środa, 24 października 2012

Domek na prerii


Niedawno na rynku ukazała się piąta już książka w serii Dolce Vita wydawnictwa Czarne pt. „Brudna robota. Zapiski o życiu na wsi, jedzeniu i miłości” autorstwa Kristin Kimball. 

Podobnie jak poprzednie, jest pochwałą budowania trwałych więzi międzyludzkich za pomocą fantastycznego jedzenia. Z drugiej strony autorka rozprawia się z mitami dotyczącymi spokojnego, sielsko-anielskiego życia na wsi. 

Lektura obowiązkowa dla wszystkich mieszczuchów marzących o zmianie trybu życia na wiejski – ku przestrodze!


Na początku losy Kristin Kimball do złudzenia przypominają życiorys jednej z bohaterek kultowego w niektórych kręgach serialu „Seks w wielkim mieście”. Jest trzydziestoletnią singielką wiodącą barwne życie w Nowym Jorku. Nad rodzinną stabilizację zdecydowanie przedkłada przelotne romanse i niezależność finansową. Konsekwentnie podąża obraną drogą – do dnia, w którym obowiązki zawodowe rzucają ją na farmę, gdzie poznaje Marka, specjalizującego się w uprawie ekologicznej żywności. Od tej chwili „Brudna robota” staje się historią miłości, która doprowadziła do całkowitej zmiany stylu życia pisarki. Kristin i Mark zostają parą, postanawiają wyjechać z miasta, osiedlić się na farmie i prowadzić tradycyjnymi metodami samowystarczalne gospodarstwo.


Autorka opisuje wszystkie trudy związane ze znalezieniem odpowiedniego miejsca, remontem domu, a przede wszystkim przyzwyczajeniem się do wiejskiego trybu życia i wykonywaniem koniecznych gospodarczych czynności. W pierwszych częściach próżno szukać sielankowych opisów życia w rytmie przyrody. Są za to momentami brutalne i bardzo fizjologiczne opisy dojenia, uboju, czy chorób krów oraz innych zwierząt. Nie należy się jednak nimi zrażać, gdyż najważniejszym tematem tej książki jest jednak produkcja jedzenia z własnych upraw. Niemalże z każdej strony przebija radość z obserwowania wzrostu owoców, warzyw posadzonych własnymi rękami i ta jeszcze ważniejsza – z powodu obfitych zbiorów. Kimball skutecznie przekonuje czytelników, że najlepiej smakują i najładniej pachną proste, niewyszukane posiłki, których opisy również znalazły się w książce. Obok tych jasnych stron pojawiają się łyżki dziegciu. Autorka przestrzega przed stereotypowym postrzeganiem życia na wsi, kojarzonym z wiecznym spokojem. Mówi wprost, że jest to bezustanna, ciężka, a do tego brudna praca, która oczywiście po czasie przynosi wymierne efekty, ale najpierw wymaga poświęcenia i właściwie całkowitej rezygnacji z miejskich aspektów życia.

„Brudna robota. Zapiski o życiu na wsi, jedzeniu i miłości” to także, a może przede wszystkim, książka o podążaniu za własnymi marzeniami, odwadze w podejmowaniu decyzji i o tym, że nie należy bać się zmian, bo nawet jeśli początkowo wydają się niewyobrażalne, w konsekwencji z reguły przynoszą dobre rzeczy, a każdy związek wymaga „dotarcia” i kompromisów, dzięki którym nawet dwa zupełnie różne światy mają szansę się spotkać. Ogromnym atutem jest też styl autorki, która swoje przeżycia opisuje z dużą szczerością i humorem. Nie ma tu przesadnych ozdobników i lukru, dzięki czemu historia zyskuje wiarygodność i czyta się ją z dużą przyjemnością. Jednym zdaniem: jest to idealna lektura na długie jesienne wieczory, kiedy szczególnie potrzebujemy dobrego jedzenia i miłości, a niektórzy mają więcej czasu na marzenia o życiu na wsi.


Ocena 8/10
K. Kimball, „Brudna robota. Zapiski o życiu na wsi, jedzeniu i miłości”. Wydawnictwo Czarne 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne http://czarne.com.pl/.


niedziela, 14 października 2012

Dziennik zakrapiany nudą



„Dziennik zakrapiany rumem” Huntera S. Thompsona będzie dużym rozczarowaniem dla wszystkich, którzy, podobnie jak ja, spodziewali się niepowtarzalnego klimatu stworzonego przez autora w „Lęku i odrazie w Las Vegas”. 

Zamiast szaleństwa i jazdy bez trzymanki, mamy tu jedynie monotonną przejażdżkę. Trudno też oprzeć się wrażeniu, że cały głębszy sens tej powieści utonął w hektolitrach alkoholu.


Głównym bohaterem powieści jest niespokojny duch, dziennikarz Paul Kemp. Pewnego dnia postanawia dołączyć do będącej w stanie rozkładu redakcji gazety „Daily News” w Puerto Rico. W tym miejscu przekonuje się, że marzenia o poważnej pracy dziennikarskiej musi zostawić za progiem, gdyż gazeta okazuje się być bardziej połączeniem domu wariatów ze schroniskiem dla bezdomnych. Paul bardzo szybko jednak znajduje wspólny język z dwoma zdegenerowanymi, acz interesującymi jednostkami: Bobem Salą i dużo młodszym kolegą po fachu Yeamonem. Wokół przygód tej trójki zbudowana jest cała fabuła książki.


Właściwie trudno tu mówić o jakiejkolwiek akcji, gdyż panowie zajmują się przede wszystkim włóczeniem po okolicznych barach klasy D, kontemplowaniem piękna wyspy San Juan na plaży oraz nawiązywaniem rozlicznych znajomości z miejscowymi pięknościami. Ich głównym posiłkiem są hamburgery, a napojem pity w ilościach przemysłowych tytułowy rum, który wręcz wylewa się z każdej strony tego tekstu. W takim entourage'u trudno skupić się na pisaniu artykułów, czy szukaniu ciekawych tematów. Siłą rzeczy sytuacja w „Daily News”, schodzi na dalszy plan. Żeby nie było całkowicie nudno w tej leniwej, zadymionej atmosferze pojawia się oczywiście wątek miłosny w postaci pięknej Chenault, którą Kemp jest zafascynowany od pierwszego spotkania. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie fakt, że jest ona dziewczyną Yeamona, co stwarza jednak pewne komplikacje. Jak w każdej teoretycznie dobrej powieści nie brakuje tu również historii kryminalno-przestępczej.

„Dziennik zakrapiany rumem” jest książką niezwykle monotonną, żeby nie powiedzieć nudną. Aby być sprawiedliwym, należy dodać, że, gdy już uda nam się przepłynąć ten ocean rumu, nie zakrztusić po drodze dymem cygar i nie umrzeć z przedawkowania narkotyków, dostaniemy szansę odkrycia w powieści drugiego dna, które ratuje całe przedsięwzięcie. W tej drugiej warstwie chodzi o poszukiwanie własnej tożsamości, miejsca w świecie, a jednocześnie strach przed zakotwiczeniem, podjęciem odważnych decyzji i dokonaniu trudnych wyborów.

Zanim przeczytałam książkę, obejrzałam jej ekranizację z jednym z moich ulubionych aktorów – Johnnym Deppem w roli głównej. Film, mimo dużych oczekiwań, wydał mi się płaski i nieinteresujący. Ratowały go jedynie piękne krajobrazy i kilka zabawnych scen. Zrzuciłam to wtedy na karb słabego aktorstwa. Po lekturze książki wiem już, że film po prostu nie mógł być lepszy, z uwagi na to, że tekst, w oparciu, o który powstał, nie pozwalał na pokazanie aktorskiego kunsztu.

„Dziennik zakrapiany rumem” podobno zawiera wątki autobiograficzne. Zastanawiam się więc, z czego wynika słabość tekstu, skoro wiadomo, że Thompson osobowość i życie miał, delikatnie mówiąc, barwne? Co kiedyś szokowało i wzbudzało kontrowersję, dziś jest jedynie przysłowiową bułką z masłem. Wszystko to sprawia, że książka jest lekturą dobrą jedynie dla miłośników rumu i innych używek oraz zagorzałych fanów autora, którzy mają ochotę wziąć udział w dyskusji: dlaczego „Lęk i odraza w Las Vegas” była lepsza. Reszcie polecam dokonanie innego czytelniczego wyboru na coraz zimniejsze jesienne wieczory.


Ocena: 5/10
H .S .Thompson, „Dziennik zakrapiany rumem”, Niebieska Studnia 2010.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Niebieska Studnia http://www.niebieskastudnia.pl/.

niedziela, 7 października 2012

Dobrze, że lato już się skończyło

Nigdy nie sądziłam, że kiedyś to powiem... Tak, jestem zadowolona, że lato już się skończyło. A konkretnie – „Śródziemnomorskie lato”. 

Wydawać by się mogło, że książka o takim tytule, w dodatku zachwalana w większości recenzji jako wspaniała kulinarno-podróżnicza przygoda, będzie idealną lekturą na wakacje. 

Mnie jednak nie urzekła, a raczej znudziła. Czy popełniłam błąd, czytając ją w październiku? A może to i lepiej. Gorącego sierpniowego popołudnia byłoby mi chyba bardziej żal...

David Shalleck, autor „Śródziemnomorskiego lata”, jest uznanym amerykańskim szefem kuchni i zarazem producentem telewizyjnych programów kulinarnych. Na początku swojej kariery pracował w wielu różnych restauracjach, zaczynając od najniższego szczebla zawodowej hierarchii. Starł się jak tylko mógł, ale nie zawsze wszystko szło po jego myśli. Zarzucano mu brak prawdziwego zaangażowania i zdecydowania – a szef kuchni nie może się przecież wahać. Zdobywał doświadczenie w Stanach Zjednoczonych, Anglii, Francji oraz we Włoszech. I właśnie kuchnia włoska szczególnie go zainteresowała. Porzucił swoje dotychczasowe zajęcia, by poznać różne jej smaki i smaczki, nauczyć się gotować po włosku i dowiedzieć, co to znaczy być prawdziwym szefem kuchni. W swojej wędrówce trafił na luksusowy jacht „Serenity”, którego właściciele, bogaci Włosi, mieli bardzo konkretne wymagania. Shalleck miał być ich kucharzem podczas rejsu wzdłuż Lazurowego Wybrzeża i Włoskiej Riwiery. Młody amerykański kucharz miał gotować włoskie potrawy rodowitym Włochom! Podczas całego rejsu mógł używać tylko świeżych, regionalnych produktów, charakterystycznych dla miejsc, do których akurat przybywali. Zabronione były mięsne sosy, cebula, małże, a także makarony i risotto. Posiłki miały być proste i lekkie. Podczas całego rejsu żadna potrawa nie mogła się powtórzyć.

Oprócz gotowania dla właścicieli jachtu, Shalleck musiał jeszcze obsłużyć siedmioosobową załogę, która preferowała bardziej kaloryczne i „konkretne” potrawy. Sam jeden gotował również dla gości swoich chlebodawców, którzy nieraz zjawiali się bez zapowiedzi i w dość licznym gronie, na przykład czterdziestu lub nawet ponad stu osób! A kuchnia na jachcie, zwana kambuzem, była mikroskopijnych rozmiarów. Produkty spożywcze i naczynia były poupychane wszędzie. Dodatkowo kucharz musiał pomagać reszcie załogi w obsłudze „Serenity” oraz pełnić nocne wachty. Na brak zajęć nie mógł narzekać. Ten rejs był dla niego nie lada wyzwaniem. Ale, jak dowiadujemy się z książki, poradził sobie z nim znakomicie. Wszyscy byli zadowoleni z jego pracy. A ponieważ szkoda by było zatrzymać ten zachwyt tylko dla siebie, Shalleck postanowił zrobić ze swoich podróży coś na kształt powieści. Po mozolnej lekturze jego zbeletryzowanych wspomnień mam jedno przemyślenie: róbmy to, co potrafimy najlepiej. Nie każdy genialny kucharz musi być świetnym pisarzem. I odwrotnie. Autorowi „Śródziemnomorskiego lata” radziłabym więc pozostać przy gotowaniu.

Książka jest pisana sztywnym, suchym stylem. Bez emocji, bez akcji, a nawet, co jest w przypadku literatury kulinarnej dość niepokojące, bez wyłaniających się z opowieści smaków i zapachów przyrządzanych potraw. Przejrzałam opinie innych recenzentów i zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno czytam tę samą książkę, co oni. „Fascynująca, świetnie napisana, przepyszna, autor ma talent gawędziarski, powoduje fizyczne odczuwanie głodu, nie można się od niej oderwać, więcej takich książek!” Tak, zdecydowanie stwierdzam, że czytałam coś innego... Na początku lektury nie byłam tak surowa w wyrażaniu opinii. Czekałam aż opowieść się rozwinie, nabierze rumieńców. Nie przypadły mi do gustu opisy praktyk Shallecka w różnych kulinarnych przybytkach. Czytając o jego poczynaniach, stwierdziłam, że nie chcę, aby dla mnie gotował. Miałam wrażenie, że nie potrafi dokonać w kuchni niczego dobrego, że jego gotowanie nie jest prawdziwe. Tak, jakby ktoś zmusił go do podążania tą właśnie drogą, której tak naprawdę „nie czuł”. Zresztą to wrażenie towarzyszyło mi do końca lektury i zostało nawet po przeczytaniu całej litanii niezwykłych potraw, które przyrządził na pokładzie „Serenity”.

Zaciekawiły mnie pierwsze opisy zakupów – wyprawa po wyposażenie kambuzu, potrzebne naczynia i niepsujące się, podstawowe produkty spożywcze, a także organizowanie miejsca pracy i „spiżarni”. Interesująco wyglądały również wyprawy na targowiska, wybieranie świeżych ryb, warzyw, dodatków. Ale szybko nastąpił przesyt takimi opisami, bo przewijają się one przez całą książkę, przy czym prawie wcale się od siebie nie różnią. Sceny gotowania, serwowania posiłków i jedzenia wypadły jeszcze gorzej. Zupełnie nie czułam zaangażowania Shallecka, jego miłości do gotowania, talentu. Zapewne potrafi świetnie gotować, skoro w tym fachu doszedł tak wysoko, ale zdecydowanie nie potrafi o tym pisać. I najwyraźniej nie pomógł mu nawet współautor książki Erol Munuz. Dużo miejsca zajmują w „Śródziemnomorskim lecie” opisy żeglowania oraz obsługi jachtu. Pojawia się wiele fachowych terminów, które zostały wyjaśnione na końcu książki. Szkoda jednak, że nie podano przypisów bezpośrednio w tekście. Same opisy żeglowania i w ogóle całej podróży również nie zachwycają. Wędrówki po urokliwych włoskich miasteczkach, spotkania z ciekawymi ludźmi, potajemne imprezy z kolegami – wszystko jest jakieś czerstwe, drętwe i nudne. Jeśli takie miałoby być moje lato, to wolę zaszyć się pod kocem w moim fotelu i przeżywać polską jesień, nawet niekoniecznie piękną i złotą.

Książkę czytałam niespiesznie, ale zajęło mi to zaledwie dwa wieczory. Jest bardzo dobrze wydana pod względem ergonomii czytania. Jednak merytorycznie i emocjonalnie czuję się zawiedziona. Było dużo słów, ale mało wzruszeń i radości. Dużo składników i potraw, lecz niewiele smaku. Nie polubiłam bohaterów tej opowieści. Wszyscy są mi zupełnie obojętni. Doprawdy nie wiem komu ta książka mogłaby się spodobać. Moich oczekiwań – kulinarnych, podróżniczych, intelektualnych, rozrywkowych – nie zaspokoiła. Mam żal do Shallecka, bo na pewno miał w zanadrzu wiele wspaniałych, zabawnych sytuacji, ciekawych porad, kulinarnych inspiracji, psychologicznych obserwacji współtowarzyszy rejsu oraz poznawanych po drodze mieszkańców urokliwych nadmorskich miasteczek... To wszystko gdzieś się zagubiło. W opisie książki czytamy, że autor „szybko przekonuje się, że te niezobowiązujące rozmowy przy straganach i wizyty w kuchniach zwykłych gospodyń domowych są o wiele bardziej owocne niż najbardziej prestiżowe kursy. Tylko tak można nauczyć się prawdziwej sztuki gotowania.”. Cudownie! Tylko dlaczego oszczędził czytelnikom tych wspaniałości, serwując w zamian ciągnący się w nieskończoność, rozgotowany, niedoprawiony, kiepskiej jakości literacki makaron?!

Bardzo chciałam się zachwycić, ale tym razem się nie udało. Dobrze, że na końcu książki zostały chociaż zamieszczone jakieś przepisy. W treści właściwej receptur jest bowiem jak na lekarstwo. Przepisów nie ma tu jednak zbyt wiele i nie są najbardziej interesujące na świecie, ale rybę w szalonej wodzie (pesce in acqua pazza) zrobię kiedyś na pewno. Poza tym możecie wypróbować na przykład majonez prawdziwkowy, mus z tuńczyka do smarowania, krewetki na ciepło z białą fasolą, linguine z małżami i cukinią, pieczonego lucjana czerwonego z pomidorami i oliwkami, gulasz rybny po livorneńsku albo czekoladowe ciasto Capri. Jeżeli macie dużo wolnego czasu i daleko do najbliższej biblioteki – przeczytajcie sobie „Śródziemnomorskie lato”, ale nie spodziewajcie się „literatury podróżniczo-kulinarnej w najlepszym wydaniu”, jak głosi zachęta na okładce. Ale jeśli na waszych półkach piętrzą się inne smakowite książki kulinarne czy podróżnicze, lepiej zacznijcie od nich. Bo – na szczęście dla was, a niestety dla Shallecka, na rynku wydawniczym jest mnóstwo fantastycznych, apetycznych i klimatycznych książek z kulinarnym wątkiem. Ta plasuje się na przeciętnym, rzemieślniczym poziomie.
Ocena: 5/10
D. Shalleck, E. Munuz, „Śródziemnomorskie lato, Wydawnictwo Literackie 2012.

*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/.

*Tekst powstał we współpracy z Kulinarną Czytelnią http://www.kulinarnaczytelnia.blogspot.com/



niedziela, 30 września 2012

Cudowne dzieci


„Cudowne dzieci” Roya Jacobsena to lektura zaskakująca. Po pierwsze, udowadnia, że nie tylko Larssonem Skandynawia stoi, po drugie jest wydana w oryginalny, piękny sposób, jakiego na polskim rynku już prawie się nie spotyka. Chociażby, dlatego warto zwrócić na nią uwagę, przy najbliższej wizycie w księgarni.

Przyznaję szczerze, że dotychczas literatura skandynawska kojarzyła mi się, jak pewnie wielu z was, przede wszystkim z kryminałami: Stiegiem Larssonem, Camillą Lackberg, czy innymi książkami z Czarnej serii wydawnictwa Czarna Owca. O literaturze tych krajów z nurtów innych niż kryminalny miałam znikome pojęcie. Tak było do momentu, gdy w moje ręce trafiła wymieniona wyżej książka – można ją bowiem zaklasyfikować jako powieść obyczajową.

„Cudowne dzieci’ to pozornie prosta historia rozwiedzionej kobiety, Gerdy, i jej dorastającego syna, Finna, którzy wiodą uporządkowane, momentami monotonne życie. Mieszkają na typowym osiedlu bloków w jednej z dzielnic Oslo. Finn uczęszcza do szkoły, a po lekcjach spędza czas z dziećmi sąsiadów. Można powiedzieć, że jego życie do pewnego momentu nie różni się niczym od życia setek jego rówieśników w Oslo. Właściwa opowieść zaczyna się w momencie, gdy borykająca się z ciągłymi problemami finansowymi matka postanawia poszukać sublokatora, by w ten sposób znaleźć źródło stałego dochodu. W tym miejscu należy dodać, że akcja powieści rozgrywa się na początku lat 60. XX wieku, gdy Norwegia nie była jeszcze krajem, który znamy obecnie.

Przełomem w tej stonowanej, żeby nie powiedzieć nudnej, historii jest pojawienie się kandydatki na sublokatorkę, którą okazuje się jedna z licznych partnerek byłego męża Gerdy. Oczywiście nie zostaje ona zaakceptowana przez rodzinę i temat wydaje się być zamknięty. Po pewnym czasie u Finna i jego matki zjawia się niespodziewany gość – sześcioletnia Linda. Na pierwszy rzut oka wydaje się być dziwnym, zamkniętym w sobie dzieckiem, a obcowanie z nią staje się w pewnym momencie dużym problemem i wyzwaniem dla otocznia.

Na kanwie tej historii Jacobsen stara się przedstawić obraz społeczno-polityczny Norwegii tamtych lat: trudną sytuację ekonomiczną i wynikającą z niej biedę, złe traktowanie społeczne osób niepełnosprawnych, dramat rodzin rozbitych i ogólny brak tolerancji. Robi to w sposób bardzo delikatny i nieoceniający. Momentami jednak da się wyczuć w książce ton dydaktyczno-moralizujący, który może niektórych drażnić. Dużym atutem powieści jest narracja-Finn jako dorosły człowiek relacjonuje wydarzenia ze swojego dzieciństwa. Zabieg ten pozwala na dystans, dzięki temu znajdujemy w książce dużą dawkę ironii i poczucia humoru, mimo poruszania trudnego tematu.

Niewątpliwie najbardziej oryginalnym elementem książki jest szata graficzna, która natychmiast przykuwa spojrzenie. Tak starannego i pomysłowego wydania nie widziałam już dawno. Składowymi elementami edytorskiej odmienności „Cudownych dzieci” od reszty towarów na księgarskich półkach są przede wszystkim brak tradycyjnej okładki (pierwsze strony są sztywniejsze, a tekst zaczyna się już na pierwszej stronie tej „okładki”) oraz brak grzbietu, dzięki czemu możemy zobaczyć połączone składki książki. Na tym specyficznym, „surowym” grzbiecie widnieje nazwisko autora), co daje niezwykłe wrażenie estetyczne, a jednocześnie ogromnie wpływa na wygodę czytania (rozłożona książka się nie zamyka).

Dla mnie „Cudowne dzieci” to przede wszystkim książka o sile miłości, odwadze, woli walki i o tym, że mimo wielu trudności nigdy nie należy się poddawać. Historia Finna i jego rodziny jest naprawdę warta poznania. Nie sugerujcie się jednak tekstem z tyłu książki, który zapowiada ją jako świetną rozrywkę i dobrą prozę w sensacyjnym opakowaniu. Jest to jedynie chwyt marketingowy, który w gruncie rzeczy robi tej powieści krzywdę i nie najlepszą reklamę. Rozrywki, a tym bardziej sensacji, jest w niej jak na lekarstwo. Wszyscy, którzy zasugerowali się taką zachętą po lekturze mogą być mocno rozczarowani.



Ocena 7/10

R. Jacobsen, „Cudowne dzieci”. Studio Wydawnicze DodoEditor 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Studia Wydawniczego DodoEditor http://dodoeditor.pl/pl/nowosci/22-cudowne-dziecko.html.



czwartek, 20 września 2012

Felietony (kontr)kulturalne


Niedawno ukazał się, pod przewrotnym tytułem „Polska mistrzem Polski”, wybór felietonów Krzysztofa Vargi, opublikowanych na łamach „Dużego Formatu” w latach 2009-2012. Lektura zbioru pozwala na stwierdzenie: Varga mistrzem felietonu. Obecnie w naszym kraju celnością obserwacji i ciętym językiem dorównują mu nieliczni autorzy.

Stali czytelnicy rubryki „Kajet konesera”, do których się zaliczam, z całą pewnością wiedzą, o czym pisze jej autor. Wiadomość o zebraniu tych treści w jeden tom sprawiła im dużą radość. Tym, którzy kojarzą Vargę jedynie z prozą i być może nie wiedzieli, że pisze on również felietony, za wprowadzenie w temat niech posłużą cytaty ze wstępu książki.

„Mam wyraźną słabość do gromadzenia rzeczy zbędnych, a więc książek, płyt i filmów, dziwną przyjemność sprawia mi wydawanie pieniędzy na takie fanaberie, spożywanie i smakowanie dzieł kultury powoduje u mnie podejrzaną radość.”

„Dla tych, którzy jeszcze czytają, słuchają i oglądają, chcę pisać felietony.”

W zbiorze znajdziemy przede wszystkim teksty recenzujące książki, filmy, seriale czy płyty muzyczne, które z pewnych, niekoniecznie pozytywnych względów zwróciły uwagę autora. Jednak są też felietony dotyczące szerszych kwestii, wciąż aktualne, mogące być tematem do dyskusji i indywidualnego zastanowienia, jak np. kondycja i kierunek rozwoju polskiej kultury, uwagi dotyczące mentalności i gustu naszego społeczeństwa, a nawet refleksje o sytuacji politycznej w kraju, którą również obserwuje prawie każdy z nas.

 „Polska mistrzem Polski” nie jest lekturą uniwersalną, która przypadnie do gustu wszystkim. Z całą pewnością nie powinni brać jej do ręki wielbiciele gwiazd – tańczących, jeżdżących na lodzie, czy śpiewających. Obawiam się, że fani talentu aktorskiego Kasi Cichopek, telenowel oraz telewizji śniadaniowej także nie znajdą tam dla siebie nic interesującego. Pisarz bowiem wszelkie zjawiska kultury masowej rozjeżdża walcem krytyki, nie zostawiając na nich suchej nitki. Używa przy tym dosadnego języka, który również może drażnić wrażliwsze jednostki. Mogą to oczywiście zrobić na własną odpowiedzialność, ale tylko pod warunkiem, że mają duże poczucie humoru. Poza tym chyba wszyscy znamy powiedzenie o krowie i poglądach, więc może i dla nich jest nadzieja? Co ważne, wyraźnie rozgranicza on pojęcia kultury masowej i popkultury, w tej drugiej znajdując wiele wartościowych elementów.

Podejrzewam, że wielbiciele twórczości Krzysztofa Vargi będą zachwyceni tym tomem, ponieważ znajdą w nim wszystkie cechy charakterystyczne dla jego stylu: ironię, sarkazm, czarne poczucie humoru, a przede wszystkim ogromny dystans i specyficzną wizję świata. Pozostałych również namawiam do lektury. Można się bowiem z poglądami Vargi nie zgadzać, można z nimi polemizować, do czego sam zachęca, ale zawsze warto poznać inny punkt widzenia – choćby po to, by zastanowić się nad własnym i w efekcie być może go zmienić.

Ocena 9/10
K. Varga, „Polska mistrzem Polski”, Agora 2012.

* Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora http://kulturalnysklep.pl/VARGA/pr/-polska-mistrzem-polski--krzysztof-varga.html.



czwartek, 13 września 2012

W labiryncie opowieści



Niedawno na polskim rynku wydawniczym ukazało się wznowienie najsłynniejszej powieści Italo Calvino pt. „Jeśli zimową nocą podróżny”. Dla wszystkich, którzy do tej pory nie znali twórczości tego autora jest to doskonała okazja, by przeczytać jedną z najbardziej oryginalnych powieści XX wieku, przeżyć fascynującą literacką przygodę i dać pole do popisu własnej wyobraźni.


Tak naprawdę trudno streścić tę powieść w kilku zdaniach, bo sprytnie wymyka się ona wszelkim konwencjom czy klasyfikacjom. Chcąc powierzchownie opisać książkę, należałoby powiedzieć, że  jest ona zbiorem dziesięciu niedokończonych powieści, z których każda urywa się w kulminacyjnym momencie. Głównymi bohaterami są Czytelnik i Czytelniczka, którzy nie ustają w poszukiwaniach kompletnego tekstu oraz jego autora. Gdy wydaje się, że są już blisko celu, gubią trop, natrafiając na nowy, jeszcze bardziej intrygujący ślad. Podejrzanymi w sprawie są Hermes Marana – plagiator oraz pisarz Silas Flannery.


Książka jest mozaiką różnorodnych gatunków i stylów. Każda z dziesięciu niedokończonych historii jest ukłonem dla innego nurtu literackiego. Znajdziemy tu nawiązania do symbolizmu, realizmu magicznego, rosyjskiej powieści rewolucyjnej, czy francuskiego kryminału. Oczywiste są też skojarzenia z „Baśniami 1000 i jednej nocy”, twórczością Kafki, Poego, Chandlera. Tropienie tych śladów jest doskonałą zabawą dla czytelnika, choć wymaga sporego rozeznania literackiego. Kolejną rzeczą, która przykuwa uwagę i stanowi o wyjątkowości dzieła Calvino jest specyficzna narracja. Jej szkatułkowość przywodzi na myśl Borgesa. Doskonałym trikiem zastosowanym przez autora jest również bezpośrednie zwracanie się do Czytelnika. Tworzy to atmosferę intymności i daje poczucie bycia jedynym adresatem powieści.

„Jeśli zimową nocą podróżny” stanowi swego rodzaju rebus. W założeniu jest grą z czytelnikiem, w której może on ustalić własne reguły: nadać imiona postaciom, wymyślić własny przebieg akcji i zakończenie historii. Calvino daje w tym względzie nieograniczoną wolność, dzięki czemu my, zagłębiając się w lekturze, możemy nieustannie rozbudzać swoją wyobraźnię i dawać upust fantazji. Taka poszarpana fabuła ma jednak swoje konsekwencje. Książka zapewne nie przypadnie do gustu osobom lubiącym klasyczne powieści z uporządkowaną narracją, jasno określoną akcją i postaciami. Tutaj bowiem wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Nadążanie za zachodzącymi na siebie bądź nagle urywającymi się wątkami, wielość postaci i nawiązań do literatury oraz filozofii wymaga dużej koncentracji podczas czytania, a także sporej wiedzy.

Ta „eksperymentalna” powieść jest przede wszystkim hołdem złożonym literaturze, czytelnikom i wydawcom. Calvino odsłania sekrety pracy pisarza, mówi o mozolnym budowaniu intrygi, manipulacjach, którym poddawany jest czytelnik i sztuczkom, na które zawsze daje się on nabrać. Nie pomija tematu niemocy twórczej, podkreśla rolę wydawców, a także pozwala sobie na złośliwość wobec krytyków literackich. Wszystko to sprawia, że „Jeśli zimową nocą podróżny” jest lekturą obowiązkową dla każdego kto kocha książki. Nawet jeśli każda powieść jest tylko iluzją, sprytną manipulacją i zbiorem trików, to uwierzcie mi, że tej akurat warto ulec. Co więcej, mimo całej tej smutnej w gruncie rzeczy prawdy, którą pisarz brutalnie odkrywa, zapewniam, że tekst nie traci nic ze swojego piękna, oczarowuje, pozostawia żal, że to już koniec i ochotę na napisanie własnego dalszego ciągu. Tak więc – do dzieła!

Ocena:10/10
I.Calvino, "Jeśli zimową nocą podróżny", Wydawnictwo W.A.B. 2012.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B. http://www.wab.com.pl/?ECProduct=1359

poniedziałek, 3 września 2012

Podróżować znaczy żyć



Wakacje dobiegły końca, z letnich wyjazdów zostały już tylko barwne wspomnienia, a za oknami zamiast słońca coraz częściej widzimy deszczową szarość. 

W tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak zacząć planować kolejne wyjazdy. 

Jeśli marzycie o egzotycznych podróżach, ale brakuje wam odwagi i środków, by zacząć realizować plany, jeśli macie naturę odkrywców i przygoda pociąga was bardziej niż bezczynne plażowanie w wersji all inclusive, powinniście koniecznie sięgnąć po książkę „Światoholicy” Aleksandry i Jacka Pawlickich. 

Ta lektura z pewnością zainspiruje was do wymyślenia własnych tras i skłoni do natychmiastowego odkładania pieniędzy na bilety.

Aleksandra i Jacek Pawliccy to małżeństwo dziennikarzy. Ona pracuje obecnie w „Newsweeku”, on jest dziennikarzem i redaktorem „Gazety Wyborczej”. Jak czytamy w podtytule książki, razem podróżują od 20 lat, w czasie których zwiedzili 60 krajów na sześciu kontynentach. Od Wyspy Wielkanocnej po Ziemię Ognistą, od Laponii po Papuę.

„Światoholicy” nie są klasycznym przewodnikiem turystycznym. Nie znajdziemy tu więc informacji o zabytkach, najlepszych hotelach, czy cenach wstępów. W zamierzeniu autorów jest to bardziej opowieść o przyjemności podróżowania, radości płynącej z odkrywania świata, poznawania nowych kultur, ludzi, smaków. Na rozdziały składają się nie nazwy poszczególnych krajów, a słowa klucze, ważne dla każdego podróżującego, takie jak droga, samolot, łóżko, alkohol, mięso, toaleta, dzięki czemu książka, mimo nietypowej formy, nabiera bardzo praktycznego charakteru. Ponadto znajdziemy tu rozdziały poświęcone drzewu, ciału, śmierci i górze. Gdybym miała jednoznacznie zaklasyfikować tę książkę, zdecydowałabym się na określenie jej mianem literatury podróżniczej. Jednak zawiera ona elementy przewodnika i ktoś mógłby się przy tym upierać. Cóż, owszem można tak powiedzieć, ale z pewnością jest to przewodnik do podróżowania w stylu „off the road”. I to właśnie stanowi główny walor książki.

Z rozdziału dotyczącego drogi dowiadujemy się m.in. gdzie znajduje się najszersza ulica świata, dlaczego w Indiach najlepiej poruszać się motorową rikszą, na czym polega piękno drogi u podnóża Himalajów, którą Pawlicka uważa za najpiękniejszą, jaką przebyła w życiu, w którym mieście na świecie spotkamy sześć milionów motorów, dokąd prowadzi najpiękniejsza trasa kolejowa oraz dlaczego warto zobaczyć fiordy Patagonii. Z części poświęconej samolotowi dowiemy się jak przetrwać 36-godzinną podróż do Australii oraz jaki lot odbyć, by poczuć się niczym Karen Blixen w „Pożegnaniu z Afryką”. Równie cenne wskazówki dla obieżyświatów można znaleźć w rozdziale „Łóżko”. Przeczytamy tu, m.in. jakie emocje budzi nocleg w kopalni, dlaczego trzeba spędzić noc na Sawannie, jakie uroki posiada dom na Zanzibarze i w końcu, dlaczego najlepiej mimo wszystko śpi się we własnym, domowym łóżku. Autorka przyznaje, że na punkcie drzew ma fioła, dlatego postanowiła poświęcić im cały rozdział książki, opisując w nim najbardziej oryginalne, ciekawe okazy. Kolejne dwa rozdziały to istna gratka dla wielbicieli napojów wysokoprocentowych i mięsożerców. Dowiemy się z nich dlaczego największego kaca doświadczymy w Brazylii, gdzie powinni wybrać się smakosze piwa, by móc skosztować 500 jego rodzajów, jak smakuje piwo warzone przez Masajów oraz czy wietnamska wężówka jest grzechu warta. Dzięki sugestywnym opisom Pawlickiej możemy wyobrazić sobie, jak smakuje pieczeń z bawołu wodnego, jakburgery, czy suszone mięso bizona. Znajdziemy tu także informacje gdzie zjeść najlepsze steki na świecie. Kolejny rozdział omawia przyziemny problem toalet. Tutaj przeczytamy gdzie znajdują się najbardziej luksusowe toalety na świecie, co kryje się pod określeniami „sucha toaleta”, „bush toilet” i jak wyglądają drzwi typu „saloon”. W następnym rozdziale, dotyczącym ciała, poznajemy historię kobiet-żyraf, ludów Himba i Hamer, jak również najbardziej przerażającą opowieść o Mursi-kobietach z talerzami w ustach. Sporo uwagi w książce poświęcono śmierci. Jak mówi dziennikarka: „…pogrzeby, ceremonie śmierci, cmentarze to żelazny punkt każdej podróży. Są jak podróż w podróży, bo różnorodność obchodzenia się z ciałem i odmienność wierzeń jest oddzielnym światem.”

Główną zaletą „Światoholików” jest sposób opowiadania o podróżach. W tekście autorstwa Aleksandry Pawlickiej wyczuwa się olbrzymią pasję, wiedzę i długoletnie doświadczenie. Ten styl pozwala poczuć się uczestnikiem wypraw i sprawia, że książkę czyta się błyskawicznie. Całości dopełniają piękne zdjęcia Jacka Pawlickiego. Jednym z powodów takich wrażeń jest z pewnością fakt, że Pawliccy zawsze sami organizują swoje wyprawy, wynajmują miejscowych przewodników. Dzięki temu zawsze są blisko „prawdziwego życia” w danym miejscu i mają możliwość bycia tam, gdzie zwykły turysta nie ma szansy dotrzeć. Wyjątkowość tej publikacji polega również na tym, że autorzy nie podróżują znanymi szlakami, zbaczają z głównych tras, odkrywając to, co do tej pory było nieznane ogółowi. Niezwykle cenną częścią książki, zwłaszcza dla planujących dalekie podróże, jest „Nasz przepis na udaną podróż”, gdzie wymienione są najważniejsze składniki podróży i wskazówki, które można wykorzystać w praktyce. 

„Światoholicy” potwierdzają maksymę, że najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Obalają również mit, że dalekie, egzotyczne podróże wymagają posiadania ogromnych środków finansowych, a przede wszystkim namawiają, żeby się odważyć i na własną rękę odkrywać piękno świata, nawet jeśli oznacza to rezygnację z wygodnych hoteli i względnego poczucia bezpieczeństwa. Po przeczytaniu książki ma się ochotę by natychmiast spakować plecak, kupić bilet i wyruszyć na swój koniec świata. Czego oczywiście wam i sobie życzę.

Ocena: 8/10

Aleksandra Pawlicka/Jacek Pawlicki, "Światoholicy", Wydawnictwo Agora 2012.