poniedziałek, 22 czerwca 2015

W niespełnieniu

Nauczycielka” Judith W. Taschler , to prosta historia o trudnej miłości. O jej wyjątkowości bardziej decyduje forma niż treść.
Niech nie zniechęci Was niepozorny, wieloznaczny tytuł i nie zwiodą zapowiedzi wydawcy. Kryje się pod nim kipiąca emocjami, kameralna powieść obyczajowa, mająca niewielki związek z nauczaniem.


Matylda chce  zostać nauczycielką niemieckiego, Xawer jest początkującym pisarzem. Poznają się w czasie studiów, zakochują w sobie. Łączy ich zamiłowanie do literatury i opowiadania historii, dzielą cele życiowe, Ona nade wszystko pragnie zostać matką i mieć rodzinę, której brakowało jej w dzieciństwie. On marzy o globalnej sławie i uznaniu, rodzina nie znajduje się na liście priorytetów. Matylda osiąga swój zawodowy cel, bierze na siebie ciężar utrzymania domu i nieustannie wspiera ukochanego, by mógł w spokoju szlifować swój talent. Z upływem lat myśl o dziecku staje się obsesją kobiety, z kolei próby literackie Xawera są dalekie od doskonałości i nie przynoszą spodziewanych rezultatów. Frustracja obu stron rośnie lawinowo. Pewnego dnia, po szesnastu latach związku Matylda zastaje puste mieszkanie, Xawer znika bez pożegnania.


Do tego momentu jest to klasyczna, niczym nie wyróżniająca się opowieść o miłości. Zarówno bohaterowie, jak i motywy ich postępowania i tzw. tło wydają się aż nazbyt oczywiste i sztampowe. Na szczęście, kiedy lektura zaczyna nudzić, bo wydaje się, że wszystko jest jasne i nic już nie zaskoczy, w prezencie od autorki dostajemy zwrot akcji, który ratuje czytelników przed zaśnięciem i przywraca im ciekawość tego, co będzie dalej?

Przy okazji warsztatów pisarskich Xawer i Matylda spotykają się ponownie, po latach mają szansę wyjaśnić sobie niedomówienia z przeszłości. On przyjeżdża do szkoły, w której ona jest oddaną swojej pracy nauczycielką, jako znany pisarz, któremu udało się odnieść sukces. Początkowo w rozmowach, ze strony Matyldy pojawia się mnóstwo żalu, pretensji, rozgoryczenia, z czasem jednak uspokaja się, nabiera dystansu, próbuje zrozumieć, dlaczego ukochany odszedł do innej kobiety i dał jej dziecko, którego nigdy nie chciał mieć.

W historii pojawiają się coraz to nowe wątki, kolejni bohaterowie, napięcie rośnie stopniowo. Prostota zmienia się w skomplikowaną, niejednorodną gatunkowo układankę. Klarowne dotąd postaci zyskują nowy rys, zostają przełamane, dzięki czemu jednoznaczna, kategoryczna ocena ich postaw nie jest już tak łatwa, wymaga refleksji.

Ciekawa jest sama forma powieści. Losy Matyldy i Xawera opowiedziane są poprzez splot listów, które wymieniają między sobą, wymyślonych historii opowiadanych sobie nawzajem oraz dialogów z rozmów przeprowadzonych na żywo. Z jednej strony podkreśla to ważność komunikacji międzyludzkiej, z drugiej pokazuje, że nawet najbliżsi sobie ludzie mają z nią poważny problem i te same fakty widzą i interpretują w całkowicie inny sposób. Ponadto taka, a nie inna forma dodaje całości klimat intymności i kameralność.

„Nauczycielka”, to przede wszystkim powieść o niespełnieniu, straconych złudzeniach, niewykorzystanych szansach, winie, karze, przebaczeniu i w końcu o uzdrawiającej mocy literatury. Choć są to motywy wykorzystywane przez pisarzy od wieków, Taschler ostatecznie udało się „ugryźć” temat w nieco inny sposób. Całość jest przejmująca i zostaje w głowie na dłużej.

Ocena: 7/10
J.W. Taschler, „Nauczycielka”, Wydawnictwo W.A.B. 2015.

sobota, 6 czerwca 2015

Nieznośny ciężar dorosłości

Andrzej Saramonowicz – twórca kinowych hitów: „Lejdis” i „Testosteronu”, postanowił sprawdzić swe umiejętności na polu prozatorskim. Efekt? Popliteratura, do przełknięcia w jeden wieczór, nie powodująca skutków ubocznych.


Po sukcesie swoich filmów Saramonowicz został uznany za specjalistę od komedii. Udało mu się bowiem coś, co przez wiele lat było nieosiągalne dla innych rodzimych twórców gatunku. Połączył rozrywkę na dobrym poziomie z sukcesem frekwencyjnym, a niektóre dialogi z wyżej wymienionych tytułów weszły do codziennego języka. Kolejne filmy nie powtórzyły sukcesu pierwszych, w temacie filmowym nastała cisza, ale życie jak wiadomo nie znosi próżni. Saramonowicz zmienił więc branżę i stworzył „Chłopców” – powieść, będącą niejako przedłużeniem filmowych dokonań. Autor w dalszym ciągu porusza się bowiem, w znanym sobie i rozpracowanym wcześniej obszarze komedii obyczajowo – erotycznej.


Główny bohater Jakub Solański jest uznanym neurochirurgiem, świeżo upieczonym rozwodnikiem w średnim wieku, a co najważniejsze ojcem 11 – letniego Mateusza. W ramach korzystania z odzyskanej wolności stary Solański zostaje seksoholikiem. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności obiektami jego zainteresowania są przede wszystkim matki szkolnych kolegów Matiego. Temu ostatniemu nie przysparza to oczywiście popularności w towarzystwie i nie ułatwia zbudowania na nowo relacji z ojcem.

Narracje ojca i syna w powieści prowadzone są równolegle. W rolę nad wiek dojrzałego, świadomego i odpowiedzialnego wcielony został jedenastolatek, który obserwuje, surowo ocenia i błyskotliwie komentuje poczynania ojca. Mateusz chciałby w dalszym ciągu widzieć w tacie bohatera z niedawnego dzieciństwa, jego zachowanie sprawia jednak, że staje się antywzorcem, nie dającym poczucia bezpieczeństwa. Solański senior chciałby być z kolei lepszym rodzicem, skupienie na sobie, niefrasobliwość i spłycone postrzeganie rzeczywistości uniemożliwiają mu jednak zrozumienie syna.
„Chłopcy” poruszają kilka wydawałoby się poważnych tematów. Wśród nich:  syndrom Piotrusia Pana, kwestia losu powtórzonego, poszukiwania własnej tożsamości i osamotnienia w świecie pełnym możliwości wyboru. Całość utrzymana jest jednak w mocno komediowej, groteskowej konwencji, co spłyca refleksje, czyniąc je banalnymi i trywialnymi. Wrażenie śmieszności nie mija nawet po nagłym zwrocie akcji i zmianie tonu.

Mocną stroną powieści niewątpliwie jest język i żartobliwość. Saramonowicz jedynie potwierdza, że pisanie zabawnych dialogów wciąż jest jego specjalnością. Mnóstwo tu błyskotliwych bon motów, złotych myśli, łatwo wpadających w ucho. Niekiedy okazuje się, że to, co dobrze brzmi na ekranie, na papierze kompletnie „nie żre”, zdarzają się więc tzw. suchary i żarty zupełnie nietrafione. Drażni również przesadna ilość wulgaryzmów. Ten nadmiar sprawia, że lektura staje się męcząca. Trudno wytłumaczyć go stylem autora, czy konwencją tekstu.

Debiut literacki Saramonowicza nie ma ambicji bycia wielką literaturą. Autor stworzył tekst czysto rozrywkowy, ku uciesze mas, obliczony na sukces sprzedażowy. W tej kategorii jest to bardzo dobra propozycja, czyta się szybko, nie wywołuje większych zgrzytów, pozwala na reset umysłu np. podczas urlopu. Ci, którzy lubią literaturę przez duże L, „Chłopców” potraktują raczej jako kolejny przykład nie wartej uwagi książkowej konfekcji, której mnóstwo na rynku.

Ocena: 6/10
A.Saramonowicz, „Chłopcy”, Wydawnictwo Wielka Litera 2015.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera http://www.wielkalitera.pl/

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Wielkie żarcie

Od kilku lat nieprzerwanie trwa moda na gotowanie. Stacje telewizyjne prześcigają się na ilość programów kulinarnych w ramówkach, a półki księgarskie uginają pod stosami publikacji na ten temat. 

Gdy usłyszałam, że zagadnienie kulinariów bierze na warsztat również Dorota Masłowska, w pierwszej chwili pomyślałam, że świat się kończy i pora umierać. 

Uspokajam jednak wszystkich, którzy mają podobne skojarzenia. „Więcej niż możesz zjeść”, to zbiór felietonów parakulinarnych, to ostatnie jest tutaj słowem kluczowym. 

Zanim, więc podejmiecie działania ewakuacyjne, przeczytajcie tę niewielką objętościowo książkę, gdyż jest ona całkiem smakowitym kąskiem.


Przyrządzanie posiłków kiedyś traktowane było bardziej jako zło konieczne, dziś ta umiejętność nobilituje w towarzystwie. Wspólne gotowanie z przyjaciółmi stało się popularną formą spędzania czasu. Upodobania kulinarne, najnowsze diety, ekologiczna żywność, szkodliwość glutenu, w pewnych kręgach są dyżurnymi tematami konwersacji. Epidemia kulinarna zatacza coraz szersze kręgi: nie umieć gotować, odżywiać się niezdrowo to obciach. Każdy: od polityków, celebrytów, na przeciętnym Kowalskim skończywszy ma na ten temat własne zdanie i w razie potrzeby sypie, jak z rękawa sprawdzonymi przepisami na każdą okazję. Jedynie kwestią czasu było to, że trzymająca rękę na pulsie trendów Masłowska weźmie na warsztat ten gorący temat.


Na szczęście zrobiła to jednak po swojemu: prześmiewczo, ironicznie, zabawnie, odwracając kota ogonem. Choć autorka, jak przyznała w jednym z wywiadów jest fanką gazetki kulinarnej „Prześlij przepis”, w swojej książce nie podaje własnych przepisów na pomidorową, mielone i bigos. Ci, którzy spodziewali się sprawdzonych receptur od gwiazdy literatury polskiej, będą więc srodze zawiedzeni. Przeważająca, jak sądzę jest jednak grupa, która nie podejrzewa Masłowskiej o normalność, kojarzy ją raczej z językowymi „przekrętami” i dezynwolturą. Oni, z pewnością nie dali się nabrać na pisarkę – kucharkę, od razu wyczuli podstęp i będą zadowoleni z otrzymanego dania.

„Więcej niż możesz zjeść” to zbiór felietonów publikowanych na łamach „Zwierciadła”, w latach 2011 – 2013. Jedzenie jest tu rzecz jasna jedynie tłem dla rozważań socjologicznych, obśmiania absurdów, czy odbycia sentymentalnej podróży w czasie. Przepisy, jeśli w ogóle się pojawiają, są dość niekonwencjonalne np. na udany kinderbal albo spędzenie lata w mieście. W swojej rubryce spożywczej Masłowska wyśmiewa nawyki żywieniowe rodaków na wycieczkach all inclusive, zamiłowanie do grilla i plenerowych pikników. Dostaje się także amatorom sushi po polsku. Autorka dzieli się również obserwacjami „jedzeniowymi”, poczynionymi podczas zagranicznych podróży. Przy tej okazji krytykuje amerykański konsumpcjonizm, wyjawia, dlaczego w Sztokholmie dopada ją łakomstwo i, gdzie można nabawić się przypadłości zwanej odgłosyjedzeniofobią. Są też teksty sentymentalne, o smakach dzieciństwa i uroku posiłków z WARS-u.

Felietony parakulinarne, podobnie jak pozostałe książki Masłowskiej wyróżniają się językowo. Nie brakuje tu brawurowych metafor, oryginalnych porównań i nowych słów. Jest jednak zdecydowanie grzeczniej i odrobinę spokojniej niż w poprzednich odsłonach. Wydaje się jednak, że nie jest to żadna zapowiedź zmiany, dowód na to, że Masłowska znormalniała, a jedynie potrzeba dostosowania do wymogów tekstu publikowanego w magazynie kobiecym. Całość jest pięknie wydana, teksty uzupełniają ilustracje autorstwa Macieja Sieńczyka.

Nie da się jednak ukryć, że „Więcej niż możesz zjeść” rozbudza jedynie apetyt na danie główne, jakim niewątpliwie będzie nowa powieść Masłowskiej. Zasady zdrowego odżywiania mówią o tym, że nie należy się najadać i jeść małymi kęsami. Zastosowanie się do nich, tłumaczyłoby niewielką objętość książki. Autorka sprytnie zaspokoiła głód czytelników, częstując ich zapychaczem, mającym uciszyć wszelkie narzekania i pytania o coś nowego. Działania zastępcze w postaci płyty i felietonów sieją ferment, dają wrażenie aktywności. Fani Masłowskiej chcieliby się jednak w końcu nażreć porządną porcją soczystej prozy.

Ocena: 8/10
D.Masłowska, „Więcej niż możesz zjeść. Felietony parakulinarne”, Noir Sur Blanc 2015.

wtorek, 24 marca 2015

Wielbłądy a moda polska

Wielu z was pewnie zastanawia się, co ma piernik do wiatraka? Wiem, ale nie powiem, żeby nie odbierać zainteresowanym przyjemności z lektury bardzo dobrego reportażu monograficznego Aleksandry Boćkowskiej pt. „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL ”. 

Nie jest to książka o modzie sensu stricto. Materiały, wzory, fasony i kolory są tu jedynie tłem do opisania zjawiska socjologicznego, twórców oraz atmosfery, w jakiej Ci ostatni pracowali. Jak pisze autorka, moda w okresie PRL – u była polem walki na wielu frontach: estetycznym, obyczajowym, a także politycznym. Tym zmaganiom i ich efektom w dużej mierze poświęcone są „Wielbłądy”.

Boćkowska rozpoczyna od przybliżenia biografii ówczesnych projektantów, tych znanych, jak Barbara Hoff, czy Jerzy Antkowiak, jak i tych, dziś zupełnie zapomnianych, a równie istotnych, jak Jadwiga Grabowska – pierwsza dyrektor artystyczna Mody Polskiej. Interesują ją nie tylko kreatorzy mody, ale także modelki, graficy, dziennikarze. Ich cechami wspólnymi są: wybitny talent, trudny charakter, pasja i przemożna chęć, by stworzyć coś z niczego.

W kraju, gdzie baleriny tworzono z trampek, sukienki z tetrowych pieluch, a spodnie jako strój kobiecy długo były pomysłem z kosmosu, projektowanie ubrań oryginalnych, dobrych jakościowo w innych kolorach, niż szarość i brąz nie było rzeczą łatwą. Reglamentacja towarów, sprawiła, że brakowało wszystkiego: od odpowiednich materiałów, po guziki i sprzączki. Warunki do pracy również pozostawiały wiele do życzenia. Wszystko to zmusiło twórców do wielkiej improwizacji i przystosowania do ogólnie panującego chaosu. Kto powiedział, że projekt stworzony w profesjonalnej pracowni jest lepszy od tego narysowanego na kolanie? Z brakiem towaru zmagali się również klienci. To co ładne trafiało do sprzedaży (słynny Cedet) w bardzo ograniczonych ilościach. Żeby Coś upolować, niejednokrotnie trzeba było stoczyć prawdziwą walkę w tasiemcowej kolejce.

Każdy orze jak może, a Polak, jak wiadomo potrafi. W związku z tym po ciuchy chodziło się na bazary, gdzie sprzedawano rzeczy unikatowe, pochodzące najczęściej z zagranicznych paczek, przesyłanych przez rodzinę lub znajomych. Na najsłynniejszych warszawskich: na Różycu i placu Szembeka bywała cała śmietanka towarzyska stolicy. Po prostu wypadało się tam pokazać. Każde większe polskie miasto posiadało własne „targowisko próżności”, będące centralnym punktem spotkań osób z różnych środowisk.

Twórcom towarzyszyła jedna myśl: dogonić zachód, a zwłaszcza Paryż. Kopiowanie ( z różnym efektem) tamtejszych fasonów i wzorów było zjawiskiem powszechnym. Nikt tego nie ukrywał, wręcz przeciwnie. Wyjazd i kariera tam była marzeniem wielu. Odnieść sukces udało się nielicznym. Do tej grupy niewątpliwie można zaliczyć Zygę Pianko – twórcę marki Pierre d’Alby (jego fascynująca biografia została szeroko omówiona przez autorkę) oraz Romana Cieślewicza – genialnego grafika, który został dyrektorem artystycznym w „Elle”.

Naszym oknem na świat wielkiej mody była także prasa zagraniczna, ze wspomnianym „Elle” na czele. Na tym polu również nie byliśmy gorsi. W głowie Teresy Kuczyńskiej zrodził się pomysł stworzenia pierwszego polskiego magazynu poświęconego stylowi życia „Ty i ja”. Do współpracy zaprosiła m.in. wspomnianego wyżej Romana Cieślewicza, który tworzył okładki. Choć pismo ukazywało się stosunkowo krótko, do dziś może stanowić wzorzec tego typu periodyku, zarówno pod względem merytorycznym, jak i graficznym.

„To nie są moje wielbłądy” doskonale oddają atmosferę twórczego fermentu, który panował w Polsce w okresie PRL – u. Z publikacji  wyłania się obraz, grupy niezwykle zdolnych zapaleńców z fantazją, którzy mieli odwagę wejść na pole minowe i smakiem oraz dobrym gustem walczyć z siermiężnością, zaściankowością i szarością, które niepodzielnie panowały w kraju nad Wisłą. W żadnej mierze nie jest to jednak podróż sentymentalna. Nie znajdziemy tu gloryfikacji tamtego okresu i osiągnięć. Bardziej jest to ukłon w stronę twórców, docenienie ich starań i przedstawienie lepszych i gorszych efektów pracy.

Aleksandra Boćkowska wykonała potężną pracę reporterską, zadała sobie dużo trudu, by dotrzeć do źródeł informacji, przeprowadziła dziesiątki rozmów z twórcami, nie zawsze chętnymi do zwierzeń. Przyniosło to niemal doskonały efekt. Całość czyta się lekko i przyjemnie Autorka łączy poczucie humoru z dziennikarską wnikliwością i trafnymi obserwacjami. Taki styl sprawia, że książka może zainteresować również zupełnych modowych ignorantów. Mankamentami publikacji jest mała, w stosunku do skali tematu objętość tekstu oraz niewielka liczba zdjęć. Powierzchowność, z jaką zostały potraktowane niektóre kwestie wywołuje uczucie niedosytu i chęć na znacznie więcej. Pozostaje mieć nadzieję, że autorka nie przestanie zgłębiać tego fascynującego tematu i wkrótce otrzymamy kolejną porcję równie smakowitego kąsku.

Ocena: 8/10
A.Boćkowska, „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL”. Wydawnictwo Czarne 2015.

środa, 4 marca 2015

Viva Moda


„Vogue” nie jest zwykłym tytułem prasowym, lata istnienia, wysoki poziom merytoryczny i artystyczny, sprawiły, że magazyn stał się instytucją, marką rozpoznawalną na całym świecie. 

Dla fashionistów to niemal biblia, praca tam jest marzeniem wszystkich na poważnie związanych z branżą modową – otwiera wiele drzwi, daje bezcenne doświadczenie, a przede wszystkim gwarantuje pozycję w środowisku. 

Jedną z takich marzycielek, której udało się osiągnąć cel jest Kristie Clements – wieloletnia redaktor naczelna australijskiej edycji magazynu. Niedawno ukazała się jej autobiografia „Vogue. Za kulisami świata mody”. Z lektury płynie stary jak świat morał: nie wszystko złoto, co się świeci.

Tylko nieliczni mają przywilej poznania świata tzw. wysokiej mody od kulis i mogą uchylić zwykłym „zjadaczom” chleba rąbka tajemnicy. Clements niewątpliwie jest jedną z takich postaci. W redakcji „Vogue’a” przeszła bowiem przez wszystkie stopnie wtajemniczenia, swą karierę zaczynała od posady recepcjonistki, zakończyła na stanowisku redaktor naczelnej. Funkcję tę pełniła przez trzynaście lat. Ta praca była jej pasją i spełnieniem młodzieńczych marzeń.

Każdy z nas ma swoje wyobrażenie na temat świata mody. W większości przypadków jest ono budowane w oparciu o różnego rodzaju przekazy medialne. Stereotypowo kojarzy się on z blichtrem, luksusem, dużymi pieniędzmi, łatwo zdobytą sławą – krótko mówiąc zajęciem lekkim, prostym i przyjemnym. Clements w swojej książce pokazuje, że ten obraz ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Choć na każdym kroku podkreśla dumę i radość, z powodu wykonywanej pracy, wskazuje także na konieczność pokonywania wielu trudności, z których przeciętni odbiorcy nie zdają sobie sprawy.

Dostęp do markowych ubrań i dodatków, uczestnictwo w pokazach największych kreatorów, liczne podróże, znajomość z gwiazdami światowego show – biznesu, współpraca z największymi nazwiskami w branży, to niewątpliwe jasne strony bycia redaktor naczelną „Vogue’a”, którym autorka poświęca sporo miejsca. Dużo ważniejsze i ciekawsze, z punktu widzenia czytelnika są jednak fragmenty dotyczące ciemniejszej strony profesji: walka o wpływy i prestiż, wynikająca z faktu, że australijska edycja magazynu ma dużo mniejsze znaczenie, niż amerykańska, francuska, czy włoska. W związku z tym „zaklepanie” terminu najlepszych fotografów, modelek, jak również namówienie do współpracy liczącej się gwiazdy, która gwarantuje dobrą sprzedaż numeru, nie jest rzeczą łatwą i oczywistą. Dochodzą do tego: walka o utrzymanie wysokiego poziomu, przy wymogu maksymalnego cięcia kosztów, problemy z doborem modelek, znoszenie fanaberii celebrytów, pogodzenie oczekiwań czytelników z oczekiwaniami wydawcy i wiele innych.

W tych, w gruncie rzeczy lekkich, momentami zabawnych wspomnieniach, Clements poruszyła też kilka poważnych zagadnień. Pisze m.in. o anoreksji wśród modelek, stale zmieniającej się i malejącej roli prasy drukowanej w dobie Internetu, postępującym upadku dziennikarstwa modowego, który nastał wraz z pojawieniem się blogerów modowych. Są to niezwykle celne i ciekawe spostrzeżenia, za którymi stoją lata doświadczenia, wiedzy i praktyki zawodowej.

„Vogue. Za kulisami świata mody” jest lekturą interesującą nie tylko dla pasjonatów mody, którzy są stałymi czytelnikami czasopisma, na bieżąco śledzą trendy. Pokazuje, jak bardzo zespołową, wymagającą pasji, zaangażowania, determinacji i kreatywności  jest praca w przemyśle prasowym. Poznanie jej kulis budzi szacunek do ludzi w nim pracujących, raz na zawsze oducza postrzegania modowej branży, w sposób zero – jedynkowy.

Ocena: 6/10

K. Clements, „Vogue. Za kulisami świata mody”, Wydawnictwo Literackie 2015
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

środa, 18 lutego 2015

(Kontra) banda

Make Life Harder – kultowy już w pewnych kręgach blog autorstwa Macieja i Lucjana, doczekał się książkowej wersji, która właśnie ukazała się na rynku. 

Dzieło będące w założeniu twórców pastiszem blogu Kasi Tusk, w sposób zabawny, momentami wulgarny i kontrowersyjny, odpowiada na równie słynne już pytanie: jak żyć? 

W epoce Facebooka , blogerek modowych, wszechobecnych i wszystkowiedzących celebrytów oraz programów śniadaniowych. To rzecz obowiązkowa dla tych, którzy lubią czystą, niewyszukaną rozrywkę, bez skrupułów i po bandzie. 

Ci nawykli do częstego zastanawiania się nad sensem wszystkiego, niech ominą książkę szerokim łukiem, bowiem sens jest ostatnią rzeczą, którą w niej znajdą.

Biografie autorów blogu owiane są tajemnicą, panowie publicznie pojawiają się wyłącznie w maskach na twarzach, nie zdradzają swoich personaliów. Znaki szczególne: obuwie, klapki bądź sandały z obowiązkową białą skarpetą. Pewne wydaje się być tylko to, że pochodzą z Gdańska. Podobno są przystojni i młodzi, podobno byli bezrobotni, a blog miał być humorystycznym sposobem na zarobienie pieniędzy. Jaka jest prawda? Nie wiadomo, swój cel jednak osiągnęli. Ich fanpage na Facebooku ma obecnie 140 tysięcy fanów, a książka stała się bestsellerem na długo przed oficjalną premierą.

Nadszedł czas na akapit, w którym wypada odpowiedzieć na pytanie, o czym jest ta książka? I tu zaczynają się małe schody, gdyż najuczciwsza odpowiedź brzmi, o wszystkim i o niczym jednocześnie. Tak łatwo się jednak nie poddam i to nic ubiorę w słowa, w myśl refrenu mówiącego, że recenzja musi posiadać tekst. Zacznijmy więc od początku. Książka ma formę kalendarza, znajdą w nim Państwo horoskop dla każdego znaku zodiaku i porady dotyczące bardzo szeroko pojętego stylu życia. Nie mają one jednak żadnego związku z dobrym wychowaniem, czy ogólnie przyjętymi normami społecznymi. Dotyczą rzeczy bardziej przyziemnych, czyli np. tego, jak bawić się w Facebooka w realu, jak zachowywać się na wakacjach w Sopocie, przetrwać sesję akademicką, pracę w korporacji i grilla u cioci Chłopaki, chcąc ułatwić społeczeństwu życie podają również sprawdzone patenty na świętowanie: Tłustego Czwartku, Walentynek, Bożego Narodzenia, Wielkanocy, wieczoru kawalerskiego i innych istotnych dat. W związku z tym, że jesteśmy w Polsce, nie mogło zabraknąć tekstu o sposobach zdobywania pieniędzy na alkohol, jego picia i tych na poradzenie sobie z nadmiernym spożyciem, potocznie zwanym kacem. Jak widać uwagę autorów zajmują wyłącznie istotne problemy współczesności.

Oczywiście powaga jest ostatnią rzeczą, której należy się po „Make Life Harder” spodziewać. Całość utrzymana jest w mocno prześmiewczym, maksymalnie ironicznym i zabawnym (dla niektórych) tonie. Wydaje się, że dla chłopaków nie ma świętości i granic, obśmiani i wyszydzeni zostali tu właściwie wszyscy: katolicy, księża, politycy, intelektualiści i bezrobotni, wielkomiejscy i małomiasteczkowi, geje, a przede wszystkim celebryci i różnej maści gwiazdy polskiego show – biznesu. Ci konserwatywni, mniej liberalni wrażliwsi (zwłaszcza na słowa) mogą się poczuć urażeni i zniesmaczeni. Nie brakuje tu wulgaryzmów, dowcipów fekalnych, zaznaczone są też fragmenty wycięte przez redakcję, jako te zbyt ostre.
W zasadzie wszystko się zgadza, są jednak dwa mankamenty. Po pierwsze, okazało się, że to co broni się w Internecie, niekoniecznie równie dobrze sprawdza na papierze, po drugie dowcip opowiadany wielokrotnie w którymś momencie przestaje być śmieszny. Tak też jest w przypadku tej książki, która momentami jest ciężkostrawna i nużąca nawet dla miłośników tego rodzaju poczucia humoru. Uwaga: w końcowych fragmentach, zamiast salw śmiechu, możliwa irytacja i uczucie ulgi, że to już KONIEC.

Na zakończenie wypada odpowiedzieć na pytanie, w takim razie, jaki sens ma ta książka? Mówiąc najprościej żaden, jednak, i w tym miejscu skomplikuje sobie życie. Z jednej strony można się oczywiście bulwersować, że dożyliśmy czasów, w których naprawdę każdy, nie mający szczególnych osiągnięć może napisać książkę, która stanie się bestsellerem. Z drugiej jednak „Make Life Harder” w tym żartobliwym sosie zawarli celne i cenne spostrzeżenia socjologiczne. „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!”. Im głośniejszy był nasz śmiech podczas tej lektury, tym bardziej nas ona dotyczy. Warto mieć tego świadomość.

Ocena: 7/10

„Make Life Harder”, Lucjan i Maciej, Prószyński Media 2015.

czwartek, 5 lutego 2015

(Nie) wesoła dziewczyna

Lena Dunham po emisji serialu „Dziewczyny”, którego jest autorką, została okrzyknięta głosem pokolenia i damskim odpowiednikiem Woody’ego Allena. Idąc za ciosem, na fali sukcesu postanowiła wydać książkę. „Nie taka dziewczyna” – zbiór autobiograficznych felietonów właśnie ukazał się na polskim rynku. 


Oczekiwania i nadzieje wobec przedsięwzięcia były ogromne, o czym dobitnie świadczy suma 3,7 miliona dolarów zaliczki wypłacona autorce przez wydawnictwo Random House. Ci, którzy po lekturze tego drogocennego dzieła spodziewają się objawienia nieprzeciętnego literackiego talentu, doznają srogiego zawodu. Okazuje się bowiem, że w znacznej mierze refleksje Dunham, nie są warte przysłowiowego funta kłaków.


Serial „Dziewczyny”, który przyniósł autorce sławę i pieniądze w założeniu miał być odpowiedzią i przeciwwagą dla kultowego, w pewnych kręgach „Seksu w wielkim mieście”, opowiada o grupie dwudziestokilkulatków z Brooklynu, ich zmaganiach z codziennością i próbach stworzenia związków idealnych. Od wymienionego wyżej poprzednika różni go w zasadzie wszystko. Tutaj zamiast szpilek od Blahnika nosi się trampki, na życie zarabia mało ekscytującą i wymagającą intelektualnie pracą kelnerki, ciałom bohaterek i ich partnerom daleko do ideału, a czasami po prostu nie mają z czego zapłacić czynszu. Ta przyziemność i zwyczajność postaci w dużej mierze zdecydowała o sukcesie serialu. Ponadto Dunham już w pierwszym odcinku głosem granej przez siebie Hannach stwierdziła samozwańczo, że „zamierza być głosem swojego pokolenia, a przynajmniej jakimś głosem jakiegoś pokolenia”. Reakcja na serial sprawiła, że autorka naprawdę uwierzyła w te słowa i, jak widać konsekwentnie, (ze szkodą dla czytelników) realizuje swoją „misję”.

Uczciwie przyznaje, że nie jestem fanką „Dziewczyn”, owszem obejrzałam wszystkie sezony serialu, ale efektu wow zdecydowanie nie było, w związku z tym nie dołączyłam do licznego grona wyznawczyń Leny. Po książkę sięgnęłam z ciekawości, chcąc sprawdzić, czy ta „Dziewczyna” faktycznie jest tak zabawna, autoironiczna i inteligentna na jaką wykreowały ją media. Po lekturze nie spodziewałam się oczywiście wybitnego dzieła o wysokiej wartości merytorycznej, oczekiwałam raczej przyjemnej rozrywki i dużej dawki oczyszczającego śmiechu. Niestety, moje rozczarowanie rosło z każdą przeczytaną stroną. Zamiast radości szybko pojawiła się irytacja i znużenie, które nie opuściły mnie do samego końca czytania tekstu.

Dunham na początku książki zapewnia, że napisała książkę dla kobiet, po to, „by pomóc im wykonać choć jedno parszywe zadanie, albo uratować je przed stosunkiem w trakcie którego będą się bały zdjąć trampki (…). Nie dajcie się jednak zwieść tej pozornej misyjności i wpływu tekstu na życie kobiet. Lena napisała tę książkę dla siebie, dla potwierdzenia przekonania o swojej wyjątkowości i niebagatelnego zysku. Głównym punktem rozważań autorki jest ona sama i jej wydumane problemy.
Jako wychowana na Manhattanie córka znanych rodziców – fotografki i malarza, od dziecka obracała się kręgu nowojorskiej bohemy artystycznej. Miała niewielki kontakt z tzw. zwykłym życiem i dużo czasu na „poszukiwanie siebie” i rozważania o sensie życia.

W związku z niezachwianym przekonaniem o własnej wyjątkowości i błyskotliwości sądów bez skrępowania dzieli się z czytelnikami swoimi fobiami i lękami, które regularnie analizuje na kozetce u psychoanalityka, opisuje pierwsze doświadczenia seksualne, bóle miesiączkowe, problemy ginekologiczne. Oczywiście nie zostają nam oszczędzone wyznania o nieudanych relacjach damsko – męskich, zaburzeniach odżywiania i stosunku do diet (kilkanaście stron). Gdyby nadal było wam mało wiedzy o Lenie, możecie przeczytać o zawartości jej torebki lub niesmaczną historię, o tym, że jako dziecko obejrzała krocze siostry… Ekshibicjonizm i szczerość są tu posunięte do granic absurdu. Zamiast przełamywać tabu jedynie męczą i irytują do granic. Narcyzm autorki jest nie do zniesienia, inni ludzie w jej opowieściach pojawiają się dla zasady, Lena nie poświęca im uwagi, co czyni całość gadaniną bez sensu. Oczywiście opowiada o wszystkim z ironią, ma ogromny dystans do swojego ciała, które nie ma wzorcowych wymiarów, co dodaje jej swojskości i przysparza wielbicielek, ale to jedyne zalety tekstu.

W czasach nadmiaru informacji, gdy wszystko jest na sprzedaż, sprawdza się zasada mniej znaczy więcej. Wyznania Dunham nie robią wrażenia i odnoszą skutek odwrotny do zamierzonego. Książka reklamowana jest hasłem „Młoda kobieta, o tym, czego nauczyło ją życie”. Cóż, można odnieść wrażenie, że Dunham nie była zbyt pilną uczennicą, zanim wyda kolejną książkę powinna sporo nadrobić, czytelnicy natomiast nie powinni nabierać się na status serialowej gwiazdy, zanim po raz kolejny pobiegną do księgarni i dadzą się nabrać na marketingowo wykreowaną błyskotliwość.

Ocena: 5/10
L.Dunham, „Nie taka dziewczyna”, Wydawnictwo Czarne 2015.