Kulturalna dzielnica w końcu doczekała się profilu na
Facebooku. Zapraszam serdecznie do śledzenia i komentowania 😊 https://www.facebook.com/Kulturalna-dzielnica-1637122053262333/
czwartek, 30 marca 2017
wtorek, 21 marca 2017
Recenzentka nieidealna
Ostatnio dużo czytam o dobrodziejstwach płynących z czytania i istnienia książek, przekornie postanowiłam, więc napisać o udręce związanej z ich recenzowaniem. Rzadko bowiem wspomina się o tym, że czytanie, owszem jest przyjemne, ale już konieczność oceniania książek niespecjalnie. Przyszedł czas na coming out: proszę Państwa, recenzentka nieidealna to ja.
Przekleństwo pierwszego zdania
Pierwsze zdanie jest najważniejsze! Grzmią niemal wszystkie literackie autorytety. Ty, zapoznana z klasyką literatury wiesz, że mają rację – ono naprawdę ma znaczenie, potrafi porwać albo zniechęcić do dalszej lektury. Ta świadomość nie pomaga w rozpoczęciu własnego tekstu, zwłaszcza, jeśli wiesz już od dawna, że nie zostaniesz drugim Dostojewskim, czy Dickensem, a co gorsza umiejętności nie wystarczy ci nawet na bycie Miłoszewskim. Cóż więc robić, kiedy pusta kartka prześladuje swą bielą, a tobie chodzi po głowie jedynie „ Bardzo krótki wiersz o frustracji” Piotra Mosonia.
Jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji wydaje się Prokrastynacja – ulubione słowo i zajęcie wszystkich twórców. Podobno ostatnio została uznana za zaburzenie psychiczne. Muszę przyznać, że poczułam ulgę, czytając tę informacje. Uff, czyli to jednak nie zwykłe lenistwo – mamy naukową nazwę, fachowe uzasadnienie, a nawet metody leczenia – jestem uratowana, więc co by tu zrobić…Może kolejny odcinek ulubionego serialu, do końca zostały przecież jeszcze 4 sezony. Z pomocą przychodzi też, jak zawsze niezawodny Facebook – jego przeglądanie metodą po nitce do kłębka i żegnajcie cenne dwie godziny. O uwagę dopomina się również niecierpiąca zwłoki korespondencja. Recenzji, jak nie było, tak nie ma, ale przecież porządki wiosenne w szafie same się nie zrobią, a ostatecznie jest tyle innych ciekawych książek do przeczytania.
Aż w końcu przychodzi olśnienie: nie przesadzajmy, chodzi przecież o zwykłą recenzje, nie o zbawienie świata lekiem na raka. Z tą myślą wracasz do laptopa, piszesz pierwsze zdanie i całą recenzje w ciągu trzech godzin. Można? Można.
Jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji wydaje się Prokrastynacja – ulubione słowo i zajęcie wszystkich twórców. Podobno ostatnio została uznana za zaburzenie psychiczne. Muszę przyznać, że poczułam ulgę, czytając tę informacje. Uff, czyli to jednak nie zwykłe lenistwo – mamy naukową nazwę, fachowe uzasadnienie, a nawet metody leczenia – jestem uratowana, więc co by tu zrobić…Może kolejny odcinek ulubionego serialu, do końca zostały przecież jeszcze 4 sezony. Z pomocą przychodzi też, jak zawsze niezawodny Facebook – jego przeglądanie metodą po nitce do kłębka i żegnajcie cenne dwie godziny. O uwagę dopomina się również niecierpiąca zwłoki korespondencja. Recenzji, jak nie było, tak nie ma, ale przecież porządki wiosenne w szafie same się nie zrobią, a ostatecznie jest tyle innych ciekawych książek do przeczytania.
Aż w końcu przychodzi olśnienie: nie przesadzajmy, chodzi przecież o zwykłą recenzje, nie o zbawienie świata lekiem na raka. Z tą myślą wracasz do laptopa, piszesz pierwsze zdanie i całą recenzje w ciągu trzech godzin. Można? Można.
Wyróżnij się albo zgiń
Pierwsze zdanie nie czyni jednak recenzji. Po jego napisaniu pojawia się kolejny dylemat: jak napisać o książce, żeby nie popaść w banał i wyjść poza często stosowane: lektura lekka, łatwa i przyjemna, czyta się szybko i gorąco polecam. Jak nie marnować czasu swojego i czytelników? Pisać obszernie i ze szczegółami, co podobno nie sprawdza się na blogach, gdyż internauci nie mają cierpliwości do czytania długich tekstów, czy krótko, zwięźle i na temat, narażając się tym samym na zarzut o powierzchowność i spłycanie tematu.
Jak pisać o książkach nienajlepszych, nieciekawych, złych, które jednak trafiły do nas z naszego wyboru i trzeba jakoś „ugryźć” temat? Szczerze, czy jednak posługując się dyplomacją, żeby nie urazić wydawcy i biorąc pod uwagę różnorodność gustów? Na koniec najważniejsze, jak zachęcić czytelnika, jak sprawić, żeby nasz tekst był użyteczny i przysłużył się choć jednej osobie? Nie ma jednej dobrej odpowiedzi na wszystkie te pytania, dlatego zamiast zaprzątać sobie nimi głowę, lepiej pamiętać, żeby pisać prosto (z mostu, w razie potrzeby) z sensem i starannie.
Owszem, dla każdego blogera i wydawcy wysyłającego egzemplarze ważna jest ilość odbiorców, zasięgi i lajki na portalach społecznościowych, ale w pędzie do tego celu, nie należy zapominać o tym, że najważniejsze jest zachowanie własnej osobowości, stylu i uczciwości, bo braku tych nie wynagrodzi nawet największa liczba obserwatorów.
Jak pisać o książkach nienajlepszych, nieciekawych, złych, które jednak trafiły do nas z naszego wyboru i trzeba jakoś „ugryźć” temat? Szczerze, czy jednak posługując się dyplomacją, żeby nie urazić wydawcy i biorąc pod uwagę różnorodność gustów? Na koniec najważniejsze, jak zachęcić czytelnika, jak sprawić, żeby nasz tekst był użyteczny i przysłużył się choć jednej osobie? Nie ma jednej dobrej odpowiedzi na wszystkie te pytania, dlatego zamiast zaprzątać sobie nimi głowę, lepiej pamiętać, żeby pisać prosto (z mostu, w razie potrzeby) z sensem i starannie.
Owszem, dla każdego blogera i wydawcy wysyłającego egzemplarze ważna jest ilość odbiorców, zasięgi i lajki na portalach społecznościowych, ale w pędzie do tego celu, nie należy zapominać o tym, że najważniejsze jest zachowanie własnej osobowości, stylu i uczciwości, bo braku tych nie wynagrodzi nawet największa liczba obserwatorów.
Choć goni nas czas
Ilość książek ukazujących się każdego miesiąca przyprawia o zawrót głowy. Ich ciekawość i głód czytania jest ogromny, okres promocyjny tytułów natomiast bardzo krótki. Co robi więc blogerka nieidealna? Stara się za wszelką cenę być na bieżąco: korzysta z uprzejmości wydawców, zasobów własnych, Miejskiej Biblioteki Publicznej, a także, jakby tego było mało czytnika.
Stosy rosną, a ja dochodzę do przygnębiającego wniosku: nie dam rady przeczytać wszystkiego na czas! Sytuacji nie poprawia fakt obserwowania innych blogerów, tych idealnych, którzy mają w zwyczaju publikowania na blogach co najmniej raz w miesiącu zdjęć tzw. stosików do przeczytania w danym okresie, czym blogerkę nieregularną doprowadzają do szału i wpędzają w kompleksy. Ludzie, naprawdę czytacie to wszystko na raz i punktualnie wysyłacie wydawcom linki???
Po prostu nie wierzę, z prostego powodu – istnieje też życie poza czytaniem. Nie da się pogodzić życia zawodowego, rodzinnego z taką ilością lektur. Wybieram więc kompromis. Nawet największe stosy książek, nie mogą odbierać przyjemności czytania i życia. W znalezieniu złotego środka pomaga magiczne słówko selekcja.
Zaczynam od tekstów, które w danym momencie wydają się najbardziej interesujące, rezygnuje z pisania o rzeczach fatalnych – na te zwyczajnie szkoda czasu, nawet, jeśli egzemplarze przyszły od wydawcy – jemu też nie zależy na czytaniu złej recenzji, bo nie taki jest cel promocji.
Resztę, owszem przeczytam, w swoim czasie i tempie. Nie zważając, że dzieło Pana X straciło już status nowości. Jeśli broni się jakością, upływający czas mu niestraszny. A wydawcy? Z całą pewnością doczekają się w końcu wszystkich zaległych linków. Wciąż chcę wierzyć, że w gruncie rzeczy nam wszystkim chodzi o to, żeby pisać dobrze i z sensem, nie na czas.
Stosy rosną, a ja dochodzę do przygnębiającego wniosku: nie dam rady przeczytać wszystkiego na czas! Sytuacji nie poprawia fakt obserwowania innych blogerów, tych idealnych, którzy mają w zwyczaju publikowania na blogach co najmniej raz w miesiącu zdjęć tzw. stosików do przeczytania w danym okresie, czym blogerkę nieregularną doprowadzają do szału i wpędzają w kompleksy. Ludzie, naprawdę czytacie to wszystko na raz i punktualnie wysyłacie wydawcom linki???
Po prostu nie wierzę, z prostego powodu – istnieje też życie poza czytaniem. Nie da się pogodzić życia zawodowego, rodzinnego z taką ilością lektur. Wybieram więc kompromis. Nawet największe stosy książek, nie mogą odbierać przyjemności czytania i życia. W znalezieniu złotego środka pomaga magiczne słówko selekcja.
Zaczynam od tekstów, które w danym momencie wydają się najbardziej interesujące, rezygnuje z pisania o rzeczach fatalnych – na te zwyczajnie szkoda czasu, nawet, jeśli egzemplarze przyszły od wydawcy – jemu też nie zależy na czytaniu złej recenzji, bo nie taki jest cel promocji.
Resztę, owszem przeczytam, w swoim czasie i tempie. Nie zważając, że dzieło Pana X straciło już status nowości. Jeśli broni się jakością, upływający czas mu niestraszny. A wydawcy? Z całą pewnością doczekają się w końcu wszystkich zaległych linków. Wciąż chcę wierzyć, że w gruncie rzeczy nam wszystkim chodzi o to, żeby pisać dobrze i z sensem, nie na czas.
sobota, 11 marca 2017
(O)czytanie
Justyna Sobolewska napisała książkę, którą w swoim dorobku mógłby mieć każdy mól książkowy. To właśnie możliwość dopisania własnej, osobistej historii do tekstu, czyni z tej w gruncie rzeczy niepozornej książki przyjemną lekturę.
„ Książka o czytaniu” wpisuje się w długą tradycję „książek o książkach”. Jak pisze autorka we wstępie przewodnikami dla niej byli przede wszystkim Anne Fadiman i jej „Ex libris” oraz „Moja historia czytania” Alberto Manguela. Do tego nurtu można zaliczyć również twórczość Umberto Eco, „Labirynt” Borgesa, „Jeśli zimową nocą podróżny” Calvino i wielu innych. Wśród współczesnych rodzimych twórców wymienić należy m.in.: Ryszarda Koziołka i „Dobrze się myśli literaturą” , Barbarę Łopieńską i jej rozmowy „Książki i ludzie” oraz „Młodszego księgowego” Jacka Dehnela.
Jakimi czytelnikami jesteście? Nienasyconymi, wybrednymi, a może niecierpliwymi. Dzięki tej książce możecie się nad tym zastanowić. Nie od dziś wiadomo, że nałogowe czytanie ma różne zgubne skutki: bibliomania, krótkowzroczność i samotność to tylko niektóre z nich. Gdzie najbardziej lubicie czytać? W łóżku, na fotelu, a może przy stole? Zaginacie rogi, robicie notatki, zdarza wam się pobrudzić książki jedzeniem, zostawiacie w nich ważne drobiazgi? Nie martwcie się, nie jesteście jedynymi, czego dowody również znalazły się w „Książce o czytaniu”. Lektury wakacyjne, toaletowe i te najbardziej nieprzeczytane, do których wstyd się przyznać, odwieczny spór papier, czy e-book, sposób ustawienia tomów na półkach, kluby książki, a nawet repertuar lekturowy więźniów – tym wszystkim zagadnieniom autorka poświęca swoją uwagę. Obok wątków dotyczących czytelników, są te, które dotyczą pisarzy. Jest więc o urokach spotkań autorskich, znaczeniu pierwszego zdania, natchnieniu i wszelkich twórczych udrękach.
„Książka o czytaniu” jest jednym wielkim cytatem. Taki był zamysł autorki, bo jak pisze we wstępie: Pisarze lubią mówić o swoich lekturach dlatego ich głosów jest tu dużo . Trochę szkoda, że wśród cudzych zdań niknie nieco własny głos Justyny Sobolewskiej. Pozostaje niedosyt osobistych wspomnień dziennikarki. Oczywiście pojawiają się one, ale w stopniu niewystarczającym, w tego typu publikacji.
Lektura będzie szczególnie atrakcyjna dla osób, które dopiero odkrywają istnienie „książek o książkach”. Znajdą one tu wiele smaczków i dalszych literackich tropów. Ci, którzy w czasach studenckich, w ramach hobby bawili się w szukanie motywów książki i biblioteki w literaturze, raczej zaskoczeni nie będą, choć i oni nie powinni z góry odrzucać tej książki, jako niewartej uwagi, gdyż i dla nich znajdzie się tu kilka ciekawostek. Z pewnością jednak znacznie mniej, niż dla czytelników niezorientowanych w temacie.
Ocena: 7/10
J. Sobolewska, „Książka o czytaniu”, Wydawnictwo Iskry 2016.
* Dziękuję Wydawnictwu Iskry za przekazanie egzemplarza do recenzji http://iskry.com.pl/
Książka na stronie wydawcy: http://iskry.com.pl/literatura-piekna-poezja/477-ksiazka-o-czytaniu.html
środa, 1 marca 2017
Warszawa da się lubić!
Jedni
ją kochają, inni nienawidzą, większość marzy, by choć przez moment śnić tam kolorowe
sny i móc doświadczać wiosny oddychającej spaliną. Wiadoma rzecz – stolica.
Autorzy albumu „Warszawa/Warsaw” Agnieszka Kowalska oraz duet fotografów Aga
Bilska i Filip Marek Klimaszewski, postanowili udowodnić, że naprawdę można zgubić
w niej serce. Zrobili to skutecznie.
Album powstał z
inicjatywy twórców Autor Rooms – butikowego hotelu mieszczącego się przy ulicy
Lwowskiej 17 http://www.autorrooms.pl/pol
. Właściciele polecali swoim gościom interesujące miejsca w Warszawie,
organizowali wycieczki tematyczne dla turystów. Po półtorarocznej działalności wszystkie
swoje ulubione trasy, adresy zgromadzili w jednym miejscu i tak powstała
„Warszawa / Warsaw”.
Nie jest to klasyczny,
nudny przewodnik po mieście, gdzie ujęte zostały najważniejsze zabytki wraz ze
swoją historią. Do publikacji zdecydowanie bardziej pasuje określenie
miejscownik, zawiera bowiem subiektywne, starannie wyselekcjonowane wskazania: co
zobaczyć, gdzie zjeść, gdzie się bawić, odpocząć, wypić najlepszą kawę, zrobić
zakupy zarówno te spożywcze, jak i modowe. Znajdziemy tu coś dla oka, ducha i
ciała. Autorzy zadbali o to, by wizyta w ich ukochanym mieście, dostarczyła
przyjezdnym różnorodnych wrażeń i emocji.
Myślicie, że wizytę w
Warszawie należy zacząć od symbolu - Pałacu Kultury i Nauki? A może by tak
zmienić plany i zamiast oczywistości wybrać poszukiwanie sztuki w przestrzeni
publicznej. Warszawa, poza słynną palmą przy Rondzie de Gaulle’a ma w tym
względzie sporo do pokazania, np. „Żyrafę” Władysława Frycza, znajdującą się w
Parku Praskim, czy dzieła autorstwa Maurycego Gomulickiego: „Ślizg” przy
Wybrzeżu Gdyńskim 2 lub „Światłotrysk” na Kępie Potockiej. Jeśli jesteście
fanami sztuki nie możecie ominąć Galerii Raster, Muzeum Sztuki Nowoczesnej,
Zachęty. Lubicie zbaczać z głównych dróg? Powinniście koniecznie trafić do
oryginalnie zachowanej kolonii domków fińskich na Jazdowie oraz Służewskiego
Domu Kultury, gdzie w przestrzeni miejskiej można spotkać kozy i inne zwierzęta
hodowlane. Przed romantykami lubiącymi długie spacery otworem stoją Łazienki,
Park Skaryszewski, Pola Mokotowskie i wiele innych zielonych miejsc. Jeśli
natomiast chcecie zabawić się w Filipa Springera i poszukać ciekawostek
architektonicznych, udajcie się koniecznie do Domu Kereta, na rogu ulic
Chłodnej i Żelaznej – najwęższego domu na świecie. Cokolwiek wybierzecie, jedno
jest pewne – z „Warszawą/Warsaw” w ręku nie padniecie z głodu ani, pragnienia.
W środku podanych jest kilkadziesiąt adresów miejsc, z dobrym jedzeniem, kawą,
alkoholem, dostosowanych do różnorodnych potrzeb gości. Imprezowicze, książkoholicy,
audiofile, fani designu – nie lękajcie się, pomyślano również o was, śmiało możecie,
więc planować wizytę w stolicy. Ta kompletność, ujęcie różnych potrzeb i pasji
jest niewątpliwie jedną z największych zalet wydawnictwa.
Równie ważne, jak tekst
Agnieszki Kowalskiej – dziennikarki warszawskiej „Gazety Wyborczej”są tu
zdjęcia Filipa Marka Klimaszewskiego i Agi Bilskiej. Warszawa została na nich
pokazana od swojej najpiękniejszej strony: jako miasto zielone, otwarte,
przyjazne. Nieoczywiste kadry i klimat uzyskany na fotografiach, sprawiają, że
czasem trudno uwierzyć w to, że patrzymy na naszą stolicę, a nie inne
europejskie miasto.
Zdjęcia i adresy
przeplatane są wypowiedziami osób związanych z Warszawą, które mieszkają w niej
i pracują od dłuższego czasu, a przede wszystkim po prostu lubią swoje miasto.
Każdej z nich dano te same trzy zdania do uzupełnienia: Warszawa jest teraz?,
Twoje ulubione miejsce w Warszawie? i Gdzie zabrałbyś przyjezdnych? Wśród
rozmówców znaleźli się m.in.: Ania Kuczyńska, Bogna Świątkowska, Grzegorz
Łapanowski, Piotr Polak. Obok tekstu polskiego, pojawia się angielskie
tłumaczenie. Do albumu dołączono także praktyczną mapkę, gdzie zaznaczono
wszystkie miejsca, o których mowa w tekście.
Największą zaletą i
wartością publikacji „Warszawa / Warsaw” jest fakt, że twórcom udało się uchwycić
i zamknąć na jej stronach energię, dynamikę, piękno i specyfikę miasta. Najwyższa jakość wykonania
sprawia, że nawet sceptycy mając w ręku ten album będą musieli zrewidować swoje
poglądy i spojrzą na stolicę bardziej przychylnym okiem. Oryginalna forma,
kompletność i spójność koncepcji, czynią całość unikalną na polskim rynku.
Niewątpliwie jest to też najlepsza reklama stolicy od lat. Inne miasta powinny
czym prędzej wziąć z „Warszawa / Warsaw” i jej twórców przykład i stworzyć
podobne u siebie, co mam nadzieję już
wkrótce nastąpi. Jedna tego typu publikacja wykonana na najwyższym, pod każdym
względem poziomie, czyni bowiem dla promocji miasta więcej, niż dziesiątki
kampanii i imprez za miliony. A hasło zakochaj się Warszawie po zapoznaniu się
z wydawnictwem wreszcie okazuje się możliwe do realizacji. Brawo!
Ocena : 10/10
Dziękuję http://www.autorrooms.pl/ za przekazanie
egzemplarza do recenzji
Książka do nabycia: https://www.facebook.com/warsawalbum/?ref=ts&fref=ts
sobota, 17 grudnia 2016
Powtórka z rozrywki
![]() |
O
nowej powieści Szczepana Twardocha pt. „Król” napisano już w zasadzie wszystko.
Zachwyty nad nią płynęły właściwie z każdej strony, w konsekwencji pojawiła się
w większości zestawień najlepszych książek 2016 roku. Od premiery minęło już
trochę czasu, szum medialny nieco ucichł, pora, więc najwyższa do tej beczki
miodu, dodać odrobinę dziegciu.
O Twardochu śmiało
można powiedzieć, że jest jednym z najpopularniejszych, a co za tym idzie,
najlepiej sprzedających się polskich pisarzy w ostatnich latach. Za sprawą
debiutanckiej, wielokrotnie nagradzanej „Morfiny” przebojem zdobył rynek
wydawniczy, opanowując listy bestsellerów i, zyskując rzesze stałych
czytelników. Wyraziste poglądy i wizerunek uczyniły też Twardocha jednym z
najbardziej kontrowersyjnych rodzimych autorów. Tych etykietek w Jego wypadku
można by zresztą mnożyć bez liku. Trzeba przyznać, że Twardoch szybko pojął
zasady funkcjonowania współczesnego rynku wydawniczego, wie doskonale, że
napisanie dobrej powieści to tylko połowa sukcesu, bo wizerunek publiczny i
obecność medialna w szerokich kręgach są obecnie równie istotne. Z tymi
czynnikami radzi sobie równie dobrze, jak z pisaniem, a to wciąż rzadkość wśród
polskich twórców.
„Król” przenosi nas do
Warszawy końca lat 30, konkretnie do jej części zdominowanych w tamtym okresie
przez społeczność żydowską. Głównym bohaterem jest bokser Jakub Szapiro, który
bierze pod specyficznie pojętą opiekę nastoletniego Mojżesza Bernsztajna. W
wolnych od walki chwilach współpracuje z królem miejscowych gangsterów – Janem
Kaplicą. Dalej mamy to, co dobrze z wcześniejszych powieści Twardocha już
znamy: umiejętne mieszanie gatunków, doskonale odtworzoną topografię Warszawy,
charakternych, pełnokrwistych bohaterów i pełną napięć fabułę. W powieści zaczytywać
się mogą zarówno wielbiciele retro kryminałów, książek przygodowych, thrillerów
politycznych, a nawet miejskich ballad.
Twardochowi nie można
odmówić sprawności warsztatowej. W umiejętności budowania fabuły, wyprzedza o
lata świetlne większość swoich kolegów po fachu, na krajowym podwórku. „Króla”
czyta się bardzo szybko i z zainteresowaniem, które nie słabnie w zasadzie do
samego końca. Znając jednak wcześniejsze powieści pisarza, zwłaszcza „Morfinę”,
podczas lektury tej najnowszej ciężko oprzeć się wrażeniu, że gdzieś to już
czytaliśmy, skądś aż za dobrze to znamy. „Król” momentami łudząco przypomina
głośny debiut i wydaje się, że Twardoch zmienił tu jedynie dekoracje, szkielet
pozostawiając ten sam. Jakub Szapiro został wyposażony w cechy Kostka
Willemanna – ma te same problemy z własną tożsamością, to samo zamiłowanie do
broni, alkoholu oraz oczywiście kobiet. Twardoch zastosował również te same
zabiegi narracyjne. Oczywiście nie ma w tym nic złego – skoro sprawdziło się
raz, zyskując uznanie publiczności, pokusa, by powtórzyć sukces jest z
pewnością duża. Po pisarzu tej klasy oczekuje się jednak znacznie więcej, niż
pozostawanie w bezpiecznym schemacie.
Rzeczy, które w „Królu”
drażnią jest więcej. Naczelną wśród nich jest obecny także we wcześniejszej
twórczości seksizm. Twardoch o kobietach wyraża się w zasadzie wyłącznie
wulgarnie, z lekceważeniem, sytuując je najczęściej w rolach prostytutek, bądź
w najlepszym razie strażniczek domowego ogniska. Służą wyłącznie, jako obiekty
pożądania, „ozdoba” dla mężczyzny. Coś, co w pierwszej powieści od biedy mogło
zostać uznane za celowy element fabuły, w czwartej z kolei jest już nie do
zniesienia. Irytuje również wyrażana na każdym niemal kroku fascynacja przemocą,
brutalnością w najgorszym możliwym wydaniu. Zastanawia i zadziwia graniczący z
obsesją podziw dla ciała – oczywiście wyłącznie tego wysportowanego, w pełni
zdrowego, bez skazy. Te elementy w połączeniu z ulubionymi gadżetami Twardocha,
wykorzystywanymi tutaj w nadmiarze, czynią z powieści dość płytką
intelektualnie, niewyrafinowaną rozrywkę.
Twardoch powinien
wpuścić do swojej przyszłej twórczości nieco świeżego powietrza, pozbyć się
starego, mocno zużytego już anturażu, bo kolejnej kalki, nawet najwierniejsza
publiczność nie przyjmie już tak łatwo i z uwielbieniem.
Ocena: 6/10
Sz.Twardoch, „Król”,
Wydawnictwo Literackie 2016.
*Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji wydawnictwoliterackie.pl
czwartek, 5 maja 2016
Dobrze zbudowane
Filip Springer w swoich dotychczasowych tekstach często odnosił się krytycznie, do tego, co dzieje się w polskiej architekturze, budownictwie i szeroko pojętej przestrzeni miejskiej. „Księga zachwytów” – jak wskazuje już sam tytuł jest miłą odmianą pod tym względem. Choć w tej beczce miodu oczywiście nie zabrakło również łyżki dziegciu.
Autor od dawna punktuje główne grzechy rodzimej myśli architektonicznej i budownictwa mieszkaniowego. Należą do nich przede wszystkim: koloroza, wielkoformatowe reklamy i banery, którymi upstrzona jest znaczna część budynków, zawłaszczanie przestrzeni przez wysokościowce, brak funkcjonalności obiektów, niespójność z otoczeniem, likwidacja terenów zielonych, ze względu na inwestycje budowlane, nagminna w dużych miastach. Można, by tak wymieniać jeszcze długo. Tym razem jednak Springer postanowił zmienić nieco kierunek i edukować poprzez pokazywanie dobrych przykładów, miejsc wartych uwagi. Na przekór ogólnonarodowej skłonności do narzekania, w myśl zasady: cudze chwalicie, swego nie znacie, wyruszył w podróż po Polsce, by stworzyć jedyny w swoim rodzaju pozytywny przewodnik turystyczny.
„Księga zachwytów” , jak zaznacza reporter we wstępie „nie jest kompendium najlepszych budynków w Polsce, powstałych po 1945 roku, a jedynie katalog obiektów, z których może płynąć dla odbiorcy nauka o polskiej przestrzeni i jej historii”. W zbiorze znalazły się instytucje kultury, budynki mieszkalne i inne obiekty użyteczności publicznej. Całość została ułożona w podziale na województwa, co podkreśla użytkowy charakter publikacji, ułatwia wertowanie jej na wyrywki.
W wyborze Springera znalazły się budynki oczywiste, jak Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, czy wielokrotnie już nagradzana Filharmonia w Szczecinie, spektakularne, jak wrocławski Sky Tower, nietypowe, jak Świetlica w Rakowni. Każdemu budynkowi, towarzyszy krótki opis projektu architektonicznego oraz jego realizacji, wraz ze zdjęciem. Na końcu z reguły znajdują się informacje, które pozwalają zobaczyć historię obiektu w szerszym kontekście oraz literatura poszerzająca wiedzę w danym zakresie. Felietonowy styl autora pozbawia tekst encyklopedycznego zadęcia, czyniąc go przyjemnym w odbiorze.
Gdy już rozpłyniemy się w zachwycie nad polską architekturą, jej rozwojem, czeka nas niespodzianka . Otóż w „Księdze zachwytów”, znalazło się również kilka anty zachwytów. Ku przestrodze, by nie popaść w przesadne samozadowolenie. Mimo, że w ostatnich latach poczyniliśmy pewne postępy w projektowaniu przestrzeni miejskiej to droga do architektonicznego ładu i harmonii wciąż jest długa. Dopóki w naszej przestrzeni pojawiają się estetyczne typu wrocławski Solpol, czy funkcjonalne, jak Poznań City Center kurioza , nie możemy spokojnie osiąść na laurach, bo historia nawet najnowszych realizacji pokazuje, że wciąż popełniamy te same błędy, nie zwracając zupełnie uwagi na funkcje budynku oraz jego otoczenie i mamy w tym względzie wiele lekcji do odrobienia. Nie da się też ukryć, że są obszary w Polsce, które obfitują w architektoniczne perełki, jak Wrocław, czy Katowice i są rejony, jak Podlasie, Kujawy, gdzie jest ich znacznie mniej.
„Księga zachwytów”, poza walorami poznawczymi, posiada również te estetyczne. Jest bowiem niezwykle starannie, ładnie wydana. Wygodny format, twarda oprawa i tasiemka w roli zakładki, sprzyjają temu by mogła pełnić funkcje turystyczne oraz ułatwiają wyrywkową lekturę, a ładna szata graficzna cieszy oko estetów. Można tę książkę traktować na wiele sposobów: jako przewodnik, leksykon, zbiór felietonów, można ją również na wiele sposobów czytać. Słowem, dla każdego coś miłego. Jest to wprost idealna lektura przed zbliżającymi się wakacjami. Jeśli ktoś nie ma jeszcze ściśle sprecyzowanych szlaków wakacyjnych, ta książka z pewnością będzie świetną inspiracją. Można na jej podstawie stworzyć sobie wiele turystycznych, niebanalnych tras. Można wybrać miejsca do odwiedzenia już, zaraz, natychmiast. Dla mnie są to niewątpliwie Centrum Rekreacyjno – Sportowe nad jeziorem Ukiel w Olsztynie, Małopolski Ogród Sztuki w Krakowie i Stacja Kultura w Rumii. Każdy z was znajdzie z pewnością swój własny klucz do podróżowania ze Springerem pod pachą.
Ocena: 8/10
F.Springer „Księga zachwytów”, Wydawnictwo Agora 2016.
*Dziękuję Wydawnictwu Agora za przekazanie egzemplarza do recenzji http://kulturalnysklep.pl/
Autor od dawna punktuje główne grzechy rodzimej myśli architektonicznej i budownictwa mieszkaniowego. Należą do nich przede wszystkim: koloroza, wielkoformatowe reklamy i banery, którymi upstrzona jest znaczna część budynków, zawłaszczanie przestrzeni przez wysokościowce, brak funkcjonalności obiektów, niespójność z otoczeniem, likwidacja terenów zielonych, ze względu na inwestycje budowlane, nagminna w dużych miastach. Można, by tak wymieniać jeszcze długo. Tym razem jednak Springer postanowił zmienić nieco kierunek i edukować poprzez pokazywanie dobrych przykładów, miejsc wartych uwagi. Na przekór ogólnonarodowej skłonności do narzekania, w myśl zasady: cudze chwalicie, swego nie znacie, wyruszył w podróż po Polsce, by stworzyć jedyny w swoim rodzaju pozytywny przewodnik turystyczny.
„Księga zachwytów” , jak zaznacza reporter we wstępie „nie jest kompendium najlepszych budynków w Polsce, powstałych po 1945 roku, a jedynie katalog obiektów, z których może płynąć dla odbiorcy nauka o polskiej przestrzeni i jej historii”. W zbiorze znalazły się instytucje kultury, budynki mieszkalne i inne obiekty użyteczności publicznej. Całość została ułożona w podziale na województwa, co podkreśla użytkowy charakter publikacji, ułatwia wertowanie jej na wyrywki.
W wyborze Springera znalazły się budynki oczywiste, jak Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, czy wielokrotnie już nagradzana Filharmonia w Szczecinie, spektakularne, jak wrocławski Sky Tower, nietypowe, jak Świetlica w Rakowni. Każdemu budynkowi, towarzyszy krótki opis projektu architektonicznego oraz jego realizacji, wraz ze zdjęciem. Na końcu z reguły znajdują się informacje, które pozwalają zobaczyć historię obiektu w szerszym kontekście oraz literatura poszerzająca wiedzę w danym zakresie. Felietonowy styl autora pozbawia tekst encyklopedycznego zadęcia, czyniąc go przyjemnym w odbiorze.
Gdy już rozpłyniemy się w zachwycie nad polską architekturą, jej rozwojem, czeka nas niespodzianka . Otóż w „Księdze zachwytów”, znalazło się również kilka anty zachwytów. Ku przestrodze, by nie popaść w przesadne samozadowolenie. Mimo, że w ostatnich latach poczyniliśmy pewne postępy w projektowaniu przestrzeni miejskiej to droga do architektonicznego ładu i harmonii wciąż jest długa. Dopóki w naszej przestrzeni pojawiają się estetyczne typu wrocławski Solpol, czy funkcjonalne, jak Poznań City Center kurioza , nie możemy spokojnie osiąść na laurach, bo historia nawet najnowszych realizacji pokazuje, że wciąż popełniamy te same błędy, nie zwracając zupełnie uwagi na funkcje budynku oraz jego otoczenie i mamy w tym względzie wiele lekcji do odrobienia. Nie da się też ukryć, że są obszary w Polsce, które obfitują w architektoniczne perełki, jak Wrocław, czy Katowice i są rejony, jak Podlasie, Kujawy, gdzie jest ich znacznie mniej.
„Księga zachwytów”, poza walorami poznawczymi, posiada również te estetyczne. Jest bowiem niezwykle starannie, ładnie wydana. Wygodny format, twarda oprawa i tasiemka w roli zakładki, sprzyjają temu by mogła pełnić funkcje turystyczne oraz ułatwiają wyrywkową lekturę, a ładna szata graficzna cieszy oko estetów. Można tę książkę traktować na wiele sposobów: jako przewodnik, leksykon, zbiór felietonów, można ją również na wiele sposobów czytać. Słowem, dla każdego coś miłego. Jest to wprost idealna lektura przed zbliżającymi się wakacjami. Jeśli ktoś nie ma jeszcze ściśle sprecyzowanych szlaków wakacyjnych, ta książka z pewnością będzie świetną inspiracją. Można na jej podstawie stworzyć sobie wiele turystycznych, niebanalnych tras. Można wybrać miejsca do odwiedzenia już, zaraz, natychmiast. Dla mnie są to niewątpliwie Centrum Rekreacyjno – Sportowe nad jeziorem Ukiel w Olsztynie, Małopolski Ogród Sztuki w Krakowie i Stacja Kultura w Rumii. Każdy z was znajdzie z pewnością swój własny klucz do podróżowania ze Springerem pod pachą.
Ocena: 8/10
F.Springer „Księga zachwytów”, Wydawnictwo Agora 2016.
*Dziękuję Wydawnictwu Agora za przekazanie egzemplarza do recenzji http://kulturalnysklep.pl/
piątek, 8 kwietnia 2016
Stuhrm
„Stuhrmówka,
czyli gen wewnętrznej wolności” – wywiad z Maciejem Stuhrem przeprowadzony
przez Beatę Nowicką ukazał się w zeszłym roku, wydawałoby się, że kurz medialny
po ukazaniu się książki dawno opadł, a recenzowanie jej w tym momencie nie ma
sensu.
Nic bardziej mylnego, Stuhr po okresie pewnego wyciszenia zawodowego, znów jest na fali wznoszącej, złośliwi mogliby nawet uznać, że wyskakuje z każdej lodówki.
Jako aktor wszechstronnie utalentowany, niezależnie od tego, czy gra, śpiewa, tańczy, prowadzi gale, pisze felietony, wzrusza i bawi widzów/czytelników do łez.
Mało jest w Polsce tak błyskotliwych , rozważnie prowadzonych karier. Niewielu jest tak inteligentnych, dowcipnych, zdystansowanych aktorów, którzy jednocześnie mają odwagę by od czasu do czasu wyjść z roli ulubieńca publiczności i zabrać głos w debacie publicznej. Stuhr to potrafi, nic dziwnego, że lektura wywiadu z nim jest czystą przyjemnością.
Nic bardziej mylnego, Stuhr po okresie pewnego wyciszenia zawodowego, znów jest na fali wznoszącej, złośliwi mogliby nawet uznać, że wyskakuje z każdej lodówki.
Jako aktor wszechstronnie utalentowany, niezależnie od tego, czy gra, śpiewa, tańczy, prowadzi gale, pisze felietony, wzrusza i bawi widzów/czytelników do łez.
Mało jest w Polsce tak błyskotliwych , rozważnie prowadzonych karier. Niewielu jest tak inteligentnych, dowcipnych, zdystansowanych aktorów, którzy jednocześnie mają odwagę by od czasu do czasu wyjść z roli ulubieńca publiczności i zabrać głos w debacie publicznej. Stuhr to potrafi, nic dziwnego, że lektura wywiadu z nim jest czystą przyjemnością.
Ukazanie się tej
pozycji na rynku było sporym zaskoczeniem, Stuhr słynie bowiem z tego, że wywiadów
udzielać nie lubi, prywatnie introwertyk, ma alergię na dzielenie się swoją
prywatnością, tak popularne w niektórych kręgach. A jednak sztuka namówienia go
do rozmowy udała się Beacie Nowickiej – dziennikarce, która „przepytuje” aktora
od lat, w związku z czym, On darzy ją zaufaniem, które jest niezbędne do tego,
by przedsięwzięcie pt. wywiad – rzeka miało sens i przyniosło zadowalający
efekt. I tak oto jest „Stuhrmówka”.
Niektórzy zarzucali
aktorowi, że za wcześniej zdecydował się na tego typu podsumowanie, że nie ma
wystarczającej liczby doświadczeń życiowych i zawodowych, by wyskakiwać przed
szereg z tego typu publikacją. Wydaje się, że w jego przypadku czynnik czasowy
ma niewielkie, żeby nie powiedzieć żadne znaczenie. Za dwadzieścia lat wciąż
znajdą się przecież osoby, które powiedzą o Macieju – młody Stuhr i będą go
postrzegać jako syna swojego ojca. Przywiązywanie się do tego typu opinii nie
ma więc żadnego sensu.
Rozmowa Nowickiej ze
Stuhrem jest klasyczna w układzie: zaczynamy od dzieciństwa by dojść do
teraźniejszości. Mamy tu więc opowieści o przodkach, podobieństwie do nich,
relacjach z młodszą siostrą, przygody z czasów harcerstwa, młodzieńczych
wybrykach szkolnych, pierwszych zauroczeniach. „Poważniej” zaczyna być w części
dotyczącej studencko – kabaretowych czasów, które, poniekąd niechcący stały się
początkiem ogromnej popularności Stuhra, związanej z działalnością estradową i
wystąpieniem w najbardziej kasowych komediach polskich lat 90. Gdy wydawało
się, że świat stoi przed nim otworem i może zająć się już wyłącznie odcinaniem
kuponów od szybko zdobytej sławy, on wykonał krok w tył – zrezygnował z
kabaretu i postanowił zdawać do Szkoły Teatralnej. W związku tym w rozmowie
pojawiają się oczywiście wątki słynnej fuksówki, zawodowych mistrzów,
pierwszych, po ukończeniu szkoły castingów, ról teatralnych.
Całość jest niezwykle
anegdotyczna. Stuhr o wszystkim opowiada z charakterystycznym dla siebie
poczuciem humoru. Sporo tu zabawnych kulis planów filmowych, scen kabaretowych,
garderoby teatralnej. Wziąwszy pod uwagę, że aktor współpracuje z
najwybitniejszymi reżyserami i aktorami w tym kraju, jest to niewątpliwie
smaczny kąsek.
Kwestie prywatne, choć
się pojawiają zostały omówione z klasą i umiarem. Nie znajdziemy tu rozliczeń z
przeszłością, wyznań na wyłączność i innej tego rodzaju idealnej pożywki dla
tabloidów. Wywiad jest uzupełniony wypowiedziami rodziny, przyjaciół i bliskich
znajomych Stuhra, co również jest interesującym dodatkiem do tego typu
publikacji. Spojrzenie osób trzecich pozwala na zobaczenie aktora w nieco innym
świetle.
To nie jest książka,
która zmieni wasze życie, nie jest to też książka, która odkrywa nową, zupełnie
nieznaną twarz Macieja Stuhra. Jest to natomiast rzecz, przy której będziecie
się świetnie bawić. Wydaje się, że zapewnienie czytelnikom rozrywki na dobrym
poziomie było głównym celem tej publikacji i został on osiągnięty w stu
procentach.
Ocena: 7/10
„Stuhrmówka, czyli gen
wewnętrznej wolności”, Wydawnictwo Znak 2015.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






