niedziela, 30 grudnia 2012

Nieznane Zakopane


Gdyby przeprowadzić wśród ceprów sondę dotyczącą skojarzeń z zimową stolicą Polski większość z nas jednym tchem wymieni: Krupówki, Morskie Oko, oscypek, narciarze dorzucą do tego pewnie Kasprowy Wierch, Gubałówkę, a kierowcy znienawidzoną Zakopiankę. 

Jeśli dalej drążyć temat i zapytać o historię, czy ważne postaci związane z miastem, pewnie szybko okazałoby się, że nasza wiedza w temacie nie jest zbyt rozległa. 

Doskonałym pomysłem dla wszystkich chcących uzupełnić braki, poszerzyć posiadaną już wiedzę, bądź zobaczyć Zakopane z zupełnie innej strony będzie lektura książki „ Zakopane odkopane. Lekko gorsząca opowieść góralsko-ceperska” Pauliny Młynarskiej i Beaty Sabały-Zielińskiej.


Zakopane było i jest źródłem artystycznych inspiracji dla przebywających tu licznie twórców różnej maści. Przekonani o uzdrawiającym wpływie górskiego powietrza, pod wpływem pięknych widoków tworzyli i tworzą tam nadal wiersze, utwory literackie, piosenki, czy dzieła sztuki. Wydaje się, że legenda miejsca trwa w najlepsze. Świadczą o tym chociażby setki tysięcy turystów ciągnących rokrocznie w tym kierunku, by podziwiać piękne górskie widoki i odbyć obowiązkowy spacer najsłynniejszym zakopiańskim deptakiem. Legenda to jedno, a faktyczna wiedza drugie. Ta druga wśród osób mieszkających na nizinach bardzo często oparta jest na wielu mitach, nie mających związku z rzeczywistością i stereotypach dotyczących samych górali. Walkę o odarcie Zakopanego z tych nieścisłości i zmiany w sposobie jego postrzegania wśród ceprów podjęły dwie wymienione wyżej dziennikarki- góralka Sabała-Zielińska i ceperka kochająca Tatry-Młynarska. Wynikiem tej nizinno-wyżynnej współpracy jest pożyteczna, przyjemna w odbiorze książka, w której znajdziemy mnóstwo praktycznych, a zarazem interesujących informacji.


„Zakopane odkopane” to w gruncie rzeczy przewodnik turystyczny. Tym, co odróżnia go jednak od całej masy już dostępnych na rynku jest gawędziarski styl opowieści. Sprawia on, że tekst czyta się, jak wciągającą powieść, a fakty z historii miasta, których nie brakuje na stronach nie są jedynie zbiorem suchych dat i nazwisk. Wątek historyczny nie jest jednak dominujący w książce, choć oczywiście opowieść zaczyna się od tego, skąd się wzięło Zakopane? Dalej znajdziemy rozważania o architekturze, opis cech tzw. stylu zakopiańskiego stworzonego przez Witkiewicza ojca i dzisiejszy stosunek mieszkańców Podhala do tej chlubnej tradycji. Nie mogło również zabraknąć vademecum turysty, w którym autorki ostro wytykają wszystkie grzechy niedoświadczonych turystów wybierających się na wędrówki górskie. Jednym z największych wydaje się brak odpowiedniego obuwia i odzieży. Najbardziej jaskrawym przykładem głupoty „niedzielnych spacerowiczów”, wydaje się pomysł wchodzenia w klapkach, podkoszulku i kurtce jeansowej na Kasprowy Wierch. Znajdziemy tu również praktyczne wskazówki, jak postępować, aby być bezpiecznym w górach. Kolejne rozdziały dotyczą: zwierząt występujących w Tatrach, wiatru halnego, a także sportów zimowych, których uprawienie jest przecież głównym celem pielgrzymek Polaków do Zakopanego. Amatorzy białego szaleństwa dowiedzą się, gdzie i kiedy najlepiej zjeżdżać na nartach, uprawiać Ski-touring, a nawet wspinaczkę.

Wielbiciele spacerów po bardziej płaskim terenie również znajdą tu coś dla siebie. Przede wszystkim, czego absolutnie nie kupować na Krupówkach, opanowanych przez wyroby made in China, a na co warto zwrócić uwagę. Fani białego, często nietrzeźwego Misia dowiedzą się, dlaczego ma on białe futro. Do części praktycznej zalicza się w przewodniku bardzo przydatna baza hoteli, pensjonatów i kwater. Imprezowicze dowiedzą się, do których lokali warto zajrzeć i dlaczego obowiązkowym punktem powinna być wizyta w kawiarni Europejska i dancing w towarzystwie pana Rysia. Część rozrywkową uzupełniają informacje o tradycjach prawdziwie góralskiej muzyki i tańca. W tym wyczerpującym kompendium wiedzy nie mogło również zabraknąć rozdziału „Kuchnia”, która jest przecież istotnym elementem życia i tradycji. I w tym miejscu zostaną obalone mity dotyczące bogactwa kulinarnego tej części Polski. Coraz liczniejsi w naszym kraju amatorzy gotowania, przeczytają, dlaczego „Kuchenne rewolucje” na Podhalu nie mają szans na powodzenie. Panie lubiące modnie wyglądać dowiedzą się natomiast, gdzie zaopatrzyć się w oryginalne góralskie stroje i gdzie nabyć jedyne w swoim rodzaju futra.

Ci, którzy łakną bardziej pikantnych opowieści także powinni być usatysfakcjonowani, gdyż autorki poświęcają swoją uwagę również tematowi nierządu pod Tatrami oraz najskuteczniejszym metodom podrywu. Znalazło się też miejsce na opowieść o tym, dlaczego Ameryka przez wiele lat była dla górali ziemią obiecaną i, jak naprawdę wyglądały tam ich losy. Jest też nieco poważniejszy wątek o szukaniu śladów zakopiańskich Żydów.

Jeśli na podstawie wielokrotnie powtarzanych opinii uważacie, że domy góralskie budowane są z bali, pieśń „Góralu czy Ci nie żal” jest swoistym hymnem i ich ulubionym utworem, a „Oj maluśki, maluśki” najpiękniejszą góralską kolędą, lektura książki pokaże Wam, że jesteście w błędzie.

„Zakopane odkopane” to bardzo wartościowa lektura. Napisana z lekkością, swadą i dużym poczuciem humoru, a przy tym przekazująca dużą ilość cennych wiadomości. Dziennikarkom udało się połączyć szacunek i sympatię do miasta ze zdrowym dystansem. Na szczęście, więc próżno szukać tu zadęcia w tonie i przekonania o tym, że miasto jest absolutnym pępkiem świata. I Zielińska i Młynarska zresztą zgodnie przyznają, że ich miłość do tego wyjątkowego miejsca nie jest ślepa. Widzą mankamenty i nie boją się ich otwarcie krytykować, co stanowi dodatkową wartość tekstu.

Dla tych, którzy znają Zakopane lektura z pewnością będzie okazją do odkrycia nowych szlaków wędrówek i podążenia nimi przy okazji następnych wizyt. Ci zaś, którzy do stolicy Tatr wybierają się po raz pierwszy obowiązkowo powinni spakować ją do plecaka, gdyż wiedza tam zawarta pozwoli na uniknięcie błędów i skupieniu się na tym, co naprawdę warte jest zobaczenia.

Ocena 7/10
P. Młynarska, B. Sabała-Zielińska, „Zakopane odkopane. Lekko gorsząca opowieść góralsko-ceperska”, Wydawnictwo Pascal 2012.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Sekretne życie miasta


Pierwsza powieść J.K. Rowling dla dorosłych pt. „Trafny wybór” pokazuje, że sukces „Harry'ego Pottera” nie był jedynie dziełem przypadku i doskonałej kampanii promocyjnej. 

Okazuje się, że autorka radzi sobie świetnie nie tylko z opisywaniem magicznego świata, ale potrafi również stworzyć wciągającą historię z wyrazistymi postaciami, osadzoną w realiach „prawdziwego” życia, jak najdalszą od czarodziejskich krain.


Na wstępie muszę napisać, że nie jestem fanką książek o przygodach młodego czarodzieja. Szczerze mówiąc miałam spory problem z przebrnięciem przez pierwszy tom. Świat Hogwartu nie zafascynował mnie na tyle, abym chciała zagościć w nim na dłużej. Wielokrotnie jednak zastanawiałam się nad zjawiskiem potteromanii, która w pewnym momencie ogarnęła nie tylko dzieci i młodych ludzi, ale także tych o wiele starszych, wydawałoby się poważniejszych i bardziej doświadczonych czytelniczo. Wieść o wydaniu przez Rowling powieści dla dorosłych przyjęłam z odrobiną sceptycyzmu, ale też dużą dozą ciekawości, czy i jak pisarka poradzi sobie w tej materii. Ostatecznie sięgnęłam po książkę zachęcona dodatkowo kilkoma dobrymi lub bardzo dobrymi recenzjami. Dziś mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że był to dobry wybór lektury.


Z pozoru prosta historia rozpoczyna się w momencie, gdy w dość sennym angielskim miasteczku Pagford nagle umiera jeden z członków Rady Gminy Barry Fairbrother. Po krótkotrwałym okresie szoku i współczucia dla wdowy w miasteczku wybucha bezpardonowa walka o tzw. tymczasowy wakat w Radzie, który pozostał po zmarłym. Ujawnia się też zadawniony konflikt o przynależność do miasta peryferyjnego, ubogiego osiedla Fields, zamieszkałego w większości przez osoby z marginesu społecznego. Mieszkańcy dzielą się na dwa obozy. Jedna grupa podziela stanowisko zmarłego urzędnika, na czele drugiej zaś stoi jego najbardziej zagorzały przeciwnik Howard Mollison- właściciel dobrze prosperującego sklepu spożywczego, będącego jednocześnie miejskim centrum plotek z życia mieszkańców. Wszyscy, łącznie z młodzieżą, zobligowani są do zajęcia właściwego stanowiska i włączenia się do wyścigu w słusznej przecież sprawie.

Rowling obnaża ciemne strony ludzkiej natury, punktuje słabości i pokazuje, że w walce o władzę nie ma świętości, wszystkie chwyty rzeczywiście są dozwolone. Natomiast pojęcie winy i niewinności praktycznie nie istnieje, bo w gruncie rzeczy każdy ma grzeszne tajemnice, które za wszelką cenę chciałby ukryć przed otoczeniem. Można się pokusić o stwierdzenie, że „Trafny wybór” jest w jakimś stopniu książką zaangażowaną politycznie, bo autorka dość wyraźnie daje do zrozumienia, po której stronie się opowiada.

Ogromnym atutem powieści są świetnie narysowane portrety bohaterów oraz błyskotliwe, niepozbawione czarnego humoru dialogi. Wszystko to sprawia, że prostą w założeniu opowieść czyta się jednym tchem i nie można się od niej oderwać do zakończenia lektury. Świetnym pomysłem było też uczynienie miasta bohaterem zbiorowym. Pokazało to, bowiem, że pisarka naprawdę ma talent, gdyż panowanie nad przeplatającymi się losami 20 bohaterów wcale nie jest proste, a jej ta sztuka udała się znakomicie. Podobno stacja BBC już szykuje się do nakręcenia serialu na podstawie tej książki. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że będzie to murowany hit i już w głowie kompletuję swoją obsadę marzeń, nie mogąc doczekać się pierwszego odcinka.

„Trafny wybór” zasługuje na uznanie z jeszcze jednego powodu. Rowling, która spokojnie mogłaby odcinać kupony od sławy, pisząc 10 kolejnych części „Harry'ego Pottera” odważyła się na totalne odcięcie od swojej dotychczasowej twórczości i napisała bardzo pesymistyczną w wymowie, pozbawioną lukrowanych wizji i oczywistych rozstrzygnięć powieść. Choć był to ryzykowny krok to wydaje mi się, że dzięki temu posunięciu autorka wygrała rzeszę nowych czytelników. Znajdą się pewnie sceptycy, którzy i tak sklasyfikują książkę, jako czytadło. Moim zdaniem „Trafny wybór” jest jednak przykładem na to, że powieść popularna nie musi być o niczym i można zawrzeć tam również głębsze refleksje. Pewnie wielu z Was znajdzie jutro tę książkę pod choinką. Mam nadzieję, że okaże się ona trafionym prezentem, a lektura sprawi dużo przyjemności w tym wyjątkowym czasie.
WESOŁYCH ŚWIĄT!!!
Ocena: 8/10
J.K.Rowling, „Trafny wybór”, Znak 2012.


sobota, 15 grudnia 2012

Opowieści dziwnej treści



Tegoroczna literacka Nagroda Nobla (dla Mo Yana) jak zwykle była zaskoczeniem dla wielu i podzieliła środowisko literackie, wzbudzając pewne kontrowersje. 

Na rynku niedawno ukazały się wznowienia dwóch książek autora wydanych w Polsce przez wydawnictwo W.A.B. Jedną z nich jest „Kraina wódki”, którą omówię szerzej, druga to „Obfite piersi, pełne biodra”. 

Możemy sami przekonać się, czy werdykt Akademii tym razem był słuszny. Książka z całą pewnością zadowoli wytrawnych czytelników i smakoszy literatury. Obawiam się, że ci mniej obeznani będą musieli wspomóc się przy lekturze tytułową wódką bądź winem, najlepiej… małpim.


Pisarz naprawdę nazywa się Guan Moye, a jego pseudonim oznacza „Ten, który nie mówi”. Urodził się w 1956 roku w Chinach. Jako dwudziestolatek wstąpił do Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, gdzie pełnił liczne funkcje. Studiował również na wydziale literatury w Wyższej Szkole Artystycznej. Jest autorem siedmiu powieści, w tym „Klanu czerwonego sorga”, na podstawie której nakręcono film nagrodzony w 1988 roku Złotym Niedźwiedziem na festiwalu w Berlinie.


„Kraina wódki” rozgrywa się w dwóch planach równolegle. Na pierwszym umieszczona została historia śledczego Ding Gou’era, który pewnego dnia zostaje wysłany do Alkoholandii w celu przeprowadzenia śledztwa dotyczącego stosowania praktyk kanibalistycznych przez przedstawicieli najwyższych władz państwowych. W czasie podróży do tej surrealistycznej krainy Gou’er spotyka całą galerię barwnych postaci. Wśród nich są między innymi kobieta-kierowca, która zawładnie jego sercem i umysłem, karzeł i chłopiec-demon. Cała wizyta jest mocno zakropiona najlepszymi trunkami regionu i doprawiona niezwykłymi kulinariami, którymi gospodarze pragną się pochwalić przed swym szanownym gościem. Równolegle do tej kryminalnej opowieści czytamy korespondencję Li Yidou – doktora alkohologii, początkującego adepta literatury do uznanego już pisarza Mo Yana. Yidou wymienia z nim uwagi na temat sztuki pisarskiej, a ponadto przesyła do oceny swoje opowiadania. Dzięki nim poznajemy od kulis Uniwersytet Gorzelnictwa, Akademię Kulinarną i jej największy sekret – recepturę przyrządzania mięsnych dzieci. Listy są uzupełnieniem dochodzenia prowadzonego przez Gou’era i znacząco wpływają na jego wynik.

Trudno jednym zdaniem powiedzieć, o czym naprawdę jest ta książka. W pierwszej chwili przychodzi bowiem na myśl, że jest to typowy przykład literatury eksperymentalnej będącej kolażem różnorodnych, pozornie niedających się ze sobą połączyć gatunków. Romans chodzi tu pod rękę z kryminałem i satyrą. Baśnie spotykają się z ludowymi podaniami, a alegoria co krok miesza się z realizmem. Mo Yan nawiązuje do tradycji powieści postmodernistycznej i dzieł największych mistrzów literatury. Sięgając głębiej do wymowy ideologicznej, można stwierdzić, że „Kraina wódki” jest wyrazistym, krytycznym portretem zbiorowym społeczeństwa chińskiego. Taka sugestia została zresztą wyrażona przez autora w zdaniu zamieszczonym na okładce: „Prawda o Chinach nie jest elegancka”. Po lekturze trudno się z tą opinią nie zgodzić. W warstwie językowej mamy do czynienia z podobnym melanżem. Autor płynnie przechodzi od ostrej, ciętej, niepozbawionej wulgaryzmów mowy do misternych, lirycznych, momentami wręcz poetyckich fraz.

„Kraina wódki” nie jest tekstem łatwym ani oczywistym. Takim, który zaraz po lekturze wzbudza zachwyt i przekonanie, że ma się do czynienia z czymś wybitnym. Wręcz przeciwnie. Książka ta w wielu miejscach drażni, męczy i nuży. Kilkakrotnie miałam ochotę ją odłożyć i znaleźć coś przyjemniejszego w odbiorze. Dla czytelników nieznających wszystkich nawiązań do historii literatury, bez choćby ogólnej wiedzy na temat sytuacji polityczno-społecznej Chin, będzie to jedynie zbiór mocno „odjechanych” fantasmagorii mało znanego w Polsce pisarza. Powieść ma jednak dwie najważniejsze zalety: budzi ciekawość i nie pozwala o sobie zapomnieć. Myślę więc, że osobom rozmiłowanym w literaturze nie potrzeba większej zachęty. „Kraina wódki” zyskuje bowiem przy bliższym poznaniu. Być może wymaga od czytającego dłuższych i głębszych przemyśleń, ale z całą pewnością warto się w niej zanurzyć.


Ocena: 7/10
M. Yan, „Kraina wódki”, Wydawnictwo W.A.B. 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B. https://www.wab.com.pl/?autor=287



czwartek, 6 grudnia 2012

Kawiarniany szlak



Niedawno na rynku wydawniczym ukazała się książka Krzysztofa Jakubowskiego „Kawa i ciastko o każdej porze”. Wydaje się, że jest to kompozycja idealna dla wielbicieli historii, łakoci, a przede wszystkim Krakowa. Lektura, owszem, pobudza apetyt na kawę i ciastko, ale niestety nie zaspokaja go w pełni.


Autor jest publicystą, samorządowcem i popularyzatorem historii dawnej stolicy Polski. Na swoim koncie ma m.in. publikacje „Kraków na starych widokówkach” oraz „Przy stoliku, czyli o najstarszych krakowskich kawiarniach”. Brał czynny udział w tworzeniu „Encyklopedii Krakowa” i „Spacerownika krakowskiego”.


„Kawa i ciastko o każdej porze” opisuje dzieje krakowskich kawiarni, cukierni i palarni kawy z zachowaniem porządku chronologicznego. Historia zaczyna się więc w momencie pojawienia się i rozpowszechnienia na ziemiach polskich kawy. Jak przystało na rzetelne opracowanie historyczne, w tekście roi się od dat i nazwisk. Nie sposób oczywiście wymieniać tu wszystkich. Warto jednak wspomnieć kilka istotnych nazwisk. Gottlieb Cypcer – właściciel pierwszej kawiarni w mieście, Jan Michalik – twórca i właściciel słynnej do dziś Jamy Michalikowej, Ferdynand Turliński – właściciel pierwszej kawiarni artystycznej. Nie można również zapomnieć o znanych rodach cukierników i właścicieli kawiarni, tj. Wielandach czy Winterach. Jakubowski dokładnie opisuje przechodzenie każdej kawiarni z rąk do rąk, zmiany właścicieli, a także architekturę kamienic, w których się mieściły i wystrój wnętrz. Książka jest więc idealnym przewodnikiem dla wszystkich wielbicieli spacerów i wycieczek śladami historii. Można ją bowiem porównać ze stanem obecnym, gdyż dziennikarz w większości przypadków podaje informacje o tym, co dziś mieści się pod opisywanym adresem. Uwzględnione są też wszystkie zmiany historyczno-polityczno-społeczne, które miały ogromny wpływ na rozwój bądź stagnację tzw. kawiarnianego życia. Z książki dowiemy się gdzie, według ówczesnej opinii publicznej, podawano najlepszą kawę lub ciasta, kiedy i gdzie pojawiły się w Krakowie pierwsze pączki, jakie osobistości bywały w lokalach artystycznych oraz co stanowiło ulubione towarzyskie rozrywki.

Publikacja jest estetycznie wydana. Zawiera niezwykle bogaty materiał fotograficzny, co jest jej dużym atutem. Jeśli chodzi o tekst, to niestety opisy poszczególnych lokali są dość powierzchowne. Zwłaszcza na początku są to właściwie krótkie notki opisujące jedynie zmienne koleje własności lokalu, jego wnętrze oraz stan obecny.

„Kawa i ciastko o każdej porze” to właściwie bardziej przewodnik historyczny, który spokojnie mógłby nosić tytuł „Poczet cukierników krakowskich”. W tekście zabrakło mi rozbudowania wątku będącego sednem istnienia każdej cukierni lub kawiarni, czyli tytułowego ciastka i kawy. Nie znajdziemy tu obszernych opisów menu danego lokalu, jego specjalności, stałych bywalców oraz barwnych anegdot związanych z prowadzonym tam, bujnym przecież życiem towarzyskim. Łasuchy muszą się zadowolić pojedynczymi, umieszczonymi u dołu strony starymi recepturami, np. na bordurkę z czekoladą, cytrynówkę, czy tort Sachera. Trzymając się słodkich metafor, należałoby powiedzieć, że książka jest pysznym ciastem czekoladowym, do którego niedbały cukiernik dodał sztuczny olejek pomarańczowy, psując tym samym jego smak. Lektura z pewnością pobudzi wasze kubki smakowe i sprawi, że zechcecie odwiedzić Kraków, ale raczej nie pozwoli najeść się do syta. A szkoda.



Ocena 6/10
K. Jakubowski, „Kawa i ciastko o każdej porze. Historia krakowskich kawiarni i cukierni.” Wydawnictwo Agora 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora

czwartek, 29 listopada 2012

Felietonowe rozważania życiowe

Jan Nowicki jest aktorem o bogatym dorobku filmowym i teatralnym. Szeroka widownia kojarzy go jednak przede wszystkim z rolą Wielkiego Szu w z filmu Sylwestra Chęcińskiego. 

Nie wszyscy wiedzą jednak, że ma on obok swojego fachu drugą równorzędną pasję, którą jest pisanie. Ci, którzy są ciekawi, jak Nowicki radzi sobie na tym polu mogą sięgnąć po wydaną niedawno książkę „Mężczyzna i one”, będącą zbiorem felietonów publikowanych w „Zwierciadle”, „Gazecie Krakowskiej i „Wróżce”.

Na pierwszą część książki składają się cykliczne rozmowy autora z Katarzyną Zimmerer, przeprowadzane dla miesięcznika „Zwierciadło”. Nowicki w charakterystyczny dla siebie, pełen ironii i dystansu, ale również błyskotliwy i momentami rozbrajająco szczery sposób odpowiada m.in. na pytania o wieczną miłość, pierwsze zdziwienie, przepis na miłość szczęśliwą, ideał kobiety, dlaczego mężczyźni odchodzą. Druga część to odpowiedzi na listy czytelniczek czasopisma, gdzie Nowicki musiał zmierzyć się z równie filozoficznymi pytaniami, jak np. takie: czy na pewno kocha życie, co myśli o kobietach, które odeszły, do jakiego wieku kobieta jest kobietą, czy można kochać dwóch mężczyzn na raz? I tutaj autor posługuje się swą najcenniejszą bronią – ciętym dowcipem. Bardzo dobrze, bo obawiam się, że gdyby na wszystkie te pytania odpowiedział ze śmiertelną powagą, lektura byłaby ciężkostrawna. Dalszą część tomu stanowią felietony drukowane w „Gazecie Krakowskiej”. Przeczytamy w nich komentarze do różnych ówczesnych wydarzeń, kilka obserwacji z planu filmu „Jeszcze nie wieczór” Jacka Bławuta, ostre chwilami oceny i sądy na temat jakości polskiego kina i środowiska show-biznesu. Obok publicystycznych wypowiedzi pojawia się też nieco bardziej refleksyjna, melancholijna nuta. Nowicki bowiem sporo uwagi i miejsca poświęca tematom przemijania, śmierci. Wspomina zmarłych przyjaciół, wraca myślami do czasów dzieciństwa, młodości, rodzinnego domu.

„Mężczyzna i one” nie jest być może książką wybitną, ale nie takie też było założenie zawartych w niej tekstów. Nowicki nie sili się na przeintelektualizowane rozważania. Pisze wyłącznie o tym, co mu bliskie i o tym, na czym według opinii wielu osób zna się jak nikt inny – kobietach i zawiłych relacjach damsko-męskich. Felietony przepełnione są życiową mądrością i bogatym doświadczeniem autora. Odbijają się w nich również wszystkie cechy charakterystyczne artysty: specyficzny ogląd świata, a także ironia, dystans do rzeczywistości i błyskotliwe poczucie humoru. Lektura będzie więc idealna dla wszystkich, którzy posiadają podobne zalety, chcieliby się nimi zarazić z powodu chwilowego deficytu lub po prostu szukają mądrej rozrywki na wieczór.

Ocena: 6/10
J. Nowicki, "Mężczyzna i one", Wydawnictwo Agora&Bellona 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora http://kulturalnysklep.pl/MIOM/pr/-mezczyzna-i-one--jan-nowicki.html?param=sklep_best_10

sobota, 24 listopada 2012

Niespełniony sen


Książka „Byłem ziemniaczanym oligarchą” Johna Mole’a na początku zapowiada się, jako opis klasycznego american dream wiodącego od pucybuta do milionera. 

I faktycznie mogłaby nim być, gdyby nie fakt, że w Rosji takie sny o potędze są dużo trudniejsze w realizacji, bo diabeł jak zwykle tkwi w urzędniczych szczegółach.


Autora poznajemy w momencie, gdy znajduje się na przysłowiowym rozstaju dróg. Właśnie zrezygnował ze stabilnej posady w banku na rzecz marzenia o byciu pisarzem. Wszystkie wysłane teksty spotykają się jednak z odmową wydawców. Jego sytuacja finansowa nie przedstawia się ciekawie. W wyniku szczęśliwego zbiegu okoliczności trafia na spotkanie biznesowe, gdzie poznaję Rosjanina-Miszę, który zaprasza go do swojego kraju na cykl wykładów. Pewnego dnia, podczas wizyty w nielubianej saunie wpada na genialny, jak się wydaje pomysł. Postanawia podbić wschodni rynek, zakładając sieć restauracji z pieczonymi ziemniakami, wzorowanych na brytyjskich Jackets. Uważa, że skoro Rosja jest jednym z największych producentów ziemniaków idea będzie prosta w realizacji, a do tego przyniesie szybki i duży zysk. Podekscytowany tą wizją, w charakterystycznym dla siebie stylu ogłasza rodzinie, że szykuje się „Coś wielkiego” i czym prędzej zabiera do działania.


Początkowo wszystko idzie zgodnie z planem. Wokół Johna szybko pojawia się grupa „wpływowych” znajomych o szerokich kontaktach, którzy są gotowi uruchomić je w każdej chwili, byle tylko przyczynić się do osiągnięcia celu. Są wśród nich m.in. Oleg i jego żona. Jest też dotacja z funduszu Know-How. Sam pomysłodawca udaje się natomiast w podróż na poszukiwanie ziemniaka idealnego. W tym miejscu już zaczynają się schody i niekończąca się opowieść o absurdach rosyjskiej rzeczywistości. Nagle okazuje się, bowiem, że w kraju jednego z największych wytwórców ziemniaków praktycznie żaden gatunek nie nadaje się na sprzedaż, osoby, które miały pomóc znikają nagle w niewyjaśnionych okolicznościach, a załatwienie najprostszej sprawy urzędowej wymaga ogromnych łapówek.

„Byłem ziemniaczanym oligarchą” to przede wszystkim opowieść o spotkaniach z całą galerią barwnych postaci. Choć autor przez cały czas nie traci z oczu swego głównego celu w drodze do niego zdarzają mu się nieoczekiwane przygody i intratne propozycje zawodowe, jak np. ta o sprzedaży na szeroką skalę maści z rogów górskich jelonków, czy sera dla Pizzy Hut. Ze spotkań z byłą baletnicą, rybakiem, „leśnymi” rabusiami, grupą zagorzałych fanów Tolkiena, czy starym naukowcem Mole wyciąga natomiast nie zawsze wesołe wnioski na temat mentalności rosyjskiego społeczeństwa.

W tym miejscu nie sposób nie porównać „Oligarchy” do wydanego niedawno, zresztą również przez wydawnictwo Carta Blanca „Ruskiego ekstrema” Borisa Reitschustera. Choć obaj panowie mają bardzo podobne obserwacje na temat mentalności Rosjan, absurdów ich codzienności oraz zacofania cywilizacyjnego to różni ich jednak nieco styl wypowiedzi. U Mole’a również jest zabawnie ton wypowiedzi jest jednak poważniejszy. W wypowiedziach autora można wyczuć pewien dystans emocjonalny względem spotkanych osób. Momentami brakuje w nich ciepła i wyrozumiałości, których u Reitschustera jest aż w nadmiarze. Może wynika to z faktu, że poważny biznes jest poważną sprawą i nie ma w nim miejsca na sentymenty, a na tym aspekcie rosyjskiej rzeczywistości autor skupia się przede wszystkim.

Książka ma nieco mylący tytuł i okładkę. Uprzedzam, więc, że łowcy kulinarnych doznań mogą poczuć się oszukani. Być może lektura „Byłem ziemniaczanym oligarchą” będzie dobrą wprawką dla tych, którzy faktycznie chcą odwiedzić ten kraj. Z całą pewnością jest tańsza niż bilet lotniczy do Moskwy, a może oszczędzić bolesnego zderzenia z rzeczywistością wszystkim, którzy mają w głowach wizję romantycznej Rosji.

Ocena: 5/10
J. Mole, „Byłem ziemniaczanym oligarchą”, Carta Blanca 2012.
* Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Carta Blanca http://www.cartablanca.pl/produkty/307/bylem-ziemniaczanym-oligarcha-jak-prowadzic-biznes-w-rosji-i-nie-zwariowac




poniedziałek, 19 listopada 2012

Pod prąd


Marek Nowakowski w swej opublikowanej niedawno autobiografii literackiej pt. „Pióro” opisuje niełatwe koleje pisarskiego losu w okresie PRL-u, najważniejsze zawodowo spotkania oraz bujne życie towarzyskie w tamtym czasie. Odkrywa przy tym często zupełnie nieznane oblicza tuzów literatury polskiej.


Autor urodził się w 1935 r., wychował w podwarszawskich Włochach, co wywarło wpływ na całą jego późniejszą twórczość. Debiutował w 1957 r. opowiadaniem „Kwadratowy”, opublikowanym na łamach „Nowej Kultury”. Jest autorem m.in. zbiorów opowiadań „Ten stary złodziej” oraz „Benek Kwiaciarz”, powieści „Trampolina”, czy „Raportu o stanie wojennym”, a także twórcą scenariuszy do filmów „Meta”, „Przystań”, „Siedem czerwonych róż”.


„Pióro” jest przede wszystkim zapisem pisarskiej drogi, która rozpoczęła się w redakcji czasopisma „Współczesność” oraz ważnych literacko spotkań, m.in. z Jarosławem Iwaszkiewiczem, Zbigniewem Herbertem, Stanisławem Grochowiakiem, czy Mironem Białoszewskim. Pisarz kreśli niezwykle barwne portrety tych postaci. Do najważniejszych przyjaźni w środowisku zalicza jednak te z krytykiem literackim Wilhelmem Machem, czy Andrzejem Brychtem. Opisuje również liczne spotkania towarzyskie, które odbywały się na szlaku od Czytelnika do SPATiF-u oraz w mieszkaniach artystów. Pisze też nieco o trudnych relacjach z rodzicami, którzy na początku nie mogli mu wybaczyć rezygnacji ze studiów i „porządnego” zawodu prawnika.

Nowakowski bardzo wiele uwagi poświęca podkreśleniu swojej odrębności, która ujawniła się już na samym początku zawodowej drogi. Miała ona związek przede wszystkim z pochodzeniem i utrzymywaniem kontaktów z grupą z rodzinnych Włoch. Właśnie to pochodzenie sprawiło, że autor czuł się obco w środowisku wybitnych, uznanych już twórców i początkowo był przez nich traktowany jak naturszczyk. Tak poruszałem się po omacku. Pociągające znajomości, zwierzenia, osobistości z nieznanych dotąd wysokich sfer dawały bogatą pożywkę dla rozważań. Trudno było to uporządkować i zachować dystans. (...) Wracałem do ludzi z podwarszawskich Włoch, Woli, Ochoty, Pragi, murarzy, krawców, szewców, waluciarzy, złodziejaszków, urzędników, dziwaków, niebieskich ptaków, nieudaczników. Byli bliscy, najbliżsi. Wśród nich czułem, że mam busolę. To moje umocowanie powodowało potrzebę pisania. Z tych ludzi lepiłem swój teatr. Było to przeświadczenie intuicyjne, kręta droga pełna zapadlisk, nieraz się gubiłem. Ale trzymałem się jej uparcie.
Dzięki takim twórczym inspiracjom autor zyskał miano twórcy realizmu peryferyjnego. Jego odrębność podkreślała też absolutna niechęć do stabilizacji rozumianej jako posiadanie redakcyjnego etatu. Nie pociągała mnie wcale droga zawodowego literata. Widziałem ile kryje się w tym ograniczeń dla wolnej twórczości. Jak łatwo można się zamienić w wypalonego wyrobnika piszącego na zadane tematy... Przyszłość była niejasna, niepewna, ale ekscytująca. W przeciwieństwie do niektórych swoich kolegów, był przeciwnikiem dopuszczania polityki do twórczości. Nie przywiązywał dużej wagi do spraw materialnych. Zdecydowanie wolał pozostać na uboczu, zachować dystans i pozostać wiernym swoim korzeniom.

„Pióro” to lektura melancholijna, idealna dla tych, którzy lubią wracać do przeszłości bądź poznawać nieistniejące, zapomniane już dziś miejsca i porównywać je do teraźniejszości. Wszyscy zafascynowani historią literatury polskiej również będą zachwyceni, bo książka daje szansę poznania prywatnego, towarzyskiego oblicza znanych pisarzy. Przez brak rozdziałów tę literacką autobiografię można uznać za monolog. Myślę, że ich wprowadzenie, a co za tym idzie – usystematyzowanie treści, nieco ułatwiłoby czytanie.

Ocena 7/10

M. Nowakowski, "Pióro. Autobiografia literacka", Iskry 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Iskry http://www.iskry.com.pl/.