sobota, 27 kwietnia 2013

Nowojorscy kochankowie


O związkach, takich jak ten Patti Smith i Roberta Mapplethorpe’a , zwykło się mawiać: taka miłość się nie zdarza. „Poniedziałkowe dzieci” to jednak nie tylko historia miłosna napisana w piękny sposób, ale także hołd złożony największemu przyjacielowi, rzecz o pasji i, o tym, że zawsze warto podążać za swoimi marzeniami.


Poznali się latem 1967 roku. Dwudziestoletnia Smith, przyjechała do Nowego Jorku, by rozpocząć nowe życie, zostawiając za sobą bolesne wydarzenia z przeszłości. Rozpaczliwie poszukiwała pracy, w końcu znalazła zatrudnienie w księgarni. Mapplethorpe, zjawił się tam pewnego dnia, by kupić naszyjnik, który podobał się Patti najbardziej ze wszystkich tam dostępnych. Taki był początek znajomości, która zaważyła na jej całym późniejszym życiu i w rozrachunku okazała się być tą najważniejszą.


Obydwoje nie mieli nic, poza determinacją i silnym przekonaniem, że zostaną artystami. Choć brzmi to bajkowo i naiwnie, oni konsekwentnie realizowali swoje zamiary. Początkowo byli bezdomni, zajmowali się więc włóczeniem po ulicach Nowego Jorku w poszukiwaniu noclegu. Odkrywali przy tym, że łączy ich dużo więcej niż fakt, że urodzili się w poniedziałek.

„Poniedziałkowe dzieci” w całości są zapisem uczucia, które ich połączyło. W pierwszym momencie była to przede wszystkim ogromna fascynacja erotyczna. Później więź duchowa i artystyczna, na końcu przyjaźń. Od początku wzajemnie się inspirowali i napędzali do działań twórczych. Patti była pod wpływem intelektualnym Roberta. Traktowała go jak mistrza i wyrocznię. Każdy obraz, wiersz, czy piosenkę którą napisała „oddawała” do jego oceny. On z myślą o niej tworzył swoje instalacje i fotografie. Smith opisuje w książce także to, co ich różniło: odrębne „ścieżki kariery”, wizje swojego miejsca w sztuce, a przede wszystkim podejście do sławy i pieniędzy. Artystka pisze również o ciemnych kartach tej niezwykłej love story. Dotyczą one przede wszystkim zmagań Roberta z własną tożsamością seksualną: skłonnościami homoseksualnymi i fascynacji środowiskiem sado – maso.

Niezwykle istotnym tematem tej autobiograficznej opowieści jest zawarty w niej obraz Nowego Jorku końca lat 60. i 70. Dzięki lekturze, mamy możliwość zajrzenia do miasta w jednym z najbarwniejszych okresów w jego historii. Smith przybywa, bowiem do Nowego Jorku w czasie, gdy umiera Coltrane. Wraz z głównymi bohaterami, wędrujemy przez Coney Island, aż do Czterdziestej Drugiej Ulicy. Po drodze, odwiedzamy kultowe miejsca, jak Hotel Chelsea, La Quixote, czy Kansas City, gdzie zbierała się cała ówczesna bohema artystyczna. Patti wspomina swoje spotkania z Janis Joplin, Jimmym Hendrixem, czy Allenem Ginsbergiem. Opowiada też o swoich innych mistrzach: Gregorym Corso i Williamie Burroughsie. Wszyscy oni mieli wpływ na muzyczną drogę, którą obrała i w jakiś sposób przyczynili się do nagrania płyty „Horses”, dzięki której dziś nazywana jest matką chrzestną punk rocka i żeńskim odpowiednikiem Boba Dylana.

W ostatnim czasie powstało bardzo wiele autobiografii największych gwiazd muzycznych. Ta jest jednak wśród nich wyjątkowa i zdecydowanie wyróżnia się „w tłumie”. Elementem wyróżniającym jest tu przede wszystkim styl. Smith pisze niezwykle prostym i jednocześnie pięknym językiem. Cechuje go również subtelność i klasa. Nie czuje się tu potrzeby podkoloryzowania i nagięcia rzeczywistości, w celu zbudowania odpowiedniego wizerunku i osiągnięcia w ten sposób zysku. Ta autentyczność i oszczędność środków wyrazu, sprawia, że ładunek emocjonalny całości dodatkowo wzrasta.

Niektórzy recenzenci, piszą o „Poniedziałkowych dzieciach”, że jest to elegia dla przyjaciela. Trudno się z tą opinią nie zgodzić. Niewątpliwie jest to książka, która powstała z potrzeby podzielenia się osobistą historią. Jest to też jednak próba kronikarskiego oddania ducha pewnej społeczno – artystycznej epoki. Najlepiej powstanie tej książki uzasadnia sama autorka, dlatego w tym momencie warto oddać jej głos:
„Byliśmy jak Jaś i Małgosia, ruszyliśmy w czarny las świata. Są tam pokusy, wiedźmy i demony, o których nam się nie śniło, ale jest też wspaniałość, której nawet w najśmielszych porywach sobie nie wyobrażaliśmy. Nikt nie mógł przemówić w imieniu tych dwojga młodych ludzi, nikt nie mógł prawdziwie opowiedzieć o ich dniach i nocach razem. Mogliśmy to zrobić tylko Robert albo ja. To nasza historia, jak mówił. Odszedł, więc mnie przypadło to zadanie.”


Ocena: 9/10
P. Smith, „Poniedziałkowe dzieci”, Wydawnictwo Czarne 2012.



piątek, 19 kwietnia 2013

Pensjonat pamięci


„Pensjonat pamięci” Tony’ego Judta to zbiór osobistych esejów, w których autor zajął się kreśleniem historii swojego życia. Jest to jednak przede wszystkim książka pokazująca siłę i piękno ludzkiego umysłu, który jest w stanie poradzić sobie z największymi fizycznymi ograniczeniami.


Tony Judt był amerykańsko – brytyjskim historykiem pochodzenia żydowskiego. Urodził się w 1948 roku w Londynie. Wykładał w Oxfordzie, Berkeley, Cambridge i Nowym Jorku, gdzie kierował założonym przez siebie Instytutem Studiów Europejskich im. Remarque’a. Jest autorem 13 książek, w tym najważniejszej „Powojnie. Historia Europy od roku 1945”. Publikował m.in. w "The New York Review of Books" oraz „ The New York Times”. Zmarł w 2010 roku.


„Pensjonat pamięci” jest książką wyjątkową przez okoliczności, w których została napisana, a dokładniej podyktowana, ale nie tylko. W czasie, gdy powstawała autor był już nieuleczalnie chory na stwardnienie zanikowe boczne. Doskwierało mu całkowite unieruchomienie i niemożność komunikacji ze światem. Aby wypełnić czymś bezsenne noce, które musiał spędzać wyłącznie w jednej pozycji, postanowił oddawać się rozmyślaniom na temat własnej przeszłości, tożsamości, ale również bardziej ogólnych spraw, które przez całe życie go interesowały. W ciągu dnia dyktował je swojemu współpracownikowi. Największy ich atut doskonale zdefiniował sam Judt:

„O wartości tych szkiców przesądza zasadniczo impresjonistyczny efekt: fakt, że udało mi się powiązać i przepleść prywatne z publicznym, wyrozumowane z intuicyjnym, przypomniane z odczuwanym”.

Esej jest formą, która daje dużą swobodę tematyczną. Autor skwapliwie z niej korzysta. Wspomnienia z dzieciństwa, czasów szkolnych, przeplatają się z poważnymi refleksjami na temat tożsamości żydowskiej. Przywołanie z pamięci szanowanego nauczyciela, miłości do kolei, czy podróży Zieloną Linią, sąsiaduje z rozważaniami na temat intelektualistów francuskich, krytyczną analizą angielskiego szkolnictwa wyższego, oceną własnego stosunku do rewolucji i swojego w nich udziału.

Szkice ułożone są chronologicznie, mają oczywiście osobisty charakter. Całość jednak trudno nazwać biografią w klasycznym rozumieniu tego słowa. Judt nie ma ambicji pochwalenia się swoimi dokonaniami, chęci podsumowania i rozliczenia swojego życia. Bardziej są to krótkie impresje, pojedyncze kadry z życia, zatrzymane ku pamięci. Teksty różnią się też stylem. Najbardziej prywatne wspomnienia zostały przekazane w gawędziarski, dowcipny i ironiczny sposób. Nie brakuje jednak dużo poważniejszych, nostalgicznych tonów. Dotyczą one zwłaszcza refleksji o żydowskiej tożsamości, różnic w postrzeganiu tego pochodzenia w Europie i Stanach Zjednoczonych.

W jednej z recenzji przytoczonych w książce napisano: „Można niemal poczuć, jak dusza z wolna opuszcza jego ciało, pozostawiając nam wszakże żywy dorobek jego życia. Wypowiedź tę można uznać za wyjątkowo nietrafną i niefortunną. W żadnym z tekstów zamieszczonych w „Pensjonacie pamięci” autor nie skupia się na temacie śmierci, choć ma świadomość nadchodzącego kresu, gdyż diagnoza jest jednoznaczna, nie pozostawia nadziei na cud. Eseje dowodzą niebywałej ciekawości świata, przenikliwości i otwartości umysłu oraz pasji życia, którą zachował do końca, na przekór wszystkiemu.
Z pewnością jest to lektura wymagająca dużego skupienia, ale też dająca szansę na zatrzymanie się, dokonanie bilansu i postawienie sobie istotnych pytań, np. o to, czy na pewno żyjemy uważnie i według własnego scenariusza?

Ocena: 8/10
T. Judt, „Pensjonat pamięci”, Wydawnictwo Czarne 2012.

sobota, 13 kwietnia 2013

Słodko – kwaśny smak dzieciństwa


Bardzo długa zima i opornie budząca się do życia wiosna, u wielu z nas powoduje chęć ucieczki w egzotyczne miejsce, gdzie z nieba nie leje się nic, poza żarem.  Jeśli nie macie możliwości natychmiastowego wykupienia wycieczki typu first minute, sięgnijcie po kolejną książkę z serii Dolce Vita wydawnictwa Czarne pt. „Wśród mangowych drzew. Wspomnienia z dzieciństwa w Indiach” Madhur Jaffrey. 

Dzięki niej poznacie niebywale barwny świat, pachnący mango, kolendrą, imbirem. O wartościowych książkach, mówi się z reguły, że dobrze się je czyta, są świetnie napisane. O tej, należałoby powiedzieć, że smakuje wyśmienicie i została przyrządzona po mistrzowsku.


 Madhur Jaffrey jest indyjską aktorką i pisarką. Wystąpiła w kilkudziesięciu filmach m.in. „Szósty stopień oddalenia” i „Bez skazy”. Napisała blisko 30 książek kulinarnych, popularyzujących kuchnię indyjską. Kilkakrotnie została uhonorowana Nagrodą Fundacji im. Jamesa Bearda, nazywaną kulinarnym Oscarem. Pisze także o kuchni azjatyckiej i wegetariańskiej. Ma stałą rubrykę poświęconą podróżom i kuchni w „The Financial Times”.


„Wśród mangowych drzew”, jak wskazuje podtytuł to wspomnienia autorki z okresu dzieciństwa i dorastania spędzonego w Delhi. Jaffrey przyszła na świat w zamożnej, wielopokoleniowej rodzinie, należącej do podkasty „pisarzy”, jako piąta z rodzeństwa. W związku z tą kastową przynależnością, w rodzinie mieszały się tradycje: hinduska, muzułmańska i angielska. Familia funkcjonowała wedle modelu patriarchalnego. Wszyscy członkowie pozostawali pod silnym wpływem nestora rodu, dziadka autorki.

Najważniejsze w tej książce są jednak doskonale oddane przez pisarkę smaki Indii. Są to przede wszystkim te zapamiętane ze wspólnie spożywanych domowych posiłków, rodzinnych pikników, czy wyjazdów wakacyjnych. Najlepszy dla Jaffrey smak, miały jednak posiłki nieznane, których mogła spróbować w szkole, bądź w czasie wizyt u koleżanek. Poza smakiem jedzenia w tekście zamknięte zostały także bardziej metaforyczne smaki. Te związane ze wspólnym spędzaniem czasu, rodzinnymi rytuałami, czy obchodzeniem świąt. Ich smak jest z reguły najbardziej wyjątkowy, bo niepowtarzalny, w żadnym innym prócz dzieciństwa okresie.

Jak w każdej książce z serii Dolce Vita, tak i w tej pojawiają się przepisy. Są one jednak zamieszczone na końcu książki, a nie w tekście głównym. Może, dlatego, że w opisywanym okresie autorka w ogóle nie wykazywała zainteresowania gotowaniem. Co więcej, ta dzisiejsza guru indyjskiej kuchni oblała jeden z kulinarnych egzaminów szkolnych. Wydaje się też, że przygotowywanie posiłków i receptury wcale nie są tu najważniejsze. Miłośnicy gotowania powinni być jednak usatysfakcjonowani. Znajdą bowiem zbiór 33 rodzinnych przepisów Jaffrey na tradycyjne potrawy indyjskie m.in.: koftę, samosy, kurczaka curry, garam masalę, czy pudding ryżowy.

Obok smaków w „Wśród mangowych drzew” najważniejsza jest rodzina, której znaczenie autorka podkreśla na każdym kroku. Bycie jedną z najmłodszych wśród rodzeństwa przynosiło istotne korzyści. Przede wszystkim Jaffrey obowiązywało mniej ograniczeń związanych z oczekiwanym od kobiet zachowaniem, mogła swobodnie wyrażać swoje zdanie i poświęcać czas edukacji. Autorka zwraca też jednak uwagę na cienie dorastania w wielopokoleniowej, patriarchalnej rodzinie. Są one związane z wewnętrznymi podziałami, rywalizacją o względy najbardziej szanowanych członków i trudnościami w budowaniu własnej odrębności.

Historię swojej rodziny pisarka stara się wpisać w ważne wydarzenia historyczno – polityczne, które miały duży wpływ na jej losy. Kreśli, przy tej okazji szeroką panoramę społeczną Indii.

Narracja snuje się tu bardzo powoli, leniwie. Dając czytelnikowi możliwość zaznania wytchnienia, relaksu, przeniesienia się w urokliwe plenery i przeżycia dzięki lekturze radosnych chwil. Ci mniej wrażliwi i czuli, co prawda mogą stwierdzić, że książka jest nudna, ale przecież nie chodzi o to, by zadowolić wszystkich.

Ocena: 7/10
M. Jaffrey, „Wśród mangowych drzew”, Wydawnictwo Czarne 2013.
* Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne M. Jaffrey, „Wśród mangowych drzew”, Wydawnictwo Czarne 2013.

sobota, 6 kwietnia 2013

Zapiski ostatnie

„Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939 – 1945” Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej, zebrane przez Rafała Podrazę, to bardzo poruszająca lektura. Dziennik pokazuje zupełnie inne oblicze poetki, znanej z romantycznych, zwiewnych wierszy o miłości.


Maria Pawlikowska – Jasnorzewska, zwana Lilką urodziła się w 1891 roku. Była córką Wojciecha Kossaka, wnuczką Juliusza Kossaka – słynnych malarzy batalistycznych oraz siostrą pisarki Magdaleny Samozwaniec. Debiutowała w 1922 roku tomem pt. „Niebieskie migdały”. Za życia opublikowała w sumie piętnaście tomików poezji.



Myśli zapisywane przez poetkę, jak sama zaznaczała w tekście miały trafić do pieca. Zaczęła ona prowadzić ten swego rodzaju dziennik tuż przed wybuchem II wojny światowej. Kontynuowała go podczas wymuszonej wydarzeniami emigracji. Powodem wyjazdu Jasnorzewskiej i jej trzeciego męża Stefana Jerzego Jasnorzewskiego, zwanego Lotkiem, była podobno premiera sztuki „Baba – dziwo”, w której postać dyktatora miała być karykaturą Hitlera. Nie są to jednak potwierdzone informacje.
W zapiskach Lilka opisuje ich niełatwą, wiodącą przez Rumunię i Francję drogę do Anglii. W tym czasie doskwierały jej niewygody pokoi hotelowych, brak eleganckich strojów, do których zawsze przywiązywała olbrzymią wagę, a przede wszystkim dojmująca tęsknota za rodziną. Ostatnie dwa lata to właściwie wyłącznie zapis przegranej walki z chorobą – rakiem szyjki macicy, opisy kolejnych operacji, pobytów w szpitalu.

To, co najbardziej uderza w „Wojnę szatan spłodził” jest język używany przez poetkę. O Polakach wyraża się z odrazą, bardzo krytycznie oceniając ich zachowania: „…Wstydzę się swojego plemienia. Schłopiałe, ogłupione, rozpustne prostaki. Możemy śmiało nie żałować, że to się nie rozpanoszyło na cały świat, ale, że po łbie chamskim dostało.” Z podobną bezpośredniością pisze również chorobie. Momentami są to wręcz fizjologiczne opisy. Nawet w tak trudnej sytuacji, nieustannie zmagając się z bólem, Jasnorzewska stara się dbać o wygląd zewnętrzny. Pamięta, by do teatru, jak nazwała salę operacyjną włożyć twarzowy szlafrok. Takie zabiegi dawały jej poczucie komfortu i namiastkę normalności. Czułe tony, znane z wierszy w dzienniku zarezerwowane są wyłącznie dla fragmentów poświęconych rodzinie i mężowi.

Z całości tekstu wyłania się portret kobiety głęboko nieszczęśliwej, cierpiącej. Wojna odebrała jej nie tylko rodzinę i zdrowie, ale przede wszystkim całkowicie zmieniła spojrzenie na świat. Bezpieczny kokon domu rodzinnego, w którym żyła, musiała zamienić na emigracyjną tułaczkę. Wszystkie te wydarzenia sprawiły, że stała się zgorzkniała. Jedynym jej pocieszeniem był w tym czasie mąż. Wydaje się jednak, że momentami i on nie spełniał jej oczekiwań.

Niewątpliwym atutem książki jest również piękne wydanie. Uwagę przykuwają liczne fotografie rodzinne i szata graficzna. Lektura jest trudna, momentami porażająca. Oprawa sprawia jednak, że obcowanie z nią jest dużą przyjemnością estetyczną. Warto wspomnieć, że tom został wzbogacony o wiersze, które miały się złożyć na ostatni, emigracyjny tomik poetki.

Ocena: 7/10
M. Pawlikowska – Jasnorzewska, „Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939 – 1945”, zebrał Rafał Podraza. Wydawnictwo Agora 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora http://kulturalnysklep.pl/MPJ/pr/-wojne-szatan-splodzil--zapiski-1939-1945--maria-pawlikowska-jasnorzewska.html






sobota, 30 marca 2013

Rodzina ach rodzina


Jeśli istnieją lektury idealne na święta, z całą pewnością należy do nich najnowsza książka Małgorzaty Musierowicz pt. „McDusia”. Akcja 19 tomu „Jeżycjady” rozgrywa się, co prawda w czasie świąt Bożego Narodzenia, patrząc jednak na aurę za oknem, można śmiało stwierdzić, że wszystko się zgadza. Tegoroczną Wielkanoc także zapamiętamy przecież, jako białe święta.


Z uwagi na szczególny okres książkowo nadal pozostaje w klimatach rodzinnych. Tym razem zdecydowanie lżejszego kalibru, niż w poprzedniej recenzji. Nastał bowiem czas relaksu, w którym warto sięgnąć po mniej absorbującą, przy tym jednak równie wartościową lekturę. Do czytania książek Musierowicz nie trzeba specjalnie nikogo zachęcać. Od lat cieszą się one bowiem niesłabnącą popularnością. W ciągle zmieniającym się świecie, przynoszą spokój i ukojenie. Pierwsze książki cyklu czytałam pod koniec podstawówki. Od tego czasu minęło sporo lat, ale po kolejne odsłony „Jeżycjady”, sięgam z tą samą przyjemnością. Lektura przypomina wycieczkę w lubiane, dawno nie widziane miejsce, w którym poruszamy się dobrze znanymi, wydeptanymi ścieżkami. Odkryte zmiany krajobrazu budzą natomiast wyłącznie pozytywne emocje.


Najważniejszymi wydarzeniami w tomie, z którymi związane są liczne perypetie bohaterów są: przyjazd Magdy – nastoletniej córki Kreski oraz ślub Laury – córki Gabrysi z Adamem. Od chwili pojawienia się na ul. Roosevelta tytułowa bohaterka staje się obiektem westchnień Ignacego Grzegorza Stryby, wzbudza niechęć u jego kuzyna Jóźinka, któremu romantyczne porywy serca są całkowicie obce. Propagująca zdrowy tryb życia Ida krytykuje natomiast zamiłowanie przejezdnej do frytek i innych fast foodów. Postacią wiodącą jest też Laura, która, chcąc uniknąć słynnego u Borejków ślubnego fatum swój zaplanowała bardzo dokładnie. Jak wiadomo licho nie śpi, a diabeł tkwi w szczegółach. Dzięki temu możemy śledzić gorączkowe próby zapanowania nad sytuacją, setnie się przy tym bawiąc.

W „McDusi” znajdziemy wszystko to, co zdecydowało o popularności serii. Gwałtowne kłótnie i wybuchy złości są tu zręcznie wymieszane z filozoficzno - polonistycznymi dyskusjami toczonymi przy kuchennym stole. Dialogi skrzą się humorem. Nad wszystkim unosi się pełna ciepła i miłości atmosfera, okraszona dodatkowo zapachami smakołyków przygotowywanych przez nestorkę rodu Milę Borejko. Nie brakuje również porywów namiętności i związanych ze świętami chwil wzruszenia. Wszystko to sprawia, że w ten literacki świat wchodzimy z ogromną przyjemnością i mamy ochotę zostać w nim na dłużej. Choćby po to, by wśród członków tej rodziny idealnej naładować własne akumulatory i być może przenieść niektóre wzorce zachowań do własnej. Czego wszystkim, nie tylko od święta życzę.


Ocena: 7/10
M. Musierowicz, „McDusia”, Wydawnictwo Akapit Press 2012.



czwartek, 28 marca 2013

Sceny z życia rodzinnego


Lektura „Książki” Mikołaja Łozińskiego jest jak oglądanie albumu ze starymi rodzinnymi fotografiami. 

Na niektóre patrzymy ze wzruszeniem i czułością. Inne są świadectwem mniej przyjemnych chwil i mamy ochotę je wyrzucić. 

Takie seanse zawsze jednak budzą emocje i karzą odpowiedzieć sobie na pytania, czy w rodzinie faktycznie jest siła, czy też dobrze wychodzi się z nią jedynie na zdjęciach?


„Książka” wpadła mi w ręce z dużym opóźnieniem, całkiem niedawno. Co prawda już wcześniej słyszałam o niej pochlebne opinie i miałam zamiar przeczytać, później jednak zgubiła się w gąszczu innych, nie cierpiących zwłoki lektur. Aż w końcu nadszedł jej czas. Do wyciągnięcia jej z bibliotecznej półki dodatkowo zachęcił mnie prosty, a jednocześnie zuchwały tytuł. Pomyślałam: sprawdźmy, czy zawartość faktycznie zasługuje na to zaszczytne miano.


Fragmenty zamieszczone na skrzydełkach okładki, sugerowały klasyczną opowieść biograficzną, ewentualnie sagę rodzinną. Takie wnioski okazały się zbyt pochopne. Konstrukcja „Książki” wymyka się bowiem tak jednoznacznym klasyfikacjom. Okazuje się, że autor co prawda zajął się w tekście historią własnej rodziny, zrobił to jednak w bardzo oryginalny, nietuzinkowy sposób. Opowiada losy swoich bliskich poprzez przedmioty, z którymi byli silnie związani, bądź, z którymi nierozerwalnie się mu kojarzą.

Opowieść zaczyna się od szuflady, dzięki której poznajemy drugą żonę dziadka ze strony ojca, dla której porzucił on babcię Łozińskiego. Kobieta mieszka w Szwajcarii i cierpi na chorobę Alzheimera, co nie ułatwia badania skomplikowanych relacji. Dalej mamy telefon i ekspres do kawy, które mają sportretować rozwiedzionych rodziców. Zeszyt jest z kolei próbą przedstawienia punktu widzenia dziecka i jego sposobów na poradzenie sobie z tą trudną sytuacją. Klucze i obrączka przybliżają z kolei postacie dziadków ze strony mamy. Koleje ich życia również okazują się dalekie od sielanki. Matka mimo rozwodu z ojcem cały czas jest zmuszona mieszkać z nim w jednej kamienicy. Historie rodzinne przerywane są głosami członków familii, którzy początkowo cieszą się, że będą bohaterami „Książki”, później mają jednak coraz więcej wątpliwości i zastrzeżeń do tego, o czym z pewnością nie wypada pisać.

W skomplikowane relacje bohaterów wpisane zostały również niektóre wydarzenia z historii Polski, które siłą rzeczy krzyżowały się z historią rodziny. Wojna, komunizm, marzec 1968, stan wojenny zostały tu jednak tylko zasygnalizowane. Trzeba jednak przyznać, że zdanie: „Tata przez cały dzień rozwozi polędwicę po wszystkich braciach i siostrach dziadka. Po 1968 roku nie będzie mu to już zajmowało całego dnia” ma dużo większą siłę rażenia niż wielostronicowe opisy.

„Książka” jest zbiorem krótkich, przypominających kadry filmowe scen. Autor nie chce opowiedzieć, wyjaśniać wszystkiego do końca. Każdego z bohaterów opisuje za pomocą kilku gestów, detali otoczenia, zasłyszanych w rozmowach mocno brzmiących zdań. Ten minimalizm, niedopowiedzenia momentami robią piorunujące wręcz wrażenie. Nie ma tu również chronologii zdarzeń. Zabieg ten miał na celu podkreślenie, że zarówno zmarli, jak i żywi są częścią tej samej historii.

Charakterystyczna w „Książce” jest także narracja. O bardzo osobistych rzeczach Łoziński pisze z dużą powściągliwością, usiłując zachować dystans. W żaden sposób nie ocenia członków swojej rodziny, ale też nie stara się ich wybielać, usprawiedliwiać. Próbuje jedynie z dużą dozą empatii zrozumieć ich wybory i decyzje, by odnaleźć swoje miejsce w rodzinnej układance.

 Niepozorna pod względem wielkości „Książka”, to niezwykle poruszająca, wartościowa lektura. Jej napisanie z pewnością nie przyszło pisarzowi łatwo, a publikacja wymagała sporej odwagi. Za fasadą powściągliwości, kryje się bowiem wulkan  niekoniecznie pozytywnych emocji. Pozostaje jedynie pogratulować autorowi i życzyć, by jego kolejne powieści dorównały poziomem poprzednim.

Ocena: 7/10
M. Łoziński, „Książka”, Wydawnictwo Literackie 2011.

piątek, 22 marca 2013

Ona


Teresa Torańska była uznawana za jedną z najwybitniejszych polskich dziennikarek. Jej książka „Oni” – wywiady z komunistycznymi decydentami, stała się światowym bestsellerem i weszła do kanonu lektur obowiązkowych na wydziałach nauk społecznych i politycznych uniwersytetów w wielu krajach. 

Młodzi adepci dziennikarstwa na jej tekstach uczą się warsztatu. „Ja, My, Oni” – to zapis jednej z ostatnich rozmów z autorką, przeprowadzonej przez Małgorzatę Purzyńską. Wywiad daje możliwość poznania drogi zawodowej, a przede wszystkim metod i  zasad, którymi kierowała się ona w swojej pracy.

We wstępie do wywiadu Mariusz Szczygieł napisał: „Teresa Torańska, poza tym, że przeprowadzała wspaniałe rozmowy, dostarczała pewien deficytowy towar. Kto jej nie znał, mógł nie wiedzieć, że ze szczerego serca zajmowała się dystrybucją. I to darmową. Czasem raz, czasem kilka razy w tygodniu przynosiła nam do redakcji energię. Obdzielała nią wszystkich i nic za to nie chciała. Rzucała się na życie z większym apetytem niż na jedzenie. … Teresa nie miała żadnego lęku przed postaciami, które budzą respekt. Nigdy nie rozmawiała na klęczkach.”

W książce padają przede wszystkim pytania o początki kariery zawodowej, którą Torańska rozpoczęła na początku lat 70., współpracując z tygodnikami „Argumenty”, „Światowid”, „Kultura”, „Polityka”. W latach 80. , zaś z „Tygodnikiem Solidarność”. Było to tuż po skończeniu w 1969 roku Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego oraz podyplomowego Studium Dziennikarskiego. Pojawiają się także pytania o życie prywatne, z których dowiadujemy się m.in., że Torańska urodziła się w 1944 roku w miejscowości Wołkowysk, na terenie dzisiejszej Białorusi. Jej rodzice byli nauczycielami, miała siostrę.

Na 130 stronach tekstu najwięcej miejsca zajmują jednak pytania o warsztat pracy dziennikarki, sposób doboru rozmówców, klucz do przeprowadzenia każdej z nich. Jest to zdecydowanie najciekawsza część książki, bo Torańska zdradza kulisy swoich  najważniejszych rozmów, które poniekąd, stały się „klasykami” gatunku.

O konstruowaniu rozmów:
„Najważniejsze jest pierwsze zdanie, często jest to pytanie, ale może być również odpowiedź. Dzisiaj, kiedy czytelnik nie ma czasu zagłębiać się w tekst, trzeba go od razu chwycić za gardło i wciągnąć w środek rozmowy. I to jest najtrudniejsze…”
O mistrzach w zawodzie:
„W dziennikarstwie to podstawa. Trzeba mieć osobę, która cię goni i krytykuje. Żadne studia nie zapewnią ci wiedzy o zawodzie. Liczy się praktyka. Czy studium dziennikarskie coś mi dało? A co dają studia? To jest kilka lat czytania, chodzenia do teatru, latania do kina, poznawania ludzi i świata – na tym to polega.”
O doborze bohaterów:
„Wybieram, ponieważ interesuje mnie jakiś problem. Piszę o tym, co chcę sama dla siebie rozszyfrować. Dla mnie życiorys jest tylko kanwą, na której mogę osadzić problem…”
O ciekawości:
„Ciekawość – czy tego można się nauczyć? Czasami udzielam wywiadów telewizyjnych, są osoby, z którymi nie chce się rozmawiać. Siadam w studiu i widzę pustkę w oczach. W ogóle ich to nie interesuje… Myślą o tym, jak mają włoski ułożone, oczy podmalowane. W gruncie rzeczy ważne jest: ja tu siedzę i się prezentuje.”

Mistrzyni wywiadu, to określenie było wielokrotnie używane w stosunku do zmarłej niedawno ( 2 stycznia 2013 r.) Teresy Torańskiej . Wydaje mi się, że zaprezentowane powyżej wypowiedzi w pełni uzasadniają tę opinię i wyjaśniają czytelnikom, w czym tkwił sekret tego mistrzostwa.

Z „Ja, My, Oni”, wyłania się obraz osoby zafascynowanej swoją pracą, ciekawej ludzi i świata, a przede wszystkim niezwykle rzetelnej i skrupulatnie przygotowującej każdy tekst. Torańska należała do „starej” szkoły dziennikarstwa, w której liczyło się sprawdzenie informacji u źródła i jej staranne przygotowanie przed podaniem do publicznej wiadomości. W czasach chwytliwych newsów i pogoni za sensacją, taka postawa jest niestety coraz rzadziej spotykana. Śmierć dziennikarki to ogromna strata dla całego, przeżywającego kryzys, cierpiącego na brak autorytetów środowiska. Trudno sobie bowiem wyobrazić, by ktokolwiek był w stanie ją zastąpić. Na szczęście pozostały tomy rozmów i filmy dokumentalne, które są nie tylko doskonałą lekcją historii, ale również warsztatu dziennikarskiego. Z pewnością, warto się z nimi zapoznać.

Ocena: 8/10
„Ja, My, Oni”, Teresa Torańska w rozmowie z Małgorzatą Purzyńską, Wydawnictwo Agora 2013.

*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora http://kulturalnysklep.pl/JAMYONI/pr/-ja--my--oni--teresa-toranska-w-rozmowie-z-malgorzata-purzynska-.html?param=sklep_new_6