środa, 9 marca 2016

Powrót mistrza felietonu

Lektura „Setki”, drugiego po „Polska mistrzem Polski” tomu felietonów Krzysztofa Vargi, publikowanych w „Dużym Formacie” – czwartkowym dodatku do „Gazety Wyborczej”, gwarantuje nie tylko setną zabawę, pozwala również z dystansem spojrzeć na wydarzenia kulturalno – społeczne w Polsce ostatnich lat.

Jestem stałą czytelniczką felietonów Vargi w „Dużym Formacie”, większość tekstów zebranych w tomie była mi w związku z tym dobrze znana, mimo to z dużą radością przeczytałam zapowiedź wydawniczą „Setki”, była ona tym większa, że zupełnie niespodziewana.

Mariusz Szczygieł nazwał Vargę ostatnio królem felietonu. Nie da się ukryć, że wśród współczesnych polskich pisarzy, poza nieaktywnym ostatnio w tej sferze Pilchem, Varga nie ma konkurencji w sztuce felietonu. Tym, którzy nie zetknęli się dotychczas z prasową twórczością pisarza może się wydawać, że opinia Szczygła jest na wyrost, bardziej humorystyczna, niż na poważnie. Jest szansa, że zmienią zdanie po lekturze obu tomów felietonów. Stali czytelnicy rubryki „Kajet konesera”, podzielają ją z pewnością w stu procentach.

„Felietonistyka jest zajęciem dla autorów szczycących się ponadnormatywnym poziomem złego charakteru, niesympatyczności i zgorzknienia” Po takiej opinii autora łatwo wywnioskować, że teksty, które czytamy w „Setce” dalekie są od łagodności, poprawności politycznej i miłości bliźniego. I bardzo dobrze, bowiem zupełnie nie o to w tym gatunku chodzi.

Varga poświęca swą uwagę przede wszystkim kulturze. O filmach, książkach, czytelnictwie,  i muzyce pisze jednak często w szerszym społeczno – politycznym kontekście. Jako maniak serialowy wypowiada się  m.in. o „House of cards”, „Grze o tron”, jako „kibol” polskiego kina ocenia „Bogów”, „Ziarno prawdy”, „Body Ciało”, pastwi się nad filmowymi gniotami narodowymi typu „Hiszpanka”, „Bitwa pod Wiedniem”, „Miasto ‘44”. „Rodzina Borgiów”, zbiór homilii polskich biskupów, stają się pretekstem do wypowiedzi o sytuacji kościoła w Polsce. Varga pochyla się również nad stanem rodzimego czytelnictwa i literaturą, zabiera głos w sprawie głośnej „afery mercedesowej” Twardocha, czy zarobków pisarzy. Namiętnie, z nieskrywaną pasją polemizuje z prawicowymi publicystami: Horubałą, Wenclem, Rymkiewiczem, przy okazji oceniając niezbyt udane próby literackie niektórych  z nich. W czasie podróży po Polsce zwraca uwagę na paranoję pomnikową, która opanowała nasz kraj oraz totalny chaos architektoniczny i estetyczny, rozprzestrzeniające się niczym zaraza. Uważny czytelnik znajdzie tu też kilka postulatów do twórców kultury m.in. o serial o Episkopacie oraz dramat narodowy. Poza krytyką są również zachwyty. Hymny pochwalne z ust pisarza płyną w kierunku Jerzego Pilcha i Marcina Świetlickiego.

O ile do Vargi – pisarza można mieć uwagi, to do Vargi –felietonisty przyczepić się w zasadzie nie sposób. Teksty te zawierają bowiem wszystkie cechy felietonu idealnego: poczucie humoru, ironię, sarkazm, złośliwość, celne obserwacje i mistrzowskie pointy. Wszystko to oczywiście w ilości ponadnormatywnej. Czy można chcieć więcej? Tak, oby Varga częściej pisał swoje felietony, by szybko zebrały się w kolejny tom, bo czytanie ich to czysta przyjemność.

Ocena : 8/10
K.Varga, „Setka”, Wydawnictwo Wielka Litera 2016.
*Dziękuję Wydawnictwu Wielka Litera za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wielkalitera.pl/

wtorek, 1 marca 2016

Artystka totalna

„Stryjeńska. Diabli nadali” Angeliki Kuźniak to nie tylko biografia znanej w XX – leciu międzywojennym malarki, ale przede wszystkim opowieść o samotności, niespełnieniu i trudnym losie artysty, którego talent nieustannie zderza się z prozą życia i często w starciu z nią przegrywa.

O tym, że zostanie malarką zdecydowała w wieku szesnastu lat. W tamtym okresie kobiety nie mogły jednak studiować na akademii w Krakowie. W związku z tym, wykorzystując dokumenty brata i zmieniając wygląd w 1911 roku wyjeżdża na studia do Monachium. Od tego momentu zacznie się trwająca właściwie do końca życia tułaczka Styjeńskiej Rozdarta pomiędzy Kraków, Warszawę, Zakopane, Paryż, w końcu Genewę, tak naprawdę nigdzie nie będzie miała poczucia, że jest u siebie. Poczucie wyobcowania wzrośnie jeszcze bardziej po śmierci matki. Na razie jest na początku artystycznej drogi i wydaje się, że wszystko, co najlepsze dopiero przed nią.

Talent tej drobnej, temperamentnej dziewczyny z burzą czarnych loków na głowie od początku był sprawą bezdyskusyjną . Wyróżniała się z otoczenia zarówno w czasie lekcji rysunku, pobieranych jeszcze w Krakowie, jak i w okresie studiów. Malowała pasjami, na brak weny, przynajmniej w młodości nie narzekała. W obrazach wykorzystywała motywy folklorystyczne, słowiańskie, co stało się cechą charakterystyczną dla całej jej twórczości, która w końcu przyniosła jej międzynarodową sławę i pochlebne tytuły m.in.: księżniczki polskiego malarstwa.

W przerwach od malowania, Zocha marzyła o miłości, oczywiście tej wielkiej i na całe życie. Dotychczas w tej kwestii nie działo się zbyt wiele, a ona organicznie wręcz nie znosiła nudy, która powoli zaczynała doskwierać. Aż w końcu pojawił się On – Karol Stryjeński – architekt. I wybuchło uczucie, ze strony Stryjeńskiej była to miłość z gatunku tych, które nawet, jeśli się kończą, pozostają „raz na zawsze”. On był typem bon vivanta, uwodziciela potrafiącego czarować kobiety niezależnie od wieku. Bardziej zakochał się w talencie Zochy, niż w niej samej, w związku z tym od początku tej relacji to ona była stroną, której zależało bardziej, nieustannie zabiegała o jego uwagę, czułość, docenienie. Im bardziej się starała, tym bardziej przestawał ją szanować. Zazdrosna na granicy obłędu, za wszelką cenę chciała zatrzymać go przy sobie. Jednym ze sposobów miało być urodzenie dziecka. Gdy jednak na świecie pojawiła się dziewczynka, odnotowała jedynie: „jestem wściekła”, bo marzyła o synu. Znana z ekscentrycznych zachowań, gdy dowiedziała się, że mąż ma kochankę, udała się do niej z wizytą, dotkliwie pobiła, następnie ukryła się w krzakach, czekając na rozwój wydarzeń. Niewierny mąż nie mogąc poradzić sobie z zachowaniem żony postanowił zamknąć ją w zakładzie psychiatrycznym, nie jedyny raz zresztą.

Relacje rodzinne, to obszerny mocno skomplikowany rozdział w biografii Stryjeńskiej. Jak wspomniałam powyżej narodziny córki Magdy, nie wywołały u Stryjeńskiej radości, wręcz przeciwnie złość. Instynkt macierzyński nie zadziałał, córka od początku była traktowana chłodno. Lekarstwem na podupadające małżeństwo miała być druga ciąża, jak się później okazało bliźniacza i wymarzona, malarka urodziła dwóch synów – Jana i Jacka. Przy czym Jacek był dzieckiem najukochańszym . Najstarsza z rodzeństwa Magda, siebie i brata Janka, często nazywała „dziećmi zapasowymi”. Dla Stryjeńskiej najważniejsza była sztuka, praca, a po burzliwym, ostatecznym rozstaniu ze Stryjeńskim również walka o byt. Sama przyznała, że życie rodzinne złożyła na ołtarzu sztuki. Gdy otrzymała propozycję wykonania dekoracji polskiego pawilonu na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej w Paryżu bez wahania zostawia dzieci rodzinie i wyjeżdża. Zdobywa tam główną nagrodę w czterech kategoriach i zyskuje międzynarodową sławę. Od tej pory dzieci nieustannie przechodzą z rąk do rąk, zamieszkując u kolejnych członków rodziny. O poczuciu bezpieczeństwa i spokojnym azylu mogą jedynie pomarzyć. Ona sama do roli matki nigdy już w pełni nie wróciła. Gdy w chwili bardziej osiadłego trybu życia próbowała budować relację, okazało się, że dzieci dorosły, straconego czasu nie da się już nadrobić, można jedynie funkcjonować w rodzinnej wspólnocie pomimo wszystko, co starała się robić do końca życia.

O ile okres dwudziestolecia międzywojennego był dla Stryjeńskiej czasem sławy i chwały, to w okresie powojennym fortuna się od niej odwróciła, zaczęła się natomiast mozolna, upokarzająca i zniechęcająca walka o przetrwanie. Wenę twórczą zastąpiło nieustanne myślenie o tym skąd wziąć pieniądze na rachunki, wychowanie dzieci, materiały malarskie Po rozwodzie ze Stryjeńskim jej pozycja towarzyska znacznie osłabła, obrazy nie budziły już takiego zachwytu, a co za tym idzie znacznie gorzej się sprzedawały. Żyła z dnia na dzień, od pożyczki do pożyczki, od zlecenia do zlecenia, łapała dosłownie wszystko co się nadarzyło. Najczęściej były to prace dla kościołów. Starała się oszczędzać, w pewnym momencie prowadziła nawet skrupulatne rachunki codziennych wydatków, prawda jest jednak taka, że pieniądze nigdy nie trzymały się Stryjeńskiej. Ta żmudna szarpanina z losem, walka o przyziemne sprawy odbierały jej systematycznie radość życia, chęć tworzenia i zwyczajnie zdrowie. Siłą rzeczy traciła na tym jakościowo jej twórczość.

„Stryjeńska diabli nadali” to kolaż złożony z zapisków, listów, fotografii, rachunków i wspomnień rodziny artystki. W dużej mierze to na nich właśnie oparta opowieść Kuźniak. Autorka analizuje je skrupulatnie, sprawdza prawdziwość niektórych faktów i na tej podstawie stara się kreślić portret artystki. W tej analizie nie posuwa się jednak za daleko, nie dopowiada życiorysów, nie zmyśla potencjalnych dialogów, co jest ostatnio częstą choć kuriozalną modą w polskiej biografistyce.

Życiorys Stryjeńskiej to gotowy scenariusz na film i wyśmienity materiał na książkę. Dobrze, że w końcu taka powstała i dobrze, że napisała ją właśnie Kuźniak, bo dysponuje czułym, wnikliwym okiem, skierowanym na losy kobiet. Choć książka jest świetnie napisana, czyta się ją jednym tchem to pozostawia jednak pewien niedosyt, Otóż jest to książka bardziej o kobiecie niż o malarce. Oczywiście pojawiają się tu tytuły najważniejszych prac, ale brakuje szczegółowych analiz twórczości, technik malarskich używanych przez Stryjeńską i opisu warsztatu pracy. Jest to jednak jedynie niewielki zarzut, który nie rzutuje na pozytywny odbiór całego tekstu. Wyłania się z niego niezwykle przejmujący obraz kobiety samotnej, rozdartej, łaknącej miłości i nie do końca spełnionej, a jednocześnie odważnej, dzielnej, walczącej z ciągłymi przeciwnościami losu, któremu do końca nie dała się złamać.

Ocena: 7/10
A.Kuźniak, „Stryjeńska. Diabli nadali”, Wydawnictwo Czarne 2016.

wtorek, 19 stycznia 2016

Historia jednej osobowości

Do grona znanych – piszących po raz kolejny dołączyła dziennikarka Dorota Wellman. Tym razem pokusiła się o stworzenie miksu biografii, poradnika i przewodnika pt. „Jak zostać zwierzem telewizyjnym”.

Wellman jest jedną z nielicznych postaci szklanego ekranu, budzących powszechną sympatię. Ceniona za szczerość, otwartość, poczucie humoru i profesjonalizm. Te cechy sprawiają, że telewidzowie traktują ją, jak bliską znajomą, a poranny program, który prowadzi w duecie z Marcinem Prokopem w telewizji TVN cieszy się olbrzymią popularnością. Bywa ostrą komentatorką życia publicznego, zawsze jednak dyskutuje wyłącznie na argumenty, świetnie przygotowana merytorycznie do każdej rozmowy. Jest ambasadorką wielu akcji społecznych, nawet czysto komercyjne posunięcia, jak udział w reklamie przekuwa w działalność społeczną, oddając dochód na cele charytatywne. Dysponuje olbrzymim dystansem do siebie, w związku z tym ewentualni hejterzy nie mają szans w starciu z nią. Udowadnia, że o osobowości i tzw. „przechodzeniu przez szkło” w najmniejszym stopniu nie decydują idealny wygląd, rozmiar, czy wiek.

Jako jedna z nielicznych dziennikarek w Polsce może sobie pozwolić na napisanie książki „Jak zostać zwierzem telewizyjnym”, bo rzeczywiście wie, jak to się robi, stoi za nią wieloletnie doświadczenie, zdobywane w mediach różnego rodzaju. Książka wbrew pozorom i oczekiwaniom niektórych nie jest autobiografią, w rodzaju tych, które ostatnio mnożą się na rynku: prześwietlającą losy bohatera od dzieciństwa po teraźniejszość. Jedyne początki, o których tu mowa to te telewizyjne.
Wellman rozpoczęła swą karierę  w Nowej Telewizji Warszawa . Jak wszystkie początki i ten był i śmieszny i straszny. Nie mogło zabraknąć również wątków pracy w Telewizji Publicznej i późniejszego przejścia do porannego pasma w TVN, zgranego duetu zawodowego, który od lat tworzy z Marcinem Prokopem i często zaskakujących kulis powstawania programu „Dzień Dobry TVN” i wpadkach. W tym swoistym przewodniku telewizyjnym jest także mowa o kultowych programach telewizyjnych, które dziennikarka lubiła. Wśród nich: „Sonda”, „Zwierzyniec”, „Wielka gra”. Jest o ludziach, których szanuje, misji telewizji, przygotowaniu do wywiadów, trudnych gościach, tremie, o tym dlaczego Polacy najbardziej lubią prognozy pogody, gotowaniu na ekranie i o tych, którzy pracują przy realizacji programu, a pojawiają się jedynie w napisach końcowych, mimo, że są najważniejsi.

„Jak zostać zwierzem telewizyjnym” to również poradnik dla początkujących dziennikarzy i osób występujących publicznie. W tych fragmentach znajdziemy porady, co robić, jeśli chcemy zostać dziennikarzami, jak się wypowiadać w TV, jak się ubrać przed kamerę, jak radzić sobie z tremą. Crémé de la crémé na zakończenie jest 10 rzeczy, które denerwują dziennikarkę w telewizji.

Wellman pisze o wszystkim, w charakterystycznym dla siebie, mocno anegdotycznym stylu, a tekst uzupełniają rysunki autorstwa Andrzej Rysuje. Lektura jest rozrywką na dobrym poziomie. Ma tylko jeden poważny mankament: jest to iście teleekspresowy opis zdarzeń. Oczywiście stosunkowo mała ilość tekstu dobitnie sugeruje, że planowany jest ciąg dalszy wspomnień, mimo to szkoda, że tak barwne perypetie zostały potraktowane tak skrótowo. To sprawia, że książka pozostawia po sobie duży niedosyt.

Ocena: 6/10
D.Wellman, „Jak zostać zwierzem telewizyjnym”, Wydawnictwo Pascal 2015.

wtorek, 5 stycznia 2016

Na przekór

Są artyści, którzy chętnie dzielą się swoją prywatnością, są aktywni na portalach społecznościowych, na bieżąco informują media o zmianach w życiu prywatnym i zawodowym,  tłumacząc te działania potrzebą stałej obecności w świadomości swoich odbiorców. 

Z reguły osiągają tym, przeciwny do zamierzonego, efekt „wyskakiwania z każdej lodówki”, wywiady z nimi nużą powtarzalnością wątków, z czasem przestają być interesujący, gdyż ma się wrażenie, że odkryli już wszystkie karty. 

Na szczęście, jest też druga grupa osób publicznych, które ostrożnie dawkują swoją medialną obecność, namówić je na rozmowę, czy wystąpienie publiczne to sztuka. 

Na takie wywiady się czeka, będąc ciekawym każdego zawartego w nich zdania. Do tej drugiej grupy niewątpliwie należy Artur Rojek, który w książce „Inaczej” rozmawia z Aleksandrą Klich.


Rojek postrzegany jest jako artysta wycofany, introwertyczny. Pilnie strzeże zarówno niezależności artystycznej, jak i przestrzeni prywatnej. Publicznie wypowiada się tylko przy okazji przedsięwzięć zawodowych. Skutecznie uniknął, tak modnej ostatnio, roli eksperta od wszystkiego, próżno szukać go też w telewizyjnych talent show. Wydawało się, że jest ostatnią osobą, która zgodzi się na udzielenie tzw. wywiadu rzeki, a jednak. Pojawienie się „Inaczej” w zapowiedziach wydawniczych było dużym, pozytywnym zaskoczeniem. Jeszcze większym, równie miłym jest sama zawartość książki. W tym miejscu powinna się pojawić fraza, że oto poznajemy zupełnie nową twarz Artura Rojka lub podobna w tym klimacie, ale po pierwsze jest ona trywialna, a ponadto nieprawdziwa. Wokalista pozostaje sobą, faktem jest natomiast, że odsłania dużą, dotychczas nieznaną część kulis pracy zawodowej i ujawnia więcej niż zwykle szczegółów życia rodzinnego.


Zaletą „Inaczej” jest to, że Klich dała artyście dużo przestrzeni na refleksje – nie pogania, nie dąży za wszelką cenę do uzyskania odpowiedzi na konkretne pytania, podąża za rozmówcą, dostosowując się do niego. Dzięki temu mamy do czynienia z harmonijną rozmową – spotkaniem dwóch osób, a nie prowadzonym „na szybko” wywiadem prasowym.

Tekst nie ma ściśle ustalonego porządku. Pytania o inspiracje do piosenek przeplatają się z tymi o dzieciństwo. Rojek opowiada o pływaniu, które przez długi czas uprawiał na poważnie. Oprowadza też Klich po rodzinnych Mysłowicach, wskazując tam ważne dla siebie w przeszłości miejsca. Wśród nich m.in.: ulicę Bytomską, gdzie mieszkali dziadkowie, dom kultury, pływalnię park, ogródki działkowe, osiedle Wielka Skotnica. W rozmowie nie zabrakło również wątków tradycji górniczych w rodzinie artysty, gwary śląskiej, czy tradycyjnych niedzielnych obiadów.

„Inaczej” to przede wszystkim jednak rozmowa o muzyce. Wokalista w wieku dwudziestu lat podjął decyzję, że muzyka, a nie sport jest tym, co chce w życiu robić. Wbrew woli rodziny postanowił rozwijać swoją pasję. Fascynacja Pink Floyd i muzyką gitarową, z czasem przerodziła się w chęć założenia własnego zespołu – wzorowanego na brytyjskich kapelach alternatywnych. Tak powstał zespół Myslovitz, który od połowy lat 90. przez ponad dekadę niepodzielnie rządził na polskiej scenie muzycznej, zdobywając w tym czasie dziesiątki najważniejszych nagród rodzimego przemysłu muzycznego.

 Kariera mysłowickiego składu na zewnątrz układała się w pasmo sukcesów: przeboje napisane przez Rojka nuciła niemal cała Polska, płyty błyskawicznie pokrywały się platyną, a sale koncertowe pękały w szwach,atmosfera wewnątrz grupy nie wyglądała jednak tak różowo. Co zaskakujące, Rojek przyznaje, że spośród wszystkich zespołowych dokonań najbardziej ceni pierwszą płytę, która nie odniosła sukcesu komercyjnego. Pozostałe, choć hitowe, powstawały już z dużo większym ciśnieniem i były wynikiem czasem daleko idącego kompromisu. Wokalista nie odcina się jednak od późniejszych dokonań ma świadomość, że to w dużej mierze one ustaliły jego aktualną pozycję i obecnie pozwalają na pełną swobodę artystyczną.

Jako niespokojny duch, lubi trzymać kilka srok za ogon. Stąd pomysł na Lenny Valentino i świetnie przyjętą przez krytykę i odbiorców, w niektórych kręgach kultową płytę „Uwaga jedzie tramwaj”, stąd felietony, wreszcie „dzieło życia” Off Festiwal w Katowicach, który z powodzeniem organizuje od kilku lat. Impreza bardzo szybko zyskała rangę prestiżowej. Mówi o niej z satysfakcją. W każdym zdaniu na ten temat czuć, że organizacja przedsięwzięcia mimo wielu kłopotów  formalnych, wciąż sprawia mu dużo frajdy. Czuć też, że słuchanie muzyki, odkrywanie nowych artystów, jest nie tylko pracą, ale również największą życiową pasją Rojka. Choć jako organizator dużej imprezy masowej częściej musi być nadzorującym urzędnikiem niż artystą, wydaje się, że oswoił tę rolę i świetnie się w niej odnajduje.

Aleksandrze Klich w „Inaczej” udało się stworzyć doskonały klimat do otwartej rozmowy. Jej tematem była również rodzina – żona i dwoje dzieci, które są dla wokalisty bazą, siłą i motywacją do działania. Rojek przekonuje, że zawsze warto iść pod prąd, pozostać w zgodzie ze sobą, nawet jeśli nie podoba się to większości. Determinacja, wytrwałość i zaangażowanie z czasem przyniosą oczekiwane rezultaty. Patrząc na jego dokonania, trudno nie zgodzić się z tą opinią. Jest świadomy przemijania, ulotności sukcesu, dlatego wciąż wymyśla sobie nowe aktywności, chce się sprawdzać na wielu polach. Po trosze z obawy, bardziej jednak dlatego by się nie „zasiedzieć”, pozostać niezależnym i ciekawym świata do końca. Oby więcej takich osób, oby więcej takich rozmów!

Ocena: 8/10
„Inaczej. Artur Rojek w rozmowie z Aleksandrą Klich”, Wydawnictwo Agora 2015.
*Dziękuję Wydawnictwu Agora za przekazanie egzemplarza do recenzji http://kulturalnysklep.pl/

czwartek, 17 grudnia 2015

Wolny elektron

Wywiady rzeki mnożą się w ostatnim czasie, jak grzyby po deszczu. W tym zalewie coraz trudniej jednak znaleźć coś interesującego i oryginalnego. „Mnie nie ma” – rozmowa Olgi Święcickiej z Maciejem Nowakiem z pewnością spełnia pierwsze kryterium. 

Barwna osobowość i różnorodne doświadczenia głównego bohatera, sprawiają, że rozmowy z Nim ciężko zepsuć, z reguły czytają się same. Jedyne, co musi zrobić przepytujący, to włączyć dyktafon i pozwolić mówić. Autorka na szczęście spełniła te wymogi, co przyniosło dobry rezultat.


W powszechnej świadomości Maciej Nowak jest dyżurnym „panem od jedzenia”, ostatnio jurorem popularnego programu telewizyjnego. Niewiele osób kojarzy go z teatrem, który był jego pierwotną ścieżką zawodową. Przez wiele lat był związany z Gdańskiem, gdzie szefował Teatrowi Wybrzeże oraz Nadbałtyckiemu Centrum Kultury. Jest twórcą „Gońca Teatralnego” i  „Ruchu Teatralnego”, założycielem Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie. Obecnie łączy pracę w telewizji z dyrektorowaniem Teatrowi Polskiemu w Poznaniu oraz oczywiście pisze recenzje kulinarne.


Sam o sobie mówi, że funkcjonuje w trójkącie jedzenie – pedalstwo – teatr. Głównie wokół tych tematów toczy się rozmowa ze Święcicką. Najciekawiej jest we fragmentach, w których Nowak zdradza kulisy obejmowania dyrektorskich stanowisk i opisuje swoją działalność na polu teatralnym. Oprócz znanych faktów dowiadujemy się np., jaką rolę w jego karierze zawodowej odegrała wiśniówka i „salonowe życie”. Pojawia się również telewizyjne show „od kuchni”, ujawnionych zostaje kilka przekrętów notorycznie stosowanych przez przemysł spożywczy, są poglądy na temat kulinarnych mód i gastronomicznym obyciu Polaków. Bywa wzruszająco, gdy mowa o przemijaniu i bardzo prywatnie, w wątkach dotyczących stosunku do własnego ciała i związków z młodszymi mężczyznami. Dla niektórych kontrowersyjne mogą być poglądy Nowaka na temat minionego ustroju – te fragmenty książki były najczęściej cytowane przez media. Dyrektor Teatru Polskiego w Poznaniu o PRL – u wypowiada się z nutą sympatii. Mówi wprost, że w tamtych czasach było mu dobrze. Nie był uciśnionym obywatelem, raczej „reżimowym pączkiem”. Wypowiadanie tego typu opinii na głos w Polsce, faktycznie można uznać za odwagę.

„Mnie nie ma” to wyłącznie wywiad – rzeka, ograniczony do formuły pytanie – odpowiedź. Szkoda, że autorka nie pokusiła się o wielogłosowe, bardziej reporterskie przedstawienie postaci, wtedy całość z pewnością byłaby dużo ciekawsza. Niestety momentami widać też brak doświadczenia i odpowiedniego przygotowania Święcickiej do tego typu rozmowy. Na szczęście, jak napisałam na wstępie osobowość Nowaka broni się sama, a jego obycie dziennikarskie sprawia, że oboje wychodzą z tego przedsięwzięcia obronną ręką.

Ocena: 6/10
O.Święcicka, „Mnie nie ma. Rozmowa z Maciejem Nowakiem”
*Dziękuję Wydawnictwu Czarne za przekazanie egzemplarza do recenzji  http://czarne.com.pl/


wtorek, 17 listopada 2015

Wielka dama

Jadwiga Grabowska – dyrektor artystyczna Mody Polskiej odegrała znaczącą rolę w historii tej branży w Polsce. Kreowała trendy, zanim ktokolwiek wymyślił to słowo. Śmiało można powiedzieć, że wyprzedziła epokę, w której żyła. Tę barwną, choć nieco zapomnianą i niedocenianą postać w książce „Caryca polskiej mody, święci i grzesznicy przypomina Marta Sztokfisz.


Grabowska pochodziła z tak zwanego dobrego domu, była córką zamożnych kamieniczników. Od dziecka miała zdolności do projektowania i cechy przywódcze. Wojna zabrała rodzinie cały majątek, a jej samej prawie wszystkich bliskich. Mimo tak trudnych okoliczności, nie załamała się. W myśl zasady „życie toczy się dalej”, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć od nowa. Na gruzach Warszawy, przy ulicy Marszałkowskiej otworzyła butik krawiecki – Feniks. W jednym z powstałych pawilonów jej krawcowe szyły ubrania dla żon partyjnych dygnitarzy, dyplomatów i stołecznych elegantek. Ona sama natomiast sprzedawała rzeczy otrzymane z zagranicznych paczek. Niestety, inicjatywa splajtowała.


Po utracie butiku Grabowska była namawiana na wyjazd za granicę do mieszkającej tam rodziny. Postanowiła jednak zostać w Warszawie, zatrudniła się w Cepelii, następnie została dyrektor artystyczną Mody Polskiej. Od tego momentu na trwałe przylgnęły do niej określenia „caryca” i „polska Chanelka”.

Była stuprocentową damą – powściągliwa, wykształcona, znająca języki. Dzięki częstym wyjazdom i licznym kontaktom była doskonale zorientowana w światowych tendencjach. Oglądała wszystkie ważne pokazy w Paryżu i starała się w miarę możliwości przenieść tamtejszą modę na nasz rynek. Między innymi dlatego uchodziła za najmądrzejszą w rodzimej branży modowej. Ceniła klasyczną elegancję, piękno, luksus i komfort. Dbała o każdy szczegół swoich projektów, nadzorowała pracę na każdym etapie. Nigdy nie zajmowało jej tworzenie mody dla mas, nie chciała schlebiać gustom ulicy. Interesowało ją kształtowanie stylu i wpływanie na gusta, ceniących indywidualizm, świadomych, niezależnych kobiet.

Modelki to osobne zagadnienie w imperium Grabowskiej. Wybierała je zawsze spośród najładniejszych dziewczyn w Warszawie. Poza urodą musiały jednak mieć coś w głowie i błysk w oku. Ceniła postaci barwne, ekspresyjne, zadziorne, które potem zdarzało jej się „wychowywać” i układać wedle uznania. Miała wśród nich swoje ulubienice: Małgorzatę Krzeszowską, Ewę Fichtner, Małgorzatę Blikle, Teresę Tuszyńską, Barbarę Minkiewicz i wiele innych. W kontaktach była raczej zdystansowana, nie użalała się nad sobą i nie okazywała emocji. W razie potrzeby natychmiast jednak ruszała na pomoc i udzielała wszelkiego wsparcia. Można było na nią liczyć w każdej sytuacji.

Caryca nie osiągnęła by swojej pozycji, gdyby nie sztab lojalnych współpracowników, gotowych realizować jej najbardziej śmiałe, trudne do wykonania z uwagi na niedostatki zaopatrzeniowe wizje. Prym wśród nich wiódł oczywiście nieoceniony Jerzy Antkowiak – asystent Grabowskiej, z czasem główny projektant Mody Polskiej. Poza głównodowodzącymi były także krawcowe i wiele innych osób, które pracowały na ostateczny kształt kolekcji.

„Caryca polskiej mody, święci i grzesznicy” to również opowieść o barwnych czasach. Po odwilży październikowej ludziom znowu chciało się bawić, odetchnąć głębiej i żyć pełnią życia. Swobodę i luz widać było również w strojach warszawiaków: coraz częściej noszono kolorowe skarpety, spodnie rurki i buty na słoninie. W powietrzu unosił się twórczy ferment. Na tzw. „szlaku hańby” - wiodącym od Krakowskiego Przedmieścia przez Nowy Świat do Alej Ujzdowskich,  w knajpach różnego autoramentu spotykali się aktorzy, pisarze, architekci, dziennikarze. Bywały tam również modelki i projektanci Mody Polskiej. Środowiska się przenikały, toczono ożywione dyskusje do białego rana i oczywiście pito na umór. Pokazanie się w kawiarniach PIW – u, Czytelnika, Bristolu, Europejskim, u Dziennikarzy, Architektów było obowiązkiem wszystkich, którzy chcieli liczyć się w środowisku, a włączenie do towarzystwa uznawano za nobilitację. W książce Sztokfisz te zabawowe, niegrzeczne czasy wspominają m.in. Andrzej „Koń” Bohdanowicz, Jerzy Hoffman, Rosław Szaybo, Jan Dunin – Mieczyński i wielu innych.

Z książki „Caryca polskiej mody..” wyłania się fascynujący obraz Grabowskiej. Kobiety silnej, zdeterminowanej, odważnej wizjonerki. Jednocześnie owianej aurą tajemnicy w sferze prywatnej. Jak mówią współpracownicy: Gdyby jej nie było, trzeba by było ją wymyślić, bo Caryca, pieszczotliwie zwana przez Antkowiaka „Grabolką” była tylko jedna.

W czasach, gdy wszystkim się wydaje, że znają się na modzie, wszelkiej maści blogerzy i styliści, bez grama wiedzy mnożą się, jak grzyby po deszczu, warto uświadomić sobie, że  moda jest dziedziną sztuki, która posiada swoją historię. Przypomnienie postaci Jadwigi Grabowskiej było świetnym pomysłem, za który autorce – Marcie Sztokfisz należą się podziękowania. Książka jest cennym źródłem wiedzy, zwłaszcza dla młodych ludzi, którzy marzą o karierze w branży modowej.

Ocena: 7/10
M.Sztokfisz, „Caryca polskiej mody, święci i grzesznicy”, Wydawnictwo W.A.B. 2015.
*Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.gwfoksal.pl/

czwartek, 5 listopada 2015

Bez polotu

Mężczyźni bez kobiet” – najnowszy, wydany w Polsce zbór opowiadań Harukiego Murakamiego, pokazuje, że czasy świetności japoński pisarz ma dawno za sobą.


Nazwisko Murakamiego od lat pojawia się w ścisłym gronie faworytów do Nagrody Nobla. Patrząc na jego ostatnie dokonania, trudno zrozumieć, dlaczego? Owszem, jest być może najpopularniejszym japońskim pisarzem, nakłady jego książek na świecie wciąż rosną. Nie można jednak, bez wahania stwierdzić, że jest przy okazji pisarzem najwybitniejszym i nie do końca rozumiem, dlaczego te dwa przymiotniki, przy jego nazwisku zawsze pojawiają się obok siebie. Po zapoznaniu się z całą jego twórczością, ciężko, bowiem oprzeć się wrażeniu, że pisze wciąż tę samą książkę.


„Mężczyźni bez kobiet” to zbiór siedmiu opowiadań. Tytuł, wskazuje na ich temat przewodni. Bohaterami są mężczyźni, którzy z różnych względów pozostają samotni. Powody nieobecności kobiet są różne. Raz jest to śmierć, innym razem zdrada, seks, czy banalne niedopasowanie charakterów. Różne są też relacje łączące postaci: monogamiczne, długotrwałe związki, przeplatają się z przygodnymi, przelotnymi znajomościami.

Murakami porusza się w obrębie znanych z wcześniejszej twórczości motywów. Głównymi są: wynikająca z niespełnionej miłości samotność, poszukiwanie własnej tożsamości, poczucie braku, ból odrzucenia.Jego bohaterowie pozornie radzą sobie z sytuacją, wydają się pogodzeni z losem, ze spokojem przyjmują obrót spraw. „Pod spodem” jednak kłębią się w nich emocje, z którymi nie są w stanie sobie poradzić. Pojawia się także realizm magiczny, odniesienia do twórczości Kafki, a także religijne. Pisarz odsłania się też prywatnie, w tekstach przemyca swoje muzyczne fascynacje, prywatne pasje. Pisze też sporo o procesie twórczym.

„Mężczyźni bez kobiet” to przeciętna książka. Trudno postawić jej ciężkie zarzuty. Może poza jednym, niektóre „złote myśli” rażą banałem i na odległość pachną mądrością zaczerpniętą wprost od Paulo Coelho. Opowiadania nie zaskakują niczym nowym. Z całą pewnością daleko im do najlepszych osiągnięć Murakamiego w stylu powieści: „Norwegian Wood”, „Kafki nad morzem”, czy „Kroniki ptaka nakręcacza”. Pozostaje nadzieja, że nowa powieść Japończyka będzie przebłyskiem geniuszu i potwierdzi jego talent. Opowiadania pokazują jedynie, że etykietka najwybitniejszego japońskiego pisarza została przyklejona do autora na wyrost.

Ocena:6/10
H.Murakami, „Mężczyźni bez kobiet”, Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA 2015.
*Dziękuję Wydawnictwu Muza za przekazanie egzemplarza do recenzji http://muza.com.pl/