niedziela, 18 stycznia 2015

One

Trio autorskie: Grażyna Borkowska, Monika Chodyra, Agnieszka Kublik, w książce „Energia kobiet” udowadniają, że hasło „Siła jest kobietą” nie jest tylko chwytliwym sloganem reklamowym.


Książka jest zbiorem wywiadów ze znanymi kobietami. Wspólnym mianownikiem ich biografii jest to, że odniosły sukces, są liderkami w swoich dziedzinach, wyznaczają trendy. Łączą je też wspólne cechy charakteru: upór, ambicja, odwaga, konsekwencja w dążeniu do celu. Bohaterkami rozmów są m.in.: Ewa Błaszczyk, Krystyna Janda, Kayah, Joanna Klimas, Małgorzata Braunek, Monika Pyrek, siostra Małgorzata Chmielewska.


Wbrew pozorom rozmowy mają dużą rozpiętość tematyczną. Nie są poświęcone wyłącznie sukcesom, drodze do nich, blaskom popularności. Na szczęście nie znajdziemy tu kolejnych pokolorowanych obrazków życia „gwiazd”, nie mających związku z rzeczywistością, które znamy z większości czasopism kobiecych. Pojawiają się tu tematy walki z przeciwnościami losu, trudności w godzeniu różnych ról, pokonywania słabości charakteru i kompleksów, szukania własnej drogi życiowej i zawodowej. Rozmowa z Małgorzatą Braunek dotyczy spraw ostatecznych – umiejętności pogodzenia się z tym, co nieuniknione i przyjmowania z pokorą tego, na co nie mamy wpływu.

Ktoś mógłby zapytać, jaki jest sens publikowania kolejnego zbioru wywiadów, skoro na rynku są już dziesiątki podobnych publikacji? Otóż siła tej konkretnej pozycji tkwi przede wszystkim w doborze i sile rozmówczyń, uniwersalności tematów oraz w braku lukru, o którym piszę powyżej. Każdy, kto sięgnie po tę książkę „wyniesie” z niej coś dla siebie. Obojętne, czy będzie to motywacja do działania, inspiracja, otucha, siła, wiara w siebie, czy zyskanie pewności, co do kierunku obranej drogi życiowej, ważne, że nie jest to pusta lektura, o której zapominamy pięć minut po zamknięciu tekstu.

Ocena: 7/10

G.Borkowska, M Chodyra, A.Kublik, „Energia kobiet”, Wydawnictwo Agora 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora http://kulturalnysklep.pl/

piątek, 2 stycznia 2015

Um(ni)ami!

W ostatnich latach obserwujemy wciąż narastającą modę na gotowanie, świadome odżywianie i wspólne celebrowanie posiłków. Niegdyś, przysłowiowe stanie przy garach, kojarzyło się z przykrym, codziennym obowiązkiem, dziś wiąże się raczej z przyjemnością, często jest elementem życia towarzyskiego, stało się nawet częścią popkultury.

 Kucharze powrócili do łask opinii publicznej, niektórzy z nich zyskali status gwiazd, a ich działania wykraczają daleko poza „gary”. Książki kucharskie i te o zdrowym odżywianiu to dziś potężny, bardzo dochodowy segment rynku wydawniczego. 

Piszą je dziś właściwie wszyscy – profesjonalni kucharze, różnej maści celebryci oraz amatorzy -  pasjonaci. Zakres tematyczny publikacji jest tak szeroki, że wydaje się iż powiedziano już właściwie wszystko i ciężko będzie odkryć w tej materii jakiś nowy, nie eksplorowany ląd. Jednak czasem się to udaje, czego doskonałym przykładem jest książka „Piąty smak. Rozmowy przy jedzeniu” Łukasza Modelskiego.


Modelski jest dziennikarzem, pracuje w „Twoim Stylu” oraz prowadzi audycję „Droga przez mąkę” w radiowej Dwójce. Z wykształcenia jest z historykiem sztuki, z zamiłowania frankofilem i, jak sam o sobie mówi spożywcą.


Autor wziął na warsztat zagadnienie piątego smaku, nazywanego powszechnie umami, który znany francuski szef kuchni Auguste Escoffier określał jako wyśmienitość. Do rozmowy na ten temat zaprosił znawców, pasjonatów, osoby w różnym stopniu związane z gotowaniem. Co ciekawe, wśród nazwisk, z małymi wyjątkami nie znajdziemy najpopularniejszych polskich kucharzy – celebrytów: Magdy Gessler, Pascala Brodnickiego, czy Wojciecha Modesta Amaro. To, że dziennikarz poszukał nieco dalej i głębiej niewątpliwie jest dodatkowym walorem, który wzbogaca wartość merytoryczną całości i zachęca do lektury.

Książka jest zbiorem wywiadów. Do wspólnego posiłku z autorem zasiedli m.in.: Agnieszka Kręglicka, Grzegorz Łapanowski, Elizabeth Gilbert, Patricia Atkinson. Każda z rozmów ma inny wątek przewodni. Agnieszka Kręglicka mówi o smaku, jego zmysłowym odczuwaniu, kulinarnych afrodyzjakach, ćwiczeniach smakowych oraz oczywiście definicji piątego smaku. Atkinson opowiada o prowadzeniu winnicy w Bergerac. Creme de la creme książki stanowią rozmowy z prawnukiem Auguste’a Escoffiera oraz Danièle Mazet Delpeuch – osobistą kucharką prezydenta Mitterranda. Istotnym dodatkiem do posiłku jest alkohol, jemu poświęcone są rozmowy z somelierem oraz koneserem whisky.

Apetyt na lekturę dodatkowo pobudza piękna szata graficzna i staranne wydanie. To, co wyróżnia „Piąty smak” wśród innych publikacji jest różnorodność tematów. Rozmowy dotyczą nie tylko gotowania, ale również edukacji kulinarnej, filozofii jedzenia, stylu życia. Książka odsłania też kulisy prowadzenia biznesu powiązanego z gastronomią. Wszystko to sprawia, że stanowi wyjątkowy kąsek dla czytelników.

Ocena: 8/10
Ł.Modelski, „Piąty smak. Rozmowy przy jedzeniu”. Wydawnictwo Literackie 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Wnuczka do…niczego

Lektura książek Małgorzaty Musierowicz zawsze była okazją do sentymentalnego powrotu do czasów beztroskiej młodości, gdy świat wydawał się mniej skomplikowany. Pozwalała zatrzymać się na chwilę, dawała nadzieję, pokrzepienie, radość. 

Po najnowszą sięgałam z podobnym nastawieniem, licząc na przypływ wyłącznie pozytywnych uczuć. 

Niestety, dwudziesty tom Jeżycjady pt. „Wnuczka do orzechów’, przyniósł duże rozczarowanie w tym względzie. Zamiast pokrzepienia dostajemy pouczenia, kazania i wzniesione na szczyty moralizatorstwo, zamiast pozytywów nieudolnie skleconą, pełną dłużyzn i nudy fabułę.


Zmiany zauważalne są już na wstępie. Rodzina Borejków z różnych względów przenosi się z Jeżyc na wielkopolską wieś. Dalej jest już prawie jak u Kochanowskiego i Reja. Wsi spokojna, wsi wesoła zostaje wyniesiona przez autorkę na piedestał, a potworne miasto trafia do niebytu. Co dziwne na miejski zgiełk i brud narzekają nie tylko nestorzy rodu, ale także nastoletnie latorośle. Główna bohaterka po wsi porusza się bryczką, mając w pogardzie współczesne środki transportu. Zarówno podczas tych „podróży”, jak i wykonując domowe czynności, Dorota kontempluje piękno przyrody. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ma jedynie 17 lat i trudno oprzeć się wrażeniu, że została wtłoczona w „te buty” nieco na siłę.


Akcja książki zamiast płynąć wartkim strumieniem, toczy się leniwie i dość opornie. Skupiona jest wokół Ignacego Grzegorza Stryby oraz Józefa Pałysa i ich perypetii miłosnych. A wszystko zaczyna się od tego, że wspomniana wyżej Dorota Rumianek znajduje w rowie ranną Idę Pałys. Młode pokolenie bohaterów u Musierowicz sprawia wrażenie „przesuniętych” w czasie. Ignacy Grzegorz, choć jest już studentem historii sztuki zachowuje się jak rozchwiany emocjonalnie szesnastolatek. W opozycji do niego stoi Józef Pałys – będący w podobnym wieku, jest jednak nad wiek dojrzały, odpowiedzialny, ewidentnie kreowany na prawdziwego mężczyznę i rycerza.

Tym co najbardziej razi we „Wnuczce…” jest wyjątkowo moralizatorski ton autorki. Owszem stereotypy i pouczenia występowały u pisarki od zawsze. Wcześniej jednak były podane w bardziej zawoalowanej, łagodniejszej i bardziej strawnej formie. Tutaj skala zjawiska sprawia, że książka powinna raczej nosić tytuł „Kazania podmiejskie”. Musierowicz bowiem, jak mawia młodzież pojechała po bandzie. Społeczeństwo oczywiście jest niemiłe, ludzie źli i agresywni, media wypaczają obraz rzeczywistości, popkultura zabiła kulturę wysoką, a nowoczesne technologie sprzyjają osłabieniu więzi społecznych. Mogłabym tak długo wymieniać, gdyż po lekturze można dojść do wniosku, że dla Musierowicz poza tradycyjnym modelem wielopokoleniowej rodziny złe jest właściwie wszystko, a świat nieuchronnie zmierza do zagłady i gdyby nie Borejkowie już dawno by się skończył.

Fabule książki brakuje spójności, a autorce ewidentnie pomysłów na zgrabne splecenie wątków. To co miało cieszyć irytuje, to co miało ciekawić nudzi, a to co miało straszyć śmieszy. Mnożone przez pisarkę komplikacje wydają się służyć jedynie zapełnieniu tekstem odpowiedniej liczby stron, a nie przyjemności czytelnika. Perypetiom rodziny z kolei brakuje właściwej temperatury, być może wynika to z faktu, że zbliżał się deadline w wydawnictwie.

Dwadzieścia tomów serii „Jeżycjada” to dobry moment na to, by rodzina Borejków spoczęła w pokoju, przechodząc w końcu do historii literatury. Jak śpiewali klasycy: „trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść, niepokonanym”. Z drugiej strony, nie zabija się przecież kury znoszącej złote jajka, w związku z tym autorka już zapowiada kolejny tom serii. Wydaje mi się jednak, że po kolejne odcinki tej książkowej telenoweli czytelnicy będą sięgać już wyłącznie z przyzwyczajenia i rozpędu, a nie jak dotychczas z ciekawości i dla przyjemności.

Ocena: 5/10
M.Musierowicz: „Wnuczka do orzechów”, Akapit Press 2014.

środa, 19 listopada 2014

Do siebie samej

Najnowsza powieść Romy Ligockiej pt. „Droga Romo”, jest kontynuacją poprzedniej zatytułowanej „Dobre dziecko. Tym razem autorka wraca pamięcią do okresu wchodzenia w dorosłość – czasu studiów, burzliwej młodości, trudnych relacji rodzinnych i skomplikowanych związków uczuciowych.


Można odnieść wrażenie, że od czasu „Dziewczynki w czerwonym płaszczyku” Ligocka wciąż od nowa pisze tę samą książkę. Od początku w swej twórczości pisarka opiera się o własną biografię, w kolejnych tomach analizując wybrane z niej momenty – te kluczowe, które miały wpływ na to, jaką jest dziś osobą i jak postrzega świat. Jest to trudny, obfitujący w wiele bolesnych momentów i dramatycznych zdarzeń los. Doświadczenia pisarki mają uniwersalny rys, wielu z nas odnajduje w jej historii kawałek swojej własnej. Ta cecha w połączeniu z charakterystycznym: bardzo emocjonalnym, stylem, sprawia, że książki Ligockiej cieszą się olbrzymią popularnością, nie tylko w Polsce i szybko zyskują status bestsellerów.


Tym razem spotykamy Romę u progu dorosłości, tuż po zdaniu matury, przed rozpoczęciem studiów na wymarzonej ASP. Dziewczyna w tym ważnym momencie została w Krakowie sama. Jej matka wyjechała w tym czasie do Wiednia, w poszukiwaniu lepszego życia. Usiłowała kontrolować córkę na odległość, nieustannie śląc „zatroskane” listy z pytaniami, czy ta dobrze się prowadzi, nie robi głupot, właściwie się odżywia i ubiera. Poziomka z jednej strony cieszyła się odzyskaną wolnością, tym, że nie musi już być odpowiedzialna za matkę. Z drugiej jednak, jak nigdy wcześniej potrzebowała czułości troski, drogowskazów, za którymi mogłaby podążyć. Po raz kolejny jednak w jej życiu nie było nikogo, kto mógłby jej to zapewnić bezinteresownie.

Powieść ma formę listu napisanego do siebie samej. Ligocka zwraca się do siebie młodej z pozycji dojrzałej, świadomej kobiety, po to, by lepiej zrozumieć tamtą dziewczynę, otoczyć ją po czasie troską i dać swego rodzaju wsparcie. Czasu nie da się cofnąć, błędy musiały zostać popełnione, choć oczywiście dziś dojrzała autorka często ma ochotę krzyknąć do tamtej: nie rób tego, nie z nim, nie idź tam. Robi to we wtrąceniach, które pokazują obecną perspektywę i spojrzenie na świat. Jedyne, co pozostaje w zasięgu możliwości, to przebaczyć sobie. To, jak pisze jest być może najtrudniejszą sztuką.

Poza wysuniętym na pierwszy plan wątkiem trudnych relacji z matką, tematem jest również bujne życie towarzyskie. Poziomka obraca się w środowisku bohemy artystycznej Krakowa. Jest świadkiem tworzenia Piwnicy pod Baranami, przyjaźni się z Piotrem Skrzyneckim i wieloma uznanymi dziś twórcami. W pewnym momencie zachłystuje się „światowym życiem”, szuka siebie, chce być oryginalna, wyróżniać się z tłumu, wyglądać modnie -  za wszelką cenę. Motywem przewodnim wszystkich jej działań jest rozpaczliwe poszukiwanie miłości, akceptacji, potwierdzenia swojej wartości i sensu istnienia. Niestety skutkuje to brzemienną w skutkach decyzją o przedwczesnym małżeństwie z Lordem – niespełnionym artystą, alkoholikiem. O tym rozdziale swojego życia Ligocka pisze z dojmującą szczerością.

„Droga Romo”, podobnie jak poprzednie książki autorki to trudna, wymagająca emocjonalnie lektura. Narracja stosowana przez pisarkę potęguje wrażenie osobistego dialogu z czytelnikiem. Szczerość z jaką Ligocka pisze o różnych fragmentach swojej biografii momentami jest krępująca. Lektury nie ułatwia również ciężar emocjonalny opisywanych zdarzeń. Towarzyszy jej poczucie niestosowności i dylematy podobne do tych, odczuwanych przy czytaniu cudzej korespondencji, czy przeglądaniu telefonu komórkowego. Paradoksalnie być może jednak w tym właśnie tkwi największa siła i wartość prozy pisanej przez Ligocką.

Ocena: 7/10
R.Ligocka, „Droga Romo”, Wydawnictwo Literackie 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

środa, 5 listopada 2014

Diabeł niestraszny

Iran znany z przekazów medialnych, jawi się jako fundamentalistyczne, zamknięte państwo, w którym notorycznie łamane są prawa człowieka. Artur Orzech w książce „Wiza do Iranu”, postanowił pokazać szerzej nieznaną, „ludzką” twarz tego kraju – niezwykle barwnego, pełnego życzliwych, gościnnych ludzi. Lektura pozwala przekonać się, czy tytuł naczelnego medialnego „straszaka”, faktycznie jest w pełni zasłużony?


Autor znany jest bardziej jako dziennikarz muzyczny, konferansjer – prowadzący wielu festiwali i imprez muzycznych. Niewielu pamięta, że z wykształcenia jest iranistą, mającym za sobą wieloletnią pracę naukową i doświadczenie zawodowe w tym zakresie. Iran jest dla Orzecha fascynujący także z prywatnego punktu widzenia, co wyraźnie widać w osobistym, subiektywnym tonie całego tekstu.


Nie da się pisać o Iranie unikając tematów historii i polityki, dlatego też Orzech rozpoczyna wspólną podróż z czytelnikami od nakreślenia początków państwa i przedstawienia najważniejszych faktów, w jego skomplikowanej historii. Pomijając te fragmenty nie będziemy w stanie w pełni zrozumieć obecnej sytuacji politycznej kraju. Orzech sporo uwagi poświęca niejednorodności etnicznej oraz zawiłościom języka.

Dziennikarz poznaje nieoficjalne oblicze kraju w dużej mierze dzięki swobodnej komunikacji z jego mieszkańcami. Nie boi się zbaczać z utartych, mocno uczęszczanych szlaków i zaglądać w ciemne zaułki. Podróżuje lokalnymi drogami, w miejscowych autobusach, których standard znacząco odbiega od znanego w Europie. Jak sam pisze, nie da się odkryć prawdziwego Iranu, bez wizyty w czyimś domu i zaprzyjaźnieniu się z członkami rodziny. Orzech przez lata zaprzyjaźnił się i utrzymuje bliskie kontakty z wieloma Irańczykami. Dzięki temu jego relacje mają walor autentyczności.

Iran jest państwem mocno hermetycznym o rygorystycznym prawie, religii i polityce, które ingerują we wszystkie sfery życia mieszkańców. Znaczna część książki jest poświęcona miejscu i roli kobiet i mężczyzn oraz ograniczeniom obyczajowym, którym musi podporządkować się społeczeństwo. Autor śledzi ewolucje poglądów, która dokonała się na przestrzeni lat. Wszelkie zakazy powodują oczywiście bunt i próby ich ominięcia. Te są podejmowane często i chętnie zwłaszcza przez młode pokolenie.

Orzech mierzy się też z medialnymi stereotypami, sprawdza, na ile Iran rzeczywiście jest państwem zamkniętym i, jaką rolę odgrywa w tej sytuacji internet i nowe technologie. Przede wszystkim pokazuje go jednak jako kraj wielu wybitnych uczonych, poetów i pisarzy. Na każdym kroku podkreśla rolę literatury, poezji, sportu w życiu Irańczyków. Ważnym czynnikiem spajającym i budującym relacje jest pełna różnorodnych wpływów kuchnia. Jest to też kraj o bogatej tradycji obchodzenia licznych świąt, które zostały barwnie opisane przez dziennikarza.

W przerwach między rozdziałami autor pisze o swoich perypetiach związanych ze zdobyciem tytułowej wizy do Iranu. W praktyce okazało się to dużo trudniejsze i bardziej skomplikowane formalnie niż otrzymanie wizy do Stanów Zjednoczonych.

Nie jestem pewna, czy po przeczytaniu „Wizy do Iranu” ktoś zechce podjąć trud obrania właśnie takiego kierunku podróży. Nie wiem też, czy lektura przekona zatwardziałych sceptyków Iranu. Pewnie jest na to zbyt powierzchowna i z powodu ograniczeń formalnych narzuconych przez wydawcę za krótka. Z całą pewnością jednak będzie to interesujące wycieczka, dla tych ciekawych świata, otwartych, którzy na co dzień z różnych względów nie mają możliwości odbywania dalekich podróży. Warto ją odbyć, choćby po to, by poznać inny punkt widzenia, poszerzyć horyzonty i  zobaczyć z bliska drugą stronę medalu, o której rzadko słyszymy w mediach.

Ocena: 6/10
A.Orzech, „Wiza do Iranu”, Wydawnictwo Wielka Litera 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera http://www.wielkalitera.pl/

niedziela, 26 października 2014

Zakazany owoc

Krótka historia książek zakazanych” Wernera Fulda, z jednej strony idealnie wpisuje się w popularny nurt „książek o książkach”, z drugiej pokazuje, że nie jest to dziedzina statyczna, w której nie zdarzyło się nic, od czasu wynalezienia druku.


Kolejna książka o książkach początkowo nie wzbudziła mojego entuzjazmu. Wydawało mi się, że wszystko w temacie zostało już powiedziane, przysłowiowe odkrycie Ameryki jest niemożliwe, szkoda więc czasu na lekturę. Ostatecznie do sięgnięcia po nią, przekonał mnie jednak zakres tematu, którym zajął się autor. Otóż Fuld pisze o książkach zakazanych, pokazując tym samym, że historia literatury w dużej mierze jest historią zakazów, ściśle związaną z polityką, religią i społeczeństwem.


W pierwszym rozdziale zostały omówione ciekawe przypadki autocenzury. Możemy przeczytać m.in., jak Kafka, Wergiliusz, Nabokov, Proust i wielu innych próbowali zapobiec temu, by ich dzieła ujrzały światło dzienne. Postępowali tak z różnych powodów: jedni z przekonania o niedoskonałości własnych utworów, inni z przyczyn obyczajowych.

W dalszej części Fuld pisze o różnych rodzajach cenzury stosowanych przez władców i polityków, od cesarza Augusta, który ukarał Owidiusza dożywotnim wypędzeniem z Rzymu począwszy na Hitlerze skończywszy. Autor przytacza wiele faktów historycznych, dat i ciekawostek. Najczęstszym i jednocześnie najbardziej widowiskowym sposobem pozbycia się książek było ich palenie. Płonące stosy pełniły rolę „pouczającej” rozrywki dla ludu.

Niezwykle ważną rolę w historii książek zakazanych odegrał kościół. Oczytanie społeczeństwa sprzyjało myśleniu, a co za tym idzie podważaniu prawd głoszonych z ambony. W sposób oczywisty było więc sprzeczne z interesem hierarchów. Dlatego też duszpasterze i ich zwierzchnicy podejmowali różnorodne działania mające na celu ograniczenie dostępu i pozbycie się niewygodnych dzieł. Podstawowym narzędziem w walce z „papierowym wrogiem” było tworzenie indeksów ksiąg zakazanych i regularne uzupełnianie ich o nowe tytuły.

Historia książki i dzieł zakazanych jest również historią bibliotek. Ich funkcja zmieniała się nieco na przestrzeni wieków. W starożytności i średniowieczu często były niszczone. W późniejszym czasie stały się swego rodzaju więzieniem dla nieprawomyślnych tytułów.

Nie od dziś wiadomo, że zakazany owoc kusi najbardziej. Szybko okazało się więc, że działania polityków i kościoła nie przynoszą spodziewanego rezultatu, wywołują wręcz odwrotny skutek – książki zakazane budziły ciekawość już przez sam fakt znalezienia się na indeksie, niekoniecznie dlatego, że były szczególnie wartościowe. O wielu z nich nigdy byśmy nie słyszeli, gdyby nie to, ze zostały zakazane. Prześcigano się wymyślaniu sposobów ominięcia cenzury i uzyskania dostępu do pożądanych tomów. Pomysłowość ludzka nie zna granic, niekiedy więc były to niezwykle oryginalne działania. Temu zagadnieniu autor również poświęca sporo uwagi. Jeśli uważacie, że obecnie mamy pełną wolność słowa, a cenzura przestała istnieć dawno temu, koniecznie sięgnijcie po tę książkę, a przekonacie się, w jak dużym jesteście błędzie.

„Krótką historię książek zakazanych” można uznać za literaturę popularno – naukową. Fuld wykorzystał bogaty materiał źródłowy, co niewątpliwie podnosi wartość książki. Oczywiście z uwagi na ograniczenia objętościowe jest to jedynie zarys szerokiego zagadnienia, jakim jest historia książki. Dla osób niezorientowanych w temacie będzie to ciekawa lektura, która pozwoli odkryć, jak fascynująca, złożona i pełna zagadek jest ta dziedzina nauki. Dla osób zawodowo związanych z literaturą, będzie to jedynie powtórka z rozrywki, bądź okazja do odświeżenia sobie pamięci.

Ocena: 6/10

W. Fuld, „Krótka historia książek zakazanych”, Wydawnictwo Muza SA 2014.
*Dziękuję Wydawnictwu Muza SA http://muza.com.pl/ za przekazanie egzemplarza do recenzji

niedziela, 5 października 2014

Szczypta smaku

Obecnie doświadczamy jesieni w pięknym – słonecznym i ciepłym wydaniu. Oby trwała w nim jak najdłużej. Specyfika naszego klimatu każe już jednak powoli przygotowywać się na dużo chłodniejsze, słotne i ponure dni. W tym czasie często zdarza nam się marzyć o egzotycznych podróżach do ciepłych krajów. Tym, którzy z różnych względów nie mogą od razu zrealizować swojej wizji, z pomocą przychodzi, niezawodna pod tym względem seria Dolce Vita wydawnictwa Czarne. Książka „Kropla oliwy”, zabiera nas na Sycylię i z pewnością zaspokoi również apetyty kulinarnych maniaków.


Autorką wspomnień jest Simonetta Agnello Hornby – sycylijska pisarka, prawniczka z wyksztalcenia. Ma na swoim koncie kilka bestsellerowych powieści i książek kulinarnych, poświęconych kuchni włoskiej. Pierwszym pomysłem autorki było, by wydać w formie książki przepisy na desery, zapisywane przez jej babcię, Marię Z czasem postanowiła jednak do przepisów dodać garść rodzinnych wspomnień, tak by, jak sama pisze przywrócić do życia kulturę domowego stołu rodziny Agnellów.


„Kropla oliwy” jest przede wszystkim opowieścią o wakacjach spędzanych w wiejskim domu rodziny w Mosè. Wyjazd z Agrigento poprzedzały kilkumiesięczne, rozpoczynające się tuż po przygotowania. Polegały one główne na zaopatrywaniu się w różnego rodzaju zapasy m.in. środki czystości, żywność. Poza rodziną autorki – młodszą siostrą Chiarą i rodzicami do posiadłości udawała się także liczna służba – nianie, pokojówki, kucharki i oczywiście kierowca. Do Mosè na czas letni przyjeżdżali też pozostali krewni: ciotki, liczni kuzyni, dziadkowie oraz przyjaciele familii.

Pobyt na wsi wiązał się z całkowicie odmiennymi od miejskich rytuałami i tradycjami, a także różnym rytmem dnia. Podstawową zasadą było jedzenie tego samego, co miejscowi chłopi, czyli produktów rosnących i dostępnych na miejscu. W ten sposób wycieczki do miasta były ograniczane do minimum. Dzieci spędzały większość czasu na świeżym powietrzu i cieszyły swobodą.

Przygotowywanie i spożywanie posiłków było ważnym elementem spajającym rodzinę. Każdy z nich odpowiednio celebrowano. Częste biesiady były okazją do wspólnego spędzenia czasu, niekończących się rozmów i rozrywki. Spożywano proste posiłki z sezonowych składników: pomidorów, bakłażanów, papryki, ogórków, cukinii. W codziennym menu były m.in. makaron przyrządzany z różnorodnymi sosami, szaszłyki z sera i sardeli, czy rolada z tuńczyka z ziemniakami i kaparami. Na śniadania podawano sery owcze, z kolei na kolację jajka w różnej postaci Właściwie żadne danie nie mogło obyć się bez tytułowej kropli oliwy.

Każdy z członków rodziny miał swoje kuchenne zadania. Mama autorki, wraz ze swoją siostrą zajmowała się pieczeniem ciasteczek na popołudniowy deser, dzieci zbierały rumianek, natomiast ojciec dbał o dostawę lodów. Na co dzień kuchnią rządziła jednak niepodzielnie babka autorki od strony ojca. Z jedzeniem związane były również coroczne rytuały. Wśród nich najważniejszym było wspólne wypiekanie chleba. Brały w nim udział wszystkie miejscowe kobiety, a każda miała ściśle określone zadanie. Ważnymi wydarzeniami w letnim harmonogramie były zbiór oliwek oraz migdałów. Ten ostatni zawsze kończył się huczną imprezą, w której główna rola przypadała zbieraczkom migdałów.

W książce obok wspomnień, autorka zamieściła kilkanaście przepisów, zapamiętanych właśnie z  kuchni domowej. Pojawiają się tu m.in. receptury na cukinie smażone z czosnkiem, miętą, cukrem i octem, zupę inglese, jaja po rzymsku, caponatę z bakłażanów. Są również desery, wśród nich: mus arbuzowy, crostata ze świeżych owoców i budyń z konfiturą pigwową.

„Kroplą oliwy” autorka oddaje hołd wielopokoleniowej rodzinie. Lektura jest okazją do zatrzymania się na chwilę w codziennym pędzie i powrotu do własnych smaków dzieciństwa. Wspomnienia Hornby są kolejnym potwierdzeniem tego, że w życiu najważniejsze jest budowanie więzi i czas spędzony wspólnie z bliskimi, największa wartość tkwi natomiast w prostych przyjemnościach i niewyszukanych smakach. Wydaje się oczywiste i banalne, jednak zbyt często o tym zapominamy.

Ocena 6/10
S.Hornby „ Kropla oliwy. Moje sycylijskie wakacje”. Wydawnictwo Czarne 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne http://czarne.com.pl/