czwartek, 20 lutego 2020

Linia – Elise Karlsson


Karlsson pokazuje, jak cienka granica dzieli pasję od pracoholizmu i normalność od szaleństwa. Początkowo niewinna i zabawna, szybko okazuje się otrzeźwiającą lekturą. Ku przestrodze.

Karty magnetyczne, identyfikatory, open space, odpowiedni dress code, burze mózgów, konferencje, lunche, wyjazdy integracyjne, biurowy slang, gładki small talk, to rzeczywistość doskonale znana wszystkim pracującym w korporacjach. Hierarchia, którą trzeba znać, sztywne zasady, których należy się trzymać, by móc spokojnie piąć się po szczeblach kariery. Tylko pojawiająca się od czasu do czasu myśl, że prawdziwe życie jest gdzie indziej, mąci ten idealny niemal spokój.

Wydaje się, że dla Emmy – głównej bohaterki powieści korporacja jest środowiskiem naturalnym i czuje się tam jak ryba w wodzie. Pochodzi z ubogiej dzielnicy, długo szukała pracy, pracowała dorywczo w podrzędnych firmach. Gdy dostaje pracę w dużym, dobrze prosperującym wydawnictwie, specjalizującym się w wydawaniu poradników, uważa że w końcu udało jej się przekroczyć linię i dostać do lepszego świata. Robi wszystko, by się do niego dopasować i zatrzeć ślady dawnego życia.

Praca staje się jedynym sensem i celem jej życia. Definiuje się wyłącznie poprzez pracę, sądzi że bez niej nie istnieje. Poza nią nie ma nic. Gdy zdarza się, że trafia do domu w godzinach pracy, mieszkanie wydaje jej się obcą, pustą przestrzenią. Czuje, że nie jest na swoim miejscu.

Emmie nieustannie towarzyszy lęk przed utratą pracy i znaczenia. Jej pozycja w firmie jest niepewna. Cały czas musi o nią walczyć. Kupuje prestiżowe rekwizyty, jada w odpowiednich miejscach, sumiennie wykonuje nawet najbardziej rutynowe obowiązki. Regularnie mogłaby wygrywać konkursy na pracownika miesiąca. Czy to jest esencja jej życia?

Karlsson pod płaszczykiem lekkości, ironii, poczucia humoru ukryła mnóstwo bardzo gorzkich obserwacji dotyczących kondycji współczesnego rynku pracy i ogólnie rzecz biorąc świata. Stworzyła porażający portret pokolenia młodych, żyjących w dobie recesji ekonomicznej.

Uwiązani wieloletnimi kredytami, zbyt często tkwimy w miejscach, które odbierają nam wszystko po kolei, na czele z wolnym czasem i radością życia. Powodowani lękiem o pracę i przyszłość pozwalamy, by tłamszono naszą kreatywność, traktowano źle, często pracując poniżej kwalifikacji i ambicji.

Linia to dobra książka . Ogromny szacunek dla Wydawnictwa Pauza, że wydaje publikacje zaangażowane społecznie, poruszające ważne i aktualne tematy. Jednak miałam ochotę, jak najszybciej ją skończyć. Natychmiast wyjść z tego świata i otrząsnąć się, niczym z koszmarnego snu.

Autorka swą powieścią prowokuje do myślenia, drażni, zabiera komfort, każe uważnie rozejrzeć się wokół i zadać sobie pytania, czy jestem w miejscu, w którym chcę być i, czy robię to, co chcę robić?

Patrząc na główną bohaterkę, chce się krzyknąć, trochę do niej, a trochę do siebie: obudź się, uciekaj, żyj! Jest o wiele później niż ci się wydaje.*

E. Karlsson, tł. D. Górecka, Linia, Wydawnictwo Pauza 2020.
*Dziękuję Wydawnictwu Pauza za przekazanie egzemplarza do recenzji.
* Ostatnie zdanie jest fragmentem wypowiedzi ks. Jana Kaczkowskiego.

wtorek, 18 lutego 2020

Normalni ludzie – Sally Rooney


Normalni ludzie, to normalna książka, z normalną, niewiele mówiącą okładką. Co zatem sprawia, że zasysa od pierwszych stron i nie można się od niej oderwać do samego końca?

Gdyby ktoś zaledwie kilka miesięcy temu powiedział mi, że ja – doświadczona czytelniczka, w średnim wieku będę się zachwycać perypetiami pary nastolatków, następnie studentów – nie uwierzyłabym. A jednak. Po raz kolejny: nigdy nie mów nigdy okazało się prawdą, bo pozory mylą, tak jest w tym przypadku.

Connell i Marianne chodzą razem do liceum. Ona pochodzi z bogatego domu, jego matka pracuje tam jako sprzątaczka. Widują się często, z czasem rodzi się między nimi specyficzna, głęboka więź. Zaczynają ze sobą sypiać. Mimo tego w szkole cały czas udają, że się nie znają. On jest gwiazdą drużyny piłkarskiej, duszą towarzystwa. Ona uchodzi za dziwną, odklejoną od rzeczywistości. Często pada ofiarą kpin i złośliwości ze strony rówieśników.

Czas mija, a emocje łączące głównych bohaterów narastają. Oboje boją się nazwać to, co ich naprawdę łączy. Siła wzajemnego przyciągania jest ogromna, podobnie jak dynamika uczuć. Wydaje się jakby znali się od zawsze, wzajemnie przeniknęli do swoich wnętrz, stali się jednością. Bez słów odczytują wzajemnie swoje nastroje, gesty, potrzeby. Mimo to, w tak zwanym świecie zewnętrznym nie są w stanie porozumieć się i wspólnie funkcjonować. Dlaczego? Tchórzostwo, niechęć do wzięcia odpowiedzialności, różnica klas społecznych, a może jeszcze coś innego?

Przy okazji mamy tu nakreślone tło społeczno-polityczne. Akcja powieści rozpoczyna się w 2011 roku, tuż po pierwszej fali kryzysu ekonomicznego. Są więc rozważania o podziale klasowym, rosnącym rozwarstwieniu społecznym. Jest być może trochę stereotypów i schematów. Wszystko to nie ma jednak absolutnie żadnego znaczenia. Bo ważne jest tylko jedno pytanie: czy oni będą jednak razem? Czyta się, a w zasadzie połyka tę książkę tylko po to, by na końcu znaleźć na nie odpowiedź.

Normalni ludzie to nie jest wielka, wybitna literatura. I zdaje się, że nie ma nawet do takiej pretensji. Na czym zatem polega fenomen książki, na podstawie której już powstaje serial na zlecenie BBC?

Rooney udało się stworzyć uniwersalną opowieść o samotności, niedopasowaniu, lęku, niemożności porozumienia, nieumiejętności komunikacji, które często wynikają ze złamań i wewnętrznych blizn, które nosimy w sobie. Wielu może przejrzeć się w Normalnych ludziach, jak w lustrze i zobaczyć tam fragmenty własnego doświadczenia życiowego, czy młodości.

Siłą tej książki jest sposób opowiedzenia historii. Magnetyzm przyciągający postaci, dynamika ich emocji, zmiany planów czasowych, które sprzyjają utrzymaniu doskonałego tempa całości. Dzięki temu czytelnik trwa w napięciu i nie traci zainteresowania do ostatniej strony.

Sukces frekwencyjny na spotkaniach autorskich Irlandki i sprzedażowy w księgarniach, wynika być może z tego, że wielu z nas ma w głowie wizję szczęśliwej miłości i chce, żeby się ziściła, nawet jeśli to tylko literatura.

S. Rooney, tł. J. Kozłowski,Normalni ludzie, Wydawnictwo W.A.B. 2020.
* Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za przekazanie egzemplarza do recenzji.


czwartek, 6 lutego 2020

Życie Sus – Jonas T. Bengtsson

Życie Sus to proza krótka, mocna i dojmująca. Na długo zapada w pamięć.

Książka trafiła w moje ręce przed premierą, za sprawą konkursu zorganizowanego przez Olę z bloga Parapet Literacki, w którym udało mi się wygrać jeden z egzemplarzy. Ucieszyłam się niezmiernie, bo bardzo cenię całą Serię Skandynawską Wydawnictwa Poznańskiego. Wszystkie wydane w niej dotychczas książki prezentują wysoki poziom literacki, w dodatku są starannie, pięknie wydane, również od strony graficznej. Uważam, że obecnie jest to jedna z najlepszych serii wydawniczych na polskim rynku.

Sus jest dziewiętnastolatką drobnej budowy i niskiego wzrostu. Z tego względu często mylnie uważana jest za dziecko. Sus nie może liczyć na rodzinę. Ojciec siedzi w więzieniu za zabójstwo matki, jedyny brat – żołnierz, leży w szpitalu z odłamkiem pocisku w głowie. Sus walczy z całym światem o przetrwanie i utrzymanie się na powierzchni życia. Wydaje się kierować zasadą: cel uświęca środki. Szemrane towarzystwo, dwuznaczny moralnie sposób zarabiania pieniędzy i niekonwencjonalne metody działania to jej codzienność.

Sus ma osobliwe hobby: kolekcjonuje noże. Lubi ich dotykać i na nie patrzeć. To daje jej poczucie siły, władzy, bezpieczeństwa. Na zewnątrz ubrana w pancerz z pogardy, buntu, wulgarności, w środku skrywa ogromną wrażliwość, delikatność, tęsknotę.

Postać wykreowana przez Bengtssona natychmiast przywodzi na myśl  starszą koleżankę, hakerkę – Lisbeth Salander z bestsellerowej trylogii Millenium Stiega Larssona. Trudno uniknąć porównań.

Zdania w tej powieści są krótkie i ostre, niczym noże kolekcjonowane przez Sus. Autor umiejętnie stopniuje napięcie, a wyrazista, charakterna bohaterka budzi sympatię od pierwszej chwili.

Życie Sus to poruszająca opowieść o niewydolności rodziny, ale też zawodności instytucji państwowych, mających za zadanie chronić i sprawować opiekę nad potrzebującymi pomocy. Historia o potrzebie życia według własnych zasad, za wszelką cenę. Rzecz o dojmującej samotności, z którą nie sposób sobie poradzić i żyć. A także o tym, że czasem pomocna dłoń może zostać do nas wyciągnięta z najmniej spodziewanej strony. Każdy spotyka na swojej drodze dobre dusze, pełniące rolę swoistych aniołów stróżów. Wystarczy je dostrzec i docenić.

Już dawno nie zdarzyło mi się tak szybko przeczytać żadnej książki i tak bardzo żałować, że to już koniec. Już dawno tak bardzo nie polubiłam i tak mocno nie kibicowałam żadnej bohaterce literackiej. Choć przeczucie od pierwszej strony mówi nam, że ta historia może skończyć się źle, to bardzo chcemy, żeby skończyła się dobrze wbrew wszystkiemu.

Jonas.T.Bengtsson,tł. I.Zimnicka Życie Sus, Wydawnictwo Poznańskie 2020.

sobota, 25 stycznia 2020

Droga przez mąkę, czyli literatura dla kucharek – Łukasz Modelski


Literatura i jedzenie, czyż może być lepsze połączenie? Nawet jeśli, to jest dla mnie wprost idealne. Droga przez mąkę, to lektura lekka, przyjemna, a jednocześnie niezwykle ciekawa, erudycyjna. Rzadkie połączenie. Tym bardziej warte zauważenia i docenienia.

Nie lubię gotować, ale za to bardzo lubię jeść. Gdy w zapowiedziach wydawniczych zobaczyłam książkę o wątkach kulinarnych w literaturze poczułam ekscytację. Poprosiłam jednego z moich Mikołajów, żeby przyniósł mi ją pod choinkę. Życzenie zostało spełnione. Tom stał się jedną z moich świątecznych lektur. Nie ma bowiem lepszej pory na czytanie o jedzeniu, niż czas, kiedy stoły wprost uginają się od różnorodnych dań, a mama na zmianę z babcią prześcigają się w propozycjach: może jeszcze serniczka? Na serniczek zawsze znajdzie się miejsce J

Droga przez mąkę – to autorska audycja radiowa Łukasza Modelskiego, nadawana w programie drugim Polskiego Radia.  Autor rozmawia z zaproszonym gośćmi o wątkach kulinarnych w literaturze, powiązaniach kuchni z kulturą. Każdy program zwieńczony jest wybranym utworem muzyki klasycznej, pasującym do omawianego akurat tematu.

Wśród gości znaleźli się m.in.: Tessa Capponi-Borawska – popularyzatorka kulinarna, Bogusław Deptuła – historyk sztuki, Paweł Bravo – dziennikarz, Piotr Paziński – filozof, Tadeusz Pióro – profesor, anglista, Krzysztof Varga – pisarz, czy nieżyjący już niestety Piotr Bikont – krytyk kulinarny. I wielu innych przedstawicieli różnych dziedzin i nauk : literaturoznawstwa, sztuki filmowej, filologii klasycznej, historii, teatrologii, bibliotekoznawstwa.

Wiele z książek, o których mowa znam. Pani Bovary, Mistrz i Małgorzata, Czarodziejska Góra, W poszukiwaniu straconego czasu, czy Ulisses to klasyka literatury. Inne, jak na przykład Baldus, Uczta Trymalchiona, Edda poetycka były odkryciem.

Przeczytać książkę to jedno, przeczytać uważnie, to zupełnie, co innego. Czy czytałam Mistrza i Małgorzatę ? Tak. Czy pamiętam, co dokładnie jadł Szatan? Niekoniecznie. W związku z tym zaskoczeń i odkryć w czasie lektury miałam mnóstwo.

W rozmowach z gośćmi, oprócz analizy tekstów pod kątem wątków kulinarnych, pojawiają się również liczne anegdoty, dygresje, nawiązania do innych dziedzin sztuki i życia. To właśnie czyni te wywiady szczególnymi i decyduje o popularności audycji.

Każda rozmowa zwieńczona jest przepisem na potrawę, która występuję w danym dziele lub taką, która była popularna w danej epoce.

Wielbiciele gotowania mogą więc raczyć się: knedlikami z Hrabala, blinami Carycy Katarzyny z Balzaca, sandaczem w sosie koperkowym z Prusa, czy szaszłykiem po Karsku z Bułhakowa.

Pojawienie się Drogi przez mąkę na rynku wydawniczym, nie zostało w zasadzie zauważone i szerzej odnotowane. Wielka szkoda. Niestety w naszym kraju wciąż niesłusznie uważa się książki kulinarne, czy o jedzeniu za mniej ambitne i wartościowe od „prawdziwej literatury” z wyższej półki. Tom nie dość, że świetnie napisany, to w dodatku pięknie wydany. Absolutny must read dla wszystkich smakoszy-erudytów i smakoszy-intelektualistów.

Niech nie zrazi was duża objętość (551 stron). Książkę można pochłonąć w czasie całodziennej uczty, dzieląc sobie przyjemność na śniadanie, obiad, deser i kolację.

Ł.Modelski, Droga przez mąkę, czyli literatura dla kucharek, Wydawnictwo Znak 2019.

niedziela, 19 stycznia 2020

King! Muniek Staszczyk. Autobiografia – rozmawia Rafał Księżyk


Sex, drugs and rock'n'roll – to powszechne wyobrażenie o życiu muzyków, zwłaszcza rockowych, nie tylko na świecie, ale również w Polsce. Na pierwszy rzut oka wydaje się krzywdzące i niesprawiedliwe. Bardzo często okazuje się jednak zgodne z prawdą.  Potwierdza je także autobiografia Muńka Staszczyka autorstwa Rafała Księżyka.

Po serii trudnych tematycznie i obciążających emocjonalnie lektur, w święta Bożego Narodzenia postanowiłam sięgnąć po coś lżejszego, bardziej relaksującego. Mój wybór padł na stojącego od jesieni na półce Kinga. Duża ilość wolnego czasu podczas przerwy świątecznej sprawiła, że nie przestraszyłam się srogiej objętości tomu (523 strony).  Całość czyta się znakomicie, mówiąc kolokwialnie jednym tchem. Czy była to lektura lekka i relaksująca? Nie do końca, bo pozostawiła po sobie dość ponure refleksje. Niemniej jednak, nie żałuje poświęconego na nią czasu.

Staszczyk od dawna nie jest już bohaterem mojej muzycznej bajki. W młodości natomiast, jak większość osób z pokolenia 30-40 latków zdarzało mi się nucić Warszawę, Kinga, czy później, atakujący zewsząd, mocno popowy super hit Chłopaki nie płaczą. Dziś pozostał mi sentyment do piosenek i sympatia dla ich twórcy. Do książki bardziej od głównego bohatera przyciągnęło mnie jednak nazwisko autora autobiografii, przeprowadzającego rozmowy – Rafała Księżyka. 

W kategorii wywiadów – rzek z muzykami jest on niekwestionowanym mistrzem, a jego nazwisko na okładce książki stanowi gwarancję jakości. Wydaje się, że dysponuje on wiedzą tajemną i posiada specjalny klucz do otwierania swoich rozmówców. W rozmowach z nim wszyscy są szczerzy, mówią to, czego nie powiedzieli dotąd nikomu innemu. Czasem na granicy ekshibicjonizmu Jakby czuli, że ściemniać Księżykowi to po prostu wstyd. Szczerość czyni te wywiady wyjątkowymi. Niejednokrotnie brzmią one, jak spowiedź. Doskonałe przygotowanie autora, redakcja i układ tekstu sprawiają, że życiorysy muzyków czytamy z napięciem porównywalnym do lektury najlepszej powieści przygodowej, czy scenariusza filmowego. Duża to sztuka.

Po Tomaszu Stańce, Robercie Brylewskim, Tymonie Tymańskim Kaziku Staszewskim i Marcinie Świetlickim, przyszedł czas na Zygmunta Staszczyka. Ten ostatni sam zabiegał o rozmowę z Księżykiem. Nic w tym dziwnego, znaleźć się w takim towarzystwie to zaszczyt.

Można powiedzieć, że historia zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem jest już tylko lepiej. W 2018 roku, po 35 latach Muniek postanowił zawiesić działalność zespołu T.Love.  W związku z tym jest pytany o to, jak się żyje na „emeryturze” i, czy w końcu dojrzał do tego, by stać się Zygmuntem i czy w ogóle mu na tym zależy.

Dalej jest już klasycznie, czyli od początku: o domu rodzinnym, podwórkowym życiu, szkole, burzliwej młodości, pierwszych miłościach, wreszcie o małej rodzinnej stabilizacji. Z tej części wyłania się obraz chłopaka z częstochowskiego osiedla bloków z wielkiej płyty, który wychował się z kluczem na szyi, bo zapracowani rodzice mieli dla niego mało czasu. Mimo to dostawał w domu dużo miłości, akceptacji, a przede wszystkim wyniósł z niego etos pracy. W okresie liceum zafascynował się muzyką rockową, która w czasach PRL-u była odskocznią od rzeczywistości. Dzięki niej poczuł, że z dobrze znanego podwórka warto wyruszyć w świat. Pierwszym szczytem marzeń była stolica. Konsekwentnie zrealizował swój plan.

Przyszedł czas na muzykę. Pierwsze zespoły, piosenki, roszady w składach, koncerty reakcje publiczności. Zanim nastała era T. Love było kilka innych formacji. W końcu stało się i na scenie pojawił się T. Love – o początkach, pisaniu tekstów, koncertach, relacjach w zespole, Staszczyk opowiada barwnie, racząc nas różnymi anegdotami.

Wraz z piosenką Warszawa przyszła popularność i pierwsze poważne pieniądze. Potem pojawiły się kolejne przeboje, nastąpił skręt zespołu w stronę popu i wejście do mainstreamu „na pełnej petardzie”, wraz z hitem Chłopaki nie płaczą. King to w dużej mierze opowieść o zachłyśnięciu się sławą, które często oznaczało jazdę po bandzie, brak hamulców, nieustanną imprezę. Popularność zespołu, sympatia publiczności i osobowość Muńka sprawiły, że zaczął być on postrzegany jako autorytet i był proszony o zabranie głosu w debacie publicznej na różne, poza muzyczne tematy. Jak sam mówi, poczuł wtedy mocne uderzenie sodówki.

Sława to jednak nie tylko blaski, ale także, a może przede wszystkim cienie. Te pojawiły się szybko. Używki, głównie alkohol, który z czasem stał się warunkiem koniecznym pracy i dobrego funkcjonowania również poza sceną. Zainteresowanie fanek, zdrady małżeńskie, o których Staszczyk opowiada z rozbrajającą szczerością. Kryzysy nie ominęły też zespołu, w którym z czasem zaczęła się walka o dominację i wpływy. Sukces komercyjny sprawił, że oczekiwania wobec zespołu wzrosły. Oczekiwano, że każda kolejna piosenka stanie się szlagierem radiowym, co nie zawsze szło w parze z satysfakcją artystyczną. Kapela miała być maszynką do zarabiania pieniędzy. Wszystko to finalnie doprowadziło Muńka do depresji i decyzji o zawieszeniu działalności zespołu.

Funkcjonowanie w show-biznesie wiąże się z nawiązywaniem relacji. Opowieści o przyjaźni z Kazikiem Staszewskim, Robertem Brylewskim, Janem Benedkiem, czy Janem Nowickim, a także o znajomości z Korą są istotnym elementem książki. Dzięki nim poznajemy nie tylko spory kawałek historii polskiej muzyki, ale także popkultury. Równie istotne są tu inspiracje i fascynacje muzyczne, w tym ta największa: twórczością Boba Dylana.

Ważnym tematem rozmów jest wiara , nawrócenie.. Już w piosence Bóg  Staszczyk śpiewał: Tak bardzo chciałbym zostać kumplem twym. Wygląda na to, że w końcu mu się to udało. Choć jak sam mówi, cały czas miewa wątpliwości, wadzi się z Absolutem i poszukuje najlepszej dla siebie formy relacji.

King, to w sumie dość gorzka książkowa pigułka. Wyłania się z niej obraz człowieka doświadczonego, pogubionego, samotnego. Po lekturze trudno uniknąć refleksji, że spokój i równowagę należy  mieć w sobie. Nie gwarantują ich wcale sukces zawodowy, satysfakcja finansowa, rodzina, czy przyjaciele i wydawałoby się spełnione życie.

Życie dopisało do tej autobiografii kolejny, smutny rozdział. W lipcu ubiegłego roku, po koncercie Boba Dylana w Londynie, Staszczyk doznał wylewu. Cudem uszedł z życiem, nie doznając przy tym większego uszczerbku na zdrowiu. Niemniej jego aktywność zawodowa i promocja drugiego solowego albumu została na jakiś czas przymusowo wstrzymana. Tekst czytany z tą świadomością nabiera nowego znaczenia. Czyni całość jeszcze mocniejszą, bardziej dojmującą.

Rozliczenia życiowe, podsumowania, przemyślenia dotyczące kondycji ludzkiej, czynią z Kinga lekturę uniwersalną, która będzie interesująca nie tylko dla zagorzałych fanów artysty. Tych ostatnich naturalnie nie trzeba do czytania zachęcać.

King! Muniek Staszczyk. Autobiografia. Rozmawia Rafał Księżyk,  Wydawnictwo Literackie 2019.        
*Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji.




piątek, 20 grudnia 2019

Nie zdążę – Olga Gitkiewicz


Druga książka Olgi Gitkiewicz jest powszechnie uznawana za reportaż o wykluczeniu komunikacyjnym. Zagadnienie zostało jednak  potraktowane zbyt szeroko, by móc jednoznacznie stwierdzić, że jest to rzecz wyłącznie o tym. Temat nośny, aktualny. Tym bardziej żal zmarnowanego potencjału.

W pierwszej chwili wzrok przyciąga okładka ze zdjęciem autorstwa Filipa Springera. Zaniedbana wiata bez oznakowania i widocznego rozkładu jazdy, stojąca pośrodku niczego, czasy świetności dawno ma już za sobą i tylko charakterystyczna konstrukcja sugeruje, że kiedyś był tam pewnie przystanek autobusowy. 

Ten smutny obrazek natychmiast przywołuje wszystkie złe wspomnienia związane z koniecznością korzystania z publicznego transportu. Wykluczenie komunikacyjne, jak czytamy na tylnej okładce, dotyczy blisko czternastu milionów osób w Polsce. Zakładam jednak, że każdy z nas, choć raz w życiu doświadczył niemożności wydostania się z miejsca komunikacyjnie odciętego od reszty kraju. Temat jest więc niezwykle uniwersalny i dobrze się stało, że ktoś się nad nim pochylił.

Zaczynamy od krótkiej podróży do Stanów Zjednoczonych i opowieści o tym, jak motoryzacyjni giganci: Chevrolet i Cadillac pewnego dnia postanowili zniszczyć amerykański transport publiczny, bo funkcjonował za dobrze, żeby ludzie chcieli kupować samochody.

Wracamy do Polski, by dowiedzieć się, że piesi są najsłabiej chronioną grupą uczestników ruchu drogowego. Nie lepiej wygląda sytuacja rowerzystów. Jako datę kluczową, dla stopniowego marginalizowania transportu publicznego w Polsce podaje się 1989 rok – czas transformacji ustrojowej, gdy Polacy zaczynali śnić sen o potędze, a szczytem marzeń było posiadanie własnego auta. Wtedy też rządzący, zamiast na rozwijanie i podtrzymywanie sieci transportu publicznego postawili na budowę dróg i autostrad. Nie każdy mógł wziąć udział w wyścigu o własne auto, co poskutkowało rosnącym wykluczeniem komunikacyjnym dużej grupy ludzi.

Wykluczeni to bardzo różnorodny zbiór. Są tu historie osób, które nie mogą dojechać do szkoły, pracy, lekarza, osób starszych, które przez brak transportu coraz rzadziej wychodzą z domu i w najprostszych sprawach, typu zakupy są zmuszone prosić o pomoc innych. Zjawisko dotyka zarówno mieszkańców wsi , jak i nieco większych miast, gdzie autobusy kursują, ale bardzo rzadko, uniemożliwiając tym samym ułożenie sobie jakiegokolwiek sensownego planu dnia. Są opowieści o sąsiedzkiej pomocy i grupach samochodowego wsparcia.

Bardzo ważnym, jednak niedostatecznie rozwiniętym wątkiem, jest to, że osoby nie zmotoryzowane, stale korzystające z transportu publicznego często uważane są za gorsze, biedniejsze, słabsze od reszty społeczeństwa. Tym samym doświadczają wykluczenia w zwielokrotnionej formie.

Autorka dużo miejsca poświęca stanowi Polskich Kolei Państwowych. Zarówno kondycji technicznej taboru, jak i rozlicznym problemom organizacyjnym spółek, które wpływają na kursowanie pociągów. Jest o pasjonatach kolei, którzy od zawsze chcieli być maszynistami i idealistycznie wierzą, że przedsiębiorstwo można zmienić na lepsze. Położenie tak dużego nacisku na kolej nieco dziwi. Tym bardziej, że niemal w tym samym czasie na rynku ukazała się książka: Ostre cięcie. Jak niszczono polską kolej, autorstwa Karola Trammera, w której autor uważnie przygląda się wszystkim wzlotom i upadkom PKP.

Gitkiewicz do kompletu dorzuca jeszcze uwagi na temat funkcjonowania komunikacji miejskiej i uprzywilejowanej pozycji kierowców w dużych miastach. Na kartach jej reportażu nie zabrakło też miejsca dla zapaleńców zbierających stare rozkłady jazdy. Słowem -  dla każdego coś dobrego.

Nie zdążę było doskonałym pomysłem na reportaż. Do pełnego sukcesu zabrakło jednak staranniejszej realizacji. Ilość poruszonych wątków sprawia, że całość jest mocno chaotyczna. Brak skupienia na myśli przewodniej, ustalenia hierarchii ważności, powoduje wrażenie niespójności. Tekst wewnątrz rozdziałów został podzielony na liczne mikro rozdziały. Niektóre ważne kwestie zostały jedynie zasygnalizowane, bez dogłębnego zbadania tematu. Inne z kolei są nadmiernie rozbudowane. Zdecydowanie brakuje tu koncentracji na pojedynczych osobach i ich historiach, związanych z wykluczeniem komunikacyjnym. Grzechem głównym tej książki jest nadmiar.

Olga Gitkiewicz bardzo chciała, jak najszerzej ująć temat, koniecznie zmieścić wszystko w jednej, niewielkiej w gruncie rzeczy książce. To właśnie ją zgubiło i w rezultacie osiągnęła efekt przeciwny do zamierzonego. Reportaż sprawia wrażenie napisanego na kolenie, byle zdążyć z oddaniem do wydawnictwa przed upływem ostatecznego terminu. Wielka szkoda. Niemniej jednak , powtórzę jeszcze raz: wielkie brawa za sam pomysł.

O.Gitkiewicz, Nie zdążę, Wydawnictwo Dowody na Istnienie 2019.
*Dziękuję Wydawnictwu Dowody na Istnienie za przekazanie egzemplarza do recenzji.

wtorek, 3 grudnia 2019

Stramer – Mikołaj Łoziński


Stramera śmiało można określić jako wielki powrót. Na nową powieść Mikołaja Łozińskiego trzeba było czekać aż osiem lat. Warto było. W świat wykreowany przez autora zanurzamy się natychmiast, opowiadana historia wciąga od pierwszej strony i chcemy w niej trwać jak najdłużej. Po lekturze pozostaje żal, że to już koniec i nadzieja na rychłą kontynuację.

Już w momencie pojawienia się na rynku nagrodzonej Paszportem Polityki Książki, wiedziałam, że Łoziński to pisarz niezwykle utalentowany, którego dalszy rozwój będę obserwować z dużą ciekawością. Gdy w październikowych zapowiedziach zobaczyłam Stramera bardzo się ucieszyłam. Autor jest już dla mnie gwarancją literackiej jakości i wartościowych przeżyć. Miałam wysokie oczekiwania, które zostały w pełni zaspokojone.

Stramer opowiada historię biednej żydowskiej rodziny – małżeństwa z sześciorgiem dzieci, zamieszkałej przy ulicy Goldhammera 20 w Tarnowie. Ich losy zostały pokazane na przestrzeni wielu lat: od początków dwudziestolecia międzywojennego do początków drugiej wojny światowej. Każdy z członków rodziny przedstawia wydarzenia ze swojej perspektywy.

Nathan – głowa rodziny, z miłości do żony postanowił wrócić z Ameryki i zamieszkać w Tarnowie. Do końca wierzył, że kiedyś spełni swój amerykański sen. Niespełnienie powodowało powracający regularnie „katar żołądka”. Jako ojciec był wymagający i apodyktyczny. Ryfka – westalka domowego ogniska, w każdych okolicznościach starała się scalić rodzinę, utrzymać ją w ryzach. Jako matka – opiekuńcza, wyrozumiała, ciepła. Rudek – najstarszy z rodzeństwa, autorytet, lider, intelektualista. Jako pierwszy wybierze studia w Krakowie. W ślad za bratem wyruszy kolejny z braci – Salek, mocno zafascynowany komunizmem. Ta ideologia naznaczy również życie Hesia, który w przeciwieństwie do starszych braci nie pójdzie ścieżką edukacji  Najmłodszy Nusek – jest nieco pomijany zarówno w rodzinie, jak i w powieści. Życie starszej z sióstr – Reny, zdeterminuje związek ze starszym mężczyzną. Do rodzeństwa należy także Wala.

Łoziński stworzył świetne portrety psychologiczne bohaterów i pokazał funkcjonowanie tego „organizmu” w bardzo długim okresie czasu. Możemy obserwować umacnianie więzi i ewolucje stosunków rodzinnych. Niezależnie od tego, Stramerowie w najważniejszych i najtrudniejszych momentach życia zawsze są razem. Wspierają się i są gotowi nieść pomoc. Dzięki temu od początku jako czytelnicy czujemy się dobrze w ich towarzystwie.

Autor doskonale łączy fakty historyczne z fikcją literacką. Odtwarza krajobraz ówczesnego Tarnowa, Krakowa, częściowo nawet Lwowa i Warszawy. Wykorzystuje do tego autentyczne szyldy, nagłówki prasowe, postaci W usta swoich bohaterów często wkłada ich słowa. Zaznacza zachodzące z czasem zmiany nastrojów społecznych i politycznych. Początkowo drobne, z czasem narastające różnice zachowań Polaków w stosunku do Żydów. Pokazuje ewolucję socjalizmu w komunizm.

Stramer to świetnie skonstruowana, wielogłosowa, panoramiczna powieść. Fikcja literacka w dużej mierze zainspirowana historią rodziny Łozińskiego. Jednocześnie, mimo szerokiego planu czasowego to powieść bardzo kameralna. Rodzina Stramerów tworzy mikrokosmos. W zamyśle autora to na niej miała być skupiona cała uwaga czytelników. Wielka historia ma wpływ na życie bohaterów, ale zdaje się odbywać gdzieś w tle. Dramatyczne wydarzenia końcowe, o których wszyscy wiemy, zostają tu jedynie zasygnalizowane. Ten zabieg udał się znakomicie i posłużył całości. Dzięki temu powieść, mimo trudnego tematu ma w sobie dużo lekkości i humoru. To wielka sztuka, która udaje się nielicznym.

W tym miejscu muszę również wspomnieć o doskonałej jakości całego wydania. Po pierwsze: świetnie zaprojektowana, minimalistyczna okładki autorstwa Przemka Dębowskiego. Po drugie: format wydania, który sprawia, że książka idealnie mieści się w dłoni i jest wygodna do czytania w każdych warunkach. Po trzecie: wysokiej jakości papier, który estetycznie dopełnia przyjemność obcowania z tekstem.

Dzieło kompletne.

M.Łoziński, Stramer, Wydawnictwo Literackie 2019.
* Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji.