wtorek, 28 lipca 2020

Trzy po trzy


Rozpoczynam nowy cykl na blogu. Pod tym tytułem będę krótko pisała o trzech, nieco starszych książkach, które nie były intensywnie promowane przez wydawnictwa, często przeszły bez echa, a z różnych względów zasługują  na uwagę i uważam, że są wartościowe.

Eleonor Oliphant ma się całkiem dobrzeSzukałam czegoś w klimacie Dziewczyny z konbini Sayaki Muraty. Na taką potrzebę, Asia z kanału tuczytam polecała właśnie Eleonor. Główna bohaterka ma trzydzieści lat, wykonuje monotonną pracę biurową, znacznie poniżej kwalifikacji, chodzi cały czas w tym samym, nieśmiertelnym sweterku, ma ustalony plan dnia, którego ściśle się trzyma, źle znosi wszelkie odstępstwa od normy, jest samotna. Otoczenie odbiera ją jako dziwną, aspołeczną jednostkę. Taka postawa wynika u niej z bardzo trudnych doświadczeń z dzieciństwa. Eleonor usiłuje się z nimi uporać i nauczyć właściwego funkcjonowania w świecie. Wzruszająca, miejscami urocza i zabawna, choć jest to bardziej refleksyjny półuśmiech i śmiech przez łzy, niż głośny, radosny śmiech. To nie jest wybitna literatura, dużo słabsza od wspominanej już Dziewczyny z konbini. Mimo to, polecam ją waszej uwadze, bo myślę, że wiele kobiet zwłaszcza singielek może odnaleźć się w tej postaci i jej przemyśleniach.

http://www.harpercollins.pl/ksiazka,3507,eleanor-oliphant-ma-sie-calkiem-dobrze.html

Dzieci czasu. Z kalendarza dziejów ludzkościTa książka trafiła na moją półkę trochę przez przypadek. Kupiłam ją po prostu w bardzo atrakcyjnej cenie, a do koszyka wrzuciłam z ciekawości, bo słyszałam wcześniej kilka pochlebnych opinii. Na pierwszy rzut oka ta książka nie wzbudza zainteresowania, podchodziłam do niej trochę, jak pies do jeża. Wcześniej nie czytywałam kronik, a Internet jest pełen treści z cyklu: zdarzyło się dnia, czy zatem w dobie Wikipedii i zalewu informacji jest jeszcze coś o czym nie słyszeliśmy, czego nie odnotowano? Zmieniłam zdanie już po przeczytaniu kilku pierwszych wpisów. Każdy dzień jest dla Galeano pretekstem do mikropowieści o historii świata, a zwłaszcza Ameryki Południowej. Historia ta pełna jest brutalności, przemocy, śmierci. Dla równowagi, na szczęście sporo tu też sarkastycznego poczucia humoru i ironii. Autor często opisuje pozornie nieistotne zdarzenia, które nie znalazły miejsca w zbiorowej świadomości, a miały wpływ na losy świata. Odwołuje się zarówno do mitologii, jak i do antyku, by pokazać, że mechanizmy rządzące historią, polityką, zachowaniem społecznym, w gruncie rzeczy nie zmieniły się od wieków. Bardzo polecam do nieśpiesznej lektury, po kartce dziennie. Wtedy praca Galeano ujawnia cały swój kunszt. Być może zapisy nie napawają optymizmem, ale z całą pewnością skłaniają do refleksji.

https://www.gwfoksal.pl/dzieci-czasu-z-kalendarza-dziejow-ludzkosci-eduardo-galeano-sku133552603b1a62cc05a2.html

PsikusDomenico Starnone jest podobno partnerem życiowym Elleny Ferrante. Jego książki nie zyskały jednak takiej popularności i uznania. Niesłusznie, bo jest równie utalentowany jak galaktycznie znana Włoszka. Psikus to druga po Sznurówkach książka autora wydana w Polsce. Dużo lepsza od tej pierwszej. Znany ilustrator powraca do rodzinnego Neapolu, by zaopiekować się wnukiem, podczas kilkudniowej nieobecności jego rodziców. Konfrontacja z żywiołowym czterolatkiem, krytyka własnej twórczości, na którą nie był przygotowany, zmusza go do dokonania rachunku sumienia dotyczącego relacji rodzinnych, podejścia do pracy i stosunku do własnej twórczości. Oszczędna, a jednocześnie dynamiczna i trzymająca w napięciu powieść o przemijaniu, godzeniu się z losem i pożegnaniu z fałszywymi wyobrażeniami na własny temat. Subtelna i mocna zarazem.

https://www.gwfoksal.pl/psikus.html


czwartek, 23 lipca 2020

Od jednego Lucypera – Anna Dziewit-Meller


Literatura polska doczekała się w końcu wielowątkowej, gęstej, mocnej historii o kobietach, napisanej z kobiecej perspektywy. Warto było czekać.

Bardzo lubię sagi rodzinne. Gdy przeczytałam opis zamieszczony na tylnej okładce Od jednego Lucypera, od razu wiedziałam, że to coś dla mnie. Intuicja nie zawiodła, dostałam dużo więcej, niż się spodziewałam.

Główna bohaterka – Katarzyna, jest wykładowczynią na holenderskim uniwersytecie. Robi karierę zawodową, ma dobrą sytuację materialną, choruje na anoreksję. Emigrowała, żeby uciec od Śląska, chłodu emocjonalnego panującego w jej rodzinie i niemożności porozumienia z najbliższymi. Jedno zdjęcie, znalezione w szufladzie babci, które zapamiętała z dzieciństwa, niewypowiedziana historia sprawia, że chce poznać bliżej losy kobiet w swojej rodzinie. To zmusi ją do konfrontacji i zweryfikowania dotychczasowych poglądów na temat relacji rodzinnych.

Równolegle przenosimy się do schyłku lat 40. XX wieku i poznajemy historię Marijki – przodownicy pracy w chorzowskich zakładach azotowych. Ma poczucie sprawczości, niezależności i siły płynącej z możliwości awansu zawodowego i społecznego.

Mała historia rodzinna splata się tu z wielką Historią. Marijka przypadkowo wpada w jej tryby i niestety staje się ofiarą.

Od jednego Lucypera, to opowieść o sile rodzinnych więzów. O tym, że od korzeni nie da się odciąć, a od siebie samego nie można uciec. Niedopowiedzenia, przemilczenia, trupy trzymane w szafach i to, co zamiecione pod dywan, żeby ładnie wyglądało w obrazku, zawsze – wcześniej czy później upomną się o swoje, będą ciążyć, jak niechciany bagaż i utrudniać wzajemne zrozumienie.
Los powtórzony to nie wymysł psychologów, a coś, co zdarza się  często. Doświadczenia psychiczne przekazujemy w genotypie, przechodzą one z pokolenia na pokolenie i mają istotny wpływ na nasze życie. Przodkowie mogą być źródłem wsparcia i siły, ale bywają też przyczyną słabości, wstydu. Czas i miejsce urodzenia mocno determinują nasz los. Poza indywidualnymi uwarunkowaniami, istnieją także tzw. okoliczności dziejowe, na które nie mamy wpływu.

Czuć, że Anna Dziewit-Meller napisała tę książkę ze złości, wkurzenia na rzeczywistość i niezgody na częste w literaturze i kinematografii ukazywanie Śląska przez pryzmat narracji patriarchalnej. Ten nerw można wyczuć zwłaszcza w języku. Dosadnym, mocnym, bez upiększeń.

To powieść niezwykle zaangażowana społecznie. Mamy tu całe spectrum ważnych tematów, trafnych spostrzeżeń i komentarzy. Od emancypacji i statusu kobiet, przez pokątne aborcje dokonywane w latach 50.,brak systemowego wsparcia i możliwości wyboru, po rzeczywistość panującą na oddziałach położniczych w polskich szpitalach lat 80., która bardzo często była daleka od hasła: Rodzić po ludzku. Pojawiają  się również tematy gwałtu, mobbingu w pracy, czy wspomniane już zaburzenia odżywiania. Co cenne, pisarka nie unika odważnych opisów cielesności.

Chciałabym, żeby ta powieść miała kontynuację, bo jedyny i największy zarzut, jaki mam wobec niej, to fakt, że jest za krótka. Przez to miejscami nie udało się uniknąć skrótowości. W Polsce bardzo lubimy porównania. W związku z tym chciałabym, żeby Od jednego Lucypera, stało się rodzimym odpowiednikiem Ósmego życia. Zdaje sobie sprawę, że to daleko idące porównanie, ale w zasadzie, dlaczego nie?  Zachęcam autorkę do przemyślenia takiej możliwości J

Należy również docenić pracę lingwistyczną i dokumentacyjną, którą wykonała Dziewit-Meller. Do powieści włączony jest język śląski, a fabułę przecinają fragmenty autentycznych dokumentów IPN-u.

Od jednego Lucypera, to uniwersalna, dojrzała, pełnokrwista powieść. Będzie ciekawa i wartościowa dla wszystkich, bez względu na płeć. Absolutnie podpisuje się pod apelem Sylwii Chutnik, żeby w końcu przestać traktować literaturę pisaną przez kobiety i opisującą ich doświadczenia jako przeznaczoną tylko do nich.

A.Dziewit-Meller,Od jednego Lucypera, Wydawnictwo Literackie 2020.
*Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji.

piątek, 17 lipca 2020

Poparzone dziecko – Stig Dagerman


Literatura skandynawska powszechnie kojarzy się z minimalizmem, surowością, chłodem i oszczędnym stylem. Poparzone dziecko przełamuje i zaprzecza wszelkim tego rodzaju stereotypom. Powieść Dagermana stoi na przeciwnym biegunie.

Powieść ukazała się w 1948 roku. Wywołała wtedy bardzo wiele emocji, kontrowersji i oburzenia. Od tamtej pory czasy bardzo się jednak zmieniły i dziś historia młodego chłopaka, który wchodzi w miłosną relację z nową żoną swojego ojca, nie dziwi i nie szokuje już tak wielu osób. Mimo upływu czasu powieść jest jednak nadal aktualna. Przede wszystkim dzięki uniwersalnym motywom, ale również świetnemu tłumaczeniu Justyny Czechowskiej.

Alma – matka Bengta umiera nagle. Chłopak w czasie pogrzebu dowiaduje się, że jego ojciec od kilku lat zdradzał chorą matkę z inną kobietą. Zrozpaczony, osamotniony, w jednej chwili zostaje zmuszony do tego, by zbudować się na nowo i odnaleźć swoje miejsce w świecie. Wspiera go eteryczna, nieśmiała narzeczona – Berit.

Mamy tu do czynienia zarówno z powieścią inicjacyjną – obserwujemy przeobrażenie chłopca w mężczyznę, a także dziennikiem czasu żałoby, dramatem, w którym obserwujemy powolny rozpad rodziny, płomiennym romansem, gdzie rodzi się zakazane uczucie.

Ta książka kipi od emocji. Bengt miota się między rozpaczą i tęsknotą za matką, a żalem, nienawiścią i wściekłością na ojca. Pragnie zemsty na nim i jego kochance – Gun. Z czasem wikła się w miłosną relację z tą starszą kobietą. Ona z jednej strony w sposób oczywisty ma mu zrekompensować nieobecność matki. Z drugiej rodzi się między nimi erotyczna fascynacja, namiętność, a w końcu miłość. Do wachlarza emocji, które targają Bengtem dołączają zazdrość i poczucie winy. Młody mężczyzna jest coraz bardziej zagubiony, zupełnie nie potrafi uporządkować swoich uczuć. Doprowadza go to do podjęcia ostatecznej decyzji.

Poparzone dziecko w chwili ukazania się w oryginale podzieliło krytyków na dwa skrajne obozy. Przeciwnicy zarzucali Dagermanowi nadmierną psychoanalizę. Jest to słuszny zarzut. Główny bohater do bólu analizuje każdą przeżywaną emocje, reakcję, zaistniałe sytuacje. Często popada przy tym w egzaltację. Momentami czyni to cały tekst nieco teatralnym i sztucznym. Ponadto autor nie unika kategorycznych zdań i zasadniczego tonu. Przez to niektóre fragmenty nie są wolne od moralizatorstwa i dydaktyzmu.

Mój stosunek do tej powieści śmiało mogę określić jako klasyczną relację love & hate. Z jednej strony nie mogłam się oderwać od lektury. Byłam zachwycona klimatem i pięknymi opisami rodzącego się uczucia. Nadmiar emocji, nieustanne rozedrganie głównego bohatera, jego desperacja, sprawiły jednak, że przejęłam nastroje postaci. Było mi duszno, ciasno, chciałam, jak najszybciej wyjść z tej historii. Czułam się osaczona i przytłoczona. Ostatecznie zakończyłam czytanie z poczuciem ulgi i dużego zmęczenia.

Poparzone dziecko, to klasyka szwedzkiej literatury, którą z całą pewnością warto poznać. Należy jednak zaznaczyć, że nie jest to powieść łatwa w odbiorze i nie spodoba się wszystkim. Jeśli lubicie dzielenie włosa na czworo, często dokonujecie auto i psychoanalizy, sięgajcie po nią śmiało i bez obaw. Pozostali, niech robią to na własną odpowiedzialność, pamiętając o ostrzeżeniach.

Poparzone dziecko, S.Dagerman, tł.J.Czechowska, Wydawnictwo Poznańskie 2020.
Dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji.

piątek, 10 lipca 2020

Lektury czerwcowe


Czerwiec to lato, czerwiec to początek wakacji. Pierwszą dekadę lipca, która właśnie mija, wciąż śmiało można uznać za początek wakacji i czas, w którym podsumowywanie czerwca jeszcze ma sens.

Podobnie, jak w przypadku poprzedniego wpisu, będzie to zbiór moich wrażeń z poszczególnych lektur, a nie szczegółowe recenzje i drobiazgowe opisy fabuł.

Zbieranie kości J.Ward, tł. J. Polak  świetna, poruszająca powieść o sile rodzinnych więzów, strachu, walce o przetrwanie, mimo wszystko. Proza pełna emocji, bólu, piękna, wyrażonych w bardzo oszczędny sposób. Styl Ward przywodzi na myśl klasykę amerykańskiej literatury. Wykreowani przez nią bohaterowie na długo zostają w głowie i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Uniwersalna treść bez problemu przetrwa próbę czasu. Wszystko to sprawia, że pisarkę już dziś śmiało można ustawiać na półce wśród klasyków amerykańskiej prozy.


Osobisty przewodnik po Pradze M. Szczygieł, zdjęcia F. Springer – Mariusz Szczygieł, to dla mnie klasa sama w sobie, autor z gwarancją jakości, którego książki kupuje w ciemno i czytam zawsze z dużym zainteresowaniem i emocjami. Nigdy mnie nie zawiodły. To pisarz, którego nie trzeba reklamować i, o którego książkach, wszyscy napisali już w zasadzie wszystko. Mimo to, dokładam swoją cegiełkę J Osobisty przewodnik po Pradze, to opowieść o mieście, poprzez opowieść o ludziach, a przede wszystkim opowieść o sztuce. Niezwykle erudycyjna, błyskotliwa, napisana z dużym poczuciem humoru i szacunkiem dla inteligencji czytelnika. Doskonały tekst został okraszony zachwycającymi, klimatycznymi zdjęciami autorstwa równie niezawodnego Filipa Springera. Lektura konieczna, nawet jeśli w tym roku zamierzacie podróżować jedynie palcem po mapie. Osobisty przewodnik nadaje się do tego idealnie.


Poufne M. Grynberg – Po książce Rejwach Grynberg dołączył do grona moich ulubionych autorów. Kolejne, kupuje natychmiast po premierze i niezmiennie zachwycają mnie po lekturze. Miniatury z życia rodzinnego naznaczonego historią, o której nie sposób zapomnieć, ale z którą trzeba nauczyć się żyć. Opowieści babć, dziadków, matek, ojców, córek, synów i wnuków. O traumach, decyzjach zmieniających koleje losu i strachu, który powraca w najbardziej błahych momentach codzienności. O radości życia i życiu w pełni, mimo wszystko. O pokoleniowych różnicach, poczuciu wspólnoty i ciągłości. Minimalistyczne, oszczędne w środkach wyrazu. Jednocześnie dla przeciwwagi napisane z dużym poczuciem humoru, czułością, zrozumieniem. Proza wybitna!


Książka o śmieciach S. Łubieński – zbiór tekstów dla Dwutygodnika, poszerzony i uzupełniony o kilka nowych. W czasie, gdy po ulicach polskich miast „fruwają” setki jednorazowych rękawiczek i maseczek, a władza wciąż uparcie i bezmyślnie ignoruje temat ekologii i nieuchronnych zmian klimatycznych, ta książka jest jak wyrzut sumienia i bolesny strzał prosto w serce. Łubieński przedstawia temat z wielu różnych perspektyw. Jasno mówi, że nie ma rozwiązań idealnych i złotego środka. Nie pozostawia nadziei i złudzeń. Jednocześnie pokazuje, że nie ma innej drogi, niż systemowe i wspólne, a także jednostkowe, oddolne i z pozoru nieistotne działania każdego z nas, na rzecz poprawy stanu naszej planety. Nie można z niej zawrócić. Brak wiedzy, świadomości, ignorancja, nie jest już żadnym usprawiedliwieniem. Lektura obowiązkowa dla wszystkich. Tych, którzy wątpią w zmiany, żeby w końcu otworzyli oczy i tych uświadomionych, żeby dowiedzieli się jeszcze więcej i spojrzeli na problem znacznie szerzej, niż dotychczas. Powinna być czytana na lekcjach biologii, na każdym szczeblu szkolnej edukacji.

Dziękuję Wydawnictwu Agora za przekazanie egzemplarza do recenzji.

RuRu – Joanna Rudniańska, z il. M. Kaniewskiego – Nie przepadam za zbiorami opowiadań. Za polskimi zbiorami opowiadań nie przepadam tym bardziej. W każdej regule zdarzają się jednak  wyjątki. Ruru to zbiór, który od pierwszych stron mnie urzekł i skradł mi serce. Bohaterami wszystkich opowiadań są dzieci, które są uczestnikami, bądź świadkami kluczowych wydarzeń w historii Polski. Tych bardziej odległych i tych całkiem współczesnych. Różnie na nie reagują i różnie sobie z nimi radzą. To właśnie ta dziecięca perspektywa, czyni całość jeszcze bardziej dojmującą i bolesną. Dzieci są szczere i niczego nie udają, widzą i rozumieją znacznie więcej, niż wydaje się dorosłym. Jest w tych tekstach to, co lubię najbardziej: oszczędność środków wyrazu połączona z gęstością emocjonalną, która wywołuje podskórne napięcie i skłania do refleksji. Co rzadkie w przypadku zbioru opowiadań – w tym, w zasadzie nie ma słabych punktów. Są natomiast teksty wybitne jak np. Gwiazdka Dawida.


Myszy i ludzie  J. Steinbeck, tł. Z. Batko – książka, po którą sięgnęłam z tęsknoty za amerykańską prozą, w ramach nadrabiania zaległości w klasyce literatury. Dwaj przyjaciele przemierzają Stany czasów Wielkiego Kryzysu, w poszukiwaniu pracy. Książka przejmująco smutna, bolesna, wzruszająca i piękna jednocześnie. Dowód na to, że nie potrzeba wielu słów, aby stworzyć absolutnie wielką literaturę.


Małe ogniska C. Ng, tł. A.Standowicz-Chojnacka – sięgnęłam po ten tytuł z ciekawości, po obejrzeniu serialu nakręconego na podstawie powieści, który w tym roku pojawił się na platformie Amazona. Zrobił na mnie duże wrażenie. Wielowątkowa opowieść o losach mieszkańców miasteczka Shaker Heights. Powieść mocno zaangażowana społecznie. O macierzyństwie, adopcji, podziałach rasowych, klasowych, społecznych. Niepozbawiona wad, bo sporo tu kalek i  dość jednowymiarowych postaci, jednocześnie ciekawa i warta uwagi. Jest to rzadki przykład, kiedy ekranizacja serialowa jest lepsza od książkowego pierwowzoru.


Życzę wam znalezienia wśród tych tytułów wielu inspiracji na wakacyjne lektury dla siebie.


niedziela, 5 lipca 2020

Lektury czasu kwarantanny




Zanim lato rozkręci się na dobre i wyruszymy na wakacyjne szlaki, postanowiłam zebrać w jednym tekście najbardziej wartościowe i godne uwagi książki, przeczytane przeze mnie w czasie przymusowej izolacji społecznej. 

Żeby nie było zbyt słodko i miło, dla kilku zupełnie nie wartych według mnie uwagi również znajdzie się tu miejsce. Tym samym zamykam na blogu temat lockdownu i epidemii. Czas iść dalej.

Nie mam czasu ani weny, żeby o każdej z tych książek napisać osobną, obszerną recenzję. Dlatego w tych krótkich notkach, bardziej niż na opisie fabuły, skupię się na swoich wrażeniach z lektur. Dla zainteresowanych szerszymi opisami treści, pod każdą notatką zamieszczę link odsyłający na stronę wydawcy. Może ktoś z was znajdzie wśród tych tytułów inspiracje dla własnych wyborów czytelniczych w przyszłości. Zapraszam!

Song nauczycielki V. Hjorth – Nauczycielka akademicka zostaje poproszona przez swojego studenta o udział w filmie na temat związków życia zawodowego z prywatnym. Ta decyzja odmieni jej życie i zmusi do zadania sobie fundamentalnych pytań. Kameralna, oszczędna w środkach, świetnie napisana, przepełniona emocjami, trzymająca czytelnika w podskórnym napięciu do samego końca. Powieść o tym, że nic nie jest takim, jakie się wydaje. Przywiązani do własnych przekonań i przyzwyczajeń często kreujemy na zewnątrz wizerunek, który ma niewiele wspólnego z prawdą. Dopiero zmiana perspektywy, wyjście ze strefy komfortu zmusza nas często do bolesnej konfrontacji i wyciągnięcia nie zawsze przyjemnych wniosków o sobie samym. Hjorth to znakomita, bardzo oryginalna autorka zupełnie w Polsce niedoceniana.  Niesłusznie pomijana przez krytyków, niewystarczająco promowana przez wydawcę. Zwróćcie uwagę na to nazwisko, warto.

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji.

Centuria. Sto krótkich powieści rzek G. Manganelli – powieść z kategorii : eksperyment literacki. Mamy tu dokładnie 100, półtora stronnicowych historii. W każdej z nich występuje pojedynczy bohater, najczęściej mężczyzna i przeżywa pozornie nieistotny epizod w swojej codzienności. Można tę książkę odbierać na wiele różnych sposobów: jako możliwe początki powieści, skłaniające do zastanowienia, jakie mogłyby być dalsze ciągi tych opowieści, zbiór filozoficzno – egzystencjalnych refleksji, jako spójną całość, w której głównymi motywami są: samotność, przemijanie, strach przed śmiercią. Niezwykle oryginalna forma, zupełny brak dialogów. Przypadnie do gustu zwłaszcza wielbicielom światów tworzonych przez Italo Calvino. Bardzo pobudzająca intelektualnie, polecam.

Dziękuję Państwowemu Instytutowi Wydawniczemu za przekazanie egzemplarza do recenzji.

Czas porzucenia E. Ferrante – na wstępie zaznaczę, że nie należę do wyznawczyń włoskiej autorki, której największą popularność przyniósł cykl neapolitański zapoczątkowany przez Genialną przyjaciółkę. Nie przepadam, a jednak sięgam po kolejne książki pisarki, co może wydać się dziwne J Mogę to wytłumaczyć jedynie tym, że wszyscy dookoła polecają, a ja sięgam po nie z nadzieją, że tym razem coś się zmieni. Nie zmienia się . To książki dla wszystkich, którzy lubią te książki, które już znają. Tym razem dostajemy historię porzuconej przez męża Olgi, która z dnia na dzień musi się odnaleźć w nowej sytuacji i zdefiniować siebie na nowo. Mamy tu powolnie rozwijającą się fabułę i pogłębione analizy psychologiczne świata wewnętrznego bohaterów, czyli znaki rozpoznawcze pisarki. Jedyną zmianą, poniekąd uzasadnioną przez opisaną historię jest agresywny, dosadny, często wulgarny język. Mnie osobiście ta przesada stylistyczna raziła. Ferrante prezentuje stabilny poziom, jednocześnie w jej twórczości nie widać żadnego rozwoju. W Czasie porzucenia nie znalazłam nic nowego, zaskakującego, odkrywczego. Zachwytu nie odnotowałam. Miałam za to poczucie zmarnowanego czasu. Czytacie na własną odpowiedzialność, polecam jedynie zagorzałym wielbicielom autorki.


Zgiń kochanie A. Harewicz – Debiut literacki. Historia młodej kobiety, matki, zmagającej się z depresją poporodową. Bohaterka próbuje na nowo zbudować swoją tożsamość i odnaleźć się nie tylko w nowej roli, ale także we własnym ciele. Monolog wewnętrzny postaci jest napisany w sposób niezwykle zmysłowy, dziki, nieokiełznany. W samej bohaterce jest bardzo dużo pierwotnej energii i instynktów, nad którymi nie zawsze potrafi zapanować. Na uwagę zasługuje tutaj ujęcie tematu macierzyństwa i pokazanie jego mrocznej strony. To w Polsce wciąż rzadko spotykane i mam wrażenie – nieakceptowalne społecznie. Drugą rzeczą jest styl pisania autorki, o którym pisałam powyżej. Może zachwycać i drażnić jednocześnie. Mnie ta książka nie urzekła, ani nie poraziła, tak jak innych recenzentów. Nie jest to jednak kwestia słabości tekstu, a raczej osobistej perspektywy. Także próbujcie śmiało i wyciągnijcie własne wnioski.


Moja osoba Ł. Najder – zbiór esejów autorstwa redaktora Wydawnictwa Czarnego, publikowanych w internetowym czasopiśmie Dwutygodnik oraz kilku innych tytułach. Świetna rzecz dla wszystkich, którzy podobnie jak ja lubią błyskotliwe komentowanie tego, co aktualnie za oknem i popkulturę. Spory rozrzut tematyczny: od prokrastynacji przez bolączki moli książkowych, humanistów, po świetny esej o stanach lękowych i nerwicach. W zbiorze znalazło się również miejsce dla Kuby Wojewódzkiego i rozważań  o współczesnych mediach.


Polska przydrożna P. Marecki – relacja z podróży po Polsce lokalnej: powiatowej, typu B i C. Książka, która w założeniu miała być eksperymentem socjologicznym, prowokacją i testem na inteligencję czytelników. W efekcie stała się obiektem zażartych dyskusji, sporów i ( głównie) krytyki. Stało się tak za sprawą stylu, w jakim jest napisana i używanego języka. Jest to język lakoniczny, potoczny, wręcz podwórkowy. Zdaje sobie sprawę, że skoro autor jest profesorem, nauczycielem akademickim to był to z jego strony w pełni świadomy, celowy zabieg. Nie przekonuje mnie jednak taka koncepcja. Męczyłam się bardzo przy czytaniu tej książki. Styl pisania był dla mnie niestrawny i nie do przyjęcia. Szkoda, bo sam temat świetny, realizacja  niekoniecznie.


Blizna Ava Ólafsdóttir – Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich Wydawnictwa Poznańskiego jest obecnie moją ulubioną serią wydawniczą na rynku. Przyznaje więc, że nie jestem do końca obiektywna w ocenie, bo podobają mi się w niej w  zasadzie wszystkie książki. Nie wszystkie jednakowo, ale uważam, że zawsze warto po nie sięgać. Kolejne tomy serii kupuje już w ciemno. Blizna to kameralna opowieść o wyobcowaniu i poszukiwaniu sensu życia. Główny bohater -  Jonas zmaga się z poczuciem zbędności i bezsensu swojej egzystencji. Wybiera się w podróż do kraju, w którym niedawno zakończyła się wojna. Autorka przekonuje, że czasem zmiana miejsca wystarczy do zmiany punktu widzenia i odkrycia zupełnie nowych możliwości. Z uwagi na zbyt oczywiste i banalne rozstrzygnięcia fabularne oraz niepogłębione refleksje, nie jest to najlepsza książka w serii. Mimo wszystko z niecierpliwością czekam na kolejne tytuły.


Ukochane równanie profesora Y. Ogawa – niezwykle popularna książka, chwalona niemal przez wszystkich recenzentów i książkową blogosferę. Minimalistyczna historia profesora matematyki, który w wyniku wypadku dysponuje jedynie 80 minutami pamięci. Pewnego dnia w jego domu zjawia się gosposia, wraz ze swym małym synkiem, który otrzymuje od profesora pieszczotliwe określenie Pierwiastek. Dostrzegam oczywiście niezaprzeczalny urok głównego bohatera, doceniam niepowtarzalny klimat, który udało się stworzyć autorce i uważam, że jest to dobra książka. Jednocześnie przyznaje uczciwie, że nużyła mnie lektura tej powieści. Może przez zbyt dużą obecność wątków matematycznych, bo nigdy nie pałałam sympatią do tej nauki. Miało zachwycić – nie zachwyciło. Z całą pewnością nie jest to kwestia słabości tekstu, a po raz kolejny osobistej perspektywy. Nie zrażajcie się zatem moją opinią, i jeśli tylko macie ochotę sięgajcie po tę oryginalną prozę.


O dwóch książkach przeczytanych w czasie kwarantanny napisałam osobne recenzje:

Wierzyliśmy jak nikt R. Makkai – cały tekst recenzji znajdziecie tutaj.

Pokaż mi swoją bibliotekę A. Rybka – cała recenzja tutaj.

O kilku mam zamiar napisać osobne teksty, dlatego nie znalazły się w tym zestawieniu. Pozostaje mi życzyć wam znalezienia w tym wpisie wielu wskazówek dla siebie i fascynujących czytelniczych przygód.


niedziela, 24 maja 2020

Wierzyliśmy jak nikt – Rebecca Makkai


O tej książce powiedziano i napisano już prawie wszystko – wszędzie. W zasadzie zebrała same pochlebne opinie. Z reguły taka sytuacja budzi moje podejrzenia i natychmiast mam ochotę sprawdzić, jak jest naprawdę? W tym przypadku okazało się, że wszystkie te peany są w pełni uzasadnione, a w okładkowych blurbach nie ma cienia przesady, czy marketingowej ściemy. Dlatego postanowiłam dołączyć swój głos do tego chóru zachwytów.

Tak wiem – obiecywałam zmartwychwstanie bloga i bardziej regularne sprawozdania z kwarantannowych lektur. Jeśli zapytacie, gdzie byłam, gdy mnie nie było? Bez wahania odpowiem, że podobnie, jak większość Polaków walczyłam z ostrym cieniem mgły – to oczywiste, prawda?  Gdy otrząsnęłam się z szoku i przetarłam oczy ze zdumienia, okazało się, że nowa normalność jest zupełnie nienormalna.

Mieszkający na warszawskim Żoliborzu właściciel kota, wpada na genialny pomysł unieważnienia wyborów, które się nie odbyły. Inny, cierpiący na ogromny ból…głowy Pan z Myśliwieckiej, postanawia unieważnić notowanie Listy Przebojów, które wygrała piosenka Kazika. Wszystko to oczywiście w trosce o obywateli – samodzielne myślenie zagraża przecież ich zdrowiu i życiu.

W ten sposób rzeczywistość po raz kolejny przerosła literaturę i mnie. Zamiast pisania o książkach wybrałam poszukiwanie nowej drogi zawodowej. Idąc w ślad za Masłowską, zastanawiam się: jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu?

Jako osoba konsekwentnie niekonsekwentna niespodziewanie wracam jednak do pisania. I tu znów mały zgrzyt: czytanie powieści o epidemii AIDS w Stanach Zjednoczonych, podczas pandemii koronawirusa na świecie nie jest dobrym, oryginalnym pomysłem? Jest, pod warunkiem, że to świetna powieść.

Makkai rozgrywa fabułę powieści równolegle w dwóch planach czasowych. Pierwszy: połowa lat 80. XX wieku – Gej Yale Tishman, pojawia się na spotkaniu zorganizowanym po pogrzebie swojego przyjaciela -  Nica, który zmarł na AIDS. Wraz z jego siostrą  - Fioną i grupą pozostałych przyjaciół oddają się wspomnieniom z czasów młodości. 

Druga oś czasowa to 2015 rok – Fiona przybywa do Paryża w poszukiwaniu swojej córki, która zerwała z nią kontakt wiele lat temu.  Zatrzymuje się u przyjaciela z dawnych lat, co zmusza ją do rozliczeń z niełatwą przeszłością.

Yale, z jednej strony wiedzie uporządkowane, ciekawe życie. Jest dyrektorem w jednej z chicagowskich galerii sztuki, ma stałego partnera, obraca się w środowisku bohemy artystycznej i intelektualnej. Z drugiej strony żyje w epicentrum epidemii śmiertelnej choroby, mierzy się z nieustannym poczuciem zagrożenia, potęgowanym przez odchodzenie kolejnych osób z kręgu najbliższych przyjaciół.

Powieść jest świetnie napisana i skonstruowana. Losy bohaterów poznajemy powoli, fabuła płynnie przechodzi z jednej osi czasowej w drugą. Mimo epickiego rozmachu (620 stron) przez cały czas udaje się utrzymać ciekawość czytelnika. Z niecierpliwością przewracałam kolejne strony, by dowiedzieć się co będzie dalej? Choć od początku domyślamy się, jak skończy się ta historia, mimo wszystko trzymamy kciuki za bohaterów. Postaci są wyraziste, pełnokrwiste, dzięki temu łatwo jest współodczuwać z nimi, utożsamiać się.

Makkai bardzo zadbała o realizm swojej powieści. Bohaterowie, choć fikcyjni zostali umieszczeni w rzeczywistych miejscach i wydarzeniach społecznych. Doskonały research sprawił, że autorka świetnie oddała atmosferę tamtych czasów i środowiska gejowskiego.

 Często są tu opisywane dramatyczne, bolesne, złe zdarzenia. Mimo to nie mamy poczucia, że jesteśmy szantażowani emocjonalnie, że ktoś wymusza na nas współczucie. To trudna sztuka i jak pokazuje przykład Małego życia Hanyi Yanagihary, nie zawsze się udaje. Tu udało się przede wszystkim dzięki językowi oraz zastosowaniu kilku nieoczywistych rozwiązań fabularnych.

Przy wykorzystaniu samych wielkich motywów literackich, jak: miłość, przyjaźń, zdrada, choroba, śmierć, bardzo łatwo o przesadę, popadnięcie w patos, czy moralizatorstwo. Tutaj – dzięki oszczędnym środkom wyrazu, nie mamy do czynienia z nadmiarem w żadnym aspekcie. Powieść jest wiarygodna, jak najbardziej realistyczna i przez to, jeszcze bardziej poruszająca, piękna, a momentami wręcz wstrząsająca.

Czy czytanie o epidemii podczas pandemii to dobry pomysł?  Dla mnie zdecydowanie tak. Wielu pewnie zapyta, po co jeszcze bardziej się dołować, skoro mamy wystarczająco dużo dramatów dookoła?

Lektura Wierzyliśmy jak nikt jest bardzo pomocna w przywróceniu właściwych proporcji temu, czego aktualnie doświadczamy. Wystarczy małe odświeżenie pamięci, żeby zrozumieć, że świat bardzo rzadko bywał bezpiecznym, stabilnym miejscem, a epidemie, kataklizmy, kryzysy ekonomiczne i inne globalne nieszczęścia pojawiały się od bardzo dawna i powracają z dużą regularnością. Bardzo często niestety są nieuniknione. Ta świadomość w jakimś stopniu przywraca spokój i równowagę. Daje też nadzieję, ze mimo wszystko przetrwamy, nawet jeśli dzisiaj wydaje nam się to niezwykle trudne.

R.Makkai, Wierzyliśmy jak nikt, tł. S.Musielak, Wydawnictwo Poznańskie 2020.


czwartek, 23 kwietnia 2020

Pokaż mi swoją bibliotekę – Aleksandra Rybka


To książka przyjemna, lekka i łatwa, w najlepszym znaczeniu tych słów. Idealna do zapomnienia o całym świecie i złapania oddechu W sam raz na ten niespokojny, pandemiczny czas.

Rząd zapowiada stopniowe odmrażanie gospodarki i wspaniałomyślnie pozwolił obywatelom na ponowne spacery po parkach i lasach. W związku z tym, i ja postanowiłam wskrzesić blog i wydobyć go ze stanu hibernacji, w którym trwał od końca lutego.

#zostańwdomu znienawidziłam już po trzech dniach, podobnie było z falą wszelkich poleceń kulturalnych, która zalała Internet z siłą tsunami i presją wywieraną przez mniej lub bardziej znanych użytkowników mediów społecznościowych, by czas kwarantanny i przymusowej izolacji społecznej był okresem nadrobienia zaległości kulturalnych i innych, zdobywania nowych umiejętności, pieczenia chleba, umacniania więzi rodzinnych i koniecznie rozwoju duchowego. Wiedziałam, że jak zawsze pójdę pod prąd. 

Tęskniłam za tym, by głównym tematem Faktów, zamiast ponurych statystyk i jeszcze bardziej ponurych prognoz, znów stał się palec posłanki Lichockiej, kamienica Mariana Banasia, czy brawurowe loty marszałka Kuchcińskiego. Chciałam natychmiast iść do kina, zjeść ciastko w ulubionej kawiarni i obiad w ulubionej restauracji, leżeć na plaży w zatłoczonym kurorcie i kąpać się w zimnym, stalowoszarym Bałtyku, spędzać czas w miłym towarzystwie, grając przy okazji w niewymagające intelektualnie gry planszowe J. Marzeniem mojego życia stała się wizyta u fryzjera i posiadanie domku w lesie. Uznałam, że to nie jest dobry czas na prowadzenie bloga, a pisanie o książkach było ostatnią rzeczą, na którą miałam ochotę.

Cały czas jednak dużo czytam, a książki pozostały dla mnie jedną z nielicznych, niezmiennych rzeczy w tej tzw. „nowej rzeczywistości”. Stosy lektur do przeczytania na szczęście wciąż piętrzą się na moim biurku i w innych częściach mieszkania. Są obecne również na czytniku i wszelkich innych możliwych nośnikach. To daje poczucie bezpieczeństwa i stałości w chaosie. Chwilowo odpadła wymówka braku czasu i nadmiaru pracy,  zatem najwyższa pora odkurzyć swój „kawałek podłogi”.

Podzielę się z wami swoimi wrażeniami z lektur, które przeczytałam do tej pory w czasie kwarantanny. Nie zawsze będą to wybory oczywiste i „ku pokrzepieniu serc”. Żeby was jednak nie zniechęcić do zaglądania na moje łamy, zaczynam od przyjemnej nowości wydawniczej, która w dodatku idealnie pasuje do obchodzonego dzisiaj święta, czyli Międzynarodowego Dnia Książki i Praw Autorskich. Od kilkunastu lat dla mnie jest to podwójne święto. Droga M. dzisiejsza recenzja jest ze szczególną dedykacją dla Ciebie J.

Oglądanie księgozbiorów znajomych, podczas pierwszej wizyty w ich domach, jest dla mnie zawsze jednym z najprzyjemniejszych momentów. Możliwość zajrzenia do domowych bibliotek pisarzy i innych osób znanych, które lubię i podziwiam, od zawsze jest na liście moich marzeń. Gdy zobaczyłam w zapowiedziach książkę Pokaż mi swoją bibliotekę Aleksandry Rybki, wiedziałam, że będzie to idealna lektura dla mnie. Nie pomyliłam się. Dzięki autorce mogłam odbyć swoją wymarzoną „podróż”.

Rybka obejrzała domowe biblioteki: Jerzego Bralczyka i jego żony Lucyny Kirwil, Sylwii Chutnik, Jacka Dehnela, Anny Dziewit-Meller, Michała Rusinka, Agaty Tuszyńskiej, Krzysztofa Vargi, Pawła Dunina-Wąsowicza, Macieja Sieńczyka, Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, Michała Cichego, Alicji Gęścińskiej, Jerzego Jarniewicza, Macieja Roberta. O niektórych księgozbiorach jedynie rozmawiała z ich właścicielami.

Każdy z nas ma swoją prywatną  historię czytania. Począwszy od sposobu ułożenia książek na półkach, przez najważniejszych autorów, na rytuałach czytelniczych i ulubionych miejscach do lektury kończąc. O tym wszystkim jest właśnie Pokaż mi swoją bibliotekę.

W ten sposób dowiadujemy się m.in. , że Jerzy Bralczyk ciągle wraca do tych samych lektur zaliczanych do klasyki literatury, wciąż korzysta z tradycyjnych słowników i mają z żoną odrębne księgozbiory, bo ona posiada głównie literaturę fachową, związaną ze swoim zawodem (psychologia),a dla relaksu sięga po nowości wydawnicze. Z kolei dla Jacka Dehnela decyzja o połączeniu księgozbiorów z partnerem była jedną z najpoważniejszych decyzji związkowych. Justyna Sobolewska i Krzysztof Varga cierpią na abibliofobię, czyli lęk, że nie będą mieli co czytać, bo zabraknie im książek np. podczas urlopu. Anna Dziewit-Meller wraz z mężem ulubione książki trzymają w toalecie, ponieważ jest to miejsce najbardziej sprzyjające spokojnej lekturze. Sylwia Chutnik jest „dziewczyną z papiernika”. Paweł Dunin-Wąsowicz nie zaprasza nikogo do domu, bo książki całkowicie opanowały przestrzeń i nie da się tam swobodnie poruszać.

Autorka zadaje wszystkim te same pytania, dodatkowo rozwija wątki podjęte przez swoich rozmówców. Wśród stałych pytań są te o trzon księgozbioru, ważne książki z dzieciństwa, ulubionych autorów, literackie guilty pleasure, stosunek do pożyczania książek innym, korzystanie z bibliotek, czy miesięczne limity finansowe na zakupy książkowe. Jedyne czego osobiście zabrakło mi jako uzupełnienie tych ciekawych rozmów to zdjęcia całych bibliotek lub choćby pojedynczych regałów. Wtedy poczucie podglądania przez dziurkę od klucza byłoby już w pełni zaspokojone.

Pokaż mi swoją bibliotekę to książka która budzi wyłącznie pozytywne uczucia. Bardzo dużo w niej ciepła, domowej atmosfery. W każdym momencie czuje się, że autorka jest autentycznie ciekawa swoich rozmówców, nie rozmawia wyłącznie z zawodowego obowiązku. Można tę książkę czytać od deski do deski, lub na wyrywki. Można znaleźć tu inspiracje dla siebie i porównać swoje zwyczaje i doświadczenia z innymi. Przede wszystkim jest to jednak książka, w której można się rozgościć, rozsmakować i z przyjemnością zatracić, zapominając przy tym o świecie dookoła. Co najważniejsze jest to też książka, do której można wielokrotnie wracać i wciąż odkrywać coś nowego. Lektura obowiązkowa dla każdego mola książkowego i nie tylko. Nie przegapcie!

A.Rybka, Pokaż mi swoją bibliotekę, Wydawnictwo Znak 2020.