niedziela, 11 sierpnia 2013

Paris, Paris…

Wydaje się, że o tym mieście napisano już wszystko, co było do napisania. Mimo to, wciąż pojawiają się nowe publikacje na temat metropolii i znajdują rzesze zainteresowanych czytelników.

 Światowa stolica mody, mekka artystów, miasto miłości, świateł, to tylko niektóre z etykiet, które towarzyszą mu od lat. 

Czarowi Paryża uległy również Małgorzata Gutowska – Adamczyk i Marta Orzeszyna, pisząc „Paryż. Miasto sztuki i miłości w czasach Belle Epoque”. 

Trzeba przyznać, że jest to jedna z najsolidniejszych merytorycznie i najładniej wydanych publikacji na ten temat w ostatnich latach.


We wstępie napisanym przez autorki czytamy: „…Z naszych lektur, poszukiwań narodził się z kolei ten album. Przyjęłyśmy najszersze z możliwych ramy czasowe od 1870 do 1914 roku. Nasza opowieść nie aspiruje do uniwersyteckiego wykładu. Jest raczej zbiorem opowieści o mieście i ludziach w tym szczególnym czasie, jakim była belle époque…”


Publikacja została podzielona na następujące rozdziały: Belle Epoque. Blaski i cienie pięknej epoki – została tam opisana sytuacja polityczna, poprzedzająca okres rozkwitu, ogromne podziały społeczne i ekonomiczne, które występowały. W kolejnym „Paryż – miasto nowoczesne”, czytamy o olbrzymiej przebudowie miasta, dokonanej przez Georgesa Hausmanna. Kolejna część nosi tytuł „Paryż codzienny”, znajdziemy tam ciekawe informacje na temat zacierania się klas społecznych, wielkich rodach arystokratycznych, paryskich bulwarach, które stały się centrum życia towarzyskiego wyższych sfer i ubogich obrzeżach metropolii, rodzącej się reklamie oraz typach paryskich: flaneur, apaszach midinetkach, gryzetkach i wielu innych barwnych grupach, które przewijały się przez ulice Paryża. W tak wyczerpującym opracowaniu nie mogło zabraknąć wątku „Polaków w Paryżu”. Autorki poświęcają uwagę nazwiskom rodaków, którzy zyskali w stolicy Francji pewną sławę. Wśród nich m.in: Maria Skłodowska – Curie, Ignacy Paderewski, Stacia Napierkowska, Olga Boznańska, Jan Chełmiński. Pojawia się również kwestia „Kobiet w Belle Epoque”. Przeczytamy tu rysy biograficzne dam do towarzystwa, artystek, działaczek społecznych, Kolejne rozdziały to: „Paryż mekką artystów”, „Sztuka i miłość, czyli słynne pary”, „Paryż się bawi”, „Paryż – miasto postępu”, „Paryż stolicą mody”

Niektóre informacje zawarte w albumie „Paryż miasto sztuki i miłości…” można znaleźć również w innych opracowaniach historycznych, dotyczących miasta. Bogaty materiał źródłowy wykorzystany przez autorki sprawia, że znajdziemy tu również unikalne smaczki i ciekawostki, które czynią książkę wyjątkową. Dodatkowym atutem, podobnie jak w poprzednich książkach serii są piękne zdjęcia i staranne wydanie. Wszystko to sprawia, że lektura albumu nie tylko wzbogaci naszą wiedzę, ale również będzie przyjemnym przeżyciem estetycznym. Z całą pewnością może też być inspiracją do zaplanowania wyprawy do Paryża, a to w okresie wakacyjnym spory argument na plus.

Ocena: 7/10
M. Gutowska – Adamczyk, M. Orzeszyna „ Paryż. Miasto sztuki i miłości w czasach belle époque.” Wydawnictwo Naukowe PWN 2012.

*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Domu Wydawniczego PWN http://www.dwpwn.pl/

piątek, 2 sierpnia 2013

Trochę nudny poniedziałek

Gdy słupki rtęci na termometrach znacznie przekraczają 30̊ C należy sięgać po lektury lekkie, łatwe i przyjemne. 

Kierując się tą właśnie zasadą, postanowiłam przeczytać najnowszą książkę Katarzyny Grocholi pt. „Trochę większy poniedziałek”. 

Żeby była jasność, nie spodziewałam się po tym zbiorze tekstów literackiego olśnienia. 

Lektura zawodzi jednak, nawet przy znacznym obniżeniu wymagań. Owszem jest lekko, ale przy tym momentami zbyt banalnie i nudno niestety.


Nie jestem fanką tzw. literatury kobiecej, na co dzień praktycznie nie sięgam po tego typu książki. Do takiego wyboru skłoniła mnie chęć odpoczynku od „cięższej” tematycznie literatury faktu, w której gustuje. Zdecydowałam się sięgnąć po Grocholę, bo cenię ją najbardziej spośród rodzimych twórczyń tego gatunku. Za wyrazistą osobowość, optymizm i nieprzesadne zajmowanie się tak modną ostatnio kreacją wizerunku, a przede wszystkim za to, że jej powieści, w przeciwieństwie do (po) tworów niektórych koleżanek po fachu, pod względem warsztatowym z reguły da się czytać bez zgrzytania zębami. Dodatkowym wabikiem była informacja, że jest to zbiór felietonów, które uwielbiam.


Usprawiedliwieniem słabego poziomu tekstów może być fakt, że jest to zbiór felietonów publikowanych na łamach różnych czasopism w latach 1998 – 2002, czyli z okresu zanim Grochola stała się TĄ poczytną pisarką od „Nigdy w życiu” i innych części przygód Judyty, która została okrzyknięta polską Bridget Jones. Teksty można uznać za pisarskie wprawki, które z pewnością dotychczas były głęboko schowane w domowym archiwum. We wprawianiu się nie ma oczywiście nic złego, każdy kiedyś zaczynał i z reguły nie od razu osiągał literacki Olimp. Powstaje jednak pytanie, czy popyt na autora naprawdę zawsze wymaga publikacji jego wszystkich, najwcześniejszych nawet utworów? Wydaje mi się, że nie, takie powroty do przeszłości bywają niekiedy bardzo bolesne, a przede wszystkim niepotrzebne. Pozycja Grocholi na rynku wydawniczym jest niezagrożona, nie musi przypominać o sobie czytelnikom, ratować wizerunku, a tym bardziej łatać dziur w budżecie i zgadzać się na każdą propozycję. Biorąc pod uwagę te czynniki, wydanie tej książki jest nieco niezrozumiałe. Będę jednak życzliwa i uznam, że letnie repertuary wydawnicze również trzeba jakoś zapełnić, a wielbicielki, których z pewnością nie brakuje, niecierpliwe czekają na każdy nowy tytuł.

Felietony z grubsza rzecz biorąc po trosze są o wszystkim, ale przede wszystkim, jak to bywa u Grocholi o zawiłościach relacji damsko – męskich, miłości, przyjaźni, zazdrości oraz innych targających zwłaszcza kobietami emocjach. Teksty ukazywały się w cyklu miesięcznym. Ich tematyka jest, więc po części dostosowana do kalendarza. Znajdziemy tu historie odpowiednie na święta, Sylwestra, wakacje, Walentynki i inne tego typu okazje. Są opowieści o dietach, stylu życia, byciu kobietą elegancką, urokach życia na wsi, domowych porządkach i inne tego typu. Pojawiają się w nich postaci i dialogi wykorzystane później w „Nigdy w życiu” i pozostałych książkach serii. Poznajemy więc przyjaciółkę Ulę, pana od węgorza, który być może jest pierwowzorem książkowego pana od błękitnych kopert, a także niepokorną córkę autorki.

Całości nie można odmówić pozytywnego przesłania, optymizmu i poczucia humoru – znaków rozpoznawczych twórczości Grocholi. Pisarka po raz kolejny przekonuje czytelniczki, że nie ma sytuacji bez wyjścia, na zmiany nigdy nie jest za późno i wyłącznie naszym wyborem jest to, w jakich barwach widzimy świat. Pojawia się tu cały zestaw życiowych mądrości i prostych prawd, które wydają się oczywiste. Niektórzy jednak potrzebują, by ktoś z zewnątrz stale im to uświadamiał. Ta grupa z całą pewnością będzie w pełni zadowolona z lektury.

„Trochę większy poniedziałek” to rzecz dla zagorzałych fanów autorki. Ci, którzy do nich nie nalezą, ale jednocześnie patrzą w miarę przychylnym okiem na resztę twórczości autorki tą pozycję mogą sobie śmiało odpuścić i cierpliwe czekać na kolejną powieść. Wydaje mi się, że w nich jest dużo więcej polotu, błyskotliwości, a przede wszystkim akcji, jakkolwiek śmiesznie brzmi to słowo w odniesieniu do literatury kobiecej.

Ocena: 5/10
K. Grochola, „Trochę większy poniedziałek”, Wydawnictwo Literackie 2013.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/


środa, 17 lipca 2013

Z wizytą w raju dla smakoszy

Lato w pełni, wakacyjne wojaże pełne przygód i poznawania nowych smaków też. 

Jeśli ktoś nie może sobie pozwolić na daleką, egzotyczną wyprawę, a przy tym uwielbia testować swoje kubki smakowe, czym prędzej powinien sięgnąć po nową książkę Michaela Bootha pt. „Sushi i cała reszta”. 

Ostrzegam: ta podróż ma jedną wadę – kończy się błyskawicznie, bo książkę pochłania się podczas jednej letniej sjesty.


Przyznaje szczerze, że moja wiedza o kuchni japońskiej, przed lekturą tej książki była do tej pory znikoma, żeby nie powiedzieć żadna. Ograniczała się właściwie do trzech nazw: sushi, wasabi, sos sojowy. W mojej pamięci utkwił też makaron sobą, niezwykle zachwalany przez znajomą. I to by było na tyle. Sądząc po wciąż rosnącej w dużych miastach liczbie lokali popularnie zwanych suszarniami, wiedza większości Polaków jest podobnie ograniczona. Lektura książki pokazuje, że Europejczycy, nawet ci, którzy gotują świetnie i są biegli w temacie, bez wizyty w Japonii, tak naprawdę nie mają możliwości poznania prawdziwej japońskiej kuchni.


Michael Booth – dziennikarz, autor dość popularnej u nas książki „Jedz, módl się jedz” (PWN 2012), tym razem zabiera nas w kulinarną podróż po Kraju Kwitnącej Wiśni. Inspiracją do odbycia tak dalekiej eskapady stała się dla niego lektura książki „Kuchnia japońska. Prosta sztuka.” Shizuo Tsujiego. Booth postawił sobie za cel, sprawdzenie, czy i jak zmieniła się kuchnia japońska od czasu ukazania się tej publikacji i zgłębienie tajników diety Japończyków, która zapewnia im upragnioną przez wielu długowieczność. Zarezerwował więc bilety dla całej czteroosobowej rodziny, zaplanował trasę, wiodącą od Hokkaido do Tokio, Kioto, Osaki, Fukuoki, po wyspy Okinawa i wyruszył w drogę.

Wraz z autorem mamy możliwość odwiedzenia restauracyjnej dzielnicy Kabukicho w Tokio, poznania od kulis najsłynniejszego kulinarno – rozrywkowego show SMAP. Ciekawostką jest, że według niektórych szacunków 40% japońskiej produkcji telewizyjnej to programy o jedzeniu! Również w Tokio znajduje się Kappabashidori – ulica akcesoriów kuchennych. Po tej garstce informacji maniacy gotowania, z całą pewnością stwierdzą, że oto jest ich raj na ziemi i zaczną planować podróż. Niech ten wstęp was jednak nie zmyli, autor nie zajmuje się tylko tematami około kulinarnymi, najważniejsze są japońskie specjały. Poznajemy, więc sekret idealnej tempury, smak prawdziwego wasabi, najlepszego sushi, lokalnych ryb i przysmaków. W opowieści o kuchni Kraju Wschodzącego Słońca nie mogło oczywiście zabraknąć rozdziałów o sake, miso, wołowinie z Kobe, czy sosie sojowym. Jeśli jesteście zagorzałymi przeciwnikami glutaminianu sodu, dodawanego do każdej potrawy, możecie być bardzo zaskoczeni tym, co Booth pisze na jego temat, chociażby, dlatego, warto sięgnąć po tę książkę.

Kluczem do sukcesu podróży, a co za tym idzie udanej lektury jest fakt, że dziennikarz poznaje japońską kuchnię rozmawiając ze specjalistami w danej dziedzinie, dociera do miejsc, które nie były pokazane wcześniej nikomu innemu. Jada w najlepszych restauracjach, spędza czas z najlepszymi szefami kuchni, śledzi dwie największe szkoły gotowania, na które podzielona jest Japonia: Kanto na wschodzie i Kansai na zachodzie. Czasami zbacza z utartego szlaku i kierując się intuicją i podpowiedziami lokalnych znawców, trafia do unikalnych miejsc. Dzięki takiemu podejściu i my – czytelnicy możemy się przez chwilę poczuć jak odkrywcy, a to wydaje się jedną z najważniejszych zalet każdej lektury. Autor wybrał się w tę daleką podróż z całą rodziną, a to z kolei sprawia, że tekst pełen jest zabawnych sytuacji z udziałem dzieci, lekkości i poczucia humoru. Czyż wakacyjnym lekturom trzeba czegoś więcej?

Ocena: 7/10
M. Booth, „Sushi i cała reszta”, Dom Wydawniczy PWN 2013.

*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Domu Wydawniczego PWN http://www.dwpwn.pl/


wtorek, 2 lipca 2013

Związki i rozwiązki miłosne

W najnowszej książce pt. „Ości” Ignacy Karpowicz po raz kolejny potwierdził swe literackie zdolności. Cechuje ją mnóstwo interesujących zawiłości w warstwie narracyjnej i niesłychana giętkość w sferze językowej. Wszystko to sprawia, że powieść jest bliska doskonałości i z całą pewnością zasługuje na miano najciekawszej, wakacyjnej nowości.


Swymi poprzednimi tekstami Karpowicz dorobił się miana jednego z najlepszych w literaturze polskiej socjologów i badaczy relacji międzyludzkich. Jednocześnie przyzwyczaił swoich czytelników, że każda jego prozatorska wypowiedź jest zaskoczeniem, a wszelkie reguły i konwencje, istnieją wyłącznie po to, by je łamać, dobrze się przy tym bawiąc. Nie inaczej jest tym razem, kiedy na warsztat został wzięty temat rodziny. Pisarz pokazuje, że w dzisiejszym społeczeństwie tzw. tradycyjny model rodziny jest coraz mniej aktualny, wartości zawarte w przysiędze małżeńskiej stwarzają wiele interpretacyjnych możliwości, związki można budować na różnym poziomie złożoności, a jedynym, co obowiązuje w ich tworzeniu jest zasada dowolności.


Lektura „Ości” jest jazdą bez trzymanki, przy której, radzę jednak zachować maksymalną koncentrację uwagi, bo można się pogubić w mnogości występujących w rolach głównych bohaterów i łączących ich więzi.

Na scenie tej tragikomicznej historii pojawiają się dwie z pozoru normalne rodziny. Pierwszą z nich jest małżeństwo Szymona i Mai – wykształceni przedstawiciele pokolenia trzydziestolatków i ich nastoletni syn Bruno. Para przeżywa kryzys: ona traci pracę, on wyjeżdża na roczny staż do Berlina. W czasie rozłąki oboje poznają nowych partnerów, sami jednak nie mają ochoty na definitywne zakończenie swojej relacji. W efekcie decydują się, więc na życie w przyjaznym układzie we czworo. Drugi „sojusz” polsko – azjatycki tworzą Maria, Kuan i ich syn Patryk. Z tą rodziną wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że Kuan żyje w homoseksualnym związku z Norbertem, na domiar wszystkiego po godzinach występuje jako drag queen Kim Lee, w jednym z nocnych klubów. Norbert natomiast równocześnie jest zakochany w starszej od siebie kobiecie o imieniu Ninel.  Za mało komplikacji? Na dokładkę jest, więc jeszcze Andrzej – przyjaciel Mai, żyjący w homoseksualnym związku z Krzysztofem.

Obie te konstelacje trwają, poszerzając się i ewoluując wewnętrznie. Każda z nich została zbudowana jednak na innych fundamentach i „trzyma się” z innych powodów. Marię i Kuana wiążą przede wszystkim tradycyjne wartości: miłość, lojalność, odpowiedzialność a przede wszystkim rodzicielskie powinności. Druga, jest dużo bardziej chwiejna, można odnieść wrażenie, że powstała wyłącznie z powodu niezdecydowania Mai, która proponuje Szymonowi pewien układ, w ramach, którego mają żyć w czworokącie.

Pod płaszczykiem otwartości, kipi hipokryzja, buzują „zdrowe” emocje. Maria – ultrakotoliczka, stojąca na straży porządku i moralności, woli poświęcić własną godność dla zachowania pozorów normalności. Wybiera, więc wygodną postawę niedopuszczania faktów i zachowań do świadomości. Norbert, który jest w gruncie rzeczy rasistą, homofobem i mizoginem również nie pokazuje swojego prawdziwego ja, dla zachowania stabilności układu i nierozerwalności więzi. Wydaje się, że te przemilczenia paradoksalnie jeszcze silniej wiążą członków rodziny, którzy jak się okazuje, mają wspólny cel.

„Ości” na okładce opisywane są, jako potężna plotka. I rzeczywiście tropiciele sensacji, z całą pewnością doszukają się tu rzeczywistych odpowiedników z kręgów elit warszawskich. To jednak wydaje mi się najmniej istotny, spłycający całość aspekt.

Osobnym bohaterem powieści jest język: barwny soczysty, zniekształcony, powykręcany. Słowa starają się tu za wszelką cenę nadążyć za skomplikowaną, dynamiczną sytuacją bohaterów. Już pierwsze zdanie książki, wypowiadane przez Maję: „Autobus wolno stał w korku i niepoprawnym związku frazeologicznym.”, zapowiada fantastyczną grę słowną, która trwa przez całą powieść. Swoją drogą Karpowicz wykazał się tu niebywałym słuchem literackim i zdolnościami słowotwórczymi, w czym dorównuje mu w Polsce jedynie kilku autorów.

W „Ościach” dostajemy wszystko to, co w twórczości Karpowicza najlepsze: abstrakcyjne poczucie humoru, ironię i groteskę w dawce wielokrotnie zwiększonej w porównaniu z poprzednimi powieściami. Dostajemy też po raz kolejny niezwykle trafną diagnozę społeczną. Nie należy się jednak obawiać tych poważnych tonów, bo Karpowicz po raz kolejny nie oferuje sztampowego zakończenia, pozostawia dowolność w dopisywaniu dalszego ciągu, nie wystawia surowych ocen swoim bohaterom, a co najważniejsze trzyma się z daleka od politycznej poprawności.

Ocena: 9/10
I.Karpowicz, „Ości” Wydawnictwo Literackie 2013.

*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/2522/osci---Ignacy-Karpowicz

środa, 26 czerwca 2013

Polska bardzo B

Przy okazji premiery najnowszej powieści Ignacego Karpowicza Wydawnictwo Literackie postanowiło również wznowić wydanie jego debiutanckiej powieści pt. „Niehalo” z 2006 roku. 
To bardzo trafne posunięcie. 

W czasie wciąż rosnącego bezrobocia wśród młodych ludzi, dyskusjach o straconym pokoleniu i podziałach religijno – politycznych, które obserwujemy, fabuła tej powieści właśnie teraz wydaje się wyjątkowo aktualna.


Głównym bohaterem powieści jest 24 letni Maciek – student polonistyki, mieszkający w Białymstoku. Wiedzie on zwyczajne życie, przeciętnego żaka. Kończy pisać pracę magisterską, ma dziewczynę, pracę. Ta zwyczajność jest największą bolączką Maćka. Po bliższym poznaniu okazuje się bowiem, że rodzina wywołuje u młodzieńca wyłącznie irytację, praca jest beznadziejna i niskopłatna, związek nie satysfakcjonujący, promotorka skretyniała, a znajomi i miasto to już po prostu brak słów. Sfrustrowany osobnik szybko dochodzi do wniosku, że wszyscy wyżej wymienieni są źródłem jego nieszczęścia i wszelkich niepowodzeń.


Gdy Maciejowi wydaje się, że jego życie do końca już będzie się toczyć według tego samego, znienawidzonego scenariusza, a czytelnikom, że mają do czynienia z kolejną realistyczną powieścią, opisującą trudy życia w Polsce, Karpowicz wprawia w ruch wodze fantazji i rozkręca akcję w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. Wszystko zaczyna się po raz drugi, gdy główny bohater wychodzi z pracy po mleko, po drodze spotyka koleżankę, z którą postanawia pójść na piwo. Te pozornie błahe zdarzenia sprawiają, że młody człowiek wpada w swego rodzaju trans, w czasie, którego odbywa fantasmagoryczny spacer po Białymstoku w towarzystwie Popiełuszki i Piłsudskiego, którzy na chwilę zeszli z pomników. Brzmi ciekawie? To nie wszystko, na dokładkę panowie trafiają na marsz narodowców i zgrupowanie formacji „katopolo” w jednym.

Przy użyciu groteski i pastiszu autor rozprawia się z wieloma aspektami, które były i wciąż są przedmiotem gorącej publicznej debaty. Wśród nich są problemy z tożsamością, zaszłości historyczne, podziały religijne. Karpowicz bezlitośnie wyszydza skrajne postawy i różnie środowiska. Kpi i ironizuje z przywar powszechnie uznanych za narodowe. Robi to jednak w sposób daleki od banału i chamstwa, przemycając po drodze wiele celnych obserwacji bez formułowania zero – jedynkowych sądów.

Ktoś mógłby zapytać, gdzie w tym wszystkim zapodział się Maciek i jego problemy. Otóż wiecznie nieszczęśliwy bohater winą za swój los jest w stanie obarczyć wszystkich: historię, która toczyła się nie pomyśli, polityków, urzędników, katolików, elity, tylko nie siebie samego. W ten sposób pisarz kreśli mentalność obecnego pokolenia młodych ludzi. Bardzo często zdarza się, że posiadając niewielkie umiejętności i wiedzę na starcie spodziewają się przysłowiowych „kokosów”, mają zbyt wysokie mniemanie o sobie i przekonanie, że świat powinien leżeć u ich stóp. Taki scenariusz z takim nastawieniem zwykle nie ma szans na realizację. W sporze o to, kto lub co jest niehalo najtrafniejszą odpowiedzią wydaje się, więc ta, że wszystko po trochu.

Ocena: 8/10
I.Karpowicz, „Niehalo”, Wydawnictwo Literackie 2013.

*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/2536/Niehalo---Ignacy-Karpowicz




czwartek, 20 czerwca 2013

Książki na wakacje

Już wkrótce kalendarz potwierdzi oficjalnie radosny fakt nadejścia lata. Wielu z nas, oddając się błogiemu lenistwu, będzie mogło zanucić: "Morza szum, ptaków śpiew, złota plaża pośród drzew…". To tekst dla wszystkich, którym do pełni szczęścia w tym sielankowym obrazku brakuje jedynie ciekawych lektur.


Przyjęło się, że wakacyjne lektury powinny być lekkie, łatwe i przyjemne, bo człowiek zmęczony całoroczną pracą nie ma ochoty na wysiłek intelektualny, a kurorty proponują tak wiele atrakcji, że na czytanie zwyczajnie szkoda czasu.


Wszystko to prawda, warto jednak pamiętać, że jest to tylko jedna z wielu możliwości. Najlepszą zasadą w doborze książek czytanych podczas urlopu jest zupełny brak zasad. 

Na początku należy bowiem stwierdzić, że coś takiego jak idealna lektura wakacyjna, która spełni oczekiwania wszystkich czytelników, po prostu nie istnieje i szkoda czasu na jej definiowanie. Wszystkie przedstawione przeze mnie propozycje będą więc subiektywnym wyborem, stanowiącym jedynie wskazówkę i inspirację dla własnych książkowych poszukiwań.


Oto, uwzględniający różne gusta, przegląd książek, które spokojnie można spakować do walizki. Wszystkich, którzy lubią lekko, przyjemnie, a jednocześnie ciekawie, z pewnością zadowoli„Bomba. Alfabet polskiego show - biznesu” Karoliny Korwin - Piotrowskiej. 


Niezdecydowani, którzy szukają pomysłu na kierunek wakacyjnej wycieczki, powinni sięgnąć po „Gaumardżos" Marcina Mellera i jego żony Anny Dziewit, w której opisują Gruzję i swoją fascynację tym krajem. Lekturą obowiązkową dla tych, którzy lubią odkrywać nieznane, są „Światoholicy” Aleksandry i Jacka Pawlickich – piękne zdjęcia i fascynujące opowieści staną się zapewne inspiracją do niejednej wakacyjnej podróży. 

Reportażami o zdecydowanie większym ciężarze emocjonalnym i gatunkowym, które jednak również zasługują na uwagę, są: „Zapiski z Homs" Jonathana Littella oraz "Ostatni świadkowie Swietłany Aleksijewicz. 

W krainę baśni i fantazji zaprowadzi nas niezawodny w tym względzie Haruki Murakami w tomie opowiadań „Zniknięcie słonia". Wielbiciele powieści historyczno-przygodowych bez obaw mogą sięgnąć po „Władcę Barcelony II" Chufo Llorensa, czy monumentalne „Wyznaję” Jaume Cabre . W zadumę, ale także dobry humor wprowadzą was „Bracia Sisters” Patricka DeWitta .  Troszkę młodszych odbiorców zachwyci najnowsza powieść Zafona pt.:  „Więzień nieba". 

Miłośnicy rozwiązywania zagadek kryminalnych w czasie plażowania sięgną zapewne po „Człowieka nietoperza" Jo Nesbo lub „ Mózg Kennedy’ego Henninga Mankella. 

Ci, dla których nie istnieją tematy tabu ani granice politycznej czy językowej poprawności, powinni zapoznać się z najnowszą powieścią Chucka Palahniuka pt.:  „Snuff”. 

Z rodzimych propozycji warte uwagi są:„Wiele demonów” Jerzego Pilcha i „świeżutkie „Ości” Ignacego Karpowicza. 

Wiele interesujących pozycji mogą w tym roku spakować do walizki wielbiciele felietonów. Wśród nich „W krzywym zwierciadle” Macieja Stuhra –publikowane na łamach „Zwierciadła”, „Hitman” Juliusza Machulskiego – teksty z nieistniejącego miesięcznika „Bluszcz”, „Manhattan pod wodą” debiut Zuzanny Głowackiej, będący zbiorem felietonów również publikowanych w „Bluszczu”, „Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu” Jacka Dehnela, a przede wszystkim „Polska mistrzem Polski” Krzysztofa Vargi – zbiór wypowiedzi publikowanych w rubryce „Kajet konesera” na łamach „Dużego Formatu”.


Jak zwykle długą listę w doborze wakacyjnego repertuaru będą mieli do dyspozycji fani biografii i wspomnień. Z uwagi na mnogość wartościowych tytułów w tej kategorii, pozwolę sobie wymienić dwa, które moim zdaniem zasługują na szczególną uwagę. Są to: „Poniedziałkowe dzieci” Patti Smith,  oraz „Dziennik Mistrza i Małgorzaty” Michaiła i Jeleny Bułhakowów.



Lektury wakacyjne powinny iść z duchem czasu. Nie sposób nie zauważyć, że ostatnio na czasie w Polsce jest gotowanie. Rynek wydawniczy bardzo szybko odpowiedział na to zapotrzebowanie i  pojawiło się sporo publikacji nie tyle z przepisami, co z kulinariami, jako głównym tematem fabuły. Z pewnością warto zapoznać się z całą serią „Dolce Vita”, przygotowaną przez wydawnictwo Czarne, „Białymi Truflami” N.M. Kelby i „Kulisami Kulinarnej Akademii” Marka Brzezińskiego.



Nie samymi nowościami literackimi jednak żyje człowiek. Duża część osób zapakuje do walizki książki, które dobrze zna i czytała niejednokrotnie. Lista wakacyjnych klasyków jest długa i dla każdego inna. 


W zestawie obowiązkowym znajdują się jednak z pewnością kryminały Agathy Christie czy reportaże Ryszarda Kapuścińskiego. 

Niektórzy z całą pewnością zamarzą o powrocie do dzieciństwa i zechcą przypomnieć sobie „Jeżycjadę" Małgorzaty Musierowicz, odkryć na nowo „Anię z Zielonego Wzgórza", czy zanurzyć się w świecie „Przygód Mikołajka". 

Dla tych, którzy dotychczas nie zdążyli tego zrobić, urlop jest też wyśmienitą okazją do zapoznania się z „Millenium" - trylogią Stiega Larssona. Jest tylko jedna wada takiego wyboru, wolny czas upłynie nam dwa razy szybciej.


Innym pomysłem na dobór wakacyjnych czytadeł jest przekorne pójście pod prąd obowiązującemu schematowi "lekko, łatwo, przyjemnie". Każdy z nas w zakamarkach pamięci ma tzw. cegłę z gatunku tych ambitnych, do której zawsze - mimo wielokrotnych prób przeczytania - zabrakło cierpliwości. L


Lato jest doskonałą porą do podjęcia ponownej lektury i wbrew pozorom są duże szanse, że zakończy się ona sukcesem. Kto powiedział, że na plaży nie można czytać np. „Ulissesa" Joyce’a,  „Braci Karamazow" Dostojewskiego, czy „Łaskawych" Littella? Że nie wypada, że zbyt męczące, grube, ciężkie? 

Wszystko to jedynie wymówki, gdyż właśnie latem dzięki promieniom słonecznym jesteśmy najbardziej pozytywnie nastawieni do świata i gotowi do takich działań. Polecam, zwłaszcza przekornym jednostkom - to naprawdę działa.


Na koniec należy wspomnieć o wszystkich tych, którzy podczas wakacji zamierzają ostentacyjnie i z pełną premedytacją nie przeczytać żadnej książki. Bo czytają dużo w pracy i zwyczajnie chcą od tego odpocząć lub po prostu nie lubią. Zamiast wygłaszać tyrady na temat dobrodziejstw płynących z czytania bądź niepochlebne opinie na temat intelektu tych osób, spróbujmy uszanować ten wybór, pamiętając, że nie żyjemy przecież w dyktaturze moli książkowych.



Jak widać, w doborze wakacyjnych lektur powinien obowiązywać wyłącznie freestyle Wszelkie mody tutaj tracą rację bytu, gdyż jedynym wskaźnikiem powinny być nasza fantazja, aktualna potrzeba i intuicja. 


Jeśli więc zza parawanu na ręczniku niedaleko nas ujrzymy osobę czytającą z zapamiętaniem książkę Paulo Coelho, Dana Browna, Stephenie Mayer, bądź innego autora, którego nie darzymy sympatią, nie patrzmy na nią z lekceważeniem, zamiast tego uśmiechnijmy się przyjaźnie. 

Przecież są wakacje, których głównym celem ma być nasz prywatny relaks, a ten dla każdego oznacza co innego. Wszystkim czytelnikom życzę więc szerokich wakacyjnych dróg i dobrych dla was wyborów książkowych!

środa, 5 czerwca 2013

Rozmowy podminowane

Ostatnio na rynku ukazało się sporo rozmów na tzw. ważne tematy, z ludźmi kultury, biznesu, polityki religii. Za każdym razem pretekst do dyskusji i klucz doboru rozmówców był nieco inny. 

Dziennikarka „Gazety Wyborczej” Dorota Wodecka zapytała o polskie sprawy: patriotyzm, politykę, religię, mentalność, przywary i zalety piętnastu polskich pisarzy. Wywiady zostały zebrane w zbiorze „Polonez na polu minowym”.


 Jak, czytamy we wstępie powodem powstania tej książki był e-mail wysłany przez Eustachego Rylskiego do premiera Donalda Tuska, w którym w ostrym tonie wymienił on problemy polskiej polityki. Wśród nich asekuranctwo, przesadną ostrożność, tchórzostwo w wyrażaniu opinii. List pozostał bez odpowiedzi, stał się jednak przyczynkiem do przeprowadzenia rozmowy, diagnozującej stan państwa polskiego. Za nią poszły kolejne, do których Wodecka zaprosiła literacką śmietankę: Stasiuka, Vargę, Karpowicza, Twardocha, Kuczoka, Bator, Krall, Tulli Piątka, Rudnickiego, Sieniewicza, Pilota, Kolskiego i Ostachowicza. Taki zestaw nazwisk po części wynika z ich popularności w Polsce, głównym powodem jest jednak swego rodzaju wrażliwość na sprawy społeczne, którą wszyscy oni wykazują w swojej twórczości.


Chcąc streścić tematy rozmów w jednym zdaniu, należałoby napisać, że twórcy zostali zapytani o Boga, Honor i Ojczyznę. W każdym z tekstów pojawiły się wątki Smoleńska, obecności krzyża w życiu publicznym, polskiego katolicyzmu, aktualnej definicji patriotyzmu, problemów z tolerancją i wiele innych. Takie przedstawienie tematu byłoby jednak zbyt dużym uproszczeniem. Obok zagadnień państwowo – społecznych, pojawiają się dużo bardziej osobiste, czasami wręcz intymne wyznania autorów, których próżno szukać gdzie indziej.

Ogromnym atutem rozmów przeprowadzonych przez Wodecką jest to, że nie boi się ona konfrontacji poglądów, drobnych strać i prowokacji. Zadając zaczepne pytania, zmusza pisarzy do otwartości, czasem większej, niż chcieliby okazać publicznie. Dzięki temu w książce znajdziemy wiele mocnych cytatów.

Janusz Rudnicki: „ – Polak bez zupy to jakiś taki małopolski. Polska powinna mieć dymiący talerz zupy w herbie, a nie jakiegoś orła, który z tymi rozcapierzonymi szponami wygląda tak, jakby go ktoś na chwilę do prądu podłączył.”

Joanna Bator: „…Przeraża mnie ten rozmiar nienawiści, jaka w ostatnich latach objawia się w Polsce. Gdyby zaszła odpowiednia sytuacja, to nie mówilibyśmy o pojedynczych incydentach, tylko Polacy spaliliby Romów.”

Ignacy Karpowicz, o tym, jakiej Polski nie potrafi sobie wyobrazić: „Sprawiedliwej, otwartej, nowoczesnej, rozsądnej, świeckiej, równej, wolnej od korupcji i dyktatury sondaży, z planem na dekadę do przodu, a nie dwie do tyłu…”

Szczepan Twardoch: „Mieszkańcy centralnej Polski nie rozumieją Śląska. Dla was bycie Polakiem i kwestie narodowościowe są przyrodzone. Jeśli człowiek się urodził, to znaczy, że jest Polakiem. Tak jak ma kolor włosów albo oczu. Uznanie, że kwestia przynależności narodowej jest efektem wyboru, jest dla niektórych intelektualnie niewyobrażalne.”

Krzysztof Varga: „To jest źle pojęty polski indywidualizm, który objawia się tym, że ja mam mieć wystrzelony w kosmos dom, muszę się wyróżnić, więc oblepię mój klocek z pustaków tłuczonymi talerzami, dobuduje do niego gotycką wieżyczkę, machnę wszystko na seledynowo, a przed domem postawię plastikowego jelenia i gipsowego papieża…”

Obraz społeczeństwa, który wyłania się z „Poloneza na polu minowym” jest bardzo daleki od optymizmu. Większość pisarzy uważa, że jesteśmy krajem opóźnionym w rozwoju. Z tego faktu wynikają liczne kompleksy, brak otwartości, problemy z tolerancją, społeczne fobie. Jeśli ktoś myśli pozytywnie, stara się otaczać wyłącznie dobrą energią i szuka takowych wiadomości, tu raczej nie znajdzie dla siebie pożywki. Sądy zaprezentowane w książce są mocne, szczere, momentami wręcz bezlitosne. Czytanie dobrych wywiadów cały czas jest w Polsce rzadkością, a ich przeprowadzenie niebywale trudną sztuką, która Dorocie Wodeckiej udała się znakomicie.

Ocena: 8/10
D. Wodecka, „Polonez na polu minowym”, Wydawnictwo Agora 2013.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora http://kulturalnysklep.pl/