niedziela, 5 lipca 2020

Lektury czasu kwarantanny




Zanim lato rozkręci się na dobre i wyruszymy na wakacyjne szlaki, postanowiłam zebrać w jednym tekście najbardziej wartościowe i godne uwagi książki, przeczytane przeze mnie w czasie przymusowej izolacji społecznej. 

Żeby nie było zbyt słodko i miło, dla kilku zupełnie nie wartych według mnie uwagi również znajdzie się tu miejsce. Tym samym zamykam na blogu temat lockdownu i epidemii. Czas iść dalej.

Nie mam czasu ani weny, żeby o każdej z tych książek napisać osobną, obszerną recenzję. Dlatego w tych krótkich notkach, bardziej niż na opisie fabuły, skupię się na swoich wrażeniach z lektur. Dla zainteresowanych szerszymi opisami treści, pod każdą notatką zamieszczę link odsyłający na stronę wydawcy. Może ktoś z was znajdzie wśród tych tytułów inspiracje dla własnych wyborów czytelniczych w przyszłości. Zapraszam!

Song nauczycielki V. Hjorth – Nauczycielka akademicka zostaje poproszona przez swojego studenta o udział w filmie na temat związków życia zawodowego z prywatnym. Ta decyzja odmieni jej życie i zmusi do zadania sobie fundamentalnych pytań. Kameralna, oszczędna w środkach, świetnie napisana, przepełniona emocjami, trzymająca czytelnika w podskórnym napięciu do samego końca. Powieść o tym, że nic nie jest takim, jakie się wydaje. Przywiązani do własnych przekonań i przyzwyczajeń często kreujemy na zewnątrz wizerunek, który ma niewiele wspólnego z prawdą. Dopiero zmiana perspektywy, wyjście ze strefy komfortu zmusza nas często do bolesnej konfrontacji i wyciągnięcia nie zawsze przyjemnych wniosków o sobie samym. Hjorth to znakomita, bardzo oryginalna autorka zupełnie w Polsce niedoceniana.  Niesłusznie pomijana przez krytyków, niewystarczająco promowana przez wydawcę. Zwróćcie uwagę na to nazwisko, warto.

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji.

Centuria. Sto krótkich powieści rzek G. Manganelli – powieść z kategorii : eksperyment literacki. Mamy tu dokładnie 100, półtora stronnicowych historii. W każdej z nich występuje pojedynczy bohater, najczęściej mężczyzna i przeżywa pozornie nieistotny epizod w swojej codzienności. Można tę książkę odbierać na wiele różnych sposobów: jako możliwe początki powieści, skłaniające do zastanowienia, jakie mogłyby być dalsze ciągi tych opowieści, zbiór filozoficzno – egzystencjalnych refleksji, jako spójną całość, w której głównymi motywami są: samotność, przemijanie, strach przed śmiercią. Niezwykle oryginalna forma, zupełny brak dialogów. Przypadnie do gustu zwłaszcza wielbicielom światów tworzonych przez Italo Calvino. Bardzo pobudzająca intelektualnie, polecam.

Dziękuję Państwowemu Instytutowi Wydawniczemu za przekazanie egzemplarza do recenzji.

Czas porzucenia E. Ferrante – na wstępie zaznaczę, że nie należę do wyznawczyń włoskiej autorki, której największą popularność przyniósł cykl neapolitański zapoczątkowany przez Genialną przyjaciółkę. Nie przepadam, a jednak sięgam po kolejne książki pisarki, co może wydać się dziwne J Mogę to wytłumaczyć jedynie tym, że wszyscy dookoła polecają, a ja sięgam po nie z nadzieją, że tym razem coś się zmieni. Nie zmienia się . To książki dla wszystkich, którzy lubią te książki, które już znają. Tym razem dostajemy historię porzuconej przez męża Olgi, która z dnia na dzień musi się odnaleźć w nowej sytuacji i zdefiniować siebie na nowo. Mamy tu powolnie rozwijającą się fabułę i pogłębione analizy psychologiczne świata wewnętrznego bohaterów, czyli znaki rozpoznawcze pisarki. Jedyną zmianą, poniekąd uzasadnioną przez opisaną historię jest agresywny, dosadny, często wulgarny język. Mnie osobiście ta przesada stylistyczna raziła. Ferrante prezentuje stabilny poziom, jednocześnie w jej twórczości nie widać żadnego rozwoju. W Czasie porzucenia nie znalazłam nic nowego, zaskakującego, odkrywczego. Zachwytu nie odnotowałam. Miałam za to poczucie zmarnowanego czasu. Czytacie na własną odpowiedzialność, polecam jedynie zagorzałym wielbicielom autorki.


Zgiń kochanie A. Harewicz – Debiut literacki. Historia młodej kobiety, matki, zmagającej się z depresją poporodową. Bohaterka próbuje na nowo zbudować swoją tożsamość i odnaleźć się nie tylko w nowej roli, ale także we własnym ciele. Monolog wewnętrzny postaci jest napisany w sposób niezwykle zmysłowy, dziki, nieokiełznany. W samej bohaterce jest bardzo dużo pierwotnej energii i instynktów, nad którymi nie zawsze potrafi zapanować. Na uwagę zasługuje tutaj ujęcie tematu macierzyństwa i pokazanie jego mrocznej strony. To w Polsce wciąż rzadko spotykane i mam wrażenie – nieakceptowalne społecznie. Drugą rzeczą jest styl pisania autorki, o którym pisałam powyżej. Może zachwycać i drażnić jednocześnie. Mnie ta książka nie urzekła, ani nie poraziła, tak jak innych recenzentów. Nie jest to jednak kwestia słabości tekstu, a raczej osobistej perspektywy. Także próbujcie śmiało i wyciągnijcie własne wnioski.


Moja osoba Ł. Najder – zbiór esejów autorstwa redaktora Wydawnictwa Czarnego, publikowanych w internetowym czasopiśmie Dwutygodnik oraz kilku innych tytułach. Świetna rzecz dla wszystkich, którzy podobnie jak ja lubią błyskotliwe komentowanie tego, co aktualnie za oknem i popkulturę. Spory rozrzut tematyczny: od prokrastynacji przez bolączki moli książkowych, humanistów, po świetny esej o stanach lękowych i nerwicach. W zbiorze znalazło się również miejsce dla Kuby Wojewódzkiego i rozważań  o współczesnych mediach.


Polska przydrożna P. Marecki – relacja z podróży po Polsce lokalnej: powiatowej, typu B i C. Książka, która w założeniu miała być eksperymentem socjologicznym, prowokacją i testem na inteligencję czytelników. W efekcie stała się obiektem zażartych dyskusji, sporów i ( głównie) krytyki. Stało się tak za sprawą stylu, w jakim jest napisana i używanego języka. Jest to język lakoniczny, potoczny, wręcz podwórkowy. Zdaje sobie sprawę, że skoro autor jest profesorem, nauczycielem akademickim to był to z jego strony w pełni świadomy, celowy zabieg. Nie przekonuje mnie jednak taka koncepcja. Męczyłam się bardzo przy czytaniu tej książki. Styl pisania był dla mnie niestrawny i nie do przyjęcia. Szkoda, bo sam temat świetny, realizacja  niekoniecznie.


Blizna Ava Ólafsdóttir – Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich Wydawnictwa Poznańskiego jest obecnie moją ulubioną serią wydawniczą na rynku. Przyznaje więc, że nie jestem do końca obiektywna w ocenie, bo podobają mi się w niej w  zasadzie wszystkie książki. Nie wszystkie jednakowo, ale uważam, że zawsze warto po nie sięgać. Kolejne tomy serii kupuje już w ciemno. Blizna to kameralna opowieść o wyobcowaniu i poszukiwaniu sensu życia. Główny bohater -  Jonas zmaga się z poczuciem zbędności i bezsensu swojej egzystencji. Wybiera się w podróż do kraju, w którym niedawno zakończyła się wojna. Autorka przekonuje, że czasem zmiana miejsca wystarczy do zmiany punktu widzenia i odkrycia zupełnie nowych możliwości. Z uwagi na zbyt oczywiste i banalne rozstrzygnięcia fabularne oraz niepogłębione refleksje, nie jest to najlepsza książka w serii. Mimo wszystko z niecierpliwością czekam na kolejne tytuły.


Ukochane równanie profesora Y. Ogawa – niezwykle popularna książka, chwalona niemal przez wszystkich recenzentów i książkową blogosferę. Minimalistyczna historia profesora matematyki, który w wyniku wypadku dysponuje jedynie 80 minutami pamięci. Pewnego dnia w jego domu zjawia się gosposia, wraz ze swym małym synkiem, który otrzymuje od profesora pieszczotliwe określenie Pierwiastek. Dostrzegam oczywiście niezaprzeczalny urok głównego bohatera, doceniam niepowtarzalny klimat, który udało się stworzyć autorce i uważam, że jest to dobra książka. Jednocześnie przyznaje uczciwie, że nużyła mnie lektura tej powieści. Może przez zbyt dużą obecność wątków matematycznych, bo nigdy nie pałałam sympatią do tej nauki. Miało zachwycić – nie zachwyciło. Z całą pewnością nie jest to kwestia słabości tekstu, a po raz kolejny osobistej perspektywy. Nie zrażajcie się zatem moją opinią, i jeśli tylko macie ochotę sięgajcie po tę oryginalną prozę.


O dwóch książkach przeczytanych w czasie kwarantanny napisałam osobne recenzje:

Wierzyliśmy jak nikt R. Makkai – cały tekst recenzji znajdziecie tutaj.

Pokaż mi swoją bibliotekę A. Rybka – cała recenzja tutaj.

O kilku mam zamiar napisać osobne teksty, dlatego nie znalazły się w tym zestawieniu. Pozostaje mi życzyć wam znalezienia w tym wpisie wielu wskazówek dla siebie i fascynujących czytelniczych przygód.


niedziela, 24 maja 2020

Wierzyliśmy jak nikt – Rebecca Makkai


O tej książce powiedziano i napisano już prawie wszystko – wszędzie. W zasadzie zebrała same pochlebne opinie. Z reguły taka sytuacja budzi moje podejrzenia i natychmiast mam ochotę sprawdzić, jak jest naprawdę? W tym przypadku okazało się, że wszystkie te peany są w pełni uzasadnione, a w okładkowych blurbach nie ma cienia przesady, czy marketingowej ściemy. Dlatego postanowiłam dołączyć swój głos do tego chóru zachwytów.

Tak wiem – obiecywałam zmartwychwstanie bloga i bardziej regularne sprawozdania z kwarantannowych lektur. Jeśli zapytacie, gdzie byłam, gdy mnie nie było? Bez wahania odpowiem, że podobnie, jak większość Polaków walczyłam z ostrym cieniem mgły – to oczywiste, prawda?  Gdy otrząsnęłam się z szoku i przetarłam oczy ze zdumienia, okazało się, że nowa normalność jest zupełnie nienormalna.

Mieszkający na warszawskim Żoliborzu właściciel kota, wpada na genialny pomysł unieważnienia wyborów, które się nie odbyły. Inny, cierpiący na ogromny ból…głowy Pan z Myśliwieckiej, postanawia unieważnić notowanie Listy Przebojów, które wygrała piosenka Kazika. Wszystko to oczywiście w trosce o obywateli – samodzielne myślenie zagraża przecież ich zdrowiu i życiu.

W ten sposób rzeczywistość po raz kolejny przerosła literaturę i mnie. Zamiast pisania o książkach wybrałam poszukiwanie nowej drogi zawodowej. Idąc w ślad za Masłowską, zastanawiam się: jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu?

Jako osoba konsekwentnie niekonsekwentna niespodziewanie wracam jednak do pisania. I tu znów mały zgrzyt: czytanie powieści o epidemii AIDS w Stanach Zjednoczonych, podczas pandemii koronawirusa na świecie nie jest dobrym, oryginalnym pomysłem? Jest, pod warunkiem, że to świetna powieść.

Makkai rozgrywa fabułę powieści równolegle w dwóch planach czasowych. Pierwszy: połowa lat 80. XX wieku – Gej Yale Tishman, pojawia się na spotkaniu zorganizowanym po pogrzebie swojego przyjaciela -  Nica, który zmarł na AIDS. Wraz z jego siostrą  - Fioną i grupą pozostałych przyjaciół oddają się wspomnieniom z czasów młodości. 

Druga oś czasowa to 2015 rok – Fiona przybywa do Paryża w poszukiwaniu swojej córki, która zerwała z nią kontakt wiele lat temu.  Zatrzymuje się u przyjaciela z dawnych lat, co zmusza ją do rozliczeń z niełatwą przeszłością.

Yale, z jednej strony wiedzie uporządkowane, ciekawe życie. Jest dyrektorem w jednej z chicagowskich galerii sztuki, ma stałego partnera, obraca się w środowisku bohemy artystycznej i intelektualnej. Z drugiej strony żyje w epicentrum epidemii śmiertelnej choroby, mierzy się z nieustannym poczuciem zagrożenia, potęgowanym przez odchodzenie kolejnych osób z kręgu najbliższych przyjaciół.

Powieść jest świetnie napisana i skonstruowana. Losy bohaterów poznajemy powoli, fabuła płynnie przechodzi z jednej osi czasowej w drugą. Mimo epickiego rozmachu (620 stron) przez cały czas udaje się utrzymać ciekawość czytelnika. Z niecierpliwością przewracałam kolejne strony, by dowiedzieć się co będzie dalej? Choć od początku domyślamy się, jak skończy się ta historia, mimo wszystko trzymamy kciuki za bohaterów. Postaci są wyraziste, pełnokrwiste, dzięki temu łatwo jest współodczuwać z nimi, utożsamiać się.

Makkai bardzo zadbała o realizm swojej powieści. Bohaterowie, choć fikcyjni zostali umieszczeni w rzeczywistych miejscach i wydarzeniach społecznych. Doskonały research sprawił, że autorka świetnie oddała atmosferę tamtych czasów i środowiska gejowskiego.

 Często są tu opisywane dramatyczne, bolesne, złe zdarzenia. Mimo to nie mamy poczucia, że jesteśmy szantażowani emocjonalnie, że ktoś wymusza na nas współczucie. To trudna sztuka i jak pokazuje przykład Małego życia Hanyi Yanagihary, nie zawsze się udaje. Tu udało się przede wszystkim dzięki językowi oraz zastosowaniu kilku nieoczywistych rozwiązań fabularnych.

Przy wykorzystaniu samych wielkich motywów literackich, jak: miłość, przyjaźń, zdrada, choroba, śmierć, bardzo łatwo o przesadę, popadnięcie w patos, czy moralizatorstwo. Tutaj – dzięki oszczędnym środkom wyrazu, nie mamy do czynienia z nadmiarem w żadnym aspekcie. Powieść jest wiarygodna, jak najbardziej realistyczna i przez to, jeszcze bardziej poruszająca, piękna, a momentami wręcz wstrząsająca.

Czy czytanie o epidemii podczas pandemii to dobry pomysł?  Dla mnie zdecydowanie tak. Wielu pewnie zapyta, po co jeszcze bardziej się dołować, skoro mamy wystarczająco dużo dramatów dookoła?

Lektura Wierzyliśmy jak nikt jest bardzo pomocna w przywróceniu właściwych proporcji temu, czego aktualnie doświadczamy. Wystarczy małe odświeżenie pamięci, żeby zrozumieć, że świat bardzo rzadko bywał bezpiecznym, stabilnym miejscem, a epidemie, kataklizmy, kryzysy ekonomiczne i inne globalne nieszczęścia pojawiały się od bardzo dawna i powracają z dużą regularnością. Bardzo często niestety są nieuniknione. Ta świadomość w jakimś stopniu przywraca spokój i równowagę. Daje też nadzieję, ze mimo wszystko przetrwamy, nawet jeśli dzisiaj wydaje nam się to niezwykle trudne.

R.Makkai, Wierzyliśmy jak nikt, tł. S.Musielak, Wydawnictwo Poznańskie 2020.


czwartek, 23 kwietnia 2020

Pokaż mi swoją bibliotekę – Aleksandra Rybka


To książka przyjemna, lekka i łatwa, w najlepszym znaczeniu tych słów. Idealna do zapomnienia o całym świecie i złapania oddechu W sam raz na ten niespokojny, pandemiczny czas.

Rząd zapowiada stopniowe odmrażanie gospodarki i wspaniałomyślnie pozwolił obywatelom na ponowne spacery po parkach i lasach. W związku z tym, i ja postanowiłam wskrzesić blog i wydobyć go ze stanu hibernacji, w którym trwał od końca lutego.

#zostańwdomu znienawidziłam już po trzech dniach, podobnie było z falą wszelkich poleceń kulturalnych, która zalała Internet z siłą tsunami i presją wywieraną przez mniej lub bardziej znanych użytkowników mediów społecznościowych, by czas kwarantanny i przymusowej izolacji społecznej był okresem nadrobienia zaległości kulturalnych i innych, zdobywania nowych umiejętności, pieczenia chleba, umacniania więzi rodzinnych i koniecznie rozwoju duchowego. Wiedziałam, że jak zawsze pójdę pod prąd. 

Tęskniłam za tym, by głównym tematem Faktów, zamiast ponurych statystyk i jeszcze bardziej ponurych prognoz, znów stał się palec posłanki Lichockiej, kamienica Mariana Banasia, czy brawurowe loty marszałka Kuchcińskiego. Chciałam natychmiast iść do kina, zjeść ciastko w ulubionej kawiarni i obiad w ulubionej restauracji, leżeć na plaży w zatłoczonym kurorcie i kąpać się w zimnym, stalowoszarym Bałtyku, spędzać czas w miłym towarzystwie, grając przy okazji w niewymagające intelektualnie gry planszowe J. Marzeniem mojego życia stała się wizyta u fryzjera i posiadanie domku w lesie. Uznałam, że to nie jest dobry czas na prowadzenie bloga, a pisanie o książkach było ostatnią rzeczą, na którą miałam ochotę.

Cały czas jednak dużo czytam, a książki pozostały dla mnie jedną z nielicznych, niezmiennych rzeczy w tej tzw. „nowej rzeczywistości”. Stosy lektur do przeczytania na szczęście wciąż piętrzą się na moim biurku i w innych częściach mieszkania. Są obecne również na czytniku i wszelkich innych możliwych nośnikach. To daje poczucie bezpieczeństwa i stałości w chaosie. Chwilowo odpadła wymówka braku czasu i nadmiaru pracy,  zatem najwyższa pora odkurzyć swój „kawałek podłogi”.

Podzielę się z wami swoimi wrażeniami z lektur, które przeczytałam do tej pory w czasie kwarantanny. Nie zawsze będą to wybory oczywiste i „ku pokrzepieniu serc”. Żeby was jednak nie zniechęcić do zaglądania na moje łamy, zaczynam od przyjemnej nowości wydawniczej, która w dodatku idealnie pasuje do obchodzonego dzisiaj święta, czyli Międzynarodowego Dnia Książki i Praw Autorskich. Od kilkunastu lat dla mnie jest to podwójne święto. Droga M. dzisiejsza recenzja jest ze szczególną dedykacją dla Ciebie J.

Oglądanie księgozbiorów znajomych, podczas pierwszej wizyty w ich domach, jest dla mnie zawsze jednym z najprzyjemniejszych momentów. Możliwość zajrzenia do domowych bibliotek pisarzy i innych osób znanych, które lubię i podziwiam, od zawsze jest na liście moich marzeń. Gdy zobaczyłam w zapowiedziach książkę Pokaż mi swoją bibliotekę Aleksandry Rybki, wiedziałam, że będzie to idealna lektura dla mnie. Nie pomyliłam się. Dzięki autorce mogłam odbyć swoją wymarzoną „podróż”.

Rybka obejrzała domowe biblioteki: Jerzego Bralczyka i jego żony Lucyny Kirwil, Sylwii Chutnik, Jacka Dehnela, Anny Dziewit-Meller, Michała Rusinka, Agaty Tuszyńskiej, Krzysztofa Vargi, Pawła Dunina-Wąsowicza, Macieja Sieńczyka, Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, Michała Cichego, Alicji Gęścińskiej, Jerzego Jarniewicza, Macieja Roberta. O niektórych księgozbiorach jedynie rozmawiała z ich właścicielami.

Każdy z nas ma swoją prywatną  historię czytania. Począwszy od sposobu ułożenia książek na półkach, przez najważniejszych autorów, na rytuałach czytelniczych i ulubionych miejscach do lektury kończąc. O tym wszystkim jest właśnie Pokaż mi swoją bibliotekę.

W ten sposób dowiadujemy się m.in. , że Jerzy Bralczyk ciągle wraca do tych samych lektur zaliczanych do klasyki literatury, wciąż korzysta z tradycyjnych słowników i mają z żoną odrębne księgozbiory, bo ona posiada głównie literaturę fachową, związaną ze swoim zawodem (psychologia),a dla relaksu sięga po nowości wydawnicze. Z kolei dla Jacka Dehnela decyzja o połączeniu księgozbiorów z partnerem była jedną z najpoważniejszych decyzji związkowych. Justyna Sobolewska i Krzysztof Varga cierpią na abibliofobię, czyli lęk, że nie będą mieli co czytać, bo zabraknie im książek np. podczas urlopu. Anna Dziewit-Meller wraz z mężem ulubione książki trzymają w toalecie, ponieważ jest to miejsce najbardziej sprzyjające spokojnej lekturze. Sylwia Chutnik jest „dziewczyną z papiernika”. Paweł Dunin-Wąsowicz nie zaprasza nikogo do domu, bo książki całkowicie opanowały przestrzeń i nie da się tam swobodnie poruszać.

Autorka zadaje wszystkim te same pytania, dodatkowo rozwija wątki podjęte przez swoich rozmówców. Wśród stałych pytań są te o trzon księgozbioru, ważne książki z dzieciństwa, ulubionych autorów, literackie guilty pleasure, stosunek do pożyczania książek innym, korzystanie z bibliotek, czy miesięczne limity finansowe na zakupy książkowe. Jedyne czego osobiście zabrakło mi jako uzupełnienie tych ciekawych rozmów to zdjęcia całych bibliotek lub choćby pojedynczych regałów. Wtedy poczucie podglądania przez dziurkę od klucza byłoby już w pełni zaspokojone.

Pokaż mi swoją bibliotekę to książka która budzi wyłącznie pozytywne uczucia. Bardzo dużo w niej ciepła, domowej atmosfery. W każdym momencie czuje się, że autorka jest autentycznie ciekawa swoich rozmówców, nie rozmawia wyłącznie z zawodowego obowiązku. Można tę książkę czytać od deski do deski, lub na wyrywki. Można znaleźć tu inspiracje dla siebie i porównać swoje zwyczaje i doświadczenia z innymi. Przede wszystkim jest to jednak książka, w której można się rozgościć, rozsmakować i z przyjemnością zatracić, zapominając przy tym o świecie dookoła. Co najważniejsze jest to też książka, do której można wielokrotnie wracać i wciąż odkrywać coś nowego. Lektura obowiązkowa dla każdego mola książkowego i nie tylko. Nie przegapcie!

A.Rybka, Pokaż mi swoją bibliotekę, Wydawnictwo Znak 2020.



środa, 26 lutego 2020

Mapa Anny – Marek Šindelka


Ten niewielki zbiór opowiadań kryje w sobie mnóstwo emocji, trafnych obserwacji na temat relacji i prawdy o zakamarkach duszy.

Na początek jestem wam winna mały coming out: nie przepadam za opowiadaniami. Rzadko sięgam po ten typ literatury. Do przeczytania Mapy Anny zachęciła mnie piękna okładka, intrygujący tytuł, opis zamieszczony z tyłu oraz to, że autor mimo stosunkowo młodego wieku ( rocznik 1984) zdążył już zyskać uznanie w świecie literackim.

Wielu, w tym również ja uważa, że o jakości dzieła świadczy pierwsze zdanie.

Zaczęło się bardzo cieleśnie. Od przyspieszonego pulsu, spoconych dłoni, suchości w ustach.* 

Test zdany, zatem z ciekawością ruszam dalej. Przedstawienie się zaczyna – tekst otwierający tom, jednocześnie jeden z najlepszych w całości, opowiada o tremie towarzyszącej komikowi, tuz przed wyjściem na scenę. Šindelka doskonale uchwycił rosnące napięcie, kumulację i wybuch emocji, które pojawiają się przed występem i zderzeniem z oceną publiczności. Kontrast pomiędzy uczuciami, przemyśleniami komika, a wykonywaną pracą jest ogromny.

Na uwagę zasługuje również opowiadanie pt.: Sztafeta. Do pociągu wsiadła młoda kobieta. Wniosła z sobą specyficzny rodzaj energii. Mężczyźni siedzący w przedziale od początku byli nastawieni wobec niej negatywnie, surowo, sądząc po pozorach ocenili jej wygląd. Ona kilkoma drobnymi gestami, nagle zmieniła ich punkt widzenia. Znakomita rzecz o tym, jak szybko udzielają nam się emocje innych i, jak łatwo manipulować reakcjami otoczenia.

Za duży kaliber niesie z sobą przesłanie, że słowa mają moc. W związku z tym należy używać ich uważnie. Prowadzi również do wniosku, że do niektórych słów nie dorośliśmy i używamy ich nieumiejętnie.

Tytułowa Mapa Anny – początkowo wydaje się klasyczną historią związku młodej dziewczyny z dużo starszym mężczyzną. W miarę rozwoju akcji okazuje się opowieścią o dojrzewaniu, zyskiwaniu świadomości ciała i siły jego oddziaływania.

Šindelka skupia się na emocjach, krajobrazie wewnętrznym, zagląda w najskrytsze zakamarki duszy i mózgu. Bez obaw nazywa to, co trudne, z czego nie zawsze zdajemy sobie sprawę lub o czym wolimy na co dzień nie myśleć. Wszystkie te stany emocjonalne wyciąga na światło dzienne, bierze  pod lupę i uważnie, ze zrozumieniem się im przygląda. Tworzy w ten sposób niezwykle intymną atmosferę narracji. To właśnie jest największym atutem pisarza i zaletą całego zbioru.

Autor zwraca uwagę na to, jak bardzo przestaliśmy odczytywać wzajemnie nasze potrzeby, emocje, nastroje. Jak bardzo nie umiemy się między sobą komunikować w sposób bezpośredni, jasny zrozumiały. Robi to momentami w dosadny, często ironiczny sposób. Mnóstwo tu gorzkich, cierpkich refleksji również na temat społeczeństwa i współczesności. Zbiór Šindelki, wbrew temu, co jest często powtarzane, nie dotyczy wyłącznie relacji damsko-męskich.

W Mapie Anny próżno szukać pocieszenia, czy ukojenia. Jak to często bywa w przypadku zbiorów opowiadań, nie wszystkie prezentują równie wysoki poziom i wywołują tak samo silne wrażenia. 

Mimo to z pewnością warto je poznać. Choćby po to, by skonfrontować własne emocje i przemyślenia, z tymi przedstawionymi w książce. Opowiadania mogą pomóc wielu osobom w procesie poznawania siebie, nazwaniu wprost niełatwych często sprzecznych uczuć oraz ułożeniu relacji z własnym ciałem.

M. Šindelka, tł. A. Wanik, Mapa Anny, Wydawnictwo Afera 2020.
* Dziękuję Wydawnictwu Afera za przekazanie egzemplarza do recenzji.
*Cytowany fragment pochodzi z omawianej książki.

czwartek, 20 lutego 2020

Linia – Elise Karlsson


Karlsson pokazuje, jak cienka granica dzieli pasję od pracoholizmu i normalność od szaleństwa. Początkowo niewinna i zabawna, szybko okazuje się otrzeźwiającą lekturą. Ku przestrodze.

Karty magnetyczne, identyfikatory, open space, odpowiedni dress code, burze mózgów, konferencje, lunche, wyjazdy integracyjne, biurowy slang, gładki small talk, to rzeczywistość doskonale znana wszystkim pracującym w korporacjach. Hierarchia, którą trzeba znać, sztywne zasady, których należy się trzymać, by móc spokojnie piąć się po szczeblach kariery. Tylko pojawiająca się od czasu do czasu myśl, że prawdziwe życie jest gdzie indziej, mąci ten idealny niemal spokój.

Wydaje się, że dla Emmy – głównej bohaterki powieści korporacja jest środowiskiem naturalnym i czuje się tam jak ryba w wodzie. Pochodzi z ubogiej dzielnicy, długo szukała pracy, pracowała dorywczo w podrzędnych firmach. Gdy dostaje pracę w dużym, dobrze prosperującym wydawnictwie, specjalizującym się w wydawaniu poradników, uważa że w końcu udało jej się przekroczyć linię i dostać do lepszego świata. Robi wszystko, by się do niego dopasować i zatrzeć ślady dawnego życia.

Praca staje się jedynym sensem i celem jej życia. Definiuje się wyłącznie poprzez pracę, sądzi że bez niej nie istnieje. Poza nią nie ma nic. Gdy zdarza się, że trafia do domu w godzinach pracy, mieszkanie wydaje jej się obcą, pustą przestrzenią. Czuje, że nie jest na swoim miejscu.

Emmie nieustannie towarzyszy lęk przed utratą pracy i znaczenia. Jej pozycja w firmie jest niepewna. Cały czas musi o nią walczyć. Kupuje prestiżowe rekwizyty, jada w odpowiednich miejscach, sumiennie wykonuje nawet najbardziej rutynowe obowiązki. Regularnie mogłaby wygrywać konkursy na pracownika miesiąca. Czy to jest esencja jej życia?

Karlsson pod płaszczykiem lekkości, ironii, poczucia humoru ukryła mnóstwo bardzo gorzkich obserwacji dotyczących kondycji współczesnego rynku pracy i ogólnie rzecz biorąc świata. Stworzyła porażający portret pokolenia młodych, żyjących w dobie recesji ekonomicznej.

Uwiązani wieloletnimi kredytami, zbyt często tkwimy w miejscach, które odbierają nam wszystko po kolei, na czele z wolnym czasem i radością życia. Powodowani lękiem o pracę i przyszłość pozwalamy, by tłamszono naszą kreatywność, traktowano źle, często pracując poniżej kwalifikacji i ambicji.

Linia to dobra książka . Ogromny szacunek dla Wydawnictwa Pauza, że wydaje publikacje zaangażowane społecznie, poruszające ważne i aktualne tematy. Jednak miałam ochotę, jak najszybciej ją skończyć. Natychmiast wyjść z tego świata i otrząsnąć się, niczym z koszmarnego snu.

Autorka swą powieścią prowokuje do myślenia, drażni, zabiera komfort, każe uważnie rozejrzeć się wokół i zadać sobie pytania, czy jestem w miejscu, w którym chcę być i, czy robię to, co chcę robić?

Patrząc na główną bohaterkę, chce się krzyknąć, trochę do niej, a trochę do siebie: obudź się, uciekaj, żyj! Jest o wiele później niż ci się wydaje.*

E. Karlsson, tł. D. Górecka, Linia, Wydawnictwo Pauza 2020.
*Dziękuję Wydawnictwu Pauza za przekazanie egzemplarza do recenzji.
* Ostatnie zdanie jest fragmentem wypowiedzi ks. Jana Kaczkowskiego.

wtorek, 18 lutego 2020

Normalni ludzie – Sally Rooney


Normalni ludzie, to normalna książka, z normalną, niewiele mówiącą okładką. Co zatem sprawia, że zasysa od pierwszych stron i nie można się od niej oderwać do samego końca?

Gdyby ktoś zaledwie kilka miesięcy temu powiedział mi, że ja – doświadczona czytelniczka, w średnim wieku będę się zachwycać perypetiami pary nastolatków, następnie studentów – nie uwierzyłabym. A jednak. Po raz kolejny: nigdy nie mów nigdy okazało się prawdą, bo pozory mylą, tak jest w tym przypadku.

Connell i Marianne chodzą razem do liceum. Ona pochodzi z bogatego domu, jego matka pracuje tam jako sprzątaczka. Widują się często, z czasem rodzi się między nimi specyficzna, głęboka więź. Zaczynają ze sobą sypiać. Mimo tego w szkole cały czas udają, że się nie znają. On jest gwiazdą drużyny piłkarskiej, duszą towarzystwa. Ona uchodzi za dziwną, odklejoną od rzeczywistości. Często pada ofiarą kpin i złośliwości ze strony rówieśników.

Czas mija, a emocje łączące głównych bohaterów narastają. Oboje boją się nazwać to, co ich naprawdę łączy. Siła wzajemnego przyciągania jest ogromna, podobnie jak dynamika uczuć. Wydaje się jakby znali się od zawsze, wzajemnie przeniknęli do swoich wnętrz, stali się jednością. Bez słów odczytują wzajemnie swoje nastroje, gesty, potrzeby. Mimo to, w tak zwanym świecie zewnętrznym nie są w stanie porozumieć się i wspólnie funkcjonować. Dlaczego? Tchórzostwo, niechęć do wzięcia odpowiedzialności, różnica klas społecznych, a może jeszcze coś innego?

Przy okazji mamy tu nakreślone tło społeczno-polityczne. Akcja powieści rozpoczyna się w 2011 roku, tuż po pierwszej fali kryzysu ekonomicznego. Są więc rozważania o podziale klasowym, rosnącym rozwarstwieniu społecznym. Jest być może trochę stereotypów i schematów. Wszystko to nie ma jednak absolutnie żadnego znaczenia. Bo ważne jest tylko jedno pytanie: czy oni będą jednak razem? Czyta się, a w zasadzie połyka tę książkę tylko po to, by na końcu znaleźć na nie odpowiedź.

Normalni ludzie to nie jest wielka, wybitna literatura. I zdaje się, że nie ma nawet do takiej pretensji. Na czym zatem polega fenomen książki, na podstawie której już powstaje serial na zlecenie BBC?

Rooney udało się stworzyć uniwersalną opowieść o samotności, niedopasowaniu, lęku, niemożności porozumienia, nieumiejętności komunikacji, które często wynikają ze złamań i wewnętrznych blizn, które nosimy w sobie. Wielu może przejrzeć się w Normalnych ludziach, jak w lustrze i zobaczyć tam fragmenty własnego doświadczenia życiowego, czy młodości.

Siłą tej książki jest sposób opowiedzenia historii. Magnetyzm przyciągający postaci, dynamika ich emocji, zmiany planów czasowych, które sprzyjają utrzymaniu doskonałego tempa całości. Dzięki temu czytelnik trwa w napięciu i nie traci zainteresowania do ostatniej strony.

Sukces frekwencyjny na spotkaniach autorskich Irlandki i sprzedażowy w księgarniach, wynika być może z tego, że wielu z nas ma w głowie wizję szczęśliwej miłości i chce, żeby się ziściła, nawet jeśli to tylko literatura.

S. Rooney, tł. J. Kozłowski,Normalni ludzie, Wydawnictwo W.A.B. 2020.
* Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za przekazanie egzemplarza do recenzji.


czwartek, 6 lutego 2020

Życie Sus – Jonas T. Bengtsson

Życie Sus to proza krótka, mocna i dojmująca. Na długo zapada w pamięć.

Książka trafiła w moje ręce przed premierą, za sprawą konkursu zorganizowanego przez Olę z bloga Parapet Literacki, w którym udało mi się wygrać jeden z egzemplarzy. Ucieszyłam się niezmiernie, bo bardzo cenię całą Serię Skandynawską Wydawnictwa Poznańskiego. Wszystkie wydane w niej dotychczas książki prezentują wysoki poziom literacki, w dodatku są starannie, pięknie wydane, również od strony graficznej. Uważam, że obecnie jest to jedna z najlepszych serii wydawniczych na polskim rynku.

Sus jest dziewiętnastolatką drobnej budowy i niskiego wzrostu. Z tego względu często mylnie uważana jest za dziecko. Sus nie może liczyć na rodzinę. Ojciec siedzi w więzieniu za zabójstwo matki, jedyny brat – żołnierz, leży w szpitalu z odłamkiem pocisku w głowie. Sus walczy z całym światem o przetrwanie i utrzymanie się na powierzchni życia. Wydaje się kierować zasadą: cel uświęca środki. Szemrane towarzystwo, dwuznaczny moralnie sposób zarabiania pieniędzy i niekonwencjonalne metody działania to jej codzienność.

Sus ma osobliwe hobby: kolekcjonuje noże. Lubi ich dotykać i na nie patrzeć. To daje jej poczucie siły, władzy, bezpieczeństwa. Na zewnątrz ubrana w pancerz z pogardy, buntu, wulgarności, w środku skrywa ogromną wrażliwość, delikatność, tęsknotę.

Postać wykreowana przez Bengtssona natychmiast przywodzi na myśl  starszą koleżankę, hakerkę – Lisbeth Salander z bestsellerowej trylogii Millenium Stiega Larssona. Trudno uniknąć porównań.

Zdania w tej powieści są krótkie i ostre, niczym noże kolekcjonowane przez Sus. Autor umiejętnie stopniuje napięcie, a wyrazista, charakterna bohaterka budzi sympatię od pierwszej chwili.

Życie Sus to poruszająca opowieść o niewydolności rodziny, ale też zawodności instytucji państwowych, mających za zadanie chronić i sprawować opiekę nad potrzebującymi pomocy. Historia o potrzebie życia według własnych zasad, za wszelką cenę. Rzecz o dojmującej samotności, z którą nie sposób sobie poradzić i żyć. A także o tym, że czasem pomocna dłoń może zostać do nas wyciągnięta z najmniej spodziewanej strony. Każdy spotyka na swojej drodze dobre dusze, pełniące rolę swoistych aniołów stróżów. Wystarczy je dostrzec i docenić.

Już dawno nie zdarzyło mi się tak szybko przeczytać żadnej książki i tak bardzo żałować, że to już koniec. Już dawno tak bardzo nie polubiłam i tak mocno nie kibicowałam żadnej bohaterce literackiej. Choć przeczucie od pierwszej strony mówi nam, że ta historia może skończyć się źle, to bardzo chcemy, żeby skończyła się dobrze wbrew wszystkiemu.

Jonas.T.Bengtsson,tł. I.Zimnicka Życie Sus, Wydawnictwo Poznańskie 2020.