sobota, 19 kwietnia 2014

Rozmowa zalotna

Łukasz Maciejewski stał się specjalistą od rozmów z aktorami. Po wywiadzie – rzece z Jerzym Radziwiłowiczem zatytułowanym „Wszystko jest lekko dziwne”, przyszła pora na Danutę Stenkę. Owocem tego spotkania jest niezwykle ciekawa, odbyta w przyjacielskiej atmosferze rozmowa pt.: „Flirtując z życiem”.


Danuta Stenka jest jedną z najwybitniejszych polskich aktorek. Ma na swoim koncie kilkadziesiąt ról filmowych i teatralnych. Jej osiągnięcia zawodowe długo pozostawały niezauważone. Ogromną popularność przyniosła jej rola Judyty w kinowym hicie „Nigdy w życiu”, na podstawie książki Katarzyny Grocholi. Od tego momentu cieszy się niesłabnącą sympatią widzów, którzy pokochali ją za promienny uśmiech, bezpretensjonalność, szczerość, klasę.


„Flirtując z życiem” nie jest klasycznym wywiadem. Zdecydowanie bardziej przypomina przyjacielską pogawędkę o charakterze sentymentalno – wspomnieniowym. Z drugiej strony zostały zachowane wszystkie formalne reguły, standardowe dla tego typu publikacji. Rozmowa zaczyna się od wspomnień związanych z domem rodzinnym w Gowidlinie na Kaszubach. Aktorka przywołuje z pamięci niepowtarzalne smaki i krajobrazy. Najważniejszy wśród nich jest miód z pasieki, którą prowadzili rodzice. Z wypowiedzi Stenki wyłania się obraz skromnego, ale pełnego miłości i radosnego gwaru miejsca. Taki dom, z pewnością jest solidnym fundamentem, z którego można czerpać siłę przez całe życie.

W dalszej części tekstu jest mowa o drodze do aktorstwa, początkach kariery w Szczecinie, późniejszym etapie poznańskim i najważniejszym warszawskim. W tym kontekście pojawiają się nazwiska zawodowych mentorów: Ryszarda Majora, Izabeli Cywińskiej, Macieja Prusa. Nie mogło również zabraknąć tych, dzięki którym aktorka święci triumfy teatralne obecnie: Krzysztofa Warlikowskiego, Grzegorza Jerzyny, czy Mai Kleczewskiej. Z uwagi na zainteresowania autora książki, zdecydowanie najwięcej miejsca poświęcone jest w niej właśnie teatrowi: kulisom powstawania przedstawień, sposobom pracy nad tekstem, oswajaniu stresu przed premierą i niepewności, która mimo ogromnego doświadczenia towarzyszy każdemu wyjściu na scenę. Pojawia się też wątek momentów przełomowych w karierze filmowej i telewizyjnej.

Danuta Stenka na szczęście wyznaje zasadę: mój dom, moja twierdza. W związku z tym o życiu prywatnym mówi dokładnie tyle ile powinna i nic ponadto. Nie bawi się również w magiel, nie plotkuje o koleżankach i kolegach z branży, nie ocenia ich wyborów, nie ma potrzeby wypowiadania się na każdy temat. Do uciążliwych stron popularności stara się podchodzić z dystansem, traktuje ją bardziej jako dobrodziejstwo niż przekleństwo. Ma świadomość upływu czasu i choć wolałaby być młodsza, przyjmuje go z godnością. Nie wyklucza przy tym skorzystania w przyszłości z zabiegów medycyny estetycznej. Ideał? Nic podobnego. Każdy zawód, aktorstwo w szczególności ma swoją cenę. Tą ceną dla aktorki jest niewątpliwie krytyczny stosunek i brak wiary w siebie, niska samoocena, a także depresja, której doświadczyła. Przyznała się do niej otwarcie, czym zyskała jeszcze większy szacunek i uznanie widzów. Co ważne, nie ma przy okazji chęci moralizowania, nie twierdzi, że teraz już znalazła odpowiedź na pytanie, jak żyć? Nie wypisuje gotowych recept. Wręcz przeciwnie. Ciągle szuka, jest w drodze.

Lektura „Flirtując z życiem”, potwierdza, że sympatia, którą od lat obdarzana jest aktorka jest jak najbardziej uzasadniona. Stenka w rozmowie z Maciejewskim, rysuje się czytelnikowi jako osoba autentyczna spontaniczna, wrażliwa, z poczuciem humoru, ale również jasno określonym kodeksem i rzadkimi, w tej profesji cechami charakteru: lojalnością, słownością. Wizerunek z książki jest w pełni zgodny z tym, co widzimy na ekranie w telewizji, czy czytamy w prasie. Jedyny żal, jaki pozostaje, to ten, że w polskim środowisku filmowym jest niewiele postaci o równie barwnej i mocnej osobowości, a na polskim rynku wydawniczym jest wciąż za mało tak przemyślanych, mądrych, interesujących rozmów, jak ta Łukasza Maciejewskiego z Danutą Stenką.

Ocena: 7/10
„Flirtując z życiem”, Danuta Stenka w rozmowie z Łukaszem Maciejewskim, Wydawnictwo Znak Litera Nova 2013.



poniedziałek, 31 marca 2014

(Po) Szczególni

Pierwsza książka Pauliny Wilk pt.: „Lalki w ogniu” była okazją do odbycia niezwykłej podróży po Indiach, druga: „Znaki szczególne” jest z kolei podróżą sentymentalną do czasów dorastania w okresie transformacji ustrojowej. 

Zastosowana przez autorkę narracja, obserwacje i diagnozy społeczne, sprawiają, że przez niektórych już teraz uznawana jest za głos pokolenia. Kwestią do dyskusji pozostaje, czy nie jest to etykietka przypięta na wyrost?


Autorka dorastała w bloku z wielkiej płyty na osiedlu wojskowym, położonym za torami kolejowymi. Tam właśnie przebiegała pierwsza linia podziału, gdyż po drugiej stronie znajdowało się osiedle domków jednorodzinnych, na którym „wojskowi” nie byli mile widziani. Podobnie, jak większość dzieci w schyłkowym okresie PRL – u wolny czas, wraz z rówieśnikami spędzała na podwórku. Zestaw rozrywek również był taki sam dla wszystkich, należały do nich: piaskownica, wiszenie na trzepaku, gry w gumę, klasy, kapsle, a przede wszystkim rzucanie monet na tory kolejowe. Obowiązkowym punktem niedzieli była wizyta w cukierni. Wieczorami wszyscy oglądali w telewizji tę samą dobranockę i jednakowo tęsknili za smakiem bananów, gum do żucia, czy kolorowych cukierków. Ta swoista równość i poczucie braku, sprawiała, że między ludźmi tworzyły się mocne, trwałe więzi.


Cezurą dla tego ustalonego, dobrze znanego porządku był 1989 rok. Pierwsze wolne wybory, idące za nimi zmiany polityczno – ekonomiczne wywróciły stosunki społeczne do góry nogami. W sklepach pojawiła się niespotykana dotąd mnogość towarów i, jak pisze Wilk „a my staliśmy się tym, co mogą kupić nam rodzice”. W odstawkę poszły czarno – białe telewizory i magnetofony kasetowe Kasprzak. Zostały zastąpione przez stale pojawiające się na rynku nowinki technologiczne. Dorośli stanęli do wyścigu o zajęcie, jak najlepszego miejsca w nowej rzeczywistości. Jak w każdych zawodach bywa niektórzy, nieumiejący przystosować się do nowych zasad zostali daleko w tyle lub odpadli w przedbiegach, nie stając nawet do walki.

Wydawało się, że zdawanie egzaminu dojrzałości i wybieranie zawodu w czasach rodzącego się kapitalizmu było sytuacją wprost wymarzoną. Przedstawiciele pokolenia transformacji mogli się poczuć wybrańcami losu, biorąc udział w tworzeniu nowej rzeczywistości. Firmy powstawały „na pniu”, wystarczyło znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie, ciężko pracować i nieustannie zdobywać wiedzę, a można było liczyć na odniesienie sukcesu w swojej dziedzinie. Bardzo szybko okazało się jednak, że droga na szczyt jest długa, żmudna i kręta. Konkurencja nie śpi, a przy wejściu panuje już spory tłok.

Kolejnym momentem przełomowym było oczywiście wejście Polski do Unii Europejskiej. Otwarcie granic, tanie linie lotnicze, dały niespotykaną dotąd swobodę przemieszczania się. W końcu mogliśmy zaspokoić „głód świata”. Rzeczywistość nabrała barw. Poczucie bezpieczeństwa sprawiło, że rozpędziliśmy się w konsumpcjonizmie Stale rosnące potrzeby, życie na kredyt i często ponad stan, stało się normą.

„Znaki szczególne” nastręczają pewnych trudności w ocenie. Wilk świetnie, z imponującą pamięcią szczegółu odtwarza atmosferę blokowisk schyłku PRL – u. Udało się jej również uchwycić i trafnie opisać uczucie bycia pomiędzy starym a nowym i wynikający z niego brak zakorzenienia. Całość ma bardzo osobisty, autobiograficzny ton. Pojawiają się tu również celne obserwacje zmian w stosunkach społecznych, jakie zaszły w ciągu ostatniego ćwierćwiecza.

Tym, co drażni w książce jest nachalne używanie w narracji zaimka my. Autorka rości sobie prawo do bycia głosem pokolenia. Nadmierne stosowanie tej formy niejako zmusza czytelnika do identyfikacji z przeżyciami i opiniami autorki, które przecież nie były udziałem wszystkich. Traktowanie tej publikacji w ten sposób wydaje się być mocno na wyrost. Ponadto opisywane przez nią następstwa przemian: globalizacja, konsumpcjonizm, rewolucja technologiczna, różnice ekonomiczne, wykluczenie społeczne, zanik więzi, dewaluacja pojęć zostały już wielokrotnie zauważone i opisane. Niektóre stwierdzenia trącą banałem. W tym sensie publikacja nie wnosi nic nowego do debaty publicznej.

„Znaki szczególne” portretują pokolenie urodzone w okresie transformacji. Jest to jednak bardzo jednowymiarowy obraz. Do kompletności, zabrakło użycia wielu barw i przedstawienia różnych punktów widzenia.

Ocena: 7/10
P.Wilk, „Znaki szczególne”, Wydawnictwo Literackie 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl


środa, 19 marca 2014

Przy mikrofonie

Krzysztof Materna powszechnie jest kojarzony przede wszystkim z zawodowego duetu, który swego czasu tworzył wraz z Wojciechem Mannem. Książka: „Przed Państwem Krzysztof Materna (dla przyjaciół Siostra Irena) pokazuje, że jego indywidualna biografia zawodowa jest równie barwna i pełna zabawnych przygód.


Po ogromnym sukcesie autobiografii Wojciecha Manna pt. „Rockmann”, wydawnictwo Znak odkryło potencjał przygodowy oraz talent pisarski duetu M&M i postanowiło wycisnąć go, jak cytrynę. Książka Materny, wydaje się zamykać serię, w której poza „Rockmannem ukazały się także, napisane wspólnie „Podróże małe i duże” i specyficzne, zrozumiałe dla dość wąskiej grupy „Kroniki wariata z kraju i ze świata” Wojciecha Manna.


W swojej książce Materna opisuje przede wszystkim meandry swojej drogi zawodowej. Bardziej prywatny charakter ma rozdział o fascynacji piłką nożną oraz część, w której Materna wspomina ważne dla siebie zawodowo i prywatnie osoby. W tych zapisach pojawiają się m.in. Jerzy Gruza, Magda Umer, Krystyna Janda i oczywiście Wojciech Mann.

Kariera autora rozpoczęła się dość typowo, od szkolnych konkursów recytatorskich. Odniesione tam sukcesy umocowały decyzję o zdawaniu do Szkoły Teatralnej w Krakowie. Działalność w ruchu studenckim: prowadzenie Festiwalu Piosenki Studenckiej, organizowanie FAMY, aktywność kabaretowa, doprowadziły go z kolei do ścieżki konferansjerskiej. Najważniejszym wydarzeniem tamtego etapu niewątpliwie było prowadzenie koncertów Czesława Niemena. Materna twierdzi, że właśnie podczas nich doskonale opanował sztukę panowania nad publicznością.

Równie ciekawym okresem w biografii Materny jest pobyt w jednostce wojskowej w Trzebiatowie, gdzie poza obowiązkami wynikającymi z pełnienia służby, założył teatr poezji, był szefem grupy śpiewającej, która przygotowywała kompanię do występu na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu, a przede wszystkim zorganizował w jednostce koncert Czesława Niemena, który okazał się dużym sukcesem i podniósł notowania Materny u dowódców i kolegów.

W książce zawarte zostały również wrażenia z najważniejszych dla autora koncertów, zakulisowe przygody i smaczki związane z prowadzeniem festiwali w Opolu i Sopocie. Dużą część zajmuje opis telewizyjnej kuchni, którą autor poznał dogłębnie, przygotowując, wraz z Wojciechem Mannem różne projekty m.in.: „Za chwilę dalszy ciąg programu’, czy „MDM”. Było ich tyle, że nie sposób opisać tu wszystkie. Zresztą byłoby to zbędne odbieranie przyjemności czytelnikom. Mogę jedynie zapewnić, że w czasie lektury nie będziecie narzekać na brak śmiechu.

Wspomnienia Materny są napisane w charakterystycznym dla niego stylu. Jest więc ironicznie, sarkastycznie, zabawnie. O ważnych osobach spotkanych na drodze zawodowej autor pisze z szacunkiem, czułością, sentymentem. Satyryk nie ma potrzeby obrażania swoich oponentów i nawet w porażkach, stara się znaleźć dobrą stronę. Lektura tekstu jest niczym niezakłóconą przyjemnością. W starszych wzbudzi nostalgię, dla młodszych będzie okazją do odbycia fascynującej podróży wehikułem czasu.

Ocena: 6/10
K.Materna, „Przed państwem Krzysztof Materna (dla przyjaciół Siostra Irena). Przygody z życia wzięte.”



środa, 5 marca 2014

Dynastia

Każdy z nas od czasu do czasu, lubi przeczytać opowieść o pięknych, bogatych, wpływowych ludziach, którzy odnieśli światowy sukces. „Historia rodziny, która stworzyła Maybelline” bez wątpienia do takich należy, choć ma niewiele wspólnego z bajką, o szczęśliwym zakończeniu.


Publikacje odsłaniające kulisy powstania i funkcjonowania koncernów kosmetycznych i odzieżowych są ostatnio bardzo popularne. Z reguły służą ociepleniu wizerunku firmy, a także przywiązaniu klientów do konkretnej marki, poprzez wytworzenie swego rodzaju więzi emocjonalnej. Po Maxfactorze, Zarze i Pradzie, przyszła kolej na Maybelline. Autorkami książki są Sherrie Williams i Bettie Youngs. W notce prasowej czytamy, że książka jest oparta na materiałach gromadzonych przez Sherrie Williams przez trzydzieści lat.


Kosmetyki Maybelline są obecnie jednymi z najpopularniejszych na świecie. Prawie każda kobieta miała do czynienia z produktami tej firmy. Ten sukces nie zrodził się jednak z dnia na dzień. Stoi za nim olbrzymia praca, determinacja i wizjonerstwo jej właściciela - Toma Williamsa oraz jego współpracowników, bez których, działania na szeroką skalę byłyby niemożliwe. Podobnie, jak w wielu innych wypadkach i tutaj sprawdziło się powiedzenie: „potrzeba matką wynalazku”. Na pomysł stworzenia produktu, w przyszłości znanego jako tusz do rzęs Tom Williams wpada, gdy jego siostra Mabel podczas gotowania niefortunnie przypala sobie rzęsy i brwi. Aby odzyskać atuty kobiecości postanawia sięgnąć po specjalną miksturę, którą odmalowuje brakującą oprawę oczu. Efekt, który uzyskuje dzięki zabiegowi zachwyca Toma Williamsa. Ten pozornie błahy moment można uznać za początek przyszłego imperium kosmetycznego rodziny Williams.

Jednak, zanim Tom odkrył tę kurę znoszącą złote jajka, przeszedł długą, trudną drogę. Kilka jego pomysłów biznesowych okazało się niewypałem, zostawał bankrutem i musiał zaczynać od początku. Książka opisuje początki i rozwój koncernu do lat 70. XX wieku. Firma Maybelline, z Tomem Williamsem na czele podjęła wiele nowatorskich, innowacyjnych działań w zakresie reklamy, marketingu i sprzedaży produktów. To oni, jako pierwsi zatrudnili gwiazdy filmowe do reklam, rozumiejąc ścisłe powiązanie handlu z show – biznesem. Również, jako pierwsi zastosowali technikolor i retusz w kampaniach. Członkowie klanu zrewolucjonizowali także sposób sprzedaży, m.in.: umieszczając kosmetyki na stojakach ustawionych przy kasie. Wszystkie te działania sprawiły, że Maybelline w krótkim czasie, stała się liderem rynku, wyprzedzając o lata świetlne konkurencję. Wizjonerskie rozwiązania wprowadzone przez Williamsów na trwałe zmieniły branżę reklamową. Zmiany te, oczywiście musiały nadążać za stale zmieniającymi się warunkami ekonomiczno – społecznymi. Firma radziła sobie dobrze zarówno w trudnych wojennych czasach, jak i w okresie rewolucji obyczajowej lat 60.

Od początku dla Toma Williamsa najważniejsza była rodzina. Przedsiębiorstwo, które stworzył miało właśnie taki charakter. Zostali w nim zatrudnieni wszyscy członkowie familii na czele z synem, całym rodzeństwem oraz bliskimi przyjaciółmi, którzy z czasem byli traktowani, jak rodzina. Taki układ z jednej strony dawał poczucie biznesowego bezpieczeństwa, z drugiej jednak stwarzało wiele problemów. Do Williamsów bowiem idealnie pasuje powiedzenie, że z rodziną dobrze wychodzi się jedynie na zdjęciu.

„Historia rodziny, która stworzyła Maybelline” to przede wszystkim dobrze napisana, wciągająca powieść obyczajowa. Przeplatają się tu miłość, namiętność, zazdrość, nienawiść, wielkie wzloty i bolesne upadki, zdrady, konflikty i rodzinne dramaty. Intensywność zdarzeń i zwroty akcji sprawiają, że książkę czyta się, jak papierową wersję „Mody na sukces” lub „Dynastii”. Evelyn, żona Prestona Williamsa, niczym serialowa Alexis kradnie całe show i wyrasta na główną bohaterkę dramatu. Oczywiście są tu również opisane dzieje i etapy rozwoju firmy, ale są one tylko barwnym tłem dla skomplikowanych relacji rodzinnych.

Z lektury płyną wnioski, o różnym zabarwieniu. Z jednej strony pozytywne: Wszystko jest możliwe, warto marzyć, ciężko pracować i nigdy się nie poddawać, a możemy osiągnąć wszystko, co tylko chcemy. Z drugiej potwierdzają starą prawdę, o tym, że pieniądze szczęścia nie dają. Bezpieczeństwo materialne i największe nawet sukcesy są niewiele warte, bez fundamentów w postaci rodziny i dobrych relacji z otoczeniem. Zawsze warto mieć je na uwadze w pierwszej kolejności.

Ocena: 7/10
S.Williams, B.Youngs, „Historia rodziny, która stworzyła Maybelline”, Wydawnictwo Muza 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Muza http://muza.com.pl/




niedziela, 23 lutego 2014

Układanka

Telewizyjny duet Hołownia& Prokop, kontynuuje swoją pisarską przygodę. Ich druga książka: „Wszystko w porządku. Układamy sobie życie", na szczęście nie jest kontynuacją poprzedniej. W rezultacie otrzymaliśmy całkiem interesujące puzzle.


Marcin Prokop bywa ironicznie nazywany królem porannego pasma, gdyż z Dorotą Wellman od kilku lat prowadzi program „Dzień dobry TVN”. Wcześniej był m.in. jurorem w „Idolu”, redaktorem naczelnym „Machiny” i „Filmu”. Pracował także w Radiu Zet. Sympatię telewidzów zyskał dzięki poczuciu humoru, ciętym ripostom oraz dystansowi wobec świata celebrytów. Hołownia z kolei na antenie komercyjnych stacji telewizyjnych, w czasopismach oraz portalu internetowym szerzy kaganek wiary. W elokwentny, wyważony i rozsądny sposób, przedstawia swój punkt widzenia. Na koncie ma również kilka książek o szeroko pojętej tematyce religijnej. Połączenie, tak skrajnie różnych osobowości w programie „Mam Talent”, wydawało się szalonym pomysłem. Bardzo szybko okazało się jednak strzałem w dziesiątkę.


Potencjał oryginalnego duetu postanowiono wykorzystać również na innym, niż telewizyjne polu. W ten sposób, w 2011 roku, powstała pierwsza wspólna książka „Bóg, kasa i rock’n’roll”. Był to swoisty dialog, w którym obaj panowie starali się wzajemnie przekonać do swoich racji. Efektem tego były mniej lub bardziej udane dyskusje o religii, sprawach ostatecznych, popkulturze i wielu innych. Sukces komercyjny książki sprawił, że kwestią czasu było pojawienie się kolejnej.

Pomysł na „Wszystko w porządku. Układamy sobie życie” jest już jednak inny. Tutaj każdy z panów w odosobnieniu uprawia swoje poletko, na którym czuje się najlepiej. Nie ma, więc przkomarzanek i siłowania się na rację. Te braki wyszły jednak tekstowi tylko na dobre.

Jak czytamy we wstępie inspiracją dla duetu był Andy Warhol i pudełko, które ponoć trzymał koło biurka. Wrzucał do niego wszystko, co choć na moment przykuło jego uwagę. Pod koniec każdego miesiąca zaklejał pudełko, oznaczał datą i odstawiał na półkę. Pozostawił po sobie sześćset takich pudełek. Książka Hołowni i Prokopa jest zbiorem podobnych różności: sentymentalnych drobiazgów, ulotnych chwil, a czasami zupełnie nieistotnych rzeczy. Układ i tytuły rozdziałów wskazują na robienie domowych porządków.

Zaczynamy od przedpokoju, a w nim m.in.: „8 pomysłów z dziedziny troski o świat, co, do których żałuje, że nie są moje”, „4 wyspy, które już namierzyłem i muszę je jeszcze odwiedzić przed śmiercią” Hołowni oraz „5 technologicznych paradoksów, które żywią się zawartością naszych portfeli” i „9 wynalazków, na które czekam z rosnącą niecierpliwością” od Prokopa. Następnie udajemy się do salonu, biblioteki, studia dźwiękowego, pokoju telewizyjnego, kuchni. Przemykamy też przez sypialnię i łazienkę. Porządki nie omijają kaplicy, a kończą się w siłowni. W każdym z tych "pomieszczeń" znajdziemy, podobne do wymienionych rankingi. Nie sposób zacytować w tym miejscu całego spisu treści. Napiszę, więc tylko, że dowiemy się m.in.: gdzie kupować ikony w Moskwie, jakie traumy religijne przeżył Hołownia i, co wg niego należy robić między 22.00 a 23.00. Prokop natomiast przedstawia nam 15 prawd i półprawd o telewizji, wylicza 11 płyt, bez których nie byłby sobą, zdradza 6 prostych trików, które sprawiają, że kreatywne myślenie przestaje być bolesne, a także 15 darmowych rzeczy, które warto zrobić przed śmiercią, żeby potem nie żałować, że zrobili je inni.

„Wszystko w porządku. Układamy sobie życie” nie wykracza oczywiście poza nurt literatury lekkiej, łatwej i przyjemnej. Nie należy się więc spodziewać po tej lekturze intelektualnych uniesień. Całość jest jednak napisana z dużym poczuciem humoru. Znajdziemy tu również różnego rodzaju ciekawostki, których próżno szukać w Internecie. Dla niektórych książka może być także źródłem książkowych, muzycznych, czy filmowych inspiracji. Dodatkowy plus za staranne wydanie i redakcję. Czasu poświęconego na przeczytanie tej publikacji, nie uznaję za zmarnowany.

Ocena 7/10
Sz.Hołownia, M.Prokop, „Wszystko w porządku. Układamy sobie życie.”, Wydawnictwo Znak 2013.


poniedziałek, 17 lutego 2014

Wypadki Charlotte

Od czasu wymyślenia przez Helen Fielding kultowej postaci Bridget Jones trwają usilne próby stworzenia jej klonu i powtórzenia tamtego sukcesu. 

Ewidentnym przykładem takiego działania jest książka „Smaczne życie Charlotte Lavigne” Nathalie Roy. 

Smak jest kwestią gustu, o którym się nie dyskutuje. Pozostając w kulinarnym kręgu należy powiedzieć, że ta lektura jest przede wszystkim ciężkostrawna.


Główna bohaterka jest trzydziestotrzyletnią singielką. Mieszka w Québecu Pracuje w telewizji, a jej celem życiowym, jak sama mówi jest wyjście za mąż i posiadanie dzieci. Kocha gotować i jeść, dziwnym zrządzeniem losu nie bardzo jej to wychodzi. Przyrządzając pierwszą kolację dla ukochanego Maxa, wywołuje pożar domu. Z kolei na ważnym dla niego przyjęciu dla dyplomatów, popełnia wszystkie możliwe gafy, wywołując konsternację wśród nobliwych gości. W związku z tym śmiało mogłaby nazywać się Chodząca Katastrofa.


Zgodnie ze schematem stosowanym w tego typu książkach Charlotte ma oddanych przyjaciół – Aïshę i Ugo, którzy są dla niej grupą wsparcia. Dzielnie znoszą zmienne nastroje i najgłupsze nawet pomysły. Na dokładkę mamy jeszcze toksyczną matkę, która rozpaczliwie usiłuje zachować młodość. Praca researcherki w programie telewizyjnym daje bohaterce satysfakcję, choć skrycie marzy o występach na wizji. Można odnieść wrażenie, że zawodowo zajmuje się wyłącznie utarczkami z prowadzącą audycję - Roxanne oraz zajadaniem stresu.

Główną aktywnością Charlotte, która pochłania większość jej wolnego czasu i spędza sen z powiek jest poszukiwanie wielkiej miłości, mężczyzny idealnego. Trawi więc czas na filozoficzne rozważania, dlaczego on nie zadzwonił, albo, co znaczą jego słowa. Poza tym rywalizuje i zazdrości powodzenia swojej, teoretycznie najlepszej przyjaciółce.

W książce nieustannie podkreślana jest miłość do gotowania, spotkania towarzyskie przy zastawionym stole, faktycznie pełnią tu ważną rolę. Tak naprawdę jednak jedzenie jest wyłącznie tłem, narzędziem, które ma służyć zdobywaniu męskich serc. Smakosze, którzy spodziewają się konkretnych receptur będą zawiedzeni. Zamiast nich pojawiają się jedynie apetyczne, mogące wywołać ślinotok nazwy dań, ale nic poza tym.

O Charlotte Lavigne można powiedzieć, że jest uroczo nieporadna, zabawna, szalona, naładowana pozytywną energią, a książka doskonale wpisuje się w nurt literatury lekkiej, łatwej i przyjemnej, tak potrzebnej przy obniżce nastroju. Można też stwierdzić, że bohaterka jest płytka, infantylna, naiwna, a autorka Nathalie Roy osiągnęła mistrzostwo w kategorii: napisanie 420 stron książki o niczym.

Mamy do czynienia dopiero z pierwszym tomem „Smacznego życia Charlotte Lavigne”, przed nami dwa kolejne, zwieńczone serialem telewizyjnym. Pozostaje mieć nadzieję, że życie postaci nabierze głębi, barw i tempa. Obawiam się, że w przeciwnym wypadku należałoby zmienić tytuł trylogii na „Upiorne życie Charlotte Lavigne”.

Ocena 5/10
N.Roy, „Smaczne życie Charlotte Lavigne”, Wydawnictwo Literackie 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

sobota, 8 lutego 2014

Miasto zbuntowane

Moda na Nowy Jork trwa w najlepsze. W ostatnim czasie, w bardzo krótkim odstępie na naszym rynku ukazały się trzy publikacje na jego temat. 

Jako, że i moja fascynacja tą metropolią nie słabnie, po „Nowym Jorku” Magdaleny Rittenhouse, postanowiłam wziąć na tapetę „Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów” Ewy Winnickiej. 

Jest to kolejna w serii, pięknie wydana przez PWN książka, opisująca dzieje miast, w okresie XX - lecia międzywojennego.


Epoka Międzywojnia to niezwykle barwny, dynamiczny okres w historii rozwoju miast. Szybko rozwijały się przemysł i gospodarka, ale przede wszystkim rozkwitała kultura, sztuka, a co za tym idzie również życie towarzyskie. Bogactwo i różnorodność epoki sprawia, że chętnie pochylają się nad nią badacze. Na tym także wydaje się opierać pomysł serii. Po Paryżu i Berlinie przyszła pora na Nowy Jork.


Autorka rozpoczyna swoją opowieść od przedstawienia historii narodzin tej wyjątkowej aglomeracji miejskiej. Przytacza dość powszechnie znane fakty, o których można przeczytać również w książce Rittenhouse. Później skupia się jednak na wprowadzeniu poprawki XVIII do konstytucji, czyli ustawy prohibicyjnej, która w założeniu miała uczynić ze Stanów „suchy” kraj. Regulacja mająca umoralnić państwo, natychmiast po wejściu w życie, przyczyniła się do gwałtownego rozwoju przestępczości, nielegalnego handlu i podziału społeczeństwa na „suchych” i „mokrych”. Kreatywność mieszkańców Nowego Jorku w obchodzeniu uciążliwych przepisów nie znała granic, a spożycie alkoholu wzrosło kilkukrotnie. Picie stało się wręcz modne, było wyrazem buntu przeciwko opresji. W takiej atmosferze cieplarniane warunku do rozwoju zyskały gangi, które zaczęły działać  na niespotykaną dotąd skalę.

 Tuż obok, niezależnie od restrykcyjnego prawa dokonywała się rewolucja obyczajowa. Przede wszystkim dotyczyła ona kobiet, które wraz z uzyskaniem praw do głosowania, zaczęły pozwalać sobie swobodne zachowanie i zmianę ubioru w sferze publicznej. Nie trzeba dodawać, że rozluźnienie obyczajów dotyczyło zwłaszcza sfery kontaktów damsko – męskich i nieskrępowanego korzystania z używek, dotąd zarezerwowanych wyłącznie dla mężczyzn. Stale rozwijający się przemysł i rosnąca powierzchnia miasta sprawiły, że nieustannie przybywały do niego rzesze imigrantów, w nadziei na poprawę warunków życia. Wśród nich byli także intelektualiści, pisarze, artyści, m.in.: Francis Scott Fitzgerald, Sinclair Lewis, Duke Elington. Rozkwitały również teatr i rewia.

Zbuntowane pokolenie wciąż szukało nowych środków wyrazu. Idealnie do tego nadawała się muzyka. Po wprowadzaniu prohibicji rozrywkę w klubach i barach zapewnić miały zespoły muzyczne. Właściciele restauracji poszukiwali nowych twarzy, które swoim talentem przyciągną klientów. Z kolei wszyscy, marzący o światowej karierze muzycy kierowali swe kroki na legendarną dziś Tin Pan Alley, gdzie swe siedziby mieli producenci muzyczni. Można powiedzieć, że zakaz spożywania alkoholu paradoksalnie przyczynił się do rozwoju jazzu. O tej muzyce i jej największych gwiazdach również przeczytamy w książce Ewy Winnickiej.

Niewielka odległość czasowa pomiędzy nowojorskimi lekturami skłania mnie do mimowolnych porównań. Zdaje sobie przy tym sprawę z pewnej niesprawiedliwości takiego działania, gdyż oczywiście dostrzegam różnicę w założeniach obu publikacji. W „Nowym Jorku” Magdalena Rittenhouse starała się zbadać serce i odkryć duszę miasta. Jej opowieść miała bardzo indywidualny i emocjonalny ton. Mimo wykorzystania równie bogatego materiału źródłowego, starannego wydania „Nowy Jork zbuntowany” ma jednak dużo bardziej encyklopedyczny charakter. Zdecydowanie brakuje tu dodatkowego „smaczku”, który decyduje o tym, że książkę połyka się natychmiast, a nie tylko czyta.

Jeśli dopiero zaczynacie swoją przygodę z Nowym Jorkiem, lub jesteście zafascynowani epoką  tekst Winnickiej będzie w pełni zadowalający. Jeśli natomiast chcecie odkryć coś więcej i ciekawi was, „co jest w środku”, wybierzcie pierwszą pozycję. Być może błędem było czytanie po sobie obu pozycji. Być może moja ocena po ich przeczytaniu w innej rozpiętości czasowej różniłaby się znacznie od tej. Jednak w zaistniałych okolicznościach, muszę przyznać, że dla mnie niekwestionowanym zwycięzcą nowojorskiego „pojedynku” jest „Nowy Jork”, widziany oczami Magdaleny Rittenhouse.

Ocena: 6/10
E. Winnicka we współpracy z M. Demczuk, „Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów”, Wydawnictwo PWN 2013.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa PWN http://www.dwpwn.pl/