial „Dziewczyny”, który przyniósł autorce sławę i pieniądze w założeniu miał być odpowiedzią i przeciwwagą dla kultowego, w pewnych kręgach „Seksu w wielkim mieście”, opowiada o grupie dwudziestokilkulatków z Brooklynu, ich zmaganiach z codziennością i próbach stworzenia związków idealnych. Od wymienionego wyżej poprzednika różni go w zasadzie wszystko. Tutaj zamiast szpilek od Blahnika nosi się trampki, na życie zarabia mało ekscytującą i wymagającą intelektualnie pracą kelnerki, ciałom bohaterek i ich partnerom daleko do ideału, a czasami po prostu nie mają z czego zapłacić czynszu. Ta przyziemność i zwyczajność postaci w dużej mierze zdecydowała o sukcesie serialu. Ponadto Dunham już w pierwszym odcinku głosem granej przez siebie Hannach stwierdziła samozwańczo, że „zamierza być głosem swojego pokolenia, a przynajmniej jakimś głosem jakiegoś pokolenia”. Reakcja na serial sprawiła, że autorka naprawdę uwierzyła w te słowa i, jak widać konsekwentnie, (ze szkodą dla czytelników) realizuje swoją „misję”.

Uczciwie przyznaje, że nie jestem fanką „Dziewczyn”, owszem obejrzałam wszystkie sezony serialu, ale efektu wow zdecydowanie nie było, w związku z tym nie dołączyłam do licznego grona wyznawczyń Leny. Po książkę sięgnęłam z ciekawości, chcąc sprawdzić, czy ta „Dziewczyna” faktycznie jest tak zabawna, autoironiczna i inteligentna na jaką wykreowały ją media. Po lekturze nie spodziewałam się oczywiście wybitnego dzieła o wysokiej wartości merytorycznej, oczekiwałam raczej przyjemnej rozrywki i dużej dawki oczyszczającego śmiechu. Niestety, moje rozczarowanie rosło z każdą przeczytaną stroną. Zamiast radości szybko pojawiła się irytacja i znużenie, które nie opuściły mnie do samego końca czytania tekstu.

Dunham na początku książki zapewnia, że napisała książkę dla kobiet, po to, „by pomóc im wykonać choć jedno parszywe zadanie, albo uratować je przed stosunkiem w trakcie którego będą się bały zdjąć trampki (…). Nie dajcie się jednak zwieść tej pozornej misyjności i wpływu tekstu na życie kobiet. Lena napisała tę książkę dla siebie, dla potwierdzenia przekonania o swojej wyjątkowości i niebagatelnego zysku. Głównym punktem rozważań autorki jest ona sama i jej wydumane problemy.
Jako wychowana na Manhattanie córka znanych rodziców – fotografki i malarza, od dziecka obracała się kręgu nowojorskiej bohemy artystycznej. Miała niewielki kontakt z tzw. zwykłym życiem i dużo czasu na „poszukiwanie siebie” i rozważania o sensie życia.

W związku z niezachwianym przekonaniem o własnej wyjątkowości i błyskotliwości sądów bez skrępowania dzieli się z czytelnikami swoimi fobiami i lękami, które regularnie analizuje na kozetce u psychoanalityka, opisuje pierwsze doświadczenia seksualne, bóle miesiączkowe, problemy ginekologiczne. Oczywiście nie zostają nam oszczędzone wyznania o nieudanych relacjach damsko – męskich, zaburzeniach odżywiania i stosunku do diet (kilkanaście stron). Gdyby nadal było wam mało wiedzy o Lenie, możecie przeczytać o zawartości jej torebki lub niesmaczną historię, o tym, że jako dziecko obejrzała krocze siostry… Ekshibicjonizm i szczerość są tu posunięte do granic absurdu. Zamiast przełamywać tabu jedynie męczą i irytują do granic. Narcyzm autorki jest nie do zniesienia, inni ludzie w jej opowieściach pojawiają się dla zasady, Lena nie poświęca im uwagi, co czyni całość gadaniną bez sensu. Oczywiście opowiada o wszystkim z ironią, ma ogromny dystans do swojego ciała, które nie ma wzorcowych wymiarów, co dodaje jej swojskości i przysparza wielbicielek, ale to jedyne zalety tekstu.

W czasach nadmiaru informacji, gdy wszystko jest na sprzedaż, sprawdza się zasada mniej znaczy więcej. Wyznania Dunham nie robią wrażenia i odnoszą skutek odwrotny do zamierzonego. Książka reklamowana jest hasłem „Młoda kobieta, o tym, czego nauczyło ją życie”. Cóż, można odnieść wrażenie, że Dunham nie była zbyt pilną uczennicą, zanim wyda kolejną książkę powinna sporo nadrobić, czytelnicy natomiast nie powinni nabierać się na status serialowej gwiazdy, zanim po raz kolejny pobiegną do księgarni i dadzą się nabrać na marketingowo wykreowaną błyskotliwość.

Ocena: 5/10
L.Dunham, „Nie taka dziewczyna”, Wydawnictwo Czarne 2015.

niedziela, 18 stycznia 2015

One

Trio autorskie: Grażyna Borkowska, Monika Chodyra, Agnieszka Kublik, w książce „Energia kobiet” udowadniają, że hasło „Siła jest kobietą” nie jest tylko chwytliwym sloganem reklamowym.


Książka jest zbiorem wywiadów ze znanymi kobietami. Wspólnym mianownikiem ich biografii jest to, że odniosły sukces, są liderkami w swoich dziedzinach, wyznaczają trendy. Łączą je też wspólne cechy charakteru: upór, ambicja, odwaga, konsekwencja w dążeniu do celu. Bohaterkami rozmów są m.in.: Ewa Błaszczyk, Krystyna Janda, Kayah, Joanna Klimas, Małgorzata Braunek, Monika Pyrek, siostra Małgorzata Chmielewska.


Wbrew pozorom rozmowy mają dużą rozpiętość tematyczną. Nie są poświęcone wyłącznie sukcesom, drodze do nich, blaskom popularności. Na szczęście nie znajdziemy tu kolejnych pokolorowanych obrazków życia „gwiazd”, nie mających związku z rzeczywistością, które znamy z większości czasopism kobiecych. Pojawiają się tu tematy walki z przeciwnościami losu, trudności w godzeniu różnych ról, pokonywania słabości charakteru i kompleksów, szukania własnej drogi życiowej i zawodowej. Rozmowa z Małgorzatą Braunek dotyczy spraw ostatecznych – umiejętności pogodzenia się z tym, co nieuniknione i przyjmowania z pokorą tego, na co nie mamy wpływu.

Ktoś mógłby zapytać, jaki jest sens publikowania kolejnego zbioru wywiadów, skoro na rynku są już dziesiątki podobnych publikacji? Otóż siła tej konkretnej pozycji tkwi przede wszystkim w doborze i sile rozmówczyń, uniwersalności tematów oraz w braku lukru, o którym piszę powyżej. Każdy, kto sięgnie po tę książkę „wyniesie” z niej coś dla siebie. Obojętne, czy będzie to motywacja do działania, inspiracja, otucha, siła, wiara w siebie, czy zyskanie pewności, co do kierunku obranej drogi życiowej, ważne, że nie jest to pusta lektura, o której zapominamy pięć minut po zamknięciu tekstu.

Ocena: 7/10

G.Borkowska, M Chodyra, A.Kublik, „Energia kobiet”, Wydawnictwo Agora 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora http://kulturalnysklep.pl/

piątek, 2 stycznia 2015

Um(ni)ami!

W ostatnich latach obserwujemy wciąż narastającą modę na gotowanie, świadome odżywianie i wspólne celebrowanie posiłków. Niegdyś, przysłowiowe stanie przy garach, kojarzyło się z przykrym, codziennym obowiązkiem, dziś wiąże się raczej z przyjemnością, często jest elementem życia towarzyskiego, stało się nawet częścią popkultury.

 Kucharze powrócili do łask opinii publicznej, niektórzy z nich zyskali status gwiazd, a ich działania wykraczają daleko poza „gary”. Książki kucharskie i te o zdrowym odżywianiu to dziś potężny, bardzo dochodowy segment rynku wydawniczego. 

Piszą je dziś właściwie wszyscy – profesjonalni kucharze, różnej maści celebryci oraz amatorzy -  pasjonaci. Zakres tematyczny publikacji jest tak szeroki, że wydaje się iż powiedziano już właściwie wszystko i ciężko będzie odkryć w tej materii jakiś nowy, nie eksplorowany ląd. Jednak czasem się to udaje, czego doskonałym przykładem jest książka „Piąty smak. Rozmowy przy jedzeniu” Łukasza Modelskiego.


Modelski jest dziennikarzem, pracuje w „Twoim Stylu” oraz prowadzi audycję „Droga przez mąkę” w radiowej Dwójce. Z wykształcenia jest z historykiem sztuki, z zamiłowania frankofilem i, jak sam o sobie mówi spożywcą.


Autor wziął na warsztat zagadnienie piątego smaku, nazywanego powszechnie umami, który znany francuski szef kuchni Auguste Escoffier określał jako wyśmienitość. Do rozmowy na ten temat zaprosił znawców, pasjonatów, osoby w różnym stopniu związane z gotowaniem. Co ciekawe, wśród nazwisk, z małymi wyjątkami nie znajdziemy najpopularniejszych polskich kucharzy – celebrytów: Magdy Gessler, Pascala Brodnickiego, czy Wojciecha Modesta Amaro. To, że dziennikarz poszukał nieco dalej i głębiej niewątpliwie jest dodatkowym walorem, który wzbogaca wartość merytoryczną całości i zachęca do lektury.

Książka jest zbiorem wywiadów. Do wspólnego posiłku z autorem zasiedli m.in.: Agnieszka Kręglicka, Grzegorz Łapanowski, Elizabeth Gilbert, Patricia Atkinson. Każda z rozmów ma inny wątek przewodni. Agnieszka Kręglicka mówi o smaku, jego zmysłowym odczuwaniu, kulinarnych afrodyzjakach, ćwiczeniach smakowych oraz oczywiście definicji piątego smaku. Atkinson opowiada o prowadzeniu winnicy w Bergerac. Creme de la creme książki stanowią rozmowy z prawnukiem Auguste’a Escoffiera oraz Danièle Mazet Delpeuch – osobistą kucharką prezydenta Mitterranda. Istotnym dodatkiem do posiłku jest alkohol, jemu poświęcone są rozmowy z somelierem oraz koneserem whisky.

Apetyt na lekturę dodatkowo pobudza piękna szata graficzna i staranne wydanie. To, co wyróżnia „Piąty smak” wśród innych publikacji jest różnorodność tematów. Rozmowy dotyczą nie tylko gotowania, ale również edukacji kulinarnej, filozofii jedzenia, stylu życia. Książka odsłania też kulisy prowadzenia biznesu powiązanego z gastronomią. Wszystko to sprawia, że stanowi wyjątkowy kąsek dla czytelników.

Ocena: 8/10
Ł.Modelski, „Piąty smak. Rozmowy przy jedzeniu”. Wydawnictwo Literackie 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Wnuczka do…niczego

Lektura książek Małgorzaty Musierowicz zawsze była okazją do sentymentalnego powrotu do czasów beztroskiej młodości, gdy świat wydawał się mniej skomplikowany. Pozwalała zatrzymać się na chwilę, dawała nadzieję, pokrzepienie, radość. 

Po najnowszą sięgałam z podobnym nastawieniem, licząc na przypływ wyłącznie pozytywnych uczuć. 

Niestety, dwudziesty tom Jeżycjady pt. „Wnuczka do orzechów’, przyniósł duże rozczarowanie w tym względzie. Zamiast pokrzepienia dostajemy pouczenia, kazania i wzniesione na szczyty moralizatorstwo, zamiast pozytywów nieudolnie skleconą, pełną dłużyzn i nudy fabułę.


Zmiany zauważalne są już na wstępie. Rodzina Borejków z różnych względów przenosi się z Jeżyc na wielkopolską wieś. Dalej jest już prawie jak u Kochanowskiego i Reja. Wsi spokojna, wsi wesoła zostaje wyniesiona przez autorkę na piedestał, a potworne miasto trafia do niebytu. Co dziwne na miejski zgiełk i brud narzekają nie tylko nestorzy rodu, ale także nastoletnie latorośle. Główna bohaterka po wsi porusza się bryczką, mając w pogardzie współczesne środki transportu. Zarówno podczas tych „podróży”, jak i wykonując domowe czynności, Dorota kontempluje piękno przyrody. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ma jedynie 17 lat i trudno oprzeć się wrażeniu, że została wtłoczona w „te buty” nieco na siłę.


Akcja książki zamiast płynąć wartkim strumieniem, toczy się leniwie i dość opornie. Skupiona jest wokół Ignacego Grzegorza Stryby oraz Józefa Pałysa i ich perypetii miłosnych. A wszystko zaczyna się od tego, że wspomniana wyżej Dorota Rumianek znajduje w rowie ranną Idę Pałys. Młode pokolenie bohaterów u Musierowicz sprawia wrażenie „przesuniętych” w czasie. Ignacy Grzegorz, choć jest już studentem historii sztuki zachowuje się jak rozchwiany emocjonalnie szesnastolatek. W opozycji do niego stoi Józef Pałys – będący w podobnym wieku, jest jednak nad wiek dojrzały, odpowiedzialny, ewidentnie kreowany na prawdziwego mężczyznę i rycerza.

Tym co najbardziej razi we „Wnuczce…” jest wyjątkowo moralizatorski ton autorki. Owszem stereotypy i pouczenia występowały u pisarki od zawsze. Wcześniej jednak były podane w bardziej zawoalowanej, łagodniejszej i bardziej strawnej formie. Tutaj skala zjawiska sprawia, że książka powinna raczej nosić tytuł „Kazania podmiejskie”. Musierowicz bowiem, jak mawia młodzież pojechała po bandzie. Społeczeństwo oczywiście jest niemiłe, ludzie źli i agresywni, media wypaczają obraz rzeczywistości, popkultura zabiła kulturę wysoką, a nowoczesne technologie sprzyjają osłabieniu więzi społecznych. Mogłabym tak długo wymieniać, gdyż po lekturze można dojść do wniosku, że dla Musierowicz poza tradycyjnym modelem wielopokoleniowej rodziny złe jest właściwie wszystko, a świat nieuchronnie zmierza do zagłady i gdyby nie Borejkowie już dawno by się skończył.

Fabule książki brakuje spójności, a autorce ewidentnie pomysłów na zgrabne splecenie wątków. To co miało cieszyć irytuje, to co miało ciekawić nudzi, a to co miało straszyć śmieszy. Mnożone przez pisarkę komplikacje wydają się służyć jedynie zapełnieniu tekstem odpowiedniej liczby stron, a nie przyjemności czytelnika. Perypetiom rodziny z kolei brakuje właściwej temperatury, być może wynika to z faktu, że zbliżał się deadline w wydawnictwie.

Dwadzieścia tomów serii „Jeżycjada” to dobry moment na to, by rodzina Borejków spoczęła w pokoju, przechodząc w końcu do historii literatury. Jak śpiewali klasycy: „trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść, niepokonanym”. Z drugiej strony, nie zabija się przecież kury znoszącej złote jajka, w związku z tym autorka już zapowiada kolejny tom serii. Wydaje mi się jednak, że po kolejne odcinki tej książkowej telenoweli czytelnicy będą sięgać już wyłącznie z przyzwyczajenia i rozpędu, a nie jak dotychczas z ciekawości i dla przyjemności.

Ocena: 5/10
M.Musierowicz: „Wnuczka do orzechów”, Akapit Press 2014.

środa, 19 listopada 2014

Do siebie samej

Najnowsza powieść Romy Ligockiej pt. „Droga Romo”, jest kontynuacją poprzedniej zatytułowanej „Dobre dziecko. Tym razem autorka wraca pamięcią do okresu wchodzenia w dorosłość – czasu studiów, burzliwej młodości, trudnych relacji rodzinnych i skomplikowanych związków uczuciowych.


Można odnieść wrażenie, że od czasu „Dziewczynki w czerwonym płaszczyku” Ligocka wciąż od nowa pisze tę samą książkę. Od początku w swej twórczości pisarka opiera się o własną biografię, w kolejnych tomach analizując wybrane z niej momenty – te kluczowe, które miały wpływ na to, jaką jest dziś osobą i jak postrzega świat. Jest to trudny, obfitujący w wiele bolesnych momentów i dramatycznych zdarzeń los. Doświadczenia pisarki mają uniwersalny rys, wielu z nas odnajduje w jej historii kawałek swojej własnej. Ta cecha w połączeniu z charakterystycznym: bardzo emocjonalnym, stylem, sprawia, że książki Ligockiej cieszą się olbrzymią popularnością, nie tylko w Polsce i szybko zyskują status bestsellerów.


Tym razem spotykamy Romę u progu dorosłości, tuż po zdaniu matury, przed rozpoczęciem studiów na wymarzonej ASP. Dziewczyna w tym ważnym momencie została w Krakowie sama. Jej matka wyjechała w tym czasie do Wiednia, w poszukiwaniu lepszego życia. Usiłowała kontrolować córkę na odległość, nieustannie śląc „zatroskane” listy z pytaniami, czy ta dobrze się prowadzi, nie robi głupot, właściwie się odżywia i ubiera. Poziomka z jednej strony cieszyła się odzyskaną wolnością, tym, że nie musi już być odpowiedzialna za matkę. Z drugiej jednak, jak nigdy wcześniej potrzebowała czułości troski, drogowskazów, za którymi mogłaby podążyć. Po raz kolejny jednak w jej życiu nie było nikogo, kto mógłby jej to zapewnić bezinteresownie.

Powieść ma formę listu napisanego do siebie samej. Ligocka zwraca się do siebie młodej z pozycji dojrzałej, świadomej kobiety, po to, by lepiej zrozumieć tamtą dziewczynę, otoczyć ją po czasie troską i dać swego rodzaju wsparcie. Czasu nie da się cofnąć, błędy musiały zostać popełnione, choć oczywiście dziś dojrzała autorka często ma ochotę krzyknąć do tamtej: nie rób tego, nie z nim, nie idź tam. Robi to we wtrąceniach, które pokazują obecną perspektywę i spojrzenie na świat. Jedyne, co pozostaje w zasięgu możliwości, to przebaczyć sobie. To, jak pisze jest być może najtrudniejszą sztuką.

Poza wysuniętym na pierwszy plan wątkiem trudnych relacji z matką, tematem jest również bujne życie towarzyskie. Poziomka obraca się w środowisku bohemy artystycznej Krakowa. Jest świadkiem tworzenia Piwnicy pod Baranami, przyjaźni się z Piotrem Skrzyneckim i wieloma uznanymi dziś twórcami. W pewnym momencie zachłystuje się „światowym życiem”, szuka siebie, chce być oryginalna, wyróżniać się z tłumu, wyglądać modnie -  za wszelką cenę. Motywem przewodnim wszystkich jej działań jest rozpaczliwe poszukiwanie miłości, akceptacji, potwierdzenia swojej wartości i sensu istnienia. Niestety skutkuje to brzemienną w skutkach decyzją o przedwczesnym małżeństwie z Lordem – niespełnionym artystą, alkoholikiem. O tym rozdziale swojego życia Ligocka pisze z dojmującą szczerością.

„Droga Romo”, podobnie jak poprzednie książki autorki to trudna, wymagająca emocjonalnie lektura. Narracja stosowana przez pisarkę potęguje wrażenie osobistego dialogu z czytelnikiem. Szczerość z jaką Ligocka pisze o różnych fragmentach swojej biografii momentami jest krępująca. Lektury nie ułatwia również ciężar emocjonalny opisywanych zdarzeń. Towarzyszy jej poczucie niestosowności i dylematy podobne do tych, odczuwanych przy czytaniu cudzej korespondencji, czy przeglądaniu telefonu komórkowego. Paradoksalnie być może jednak w tym właśnie tkwi największa siła i wartość prozy pisanej przez Ligocką.

Ocena: 7/10
R.Ligocka, „Droga Romo”, Wydawnictwo Literackie 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

środa, 5 listopada 2014

Diabeł niestraszny

Iran znany z przekazów medialnych, jawi się jako fundamentalistyczne, zamknięte państwo, w którym notorycznie łamane są prawa człowieka. Artur Orzech w książce „Wiza do Iranu”, postanowił pokazać szerzej nieznaną, „ludzką” twarz tego kraju – niezwykle barwnego, pełnego życzliwych, gościnnych ludzi. Lektura pozwala przekonać się, czy tytuł naczelnego medialnego „straszaka”, faktycznie jest w pełni zasłużony?


Autor znany jest bardziej jako dziennikarz muzyczny, konferansjer – prowadzący wielu festiwali i imprez muzycznych. Niewielu pamięta, że z wykształcenia jest iranistą, mającym za sobą wieloletnią pracę naukową i doświadczenie zawodowe w tym zakresie. Iran jest dla Orzecha fascynujący także z prywatnego punktu widzenia, co wyraźnie widać w osobistym, subiektywnym tonie całego tekstu.


Nie da się pisać o Iranie unikając tematów historii i polityki, dlatego też Orzech rozpoczyna wspólną podróż z czytelnikami od nakreślenia początków państwa i przedstawienia najważniejszych faktów, w jego skomplikowanej historii. Pomijając te fragmenty nie będziemy w stanie w pełni zrozumieć obecnej sytuacji politycznej kraju. Orzech sporo uwagi poświęca niejednorodności etnicznej oraz zawiłościom języka.

Dziennikarz poznaje nieoficjalne oblicze kraju w dużej mierze dzięki swobodnej komunikacji z jego mieszkańcami. Nie boi się zbaczać z utartych, mocno uczęszczanych szlaków i zaglądać w ciemne zaułki. Podróżuje lokalnymi drogami, w miejscowych autobusach, których standard znacząco odbiega od znanego w Europie. Jak sam pisze, nie da się odkryć prawdziwego Iranu, bez wizyty w czyimś domu i zaprzyjaźnieniu się z członkami rodziny. Orzech przez lata zaprzyjaźnił się i utrzymuje bliskie kontakty z wieloma Irańczykami. Dzięki temu jego relacje mają walor autentyczności.

Iran jest państwem mocno hermetycznym o rygorystycznym prawie, religii i polityce, które ingerują we wszystkie sfery życia mieszkańców. Znaczna część książki jest poświęcona miejscu i roli kobiet i mężczyzn oraz ograniczeniom obyczajowym, którym musi podporządkować się społeczeństwo. Autor śledzi ewolucje poglądów, która dokonała się na przestrzeni lat. Wszelkie zakazy powodują oczywiście bunt i próby ich ominięcia. Te są podejmowane często i chętnie zwłaszcza przez młode pokolenie.

Orzech mierzy się też z medialnymi stereotypami, sprawdza, na ile Iran rzeczywiście jest państwem zamkniętym i, jaką rolę odgrywa w tej sytuacji internet i nowe technologie. Przede wszystkim pokazuje go jednak jako kraj wielu wybitnych uczonych, poetów i pisarzy. Na każdym kroku podkreśla rolę literatury, poezji, sportu w życiu Irańczyków. Ważnym czynnikiem spajającym i budującym relacje jest pełna różnorodnych wpływów kuchnia. Jest to też kraj o bogatej tradycji obchodzenia licznych świąt, które zostały barwnie opisane przez dziennikarza.

W przerwach między rozdziałami autor pisze o swoich perypetiach związanych ze zdobyciem tytułowej wizy do Iranu. W praktyce okazało się to dużo trudniejsze i bardziej skomplikowane formalnie niż otrzymanie wizy do Stanów Zjednoczonych.

Nie jestem pewna, czy po przeczytaniu „Wizy do Iranu” ktoś zechce podjąć trud obrania właśnie takiego kierunku podróży. Nie wiem też, czy lektura przekona zatwardziałych sceptyków Iranu. Pewnie jest na to zbyt powierzchowna i z powodu ograniczeń formalnych narzuconych przez wydawcę za krótka. Z całą pewnością jednak będzie to interesujące wycieczka, dla tych ciekawych świata, otwartych, którzy na co dzień z różnych względów nie mają możliwości odbywania dalekich podróży. Warto ją odbyć, choćby po to, by poznać inny punkt widzenia, poszerzyć horyzonty i  zobaczyć z bliska drugą stronę medalu, o której rzadko słyszymy w mediach.

Ocena: 6/10
A.Orzech, „Wiza do Iranu”, Wydawnictwo Wielka Litera 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera http://www.wielkalitera.pl/