piątek, 27 września 2013

Moda Polska

Naczelny skandalista wśród rodzimych stylistów Tomasz Jacyków, postanowił dołączyć do szerokiego grona autorów książek. Na szczęście w przeciwieństwie do niektórych, pisze o tym, czym zajmuje się zawodowo i na czym naprawdę się zna, czyli o modzie. 

W książce „O elegancji i obciachu Polek i Polaków, od stóp do głów” nie znajdziemy jednak plotkarskiego magla i tak popularnego ostatnio „modowego sądu” na celebrytach. 

Niektórzy pewnie zapamiętają z tej książki jedynie dosadny język autora, poczują się urażeni i czym prędzej ją odłożą. 

Warto jednak zdobyć się na odrobinę dystansu w stosunku do stylu wypowiedzi i skupić na treści, bo poradnik zawiera kilka cennych informacji na temat tego, jak się nie ubierać, a raczej, w co ubierać, żeby wyglądać dobrze. 

Teoretycznie większości wydaje się, że wie, ale z praktyką, co pokazuje Jacyków jest zdecydowanie gorzej.


Wygląda na to, że po trendzie na śpiew, taniec, gotowanie w naszym kraju przyszedł czas na modę. Internet pełen jest modowych blogów, a ich autorki potocznie zwane szafiarkami, często bezpodstawnie zyskały rangę celebrytek, relacje z premier filmowych i innych eventów prezentowane w telewizji, skupiają się głównie na tym, kto i jak był na nich ubrany. Wszystkie niemal czasopisma kobiece mają rubrykę typu „modowy sąd” i specjalistów od stylu na etacie w redakcji, którzy ostro oceniają stroje osób znanych. Każda z szanujących się gwiazd filmu, czy telewizji, czuje ostatnio potrzebę stworzenia własnej kolekcji ubrań, biżuterii etc., nawet, jeśli to tworzenie ogranicza się faktycznie do sygnowania własnym nazwiskiem. Nie mówiąc o tym, że ostatnio wszyscy stylizujemy się przed wyjściem z domu, a nie jak dawniej zwyczajnie ubieramy. Rynek wydawniczy jak zawsze błyskawicznie odpowiedział na zapotrzebowanie i pojawiło się na nim sporo modowych poradników, od „Lekcji stylu” Jolanty Kwaśniewskiej po ostatnio wydane „10 sposobów na modę” Mai Sablewskiej. Oczywiście segment publikacji zagranicznych na ten temat również jest bardzo bogaty. Z ostatnich tytułów wystarczy wspomnieć o „Lekcjach Madame Chic”, czy „Paryski szyk. Podręcznik stylu”.


Szerokiej publiczności Tomasz Jacyków znany jest z występów w telewizji śniadaniowej, gdzie w cyklu „Moda Polska”, dobiera ubrania dla „zwykłych” Polek oraz często niezwykle krytycznych ocen stylu polskich gwiazd. Szczerość w mówieniu o homoseksualizmie, przyjaznym stosunku do botoksu i noszenia naturalnych futer, sprawiły, że szybko zyskał miano skandalisty, a liczni złośliwcy zaczęli nazywać stylistę Pajacykowem. W związku z tym, niewielu wie, że swoją karierę w branży modowej Jacyków rozpoczął już w 1991 roku, od współpracy z fotografem Markiem Czudowskim. Pracował też dla zagranicznych pism Harper’s Bazar i Biba, a w Polsce m.in. z „Twoim Stylem”, „Elle”, „Panią”. Na przestrzeni lat współpracował z wieloma światowymi domami mody m.in. Jean Paul Gaultier, Escada, Max Mara, Bruno Banani. Współpracował z gwiazdami, tworzył stroje do programów telewizyjnych, filmów, teatru i opery.

Powstanie książki „O elegancji i obciachu Polek i Polaków, od stóp do głów, jest więc wynikiem wieloletniego doświadczenia i obserwacji. Wstęp poniekąd sugeruje, czego możemy spodziewać się po całości. Czytamy w nim:

„ Starałem się zachować w książce jak najwięcej siebie mojego języka, nie zawsze grzecznego W tym miejscu przepraszam wszystkie dzieci i konsekwentnych konserwatystów – nie bierzcie mnie za przykład, nie nadaję się. Ale kocham to, co robię, swoją pracę, ludzi. Nie lubię półśrodków, lubię mówić to, co myślę i biorę za własne słowa odpowiedzialność.”

Na początku znajdziemy rozdział poświęcony historii mody na świecie i w Polsce. Następne rozdziały to poszczególne części ciała: stopa i przy okazji buty, łydka, kolano i udo, talia, biodra, pośladki, biust, szyja, dekolt. Znajdziemy w nich wskazówki, jak dbać o ciało, jak wyeksponować poszczególne partie, bądź ukryć mankamenty oraz jak się przyodziewać w zależności od sytuacji. W każdym rozdziale wskazane są oczywiście największe błędy popełniane w tych kwestiach przez nasze społeczeństwo W dalszej części przeczytamy rozważania o makijażu i dodatkach: zegarkach, biżuterii, nakryciach głowy, torebkach. Pozostałe treści dotyczą spraw bardziej ogólnych typu: symbole religijne i narodowe w modzie, kulisy przygotowania pokazów, operacje plastyczne, kwestia noszenia futer. Dowiemy się też np., czym różni się dreskod od mody, jakie kolory mieszczą się w pojęciu klasyczna elegancja, dlaczego warto pamiętać o proporcjach i znać mankamenty swojej sylwetki, jak kompletować garderobę, żeby uniknąć problemu nie mam się, w co ubrać!, a także, dlaczego w modzie według Jacykowa nie ma pojęcia tanio i dobrze i dlaczego jakość musi kosztować. Stylista nie byłby sobą, gdyby na końcu nie zamieścił apelu do narodu „ w sprawie nieśmierdzenia i jakiego takiego ochędóstwa”.

W tekście odbija się osobowość autora mnóstwo tu ironii, specyficznego poczucia humoru, dosadnych określeń i przekonania o własnej wyjątkowości. Autor szczerze przyznaje we wstępie, że nie aspiruje do bycia pisarzem, nagrał, to, co chciał przekazać, przepisał, a następnie poskładał, korzystając z pomocy redakcyjnej. Z uwagi na taki sposób „tworzenia” w tekście znajdziemy mnóstwo dygresji, czasami bardzo odległych od tematu głównego. Ich duża ilość wprowadza do całości chaos i sprawia niekiedy, że informacje, rady wartościowe giną w natłoku zdań. Potoczny język używany przez autora odbiera publikacji nieco powagi, a to z kolei sprawi z pewnością, że krytycy wszelkiej maści niezasłużenie uznają książkę za bezwartościowy twór, którym nie warto się zajmować.

Wiele do życzenia pozostawia szata graficzna i jakość wydania. Wszechobecny kolor pomarańczowy i zastosowanie różnych czcionek jest męczące dla oczu i daje, być może zamierzone wrażenie niestaranności. Razi również duża ilość literówek. Szczególnie ważne informacje zostały umieszczone w ramkach, a niezwykle istotne dla stylisty spostrzeżenia na pomarańczowych stronach. Tekst uzupełniony jest o „spostrzeżenia uliczne” Jacykowa, które zostały zaczerpnięte z programu, który prowadził. Dla przykładu:

„ Ta pani w ogóle postawiła na ekstrawagancję i postawiła sobie czapkę z pomponem jak smerfetka po pupę.”
„A tu męska moda typu dżinsy i koszula albo tiszert za paskiem. I to jeszcze wszystko podciągnięte…to tak zwane spodnie na Pawełka, wszystko podciągnięte wysoko. Jeszcze z tyłu tam się robi taka pupa nosorożca. A z przodu gigantyczna przepuklina w jednej nogawce i jesteśmy macho i niech wszyscy nam wybaczą.”

Można uznać, że Tomasz Jacyków nie ma racji, a jego spojrzenie i podejście do mody jest tylko jednym z możliwych, niekoniecznie słusznych. Można go nie lubić i mieć za złe ocierający się o wulgarność język, którego używa. Warto jednak przyswoić sobie kilka przydatnych zasad ubioru, które kryją się pod tą otoczką. Zanim dojdziemy do wniosku, że takie lektury są nam niepotrzebne, warto zadać sobie pytanie, czy naprawdę zawsze wyglądamy tak dobrze, jak nam się wydaje i czy choć raz nie popełniliśmy wymienionych w książce błędów?

Ocena: 6/10
T. Jacyków, „O elegancji i obciachu Polek i Polaków, od stóp do głów”. JS &Co Dom Wydawniczy 2013.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa JS&Co http://www.szulski.com/autorzy


sobota, 21 września 2013

Tajemnice Świętej Patrycji

Choć powieść „Święty Psychol” Johana Theorina ukazała się w serii ze strachem wydawnictwa Czarne i reklamowana jest jako thriller, zdecydowanie bliżej jej do powieści psychologicznej z dreszczykiem. Dodajmy, bardzo dobrej powieści.

Nie od dziś wiadomo, że aby stworzyć atmosferę grozy nie potrzeba wcale makabrycznych zbrodni, trupów ścielących się gęsto, krwi ściekającej z każdej strony książki, spektakularnych pościgów i strzelanin. Wystarczy umieścić akcję w oddalonym od świata szpitalu psychiatrycznym i natychmiast zaczynamy się bać.Właśnie z tego, sprawdzonego już wcześniej patentu skorzystał Theorin.

Jan Hauger – główny bohater książki jest przedszkolankiem z powołania. Tylko wśród dzieci czuje się bezpiecznie i uważa, że jako jedyne są one godne zaufania. Ma to związek z trudnymi przeżyciami z dzieciństwa. Pewnego dnia, powodowany chęcią uporania się z przeszłością, postanawia zmienić miejsce zamieszkania i podejmuje pracę jako opiekun dzieci w miasteczku Valla. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że przedszkole Polana, znajduje się na tyłach szpitala psychiatrycznego imienia świętej Patrycji – potocznie zwanym przez miejscowych Świętym Psycholem, a rodzice uczęszczających tam dzieci są w nim zamknięci. Placówka jest swego rodzaju eksperymentem, a dzieci stanowią istotny element, narzędzie w terapii rodziców. Lekarze badają, na ile kontakt z chorymi rodzicami wpływa na ich prawidłowy rozwój. Podejmując pracę Jan musi zgodzić się na przestrzeganie zasad tam obowiązujących. Jedną z naczelnych jest zakaz rozmów na temat pacjentów „świętego psychola”. Przedszkole ze szpitalem połączone jest podziemnym korytarzem, a jednym z obowiązków pracowników jest przeprowadzanie maluchów na spotkania z rodzicami.

Akcja powieści rozgrywa się bardzo powoli na kilku płaszczyznach czasowych. Z każdą kolejną stroną poznajemy coraz więcej faktów z przeszłości bohatera, pozwala to zrozumieć nam kierujące nim obecnie motywacje. Choć początkowo wydaje się, że w Polanie spotkali się ludzie kompletnie różni, przypadkowi, szybko okazuje się, że łączy ich wspólny cel, sekretny plan, który mają do zrealizowania po drugiej stronie muru. Atmosferę grozy u Theorina budują przede wszystkim pełne zakamarków piwnice, łączące przedszkole ze szpitalem, z których mamy ochotę natychmiast uciec z uczuciem silnej klaustrofobii oraz gęste lasy, w których błądzą bohaterowie. Kolejnymi interesującymi elementami są niejednoznaczna postawa głównego bohatera i ciekawie zarysowane osobowości pozostałych postaci oraz  łączących je relacji, które pozostawiają czytelnikowi duże pole do tworzenia własnych scenariuszy i interpretacji.

„Święty Psychol” traktuje jednak przede wszystkim o złożoności ludzkiej natury, samotności i wyobcowaniu trudnym do zniesienia, a przede wszystkim o miłości niemożliwej, która trwa bez względu na okoliczności i upływający czas. Autor przekonuje, że są rany, których nie goi czas i krzywdy, których nie da się odkupić, a zło bez względu na okoliczności i intencje zawsze pozostaje złem.

Na pierwszy rzut oka powieść wydaje się bardzo przewidywalna, a tempo rozwoju akcji pozostawia wiele do życzenia. Z każdą kolejną stroną przekonujemy się jednak, że jest ona konstrukcyjnym majstersztykiem. Autor zaskakuje przewrotnością proponowanych rozwiązań, błyskotliwie myli tropy. Kiedy wydaje nam się, że już wszystko wiemy Theorin serwuje nieoczywiste zakończenie, pokazując, że za wcześniej straciliśmy czujność, bo w jego twórczości nie ma miejsca na oczywiste schematy.

Ocena: 8/10
J. Theorin, „Święty Psychol”, Wydawnictwo Czarne 2013.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne http://czarne.com.pl/


środa, 11 września 2013

Opowieść derwisza

„Sufi” to debiut powieściowy Elif Şafak, który w Polsce ukazuje jako szósta z kolei powieść autorki. 

Znajdziemy w niej wszystkie znaki „szczególne” twórczości pisarski: fascynację mistycyzmem, umiłowanie alegorycznych opowieści rodem z „Baśni tysiąca i jednej nocy”, szacunek dla słowa i dawnych przekazów ustnych. 

Zwolennicy będą usatysfakcjonowani, sceptycy z kolei mogą odnieść wrażenie, że wciąż czytają tę samą książkę.


Şafak przyzwyczaiła swoich czytelników do wielowątkowości swoich utworów i mnogości występujących w nich bohaterów. Nie inaczej jest tym razem. Młody chłopiec o imieniu Pinhan trafia do klasztoru derwiszów. Młodzieniec nosi w sobie wstydliwą tajemnicę o swojej dwoistej naturze. Ów sekret jest powodem ciągłego smutku i cierpienia. Wśród doświadczonych mędrców próbuje zrozumieć sens swojej przypadłości. Pewnego dnia chłopiec postanawia wyruszyć w podróż, która ma mu pomóc w znalezieniu własnego miejsca w świecie, miłości, a przede wszystkim zbudowaniu swojej indywidualnej historii. W ten sposób trafia do Stambułu. Od momentu wyruszenia w drogę dużo ważniejsze od głównego bohatera stają się postaci, które spotyka, zanim dotrze do celu.


Podczas wędrówki Pinhan spotyka same barwne osobowości. Wśród nich są między innymi karzeł, wędrowny sprzedawca alkoholu, staruszki zaprzyjaźnione z dżinami,  ułomna dziewczynka o niezwykłych zdolnościach, a także zwykli rzezimieszkowie. Każda z tych postaci przynosi z sobą nową, coraz bardziej nieprawdopodobną opowieść, a my z każdą kolejną stroną coraz bardziej oddalamy się od rzeczywistości, wchodząc w magiczny świat baśni.

„Sufi” pełen jest symboli i ukrytych znaczeń. Bohaterów nawiedzają prorocze sny i objawienia. Oprócz wątków mistycznych, pojawiają się również odniesienia do filozofii Empedoklesa, który uważał, że wszechświat powstał z czterech żywiołów. Na kartach powieści znajdziemy mnóstwo filozoficznych rozważań na temat roli przeznaczenia w życiu, osobistego kształtowania swojego losu. Głównym problemem wplecionym w fabułę wydaje się jednak ten, o potrzebie życia w zgodzie z samym sobą, bez względu na przeciwności losu.

Szkatułkowa budowa powieści powoduje, że momentami ginie w niej wątek główny, co sprawia wrażenie chaosu. Poetycki język jest z kolei przesadnie naładowany ozdobnikami, metaforami. Dużo tu również cytatów, fragmentów wierszy i poematów. Niektóre frazy brzmią, jak żywcem wyjęte z prozy Paulo Coelho. Mimo tych niedociągnięć warto pamiętać, że jest to debiut pisarki. Książka ukazała się w Turcji dwadzieścia lat temu, poruszenie tematu homoseksualnej orientacji w tamtym czasie wymagało odwagi i wywołało szok w społeczeństwie. Wydaje się, że między innymi za tę odwagę Şafak dostała za „Sufiego” Nagrodę Rumiego w 1998 roku.

Ocena: 6/10
E. Safak, „Sufi”, Wydawnictwo Literackie 2012.

wtorek, 3 września 2013

Sensacyjne impresje

Dzieła sztuki, ich kradzieże i brawurowe odzyskiwanie to motyw bardzo często wykorzystywany, nie tylko w literaturze, ale także w kinie. 

Jako, że temat jest wyjątkowo nośny jego wykorzystanie, przy odrobinie talentu, fantazji twórcy kończy się stworzeniem bestselleru lub nieśmiertelnego hitu filmowego. 

W swojej najnowszej powieści „Bezcenny” posłużył się nim także Zygmunt Miłoszewski – podobno jeden z najzdolniejszych ostatnio autorów kryminałów w naszym kraju. 

Z całą pewnością osiągnął zamierzony efekt, bo książka sprzedaje się jak ciepłe bułeczki i zagościła na szczytach Empikowej listy przebojów. Faktycznie czyta się ją szybko, choć bez przesadnego zachwytu i z odrobiną znużenia, wywołanym nie tylko sporą objętością całości.


Przerwa urlopowa i chwilowa niechęć do tzw. ambitnej literatury sprawiła, że postanowiłam zagłębić się w kryminały – gatunek, którym w wakacje zachwycają się wszyscy od Bałtyku po Tatry. Dotychczas nie byliśmy przesadnie zaprzyjaźnieni, choć wielokrotnie podejmowałam próby nawiązania głębszych relacji, ale zawsze kończyły się one wnioskiem, że po Christie i Larssonie nic mnie nie zachwyci, więc nie ma to większego sensu. Na szczęście zawsze można zmienić zdanie…Tym właśnie sposobem trafiłam na Miłoszewskiego. Był to mój pierwszy kontakt z pisarzem. Dość późny, przyznaję, bo „przegapiłam” jego dwie wcześniejsze, najpopularniejsze dotąd powieści, czyli sfilmowane przez Jacka Bromskiego „Uwikłanie” oraz kolejną „Ziarno prawdy”- cykl o przygodach prokuratora Szackiego.. W swojej ocenie nie będę, więc porównywać, czy „Bezcenny” jest od nich lepszy czy gorszy i jak postępuje rozwój autora na przestrzeni lat.


Akcja powieści została osnuta wokół zaginionego w czasie II wojny światowej „Portretu Młodzieńca” Rafaela Santi. Do Polski dociera informacja, że jest on w posiadaniu amerykańskiego biznesmena, a jedynym sposobem jego odzyskania jest kradzież. Do tego zadania zostaje powołana „grupa specjalna”, z dr Zofią Lorentz – urzędniczką MSZ, zajmującą się odzyskiwaniem dla Polski zrabowanych dzieł sztuki. Towarzyszą jej ambitny marszand - Karol Boznański, były współpracownik służb specjalnych – Anatol oraz szwedzka złodziejka – Lisa. Okazuje się, że bezcenne dzieło sztuki jest zaledwie początkiem zagadki, której rozwiązanie może wpłynąć nie tylko na losy Polski, ale również świata.

W „Bezcennym” na pierwszy rzut oka wszystko teoretycznie się zgadza. Mamy ciekawie, z małymi wyjątkami (Zofia Lorentz) narysowanych bohaterów, wartką akcję, dużo fachowej, interesującej wiedzy z historii sztuki. Im bardziej zagłębiamy się w lekturze, tym więcej dostrzegamy mankamentów. Po pierwsze wydaje się, że autor zapędził się nieco we własnej fantazji. W książce znajdziemy bowiem zamach terrorystyczny, brawurowe pościgi, strzelaniny, oddział Marines, nawiązania do Bonda, Indiany Jonesa, jakby komuś było mało jest jeszcze obowiązkowa w tej konwencji wycieczka do Szwecji. Można to oczywiście nazwać czerpaniem z najlepszych tradycji kryminału i nie ma w tym nic złego, pod warunkiem zachowania umiaru, którego tutaj zabrakło. Wygląda to trochę tak, jakby Miłoszewski wrzucił do jednego kotła wszystkie książki i filmy, które mu się podobają i wymieszał. Zapomniał tylko, że taka potrawa może być ciężkostrawna, bo niektóre zaproponowane sceny, zamiast napięcia wywołują śmiech, zupełnie niepotrzebne wydają się też aluzje polityczne. Być może właśnie to nagromadzenie inspiracji sprawiło, że w książce są momenty przestoju i dłużyzny, które w kryminałach, sensacji raczej nie powinny się zdarzać. Niektóre sceny, opisy są zbyt rozwlekłe, co niepotrzebnie zwiększa objętość książki. Skondensowanie narracji z całą pewnością nie przyniosłoby uszczerbku dla interesującego tematu głównego. Ogromny plus za erudycję i przemycenie przy okazji sporej dawki ciekawostek.

W udzielonym niedawno Małgorzacie Domagalik wywiadzie Miłoszewski powiedział: „… nie ma skromnych pisarzy…Oczywiście, że chcę być podziwiany. Chcę być najsłynniejszym pisarzem świata.” Dalej dowiadujemy się, że planem minimum pisarza jest, aby jego książka była w każdym polskim domu. Cóż nie od dziś wiadomo, że warto mieć marzenia i zawsze trzeba mierzyć wysoko. Zalecam jednak odrobinę pokory, bo po lekturze „Bezcennego” stwierdzam, że do mistrzostwa, tytułów i pławienia się w blasku i chwale droga daleka.

Ocena: 6/10
Z. Miłoszewski, „Bezcenny”, Wydawnictwo W.A.B. 2013.



niedziela, 11 sierpnia 2013

Paris, Paris…

Wydaje się, że o tym mieście napisano już wszystko, co było do napisania. Mimo to, wciąż pojawiają się nowe publikacje na temat metropolii i znajdują rzesze zainteresowanych czytelników.

 Światowa stolica mody, mekka artystów, miasto miłości, świateł, to tylko niektóre z etykiet, które towarzyszą mu od lat. 

Czarowi Paryża uległy również Małgorzata Gutowska – Adamczyk i Marta Orzeszyna, pisząc „Paryż. Miasto sztuki i miłości w czasach Belle Epoque”. 

Trzeba przyznać, że jest to jedna z najsolidniejszych merytorycznie i najładniej wydanych publikacji na ten temat w ostatnich latach.


We wstępie napisanym przez autorki czytamy: „…Z naszych lektur, poszukiwań narodził się z kolei ten album. Przyjęłyśmy najszersze z możliwych ramy czasowe od 1870 do 1914 roku. Nasza opowieść nie aspiruje do uniwersyteckiego wykładu. Jest raczej zbiorem opowieści o mieście i ludziach w tym szczególnym czasie, jakim była belle époque…”


Publikacja została podzielona na następujące rozdziały: Belle Epoque. Blaski i cienie pięknej epoki – została tam opisana sytuacja polityczna, poprzedzająca okres rozkwitu, ogromne podziały społeczne i ekonomiczne, które występowały. W kolejnym „Paryż – miasto nowoczesne”, czytamy o olbrzymiej przebudowie miasta, dokonanej przez Georgesa Hausmanna. Kolejna część nosi tytuł „Paryż codzienny”, znajdziemy tam ciekawe informacje na temat zacierania się klas społecznych, wielkich rodach arystokratycznych, paryskich bulwarach, które stały się centrum życia towarzyskiego wyższych sfer i ubogich obrzeżach metropolii, rodzącej się reklamie oraz typach paryskich: flaneur, apaszach midinetkach, gryzetkach i wielu innych barwnych grupach, które przewijały się przez ulice Paryża. W tak wyczerpującym opracowaniu nie mogło zabraknąć wątku „Polaków w Paryżu”. Autorki poświęcają uwagę nazwiskom rodaków, którzy zyskali w stolicy Francji pewną sławę. Wśród nich m.in: Maria Skłodowska – Curie, Ignacy Paderewski, Stacia Napierkowska, Olga Boznańska, Jan Chełmiński. Pojawia się również kwestia „Kobiet w Belle Epoque”. Przeczytamy tu rysy biograficzne dam do towarzystwa, artystek, działaczek społecznych, Kolejne rozdziały to: „Paryż mekką artystów”, „Sztuka i miłość, czyli słynne pary”, „Paryż się bawi”, „Paryż – miasto postępu”, „Paryż stolicą mody”

Niektóre informacje zawarte w albumie „Paryż miasto sztuki i miłości…” można znaleźć również w innych opracowaniach historycznych, dotyczących miasta. Bogaty materiał źródłowy wykorzystany przez autorki sprawia, że znajdziemy tu również unikalne smaczki i ciekawostki, które czynią książkę wyjątkową. Dodatkowym atutem, podobnie jak w poprzednich książkach serii są piękne zdjęcia i staranne wydanie. Wszystko to sprawia, że lektura albumu nie tylko wzbogaci naszą wiedzę, ale również będzie przyjemnym przeżyciem estetycznym. Z całą pewnością może też być inspiracją do zaplanowania wyprawy do Paryża, a to w okresie wakacyjnym spory argument na plus.

Ocena: 7/10
M. Gutowska – Adamczyk, M. Orzeszyna „ Paryż. Miasto sztuki i miłości w czasach belle époque.” Wydawnictwo Naukowe PWN 2012.

*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Domu Wydawniczego PWN http://www.dwpwn.pl/

piątek, 2 sierpnia 2013

Trochę nudny poniedziałek

Gdy słupki rtęci na termometrach znacznie przekraczają 30̊ C należy sięgać po lektury lekkie, łatwe i przyjemne. 

Kierując się tą właśnie zasadą, postanowiłam przeczytać najnowszą książkę Katarzyny Grocholi pt. „Trochę większy poniedziałek”. 

Żeby była jasność, nie spodziewałam się po tym zbiorze tekstów literackiego olśnienia. 

Lektura zawodzi jednak, nawet przy znacznym obniżeniu wymagań. Owszem jest lekko, ale przy tym momentami zbyt banalnie i nudno niestety.


Nie jestem fanką tzw. literatury kobiecej, na co dzień praktycznie nie sięgam po tego typu książki. Do takiego wyboru skłoniła mnie chęć odpoczynku od „cięższej” tematycznie literatury faktu, w której gustuje. Zdecydowałam się sięgnąć po Grocholę, bo cenię ją najbardziej spośród rodzimych twórczyń tego gatunku. Za wyrazistą osobowość, optymizm i nieprzesadne zajmowanie się tak modną ostatnio kreacją wizerunku, a przede wszystkim za to, że jej powieści, w przeciwieństwie do (po) tworów niektórych koleżanek po fachu, pod względem warsztatowym z reguły da się czytać bez zgrzytania zębami. Dodatkowym wabikiem była informacja, że jest to zbiór felietonów, które uwielbiam.


Usprawiedliwieniem słabego poziomu tekstów może być fakt, że jest to zbiór felietonów publikowanych na łamach różnych czasopism w latach 1998 – 2002, czyli z okresu zanim Grochola stała się TĄ poczytną pisarką od „Nigdy w życiu” i innych części przygód Judyty, która została okrzyknięta polską Bridget Jones. Teksty można uznać za pisarskie wprawki, które z pewnością dotychczas były głęboko schowane w domowym archiwum. We wprawianiu się nie ma oczywiście nic złego, każdy kiedyś zaczynał i z reguły nie od razu osiągał literacki Olimp. Powstaje jednak pytanie, czy popyt na autora naprawdę zawsze wymaga publikacji jego wszystkich, najwcześniejszych nawet utworów? Wydaje mi się, że nie, takie powroty do przeszłości bywają niekiedy bardzo bolesne, a przede wszystkim niepotrzebne. Pozycja Grocholi na rynku wydawniczym jest niezagrożona, nie musi przypominać o sobie czytelnikom, ratować wizerunku, a tym bardziej łatać dziur w budżecie i zgadzać się na każdą propozycję. Biorąc pod uwagę te czynniki, wydanie tej książki jest nieco niezrozumiałe. Będę jednak życzliwa i uznam, że letnie repertuary wydawnicze również trzeba jakoś zapełnić, a wielbicielki, których z pewnością nie brakuje, niecierpliwe czekają na każdy nowy tytuł.

Felietony z grubsza rzecz biorąc po trosze są o wszystkim, ale przede wszystkim, jak to bywa u Grocholi o zawiłościach relacji damsko – męskich, miłości, przyjaźni, zazdrości oraz innych targających zwłaszcza kobietami emocjach. Teksty ukazywały się w cyklu miesięcznym. Ich tematyka jest, więc po części dostosowana do kalendarza. Znajdziemy tu historie odpowiednie na święta, Sylwestra, wakacje, Walentynki i inne tego typu okazje. Są opowieści o dietach, stylu życia, byciu kobietą elegancką, urokach życia na wsi, domowych porządkach i inne tego typu. Pojawiają się w nich postaci i dialogi wykorzystane później w „Nigdy w życiu” i pozostałych książkach serii. Poznajemy więc przyjaciółkę Ulę, pana od węgorza, który być może jest pierwowzorem książkowego pana od błękitnych kopert, a także niepokorną córkę autorki.

Całości nie można odmówić pozytywnego przesłania, optymizmu i poczucia humoru – znaków rozpoznawczych twórczości Grocholi. Pisarka po raz kolejny przekonuje czytelniczki, że nie ma sytuacji bez wyjścia, na zmiany nigdy nie jest za późno i wyłącznie naszym wyborem jest to, w jakich barwach widzimy świat. Pojawia się tu cały zestaw życiowych mądrości i prostych prawd, które wydają się oczywiste. Niektórzy jednak potrzebują, by ktoś z zewnątrz stale im to uświadamiał. Ta grupa z całą pewnością będzie w pełni zadowolona z lektury.

„Trochę większy poniedziałek” to rzecz dla zagorzałych fanów autorki. Ci, którzy do nich nie nalezą, ale jednocześnie patrzą w miarę przychylnym okiem na resztę twórczości autorki tą pozycję mogą sobie śmiało odpuścić i cierpliwe czekać na kolejną powieść. Wydaje mi się, że w nich jest dużo więcej polotu, błyskotliwości, a przede wszystkim akcji, jakkolwiek śmiesznie brzmi to słowo w odniesieniu do literatury kobiecej.

Ocena: 5/10
K. Grochola, „Trochę większy poniedziałek”, Wydawnictwo Literackie 2013.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/


środa, 17 lipca 2013

Z wizytą w raju dla smakoszy

Lato w pełni, wakacyjne wojaże pełne przygód i poznawania nowych smaków też. 

Jeśli ktoś nie może sobie pozwolić na daleką, egzotyczną wyprawę, a przy tym uwielbia testować swoje kubki smakowe, czym prędzej powinien sięgnąć po nową książkę Michaela Bootha pt. „Sushi i cała reszta”. 

Ostrzegam: ta podróż ma jedną wadę – kończy się błyskawicznie, bo książkę pochłania się podczas jednej letniej sjesty.


Przyznaje szczerze, że moja wiedza o kuchni japońskiej, przed lekturą tej książki była do tej pory znikoma, żeby nie powiedzieć żadna. Ograniczała się właściwie do trzech nazw: sushi, wasabi, sos sojowy. W mojej pamięci utkwił też makaron sobą, niezwykle zachwalany przez znajomą. I to by było na tyle. Sądząc po wciąż rosnącej w dużych miastach liczbie lokali popularnie zwanych suszarniami, wiedza większości Polaków jest podobnie ograniczona. Lektura książki pokazuje, że Europejczycy, nawet ci, którzy gotują świetnie i są biegli w temacie, bez wizyty w Japonii, tak naprawdę nie mają możliwości poznania prawdziwej japońskiej kuchni.


Michael Booth – dziennikarz, autor dość popularnej u nas książki „Jedz, módl się jedz” (PWN 2012), tym razem zabiera nas w kulinarną podróż po Kraju Kwitnącej Wiśni. Inspiracją do odbycia tak dalekiej eskapady stała się dla niego lektura książki „Kuchnia japońska. Prosta sztuka.” Shizuo Tsujiego. Booth postawił sobie za cel, sprawdzenie, czy i jak zmieniła się kuchnia japońska od czasu ukazania się tej publikacji i zgłębienie tajników diety Japończyków, która zapewnia im upragnioną przez wielu długowieczność. Zarezerwował więc bilety dla całej czteroosobowej rodziny, zaplanował trasę, wiodącą od Hokkaido do Tokio, Kioto, Osaki, Fukuoki, po wyspy Okinawa i wyruszył w drogę.

Wraz z autorem mamy możliwość odwiedzenia restauracyjnej dzielnicy Kabukicho w Tokio, poznania od kulis najsłynniejszego kulinarno – rozrywkowego show SMAP. Ciekawostką jest, że według niektórych szacunków 40% japońskiej produkcji telewizyjnej to programy o jedzeniu! Również w Tokio znajduje się Kappabashidori – ulica akcesoriów kuchennych. Po tej garstce informacji maniacy gotowania, z całą pewnością stwierdzą, że oto jest ich raj na ziemi i zaczną planować podróż. Niech ten wstęp was jednak nie zmyli, autor nie zajmuje się tylko tematami około kulinarnymi, najważniejsze są japońskie specjały. Poznajemy, więc sekret idealnej tempury, smak prawdziwego wasabi, najlepszego sushi, lokalnych ryb i przysmaków. W opowieści o kuchni Kraju Wschodzącego Słońca nie mogło oczywiście zabraknąć rozdziałów o sake, miso, wołowinie z Kobe, czy sosie sojowym. Jeśli jesteście zagorzałymi przeciwnikami glutaminianu sodu, dodawanego do każdej potrawy, możecie być bardzo zaskoczeni tym, co Booth pisze na jego temat, chociażby, dlatego, warto sięgnąć po tę książkę.

Kluczem do sukcesu podróży, a co za tym idzie udanej lektury jest fakt, że dziennikarz poznaje japońską kuchnię rozmawiając ze specjalistami w danej dziedzinie, dociera do miejsc, które nie były pokazane wcześniej nikomu innemu. Jada w najlepszych restauracjach, spędza czas z najlepszymi szefami kuchni, śledzi dwie największe szkoły gotowania, na które podzielona jest Japonia: Kanto na wschodzie i Kansai na zachodzie. Czasami zbacza z utartego szlaku i kierując się intuicją i podpowiedziami lokalnych znawców, trafia do unikalnych miejsc. Dzięki takiemu podejściu i my – czytelnicy możemy się przez chwilę poczuć jak odkrywcy, a to wydaje się jedną z najważniejszych zalet każdej lektury. Autor wybrał się w tę daleką podróż z całą rodziną, a to z kolei sprawia, że tekst pełen jest zabawnych sytuacji z udziałem dzieci, lekkości i poczucia humoru. Czyż wakacyjnym lekturom trzeba czegoś więcej?

Ocena: 7/10
M. Booth, „Sushi i cała reszta”, Dom Wydawniczy PWN 2013.

*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Domu Wydawniczego PWN http://www.dwpwn.pl/