sobota, 21 września 2013

Tajemnice Świętej Patrycji

Choć powieść „Święty Psychol” Johana Theorina ukazała się w serii ze strachem wydawnictwa Czarne i reklamowana jest jako thriller, zdecydowanie bliżej jej do powieści psychologicznej z dreszczykiem. Dodajmy, bardzo dobrej powieści.

Nie od dziś wiadomo, że aby stworzyć atmosferę grozy nie potrzeba wcale makabrycznych zbrodni, trupów ścielących się gęsto, krwi ściekającej z każdej strony książki, spektakularnych pościgów i strzelanin. Wystarczy umieścić akcję w oddalonym od świata szpitalu psychiatrycznym i natychmiast zaczynamy się bać.Właśnie z tego, sprawdzonego już wcześniej patentu skorzystał Theorin.

Jan Hauger – główny bohater książki jest przedszkolankiem z powołania. Tylko wśród dzieci czuje się bezpiecznie i uważa, że jako jedyne są one godne zaufania. Ma to związek z trudnymi przeżyciami z dzieciństwa. Pewnego dnia, powodowany chęcią uporania się z przeszłością, postanawia zmienić miejsce zamieszkania i podejmuje pracę jako opiekun dzieci w miasteczku Valla. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że przedszkole Polana, znajduje się na tyłach szpitala psychiatrycznego imienia świętej Patrycji – potocznie zwanym przez miejscowych Świętym Psycholem, a rodzice uczęszczających tam dzieci są w nim zamknięci. Placówka jest swego rodzaju eksperymentem, a dzieci stanowią istotny element, narzędzie w terapii rodziców. Lekarze badają, na ile kontakt z chorymi rodzicami wpływa na ich prawidłowy rozwój. Podejmując pracę Jan musi zgodzić się na przestrzeganie zasad tam obowiązujących. Jedną z naczelnych jest zakaz rozmów na temat pacjentów „świętego psychola”. Przedszkole ze szpitalem połączone jest podziemnym korytarzem, a jednym z obowiązków pracowników jest przeprowadzanie maluchów na spotkania z rodzicami.

Akcja powieści rozgrywa się bardzo powoli na kilku płaszczyznach czasowych. Z każdą kolejną stroną poznajemy coraz więcej faktów z przeszłości bohatera, pozwala to zrozumieć nam kierujące nim obecnie motywacje. Choć początkowo wydaje się, że w Polanie spotkali się ludzie kompletnie różni, przypadkowi, szybko okazuje się, że łączy ich wspólny cel, sekretny plan, który mają do zrealizowania po drugiej stronie muru. Atmosferę grozy u Theorina budują przede wszystkim pełne zakamarków piwnice, łączące przedszkole ze szpitalem, z których mamy ochotę natychmiast uciec z uczuciem silnej klaustrofobii oraz gęste lasy, w których błądzą bohaterowie. Kolejnymi interesującymi elementami są niejednoznaczna postawa głównego bohatera i ciekawie zarysowane osobowości pozostałych postaci oraz  łączących je relacji, które pozostawiają czytelnikowi duże pole do tworzenia własnych scenariuszy i interpretacji.

„Święty Psychol” traktuje jednak przede wszystkim o złożoności ludzkiej natury, samotności i wyobcowaniu trudnym do zniesienia, a przede wszystkim o miłości niemożliwej, która trwa bez względu na okoliczności i upływający czas. Autor przekonuje, że są rany, których nie goi czas i krzywdy, których nie da się odkupić, a zło bez względu na okoliczności i intencje zawsze pozostaje złem.

Na pierwszy rzut oka powieść wydaje się bardzo przewidywalna, a tempo rozwoju akcji pozostawia wiele do życzenia. Z każdą kolejną stroną przekonujemy się jednak, że jest ona konstrukcyjnym majstersztykiem. Autor zaskakuje przewrotnością proponowanych rozwiązań, błyskotliwie myli tropy. Kiedy wydaje nam się, że już wszystko wiemy Theorin serwuje nieoczywiste zakończenie, pokazując, że za wcześniej straciliśmy czujność, bo w jego twórczości nie ma miejsca na oczywiste schematy.

Ocena: 8/10
J. Theorin, „Święty Psychol”, Wydawnictwo Czarne 2013.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne http://czarne.com.pl/


środa, 11 września 2013

Opowieść derwisza

„Sufi” to debiut powieściowy Elif Şafak, który w Polsce ukazuje jako szósta z kolei powieść autorki. 

Znajdziemy w niej wszystkie znaki „szczególne” twórczości pisarski: fascynację mistycyzmem, umiłowanie alegorycznych opowieści rodem z „Baśni tysiąca i jednej nocy”, szacunek dla słowa i dawnych przekazów ustnych. 

Zwolennicy będą usatysfakcjonowani, sceptycy z kolei mogą odnieść wrażenie, że wciąż czytają tę samą książkę.


Şafak przyzwyczaiła swoich czytelników do wielowątkowości swoich utworów i mnogości występujących w nich bohaterów. Nie inaczej jest tym razem. Młody chłopiec o imieniu Pinhan trafia do klasztoru derwiszów. Młodzieniec nosi w sobie wstydliwą tajemnicę o swojej dwoistej naturze. Ów sekret jest powodem ciągłego smutku i cierpienia. Wśród doświadczonych mędrców próbuje zrozumieć sens swojej przypadłości. Pewnego dnia chłopiec postanawia wyruszyć w podróż, która ma mu pomóc w znalezieniu własnego miejsca w świecie, miłości, a przede wszystkim zbudowaniu swojej indywidualnej historii. W ten sposób trafia do Stambułu. Od momentu wyruszenia w drogę dużo ważniejsze od głównego bohatera stają się postaci, które spotyka, zanim dotrze do celu.


Podczas wędrówki Pinhan spotyka same barwne osobowości. Wśród nich są między innymi karzeł, wędrowny sprzedawca alkoholu, staruszki zaprzyjaźnione z dżinami,  ułomna dziewczynka o niezwykłych zdolnościach, a także zwykli rzezimieszkowie. Każda z tych postaci przynosi z sobą nową, coraz bardziej nieprawdopodobną opowieść, a my z każdą kolejną stroną coraz bardziej oddalamy się od rzeczywistości, wchodząc w magiczny świat baśni.

„Sufi” pełen jest symboli i ukrytych znaczeń. Bohaterów nawiedzają prorocze sny i objawienia. Oprócz wątków mistycznych, pojawiają się również odniesienia do filozofii Empedoklesa, który uważał, że wszechświat powstał z czterech żywiołów. Na kartach powieści znajdziemy mnóstwo filozoficznych rozważań na temat roli przeznaczenia w życiu, osobistego kształtowania swojego losu. Głównym problemem wplecionym w fabułę wydaje się jednak ten, o potrzebie życia w zgodzie z samym sobą, bez względu na przeciwności losu.

Szkatułkowa budowa powieści powoduje, że momentami ginie w niej wątek główny, co sprawia wrażenie chaosu. Poetycki język jest z kolei przesadnie naładowany ozdobnikami, metaforami. Dużo tu również cytatów, fragmentów wierszy i poematów. Niektóre frazy brzmią, jak żywcem wyjęte z prozy Paulo Coelho. Mimo tych niedociągnięć warto pamiętać, że jest to debiut pisarki. Książka ukazała się w Turcji dwadzieścia lat temu, poruszenie tematu homoseksualnej orientacji w tamtym czasie wymagało odwagi i wywołało szok w społeczeństwie. Wydaje się, że między innymi za tę odwagę Şafak dostała za „Sufiego” Nagrodę Rumiego w 1998 roku.

Ocena: 6/10
E. Safak, „Sufi”, Wydawnictwo Literackie 2012.

wtorek, 3 września 2013

Sensacyjne impresje

Dzieła sztuki, ich kradzieże i brawurowe odzyskiwanie to motyw bardzo często wykorzystywany, nie tylko w literaturze, ale także w kinie. 

Jako, że temat jest wyjątkowo nośny jego wykorzystanie, przy odrobinie talentu, fantazji twórcy kończy się stworzeniem bestselleru lub nieśmiertelnego hitu filmowego. 

W swojej najnowszej powieści „Bezcenny” posłużył się nim także Zygmunt Miłoszewski – podobno jeden z najzdolniejszych ostatnio autorów kryminałów w naszym kraju. 

Z całą pewnością osiągnął zamierzony efekt, bo książka sprzedaje się jak ciepłe bułeczki i zagościła na szczytach Empikowej listy przebojów. Faktycznie czyta się ją szybko, choć bez przesadnego zachwytu i z odrobiną znużenia, wywołanym nie tylko sporą objętością całości.


Przerwa urlopowa i chwilowa niechęć do tzw. ambitnej literatury sprawiła, że postanowiłam zagłębić się w kryminały – gatunek, którym w wakacje zachwycają się wszyscy od Bałtyku po Tatry. Dotychczas nie byliśmy przesadnie zaprzyjaźnieni, choć wielokrotnie podejmowałam próby nawiązania głębszych relacji, ale zawsze kończyły się one wnioskiem, że po Christie i Larssonie nic mnie nie zachwyci, więc nie ma to większego sensu. Na szczęście zawsze można zmienić zdanie…Tym właśnie sposobem trafiłam na Miłoszewskiego. Był to mój pierwszy kontakt z pisarzem. Dość późny, przyznaję, bo „przegapiłam” jego dwie wcześniejsze, najpopularniejsze dotąd powieści, czyli sfilmowane przez Jacka Bromskiego „Uwikłanie” oraz kolejną „Ziarno prawdy”- cykl o przygodach prokuratora Szackiego.. W swojej ocenie nie będę, więc porównywać, czy „Bezcenny” jest od nich lepszy czy gorszy i jak postępuje rozwój autora na przestrzeni lat.


Akcja powieści została osnuta wokół zaginionego w czasie II wojny światowej „Portretu Młodzieńca” Rafaela Santi. Do Polski dociera informacja, że jest on w posiadaniu amerykańskiego biznesmena, a jedynym sposobem jego odzyskania jest kradzież. Do tego zadania zostaje powołana „grupa specjalna”, z dr Zofią Lorentz – urzędniczką MSZ, zajmującą się odzyskiwaniem dla Polski zrabowanych dzieł sztuki. Towarzyszą jej ambitny marszand - Karol Boznański, były współpracownik służb specjalnych – Anatol oraz szwedzka złodziejka – Lisa. Okazuje się, że bezcenne dzieło sztuki jest zaledwie początkiem zagadki, której rozwiązanie może wpłynąć nie tylko na losy Polski, ale również świata.

W „Bezcennym” na pierwszy rzut oka wszystko teoretycznie się zgadza. Mamy ciekawie, z małymi wyjątkami (Zofia Lorentz) narysowanych bohaterów, wartką akcję, dużo fachowej, interesującej wiedzy z historii sztuki. Im bardziej zagłębiamy się w lekturze, tym więcej dostrzegamy mankamentów. Po pierwsze wydaje się, że autor zapędził się nieco we własnej fantazji. W książce znajdziemy bowiem zamach terrorystyczny, brawurowe pościgi, strzelaniny, oddział Marines, nawiązania do Bonda, Indiany Jonesa, jakby komuś było mało jest jeszcze obowiązkowa w tej konwencji wycieczka do Szwecji. Można to oczywiście nazwać czerpaniem z najlepszych tradycji kryminału i nie ma w tym nic złego, pod warunkiem zachowania umiaru, którego tutaj zabrakło. Wygląda to trochę tak, jakby Miłoszewski wrzucił do jednego kotła wszystkie książki i filmy, które mu się podobają i wymieszał. Zapomniał tylko, że taka potrawa może być ciężkostrawna, bo niektóre zaproponowane sceny, zamiast napięcia wywołują śmiech, zupełnie niepotrzebne wydają się też aluzje polityczne. Być może właśnie to nagromadzenie inspiracji sprawiło, że w książce są momenty przestoju i dłużyzny, które w kryminałach, sensacji raczej nie powinny się zdarzać. Niektóre sceny, opisy są zbyt rozwlekłe, co niepotrzebnie zwiększa objętość książki. Skondensowanie narracji z całą pewnością nie przyniosłoby uszczerbku dla interesującego tematu głównego. Ogromny plus za erudycję i przemycenie przy okazji sporej dawki ciekawostek.

W udzielonym niedawno Małgorzacie Domagalik wywiadzie Miłoszewski powiedział: „… nie ma skromnych pisarzy…Oczywiście, że chcę być podziwiany. Chcę być najsłynniejszym pisarzem świata.” Dalej dowiadujemy się, że planem minimum pisarza jest, aby jego książka była w każdym polskim domu. Cóż nie od dziś wiadomo, że warto mieć marzenia i zawsze trzeba mierzyć wysoko. Zalecam jednak odrobinę pokory, bo po lekturze „Bezcennego” stwierdzam, że do mistrzostwa, tytułów i pławienia się w blasku i chwale droga daleka.

Ocena: 6/10
Z. Miłoszewski, „Bezcenny”, Wydawnictwo W.A.B. 2013.



niedziela, 11 sierpnia 2013

Paris, Paris…

Wydaje się, że o tym mieście napisano już wszystko, co było do napisania. Mimo to, wciąż pojawiają się nowe publikacje na temat metropolii i znajdują rzesze zainteresowanych czytelników.

 Światowa stolica mody, mekka artystów, miasto miłości, świateł, to tylko niektóre z etykiet, które towarzyszą mu od lat. 

Czarowi Paryża uległy również Małgorzata Gutowska – Adamczyk i Marta Orzeszyna, pisząc „Paryż. Miasto sztuki i miłości w czasach Belle Epoque”. 

Trzeba przyznać, że jest to jedna z najsolidniejszych merytorycznie i najładniej wydanych publikacji na ten temat w ostatnich latach.


We wstępie napisanym przez autorki czytamy: „…Z naszych lektur, poszukiwań narodził się z kolei ten album. Przyjęłyśmy najszersze z możliwych ramy czasowe od 1870 do 1914 roku. Nasza opowieść nie aspiruje do uniwersyteckiego wykładu. Jest raczej zbiorem opowieści o mieście i ludziach w tym szczególnym czasie, jakim była belle époque…”


Publikacja została podzielona na następujące rozdziały: Belle Epoque. Blaski i cienie pięknej epoki – została tam opisana sytuacja polityczna, poprzedzająca okres rozkwitu, ogromne podziały społeczne i ekonomiczne, które występowały. W kolejnym „Paryż – miasto nowoczesne”, czytamy o olbrzymiej przebudowie miasta, dokonanej przez Georgesa Hausmanna. Kolejna część nosi tytuł „Paryż codzienny”, znajdziemy tam ciekawe informacje na temat zacierania się klas społecznych, wielkich rodach arystokratycznych, paryskich bulwarach, które stały się centrum życia towarzyskiego wyższych sfer i ubogich obrzeżach metropolii, rodzącej się reklamie oraz typach paryskich: flaneur, apaszach midinetkach, gryzetkach i wielu innych barwnych grupach, które przewijały się przez ulice Paryża. W tak wyczerpującym opracowaniu nie mogło zabraknąć wątku „Polaków w Paryżu”. Autorki poświęcają uwagę nazwiskom rodaków, którzy zyskali w stolicy Francji pewną sławę. Wśród nich m.in: Maria Skłodowska – Curie, Ignacy Paderewski, Stacia Napierkowska, Olga Boznańska, Jan Chełmiński. Pojawia się również kwestia „Kobiet w Belle Epoque”. Przeczytamy tu rysy biograficzne dam do towarzystwa, artystek, działaczek społecznych, Kolejne rozdziały to: „Paryż mekką artystów”, „Sztuka i miłość, czyli słynne pary”, „Paryż się bawi”, „Paryż – miasto postępu”, „Paryż stolicą mody”

Niektóre informacje zawarte w albumie „Paryż miasto sztuki i miłości…” można znaleźć również w innych opracowaniach historycznych, dotyczących miasta. Bogaty materiał źródłowy wykorzystany przez autorki sprawia, że znajdziemy tu również unikalne smaczki i ciekawostki, które czynią książkę wyjątkową. Dodatkowym atutem, podobnie jak w poprzednich książkach serii są piękne zdjęcia i staranne wydanie. Wszystko to sprawia, że lektura albumu nie tylko wzbogaci naszą wiedzę, ale również będzie przyjemnym przeżyciem estetycznym. Z całą pewnością może też być inspiracją do zaplanowania wyprawy do Paryża, a to w okresie wakacyjnym spory argument na plus.

Ocena: 7/10
M. Gutowska – Adamczyk, M. Orzeszyna „ Paryż. Miasto sztuki i miłości w czasach belle époque.” Wydawnictwo Naukowe PWN 2012.

*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Domu Wydawniczego PWN http://www.dwpwn.pl/

piątek, 2 sierpnia 2013

Trochę nudny poniedziałek

Gdy słupki rtęci na termometrach znacznie przekraczają 30̊ C należy sięgać po lektury lekkie, łatwe i przyjemne. 

Kierując się tą właśnie zasadą, postanowiłam przeczytać najnowszą książkę Katarzyny Grocholi pt. „Trochę większy poniedziałek”. 

Żeby była jasność, nie spodziewałam się po tym zbiorze tekstów literackiego olśnienia. 

Lektura zawodzi jednak, nawet przy znacznym obniżeniu wymagań. Owszem jest lekko, ale przy tym momentami zbyt banalnie i nudno niestety.


Nie jestem fanką tzw. literatury kobiecej, na co dzień praktycznie nie sięgam po tego typu książki. Do takiego wyboru skłoniła mnie chęć odpoczynku od „cięższej” tematycznie literatury faktu, w której gustuje. Zdecydowałam się sięgnąć po Grocholę, bo cenię ją najbardziej spośród rodzimych twórczyń tego gatunku. Za wyrazistą osobowość, optymizm i nieprzesadne zajmowanie się tak modną ostatnio kreacją wizerunku, a przede wszystkim za to, że jej powieści, w przeciwieństwie do (po) tworów niektórych koleżanek po fachu, pod względem warsztatowym z reguły da się czytać bez zgrzytania zębami. Dodatkowym wabikiem była informacja, że jest to zbiór felietonów, które uwielbiam.


Usprawiedliwieniem słabego poziomu tekstów może być fakt, że jest to zbiór felietonów publikowanych na łamach różnych czasopism w latach 1998 – 2002, czyli z okresu zanim Grochola stała się TĄ poczytną pisarką od „Nigdy w życiu” i innych części przygód Judyty, która została okrzyknięta polską Bridget Jones. Teksty można uznać za pisarskie wprawki, które z pewnością dotychczas były głęboko schowane w domowym archiwum. We wprawianiu się nie ma oczywiście nic złego, każdy kiedyś zaczynał i z reguły nie od razu osiągał literacki Olimp. Powstaje jednak pytanie, czy popyt na autora naprawdę zawsze wymaga publikacji jego wszystkich, najwcześniejszych nawet utworów? Wydaje mi się, że nie, takie powroty do przeszłości bywają niekiedy bardzo bolesne, a przede wszystkim niepotrzebne. Pozycja Grocholi na rynku wydawniczym jest niezagrożona, nie musi przypominać o sobie czytelnikom, ratować wizerunku, a tym bardziej łatać dziur w budżecie i zgadzać się na każdą propozycję. Biorąc pod uwagę te czynniki, wydanie tej książki jest nieco niezrozumiałe. Będę jednak życzliwa i uznam, że letnie repertuary wydawnicze również trzeba jakoś zapełnić, a wielbicielki, których z pewnością nie brakuje, niecierpliwe czekają na każdy nowy tytuł.

Felietony z grubsza rzecz biorąc po trosze są o wszystkim, ale przede wszystkim, jak to bywa u Grocholi o zawiłościach relacji damsko – męskich, miłości, przyjaźni, zazdrości oraz innych targających zwłaszcza kobietami emocjach. Teksty ukazywały się w cyklu miesięcznym. Ich tematyka jest, więc po części dostosowana do kalendarza. Znajdziemy tu historie odpowiednie na święta, Sylwestra, wakacje, Walentynki i inne tego typu okazje. Są opowieści o dietach, stylu życia, byciu kobietą elegancką, urokach życia na wsi, domowych porządkach i inne tego typu. Pojawiają się w nich postaci i dialogi wykorzystane później w „Nigdy w życiu” i pozostałych książkach serii. Poznajemy więc przyjaciółkę Ulę, pana od węgorza, który być może jest pierwowzorem książkowego pana od błękitnych kopert, a także niepokorną córkę autorki.

Całości nie można odmówić pozytywnego przesłania, optymizmu i poczucia humoru – znaków rozpoznawczych twórczości Grocholi. Pisarka po raz kolejny przekonuje czytelniczki, że nie ma sytuacji bez wyjścia, na zmiany nigdy nie jest za późno i wyłącznie naszym wyborem jest to, w jakich barwach widzimy świat. Pojawia się tu cały zestaw życiowych mądrości i prostych prawd, które wydają się oczywiste. Niektórzy jednak potrzebują, by ktoś z zewnątrz stale im to uświadamiał. Ta grupa z całą pewnością będzie w pełni zadowolona z lektury.

„Trochę większy poniedziałek” to rzecz dla zagorzałych fanów autorki. Ci, którzy do nich nie nalezą, ale jednocześnie patrzą w miarę przychylnym okiem na resztę twórczości autorki tą pozycję mogą sobie śmiało odpuścić i cierpliwe czekać na kolejną powieść. Wydaje mi się, że w nich jest dużo więcej polotu, błyskotliwości, a przede wszystkim akcji, jakkolwiek śmiesznie brzmi to słowo w odniesieniu do literatury kobiecej.

Ocena: 5/10
K. Grochola, „Trochę większy poniedziałek”, Wydawnictwo Literackie 2013.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/


środa, 17 lipca 2013

Z wizytą w raju dla smakoszy

Lato w pełni, wakacyjne wojaże pełne przygód i poznawania nowych smaków też. 

Jeśli ktoś nie może sobie pozwolić na daleką, egzotyczną wyprawę, a przy tym uwielbia testować swoje kubki smakowe, czym prędzej powinien sięgnąć po nową książkę Michaela Bootha pt. „Sushi i cała reszta”. 

Ostrzegam: ta podróż ma jedną wadę – kończy się błyskawicznie, bo książkę pochłania się podczas jednej letniej sjesty.


Przyznaje szczerze, że moja wiedza o kuchni japońskiej, przed lekturą tej książki była do tej pory znikoma, żeby nie powiedzieć żadna. Ograniczała się właściwie do trzech nazw: sushi, wasabi, sos sojowy. W mojej pamięci utkwił też makaron sobą, niezwykle zachwalany przez znajomą. I to by było na tyle. Sądząc po wciąż rosnącej w dużych miastach liczbie lokali popularnie zwanych suszarniami, wiedza większości Polaków jest podobnie ograniczona. Lektura książki pokazuje, że Europejczycy, nawet ci, którzy gotują świetnie i są biegli w temacie, bez wizyty w Japonii, tak naprawdę nie mają możliwości poznania prawdziwej japońskiej kuchni.


Michael Booth – dziennikarz, autor dość popularnej u nas książki „Jedz, módl się jedz” (PWN 2012), tym razem zabiera nas w kulinarną podróż po Kraju Kwitnącej Wiśni. Inspiracją do odbycia tak dalekiej eskapady stała się dla niego lektura książki „Kuchnia japońska. Prosta sztuka.” Shizuo Tsujiego. Booth postawił sobie za cel, sprawdzenie, czy i jak zmieniła się kuchnia japońska od czasu ukazania się tej publikacji i zgłębienie tajników diety Japończyków, która zapewnia im upragnioną przez wielu długowieczność. Zarezerwował więc bilety dla całej czteroosobowej rodziny, zaplanował trasę, wiodącą od Hokkaido do Tokio, Kioto, Osaki, Fukuoki, po wyspy Okinawa i wyruszył w drogę.

Wraz z autorem mamy możliwość odwiedzenia restauracyjnej dzielnicy Kabukicho w Tokio, poznania od kulis najsłynniejszego kulinarno – rozrywkowego show SMAP. Ciekawostką jest, że według niektórych szacunków 40% japońskiej produkcji telewizyjnej to programy o jedzeniu! Również w Tokio znajduje się Kappabashidori – ulica akcesoriów kuchennych. Po tej garstce informacji maniacy gotowania, z całą pewnością stwierdzą, że oto jest ich raj na ziemi i zaczną planować podróż. Niech ten wstęp was jednak nie zmyli, autor nie zajmuje się tylko tematami około kulinarnymi, najważniejsze są japońskie specjały. Poznajemy, więc sekret idealnej tempury, smak prawdziwego wasabi, najlepszego sushi, lokalnych ryb i przysmaków. W opowieści o kuchni Kraju Wschodzącego Słońca nie mogło oczywiście zabraknąć rozdziałów o sake, miso, wołowinie z Kobe, czy sosie sojowym. Jeśli jesteście zagorzałymi przeciwnikami glutaminianu sodu, dodawanego do każdej potrawy, możecie być bardzo zaskoczeni tym, co Booth pisze na jego temat, chociażby, dlatego, warto sięgnąć po tę książkę.

Kluczem do sukcesu podróży, a co za tym idzie udanej lektury jest fakt, że dziennikarz poznaje japońską kuchnię rozmawiając ze specjalistami w danej dziedzinie, dociera do miejsc, które nie były pokazane wcześniej nikomu innemu. Jada w najlepszych restauracjach, spędza czas z najlepszymi szefami kuchni, śledzi dwie największe szkoły gotowania, na które podzielona jest Japonia: Kanto na wschodzie i Kansai na zachodzie. Czasami zbacza z utartego szlaku i kierując się intuicją i podpowiedziami lokalnych znawców, trafia do unikalnych miejsc. Dzięki takiemu podejściu i my – czytelnicy możemy się przez chwilę poczuć jak odkrywcy, a to wydaje się jedną z najważniejszych zalet każdej lektury. Autor wybrał się w tę daleką podróż z całą rodziną, a to z kolei sprawia, że tekst pełen jest zabawnych sytuacji z udziałem dzieci, lekkości i poczucia humoru. Czyż wakacyjnym lekturom trzeba czegoś więcej?

Ocena: 7/10
M. Booth, „Sushi i cała reszta”, Dom Wydawniczy PWN 2013.

*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Domu Wydawniczego PWN http://www.dwpwn.pl/


wtorek, 2 lipca 2013

Związki i rozwiązki miłosne

W najnowszej książce pt. „Ości” Ignacy Karpowicz po raz kolejny potwierdził swe literackie zdolności. Cechuje ją mnóstwo interesujących zawiłości w warstwie narracyjnej i niesłychana giętkość w sferze językowej. Wszystko to sprawia, że powieść jest bliska doskonałości i z całą pewnością zasługuje na miano najciekawszej, wakacyjnej nowości.


Swymi poprzednimi tekstami Karpowicz dorobił się miana jednego z najlepszych w literaturze polskiej socjologów i badaczy relacji międzyludzkich. Jednocześnie przyzwyczaił swoich czytelników, że każda jego prozatorska wypowiedź jest zaskoczeniem, a wszelkie reguły i konwencje, istnieją wyłącznie po to, by je łamać, dobrze się przy tym bawiąc. Nie inaczej jest tym razem, kiedy na warsztat został wzięty temat rodziny. Pisarz pokazuje, że w dzisiejszym społeczeństwie tzw. tradycyjny model rodziny jest coraz mniej aktualny, wartości zawarte w przysiędze małżeńskiej stwarzają wiele interpretacyjnych możliwości, związki można budować na różnym poziomie złożoności, a jedynym, co obowiązuje w ich tworzeniu jest zasada dowolności.


Lektura „Ości” jest jazdą bez trzymanki, przy której, radzę jednak zachować maksymalną koncentrację uwagi, bo można się pogubić w mnogości występujących w rolach głównych bohaterów i łączących ich więzi.

Na scenie tej tragikomicznej historii pojawiają się dwie z pozoru normalne rodziny. Pierwszą z nich jest małżeństwo Szymona i Mai – wykształceni przedstawiciele pokolenia trzydziestolatków i ich nastoletni syn Bruno. Para przeżywa kryzys: ona traci pracę, on wyjeżdża na roczny staż do Berlina. W czasie rozłąki oboje poznają nowych partnerów, sami jednak nie mają ochoty na definitywne zakończenie swojej relacji. W efekcie decydują się, więc na życie w przyjaznym układzie we czworo. Drugi „sojusz” polsko – azjatycki tworzą Maria, Kuan i ich syn Patryk. Z tą rodziną wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że Kuan żyje w homoseksualnym związku z Norbertem, na domiar wszystkiego po godzinach występuje jako drag queen Kim Lee, w jednym z nocnych klubów. Norbert natomiast równocześnie jest zakochany w starszej od siebie kobiecie o imieniu Ninel.  Za mało komplikacji? Na dokładkę jest, więc jeszcze Andrzej – przyjaciel Mai, żyjący w homoseksualnym związku z Krzysztofem.

Obie te konstelacje trwają, poszerzając się i ewoluując wewnętrznie. Każda z nich została zbudowana jednak na innych fundamentach i „trzyma się” z innych powodów. Marię i Kuana wiążą przede wszystkim tradycyjne wartości: miłość, lojalność, odpowiedzialność a przede wszystkim rodzicielskie powinności. Druga, jest dużo bardziej chwiejna, można odnieść wrażenie, że powstała wyłącznie z powodu niezdecydowania Mai, która proponuje Szymonowi pewien układ, w ramach, którego mają żyć w czworokącie.

Pod płaszczykiem otwartości, kipi hipokryzja, buzują „zdrowe” emocje. Maria – ultrakotoliczka, stojąca na straży porządku i moralności, woli poświęcić własną godność dla zachowania pozorów normalności. Wybiera, więc wygodną postawę niedopuszczania faktów i zachowań do świadomości. Norbert, który jest w gruncie rzeczy rasistą, homofobem i mizoginem również nie pokazuje swojego prawdziwego ja, dla zachowania stabilności układu i nierozerwalności więzi. Wydaje się, że te przemilczenia paradoksalnie jeszcze silniej wiążą członków rodziny, którzy jak się okazuje, mają wspólny cel.

„Ości” na okładce opisywane są, jako potężna plotka. I rzeczywiście tropiciele sensacji, z całą pewnością doszukają się tu rzeczywistych odpowiedników z kręgów elit warszawskich. To jednak wydaje mi się najmniej istotny, spłycający całość aspekt.

Osobnym bohaterem powieści jest język: barwny soczysty, zniekształcony, powykręcany. Słowa starają się tu za wszelką cenę nadążyć za skomplikowaną, dynamiczną sytuacją bohaterów. Już pierwsze zdanie książki, wypowiadane przez Maję: „Autobus wolno stał w korku i niepoprawnym związku frazeologicznym.”, zapowiada fantastyczną grę słowną, która trwa przez całą powieść. Swoją drogą Karpowicz wykazał się tu niebywałym słuchem literackim i zdolnościami słowotwórczymi, w czym dorównuje mu w Polsce jedynie kilku autorów.

W „Ościach” dostajemy wszystko to, co w twórczości Karpowicza najlepsze: abstrakcyjne poczucie humoru, ironię i groteskę w dawce wielokrotnie zwiększonej w porównaniu z poprzednimi powieściami. Dostajemy też po raz kolejny niezwykle trafną diagnozę społeczną. Nie należy się jednak obawiać tych poważnych tonów, bo Karpowicz po raz kolejny nie oferuje sztampowego zakończenia, pozostawia dowolność w dopisywaniu dalszego ciągu, nie wystawia surowych ocen swoim bohaterom, a co najważniejsze trzyma się z daleka od politycznej poprawności.

Ocena: 9/10
I.Karpowicz, „Ości” Wydawnictwo Literackie 2013.

*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/2522/osci---Ignacy-Karpowicz