wtorek, 24 marca 2015

Wielbłądy a moda polska

Wielu z was pewnie zastanawia się, co ma piernik do wiatraka? Wiem, ale nie powiem, żeby nie odbierać zainteresowanym przyjemności z lektury bardzo dobrego reportażu monograficznego Aleksandry Boćkowskiej pt. „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL ”. 

Nie jest to książka o modzie sensu stricto. Materiały, wzory, fasony i kolory są tu jedynie tłem do opisania zjawiska socjologicznego, twórców oraz atmosfery, w jakiej Ci ostatni pracowali. Jak pisze autorka, moda w okresie PRL – u była polem walki na wielu frontach: estetycznym, obyczajowym, a także politycznym. Tym zmaganiom i ich efektom w dużej mierze poświęcone są „Wielbłądy”.

Boćkowska rozpoczyna od przybliżenia biografii ówczesnych projektantów, tych znanych, jak Barbara Hoff, czy Jerzy Antkowiak, jak i tych, dziś zupełnie zapomnianych, a równie istotnych, jak Jadwiga Grabowska – pierwsza dyrektor artystyczna Mody Polskiej. Interesują ją nie tylko kreatorzy mody, ale także modelki, graficy, dziennikarze. Ich cechami wspólnymi są: wybitny talent, trudny charakter, pasja i przemożna chęć, by stworzyć coś z niczego.

W kraju, gdzie baleriny tworzono z trampek, sukienki z tetrowych pieluch, a spodnie jako strój kobiecy długo były pomysłem z kosmosu, projektowanie ubrań oryginalnych, dobrych jakościowo w innych kolorach, niż szarość i brąz nie było rzeczą łatwą. Reglamentacja towarów, sprawiła, że brakowało wszystkiego: od odpowiednich materiałów, po guziki i sprzączki. Warunki do pracy również pozostawiały wiele do życzenia. Wszystko to zmusiło twórców do wielkiej improwizacji i przystosowania do ogólnie panującego chaosu. Kto powiedział, że projekt stworzony w profesjonalnej pracowni jest lepszy od tego narysowanego na kolanie? Z brakiem towaru zmagali się również klienci. To co ładne trafiało do sprzedaży (słynny Cedet) w bardzo ograniczonych ilościach. Żeby Coś upolować, niejednokrotnie trzeba było stoczyć prawdziwą walkę w tasiemcowej kolejce.

Każdy orze jak może, a Polak, jak wiadomo potrafi. W związku z tym po ciuchy chodziło się na bazary, gdzie sprzedawano rzeczy unikatowe, pochodzące najczęściej z zagranicznych paczek, przesyłanych przez rodzinę lub znajomych. Na najsłynniejszych warszawskich: na Różycu i placu Szembeka bywała cała śmietanka towarzyska stolicy. Po prostu wypadało się tam pokazać. Każde większe polskie miasto posiadało własne „targowisko próżności”, będące centralnym punktem spotkań osób z różnych środowisk.

Twórcom towarzyszyła jedna myśl: dogonić zachód, a zwłaszcza Paryż. Kopiowanie ( z różnym efektem) tamtejszych fasonów i wzorów było zjawiskiem powszechnym. Nikt tego nie ukrywał, wręcz przeciwnie. Wyjazd i kariera tam była marzeniem wielu. Odnieść sukces udało się nielicznym. Do tej grupy niewątpliwie można zaliczyć Zygę Pianko – twórcę marki Pierre d’Alby (jego fascynująca biografia została szeroko omówiona przez autorkę) oraz Romana Cieślewicza – genialnego grafika, który został dyrektorem artystycznym w „Elle”.

Naszym oknem na świat wielkiej mody była także prasa zagraniczna, ze wspomnianym „Elle” na czele. Na tym polu również nie byliśmy gorsi. W głowie Teresy Kuczyńskiej zrodził się pomysł stworzenia pierwszego polskiego magazynu poświęconego stylowi życia „Ty i ja”. Do współpracy zaprosiła m.in. wspomnianego wyżej Romana Cieślewicza, który tworzył okładki. Choć pismo ukazywało się stosunkowo krótko, do dziś może stanowić wzorzec tego typu periodyku, zarówno pod względem merytorycznym, jak i graficznym.

„To nie są moje wielbłądy” doskonale oddają atmosferę twórczego fermentu, który panował w Polsce w okresie PRL – u. Z publikacji  wyłania się obraz, grupy niezwykle zdolnych zapaleńców z fantazją, którzy mieli odwagę wejść na pole minowe i smakiem oraz dobrym gustem walczyć z siermiężnością, zaściankowością i szarością, które niepodzielnie panowały w kraju nad Wisłą. W żadnej mierze nie jest to jednak podróż sentymentalna. Nie znajdziemy tu gloryfikacji tamtego okresu i osiągnięć. Bardziej jest to ukłon w stronę twórców, docenienie ich starań i przedstawienie lepszych i gorszych efektów pracy.

Aleksandra Boćkowska wykonała potężną pracę reporterską, zadała sobie dużo trudu, by dotrzeć do źródeł informacji, przeprowadziła dziesiątki rozmów z twórcami, nie zawsze chętnymi do zwierzeń. Przyniosło to niemal doskonały efekt. Całość czyta się lekko i przyjemnie Autorka łączy poczucie humoru z dziennikarską wnikliwością i trafnymi obserwacjami. Taki styl sprawia, że książka może zainteresować również zupełnych modowych ignorantów. Mankamentami publikacji jest mała, w stosunku do skali tematu objętość tekstu oraz niewielka liczba zdjęć. Powierzchowność, z jaką zostały potraktowane niektóre kwestie wywołuje uczucie niedosytu i chęć na znacznie więcej. Pozostaje mieć nadzieję, że autorka nie przestanie zgłębiać tego fascynującego tematu i wkrótce otrzymamy kolejną porcję równie smakowitego kąsku.

Ocena: 8/10
A.Boćkowska, „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL”. Wydawnictwo Czarne 2015.

środa, 4 marca 2015

Viva Moda


„Vogue” nie jest zwykłym tytułem prasowym, lata istnienia, wysoki poziom merytoryczny i artystyczny, sprawiły, że magazyn stał się instytucją, marką rozpoznawalną na całym świecie. 

Dla fashionistów to niemal biblia, praca tam jest marzeniem wszystkich na poważnie związanych z branżą modową – otwiera wiele drzwi, daje bezcenne doświadczenie, a przede wszystkim gwarantuje pozycję w środowisku. 

Jedną z takich marzycielek, której udało się osiągnąć cel jest Kristie Clements – wieloletnia redaktor naczelna australijskiej edycji magazynu. Niedawno ukazała się jej autobiografia „Vogue. Za kulisami świata mody”. Z lektury płynie stary jak świat morał: nie wszystko złoto, co się świeci.

Tylko nieliczni mają przywilej poznania świata tzw. wysokiej mody od kulis i mogą uchylić zwykłym „zjadaczom” chleba rąbka tajemnicy. Clements niewątpliwie jest jedną z takich postaci. W redakcji „Vogue’a” przeszła bowiem przez wszystkie stopnie wtajemniczenia, swą karierę zaczynała od posady recepcjonistki, zakończyła na stanowisku redaktor naczelnej. Funkcję tę pełniła przez trzynaście lat. Ta praca była jej pasją i spełnieniem młodzieńczych marzeń.

Każdy z nas ma swoje wyobrażenie na temat świata mody. W większości przypadków jest ono budowane w oparciu o różnego rodzaju przekazy medialne. Stereotypowo kojarzy się on z blichtrem, luksusem, dużymi pieniędzmi, łatwo zdobytą sławą – krótko mówiąc zajęciem lekkim, prostym i przyjemnym. Clements w swojej książce pokazuje, że ten obraz ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Choć na każdym kroku podkreśla dumę i radość, z powodu wykonywanej pracy, wskazuje także na konieczność pokonywania wielu trudności, z których przeciętni odbiorcy nie zdają sobie sprawy.

Dostęp do markowych ubrań i dodatków, uczestnictwo w pokazach największych kreatorów, liczne podróże, znajomość z gwiazdami światowego show – biznesu, współpraca z największymi nazwiskami w branży, to niewątpliwe jasne strony bycia redaktor naczelną „Vogue’a”, którym autorka poświęca sporo miejsca. Dużo ważniejsze i ciekawsze, z punktu widzenia czytelnika są jednak fragmenty dotyczące ciemniejszej strony profesji: walka o wpływy i prestiż, wynikająca z faktu, że australijska edycja magazynu ma dużo mniejsze znaczenie, niż amerykańska, francuska, czy włoska. W związku z tym „zaklepanie” terminu najlepszych fotografów, modelek, jak również namówienie do współpracy liczącej się gwiazdy, która gwarantuje dobrą sprzedaż numeru, nie jest rzeczą łatwą i oczywistą. Dochodzą do tego: walka o utrzymanie wysokiego poziomu, przy wymogu maksymalnego cięcia kosztów, problemy z doborem modelek, znoszenie fanaberii celebrytów, pogodzenie oczekiwań czytelników z oczekiwaniami wydawcy i wiele innych.

W tych, w gruncie rzeczy lekkich, momentami zabawnych wspomnieniach, Clements poruszyła też kilka poważnych zagadnień. Pisze m.in. o anoreksji wśród modelek, stale zmieniającej się i malejącej roli prasy drukowanej w dobie Internetu, postępującym upadku dziennikarstwa modowego, który nastał wraz z pojawieniem się blogerów modowych. Są to niezwykle celne i ciekawe spostrzeżenia, za którymi stoją lata doświadczenia, wiedzy i praktyki zawodowej.

„Vogue. Za kulisami świata mody” jest lekturą interesującą nie tylko dla pasjonatów mody, którzy są stałymi czytelnikami czasopisma, na bieżąco śledzą trendy. Pokazuje, jak bardzo zespołową, wymagającą pasji, zaangażowania, determinacji i kreatywności  jest praca w przemyśle prasowym. Poznanie jej kulis budzi szacunek do ludzi w nim pracujących, raz na zawsze oducza postrzegania modowej branży, w sposób zero – jedynkowy.

Ocena: 6/10

K. Clements, „Vogue. Za kulisami świata mody”, Wydawnictwo Literackie 2015
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

środa, 18 lutego 2015

(Kontra) banda

Make Life Harder – kultowy już w pewnych kręgach blog autorstwa Macieja i Lucjana, doczekał się książkowej wersji, która właśnie ukazała się na rynku. 

Dzieło będące w założeniu twórców pastiszem blogu Kasi Tusk, w sposób zabawny, momentami wulgarny i kontrowersyjny, odpowiada na równie słynne już pytanie: jak żyć? 

W epoce Facebooka , blogerek modowych, wszechobecnych i wszystkowiedzących celebrytów oraz programów śniadaniowych. To rzecz obowiązkowa dla tych, którzy lubią czystą, niewyszukaną rozrywkę, bez skrupułów i po bandzie. 

Ci nawykli do częstego zastanawiania się nad sensem wszystkiego, niech ominą książkę szerokim łukiem, bowiem sens jest ostatnią rzeczą, którą w niej znajdą.

Biografie autorów blogu owiane są tajemnicą, panowie publicznie pojawiają się wyłącznie w maskach na twarzach, nie zdradzają swoich personaliów. Znaki szczególne: obuwie, klapki bądź sandały z obowiązkową białą skarpetą. Pewne wydaje się być tylko to, że pochodzą z Gdańska. Podobno są przystojni i młodzi, podobno byli bezrobotni, a blog miał być humorystycznym sposobem na zarobienie pieniędzy. Jaka jest prawda? Nie wiadomo, swój cel jednak osiągnęli. Ich fanpage na Facebooku ma obecnie 140 tysięcy fanów, a książka stała się bestsellerem na długo przed oficjalną premierą.

Nadszedł czas na akapit, w którym wypada odpowiedzieć na pytanie, o czym jest ta książka? I tu zaczynają się małe schody, gdyż najuczciwsza odpowiedź brzmi, o wszystkim i o niczym jednocześnie. Tak łatwo się jednak nie poddam i to nic ubiorę w słowa, w myśl refrenu mówiącego, że recenzja musi posiadać tekst. Zacznijmy więc od początku. Książka ma formę kalendarza, znajdą w nim Państwo horoskop dla każdego znaku zodiaku i porady dotyczące bardzo szeroko pojętego stylu życia. Nie mają one jednak żadnego związku z dobrym wychowaniem, czy ogólnie przyjętymi normami społecznymi. Dotyczą rzeczy bardziej przyziemnych, czyli np. tego, jak bawić się w Facebooka w realu, jak zachowywać się na wakacjach w Sopocie, przetrwać sesję akademicką, pracę w korporacji i grilla u cioci Chłopaki, chcąc ułatwić społeczeństwu życie podają również sprawdzone patenty na świętowanie: Tłustego Czwartku, Walentynek, Bożego Narodzenia, Wielkanocy, wieczoru kawalerskiego i innych istotnych dat. W związku z tym, że jesteśmy w Polsce, nie mogło zabraknąć tekstu o sposobach zdobywania pieniędzy na alkohol, jego picia i tych na poradzenie sobie z nadmiernym spożyciem, potocznie zwanym kacem. Jak widać uwagę autorów zajmują wyłącznie istotne problemy współczesności.

Oczywiście powaga jest ostatnią rzeczą, której należy się po „Make Life Harder” spodziewać. Całość utrzymana jest w mocno prześmiewczym, maksymalnie ironicznym i zabawnym (dla niektórych) tonie. Wydaje się, że dla chłopaków nie ma świętości i granic, obśmiani i wyszydzeni zostali tu właściwie wszyscy: katolicy, księża, politycy, intelektualiści i bezrobotni, wielkomiejscy i małomiasteczkowi, geje, a przede wszystkim celebryci i różnej maści gwiazdy polskiego show – biznesu. Ci konserwatywni, mniej liberalni wrażliwsi (zwłaszcza na słowa) mogą się poczuć urażeni i zniesmaczeni. Nie brakuje tu wulgaryzmów, dowcipów fekalnych, zaznaczone są też fragmenty wycięte przez redakcję, jako te zbyt ostre.
W zasadzie wszystko się zgadza, są jednak dwa mankamenty. Po pierwsze, okazało się, że to co broni się w Internecie, niekoniecznie równie dobrze sprawdza na papierze, po drugie dowcip opowiadany wielokrotnie w którymś momencie przestaje być śmieszny. Tak też jest w przypadku tej książki, która momentami jest ciężkostrawna i nużąca nawet dla miłośników tego rodzaju poczucia humoru. Uwaga: w końcowych fragmentach, zamiast salw śmiechu, możliwa irytacja i uczucie ulgi, że to już KONIEC.

Na zakończenie wypada odpowiedzieć na pytanie, w takim razie, jaki sens ma ta książka? Mówiąc najprościej żaden, jednak, i w tym miejscu skomplikuje sobie życie. Z jednej strony można się oczywiście bulwersować, że dożyliśmy czasów, w których naprawdę każdy, nie mający szczególnych osiągnięć może napisać książkę, która stanie się bestsellerem. Z drugiej jednak „Make Life Harder” w tym żartobliwym sosie zawarli celne i cenne spostrzeżenia socjologiczne. „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!”. Im głośniejszy był nasz śmiech podczas tej lektury, tym bardziej nas ona dotyczy. Warto mieć tego świadomość.

Ocena: 7/10

„Make Life Harder”, Lucjan i Maciej, Prószyński Media 2015.

czwartek, 5 lutego 2015

(Nie) wesoła dziewczyna

Lena Dunham po emisji serialu „Dziewczyny”, którego jest autorką, została okrzyknięta głosem pokolenia i damskim odpowiednikiem Woody’ego Allena. Idąc za ciosem, na fali sukcesu postanowiła wydać książkę. „Nie taka dziewczyna” – zbiór autobiograficznych felietonów właśnie ukazał się na polskim rynku. 


Oczekiwania i nadzieje wobec przedsięwzięcia były ogromne, o czym dobitnie świadczy suma 3,7 miliona dolarów zaliczki wypłacona autorce przez wydawnictwo Random House. Ci, którzy po lekturze tego drogocennego dzieła spodziewają się objawienia nieprzeciętnego literackiego talentu, doznają srogiego zawodu. Okazuje się bowiem, że w znacznej mierze refleksje Dunham, nie są warte przysłowiowego funta kłaków.


Serial „Dziewczyny”, który przyniósł autorce sławę i pieniądze w założeniu miał być odpowiedzią i przeciwwagą dla kultowego, w pewnych kręgach „Seksu w wielkim mieście”, opowiada o grupie dwudziestokilkulatków z Brooklynu, ich zmaganiach z codziennością i próbach stworzenia związków idealnych. Od wymienionego wyżej poprzednika różni go w zasadzie wszystko. Tutaj zamiast szpilek od Blahnika nosi się trampki, na życie zarabia mało ekscytującą i wymagającą intelektualnie pracą kelnerki, ciałom bohaterek i ich partnerom daleko do ideału, a czasami po prostu nie mają z czego zapłacić czynszu. Ta przyziemność i zwyczajność postaci w dużej mierze zdecydowała o sukcesie serialu. Ponadto Dunham już w pierwszym odcinku głosem granej przez siebie Hannach stwierdziła samozwańczo, że „zamierza być głosem swojego pokolenia, a przynajmniej jakimś głosem jakiegoś pokolenia”. Reakcja na serial sprawiła, że autorka naprawdę uwierzyła w te słowa i, jak widać konsekwentnie, (ze szkodą dla czytelników) realizuje swoją „misję”.

Uczciwie przyznaje, że nie jestem fanką „Dziewczyn”, owszem obejrzałam wszystkie sezony serialu, ale efektu wow zdecydowanie nie było, w związku z tym nie dołączyłam do licznego grona wyznawczyń Leny. Po książkę sięgnęłam z ciekawości, chcąc sprawdzić, czy ta „Dziewczyna” faktycznie jest tak zabawna, autoironiczna i inteligentna na jaką wykreowały ją media. Po lekturze nie spodziewałam się oczywiście wybitnego dzieła o wysokiej wartości merytorycznej, oczekiwałam raczej przyjemnej rozrywki i dużej dawki oczyszczającego śmiechu. Niestety, moje rozczarowanie rosło z każdą przeczytaną stroną. Zamiast radości szybko pojawiła się irytacja i znużenie, które nie opuściły mnie do samego końca czytania tekstu.

Dunham na początku książki zapewnia, że napisała książkę dla kobiet, po to, „by pomóc im wykonać choć jedno parszywe zadanie, albo uratować je przed stosunkiem w trakcie którego będą się bały zdjąć trampki (…). Nie dajcie się jednak zwieść tej pozornej misyjności i wpływu tekstu na życie kobiet. Lena napisała tę książkę dla siebie, dla potwierdzenia przekonania o swojej wyjątkowości i niebagatelnego zysku. Głównym punktem rozważań autorki jest ona sama i jej wydumane problemy.
Jako wychowana na Manhattanie córka znanych rodziców – fotografki i malarza, od dziecka obracała się kręgu nowojorskiej bohemy artystycznej. Miała niewielki kontakt z tzw. zwykłym życiem i dużo czasu na „poszukiwanie siebie” i rozważania o sensie życia.

W związku z niezachwianym przekonaniem o własnej wyjątkowości i błyskotliwości sądów bez skrępowania dzieli się z czytelnikami swoimi fobiami i lękami, które regularnie analizuje na kozetce u psychoanalityka, opisuje pierwsze doświadczenia seksualne, bóle miesiączkowe, problemy ginekologiczne. Oczywiście nie zostają nam oszczędzone wyznania o nieudanych relacjach damsko – męskich, zaburzeniach odżywiania i stosunku do diet (kilkanaście stron). Gdyby nadal było wam mało wiedzy o Lenie, możecie przeczytać o zawartości jej torebki lub niesmaczną historię, o tym, że jako dziecko obejrzała krocze siostry… Ekshibicjonizm i szczerość są tu posunięte do granic absurdu. Zamiast przełamywać tabu jedynie męczą i irytują do granic. Narcyzm autorki jest nie do zniesienia, inni ludzie w jej opowieściach pojawiają się dla zasady, Lena nie poświęca im uwagi, co czyni całość gadaniną bez sensu. Oczywiście opowiada o wszystkim z ironią, ma ogromny dystans do swojego ciała, które nie ma wzorcowych wymiarów, co dodaje jej swojskości i przysparza wielbicielek, ale to jedyne zalety tekstu.

W czasach nadmiaru informacji, gdy wszystko jest na sprzedaż, sprawdza się zasada mniej znaczy więcej. Wyznania Dunham nie robią wrażenia i odnoszą skutek odwrotny do zamierzonego. Książka reklamowana jest hasłem „Młoda kobieta, o tym, czego nauczyło ją życie”. Cóż, można odnieść wrażenie, że Dunham nie była zbyt pilną uczennicą, zanim wyda kolejną książkę powinna sporo nadrobić, czytelnicy natomiast nie powinni nabierać się na status serialowej gwiazdy, zanim po raz kolejny pobiegną do księgarni i dadzą się nabrać na marketingowo wykreowaną błyskotliwość.

Ocena: 5/10
L.Dunham, „Nie taka dziewczyna”, Wydawnictwo Czarne 2015.

niedziela, 18 stycznia 2015

One

Trio autorskie: Grażyna Borkowska, Monika Chodyra, Agnieszka Kublik, w książce „Energia kobiet” udowadniają, że hasło „Siła jest kobietą” nie jest tylko chwytliwym sloganem reklamowym.


Książka jest zbiorem wywiadów ze znanymi kobietami. Wspólnym mianownikiem ich biografii jest to, że odniosły sukces, są liderkami w swoich dziedzinach, wyznaczają trendy. Łączą je też wspólne cechy charakteru: upór, ambicja, odwaga, konsekwencja w dążeniu do celu. Bohaterkami rozmów są m.in.: Ewa Błaszczyk, Krystyna Janda, Kayah, Joanna Klimas, Małgorzata Braunek, Monika Pyrek, siostra Małgorzata Chmielewska.


Wbrew pozorom rozmowy mają dużą rozpiętość tematyczną. Nie są poświęcone wyłącznie sukcesom, drodze do nich, blaskom popularności. Na szczęście nie znajdziemy tu kolejnych pokolorowanych obrazków życia „gwiazd”, nie mających związku z rzeczywistością, które znamy z większości czasopism kobiecych. Pojawiają się tu tematy walki z przeciwnościami losu, trudności w godzeniu różnych ról, pokonywania słabości charakteru i kompleksów, szukania własnej drogi życiowej i zawodowej. Rozmowa z Małgorzatą Braunek dotyczy spraw ostatecznych – umiejętności pogodzenia się z tym, co nieuniknione i przyjmowania z pokorą tego, na co nie mamy wpływu.

Ktoś mógłby zapytać, jaki jest sens publikowania kolejnego zbioru wywiadów, skoro na rynku są już dziesiątki podobnych publikacji? Otóż siła tej konkretnej pozycji tkwi przede wszystkim w doborze i sile rozmówczyń, uniwersalności tematów oraz w braku lukru, o którym piszę powyżej. Każdy, kto sięgnie po tę książkę „wyniesie” z niej coś dla siebie. Obojętne, czy będzie to motywacja do działania, inspiracja, otucha, siła, wiara w siebie, czy zyskanie pewności, co do kierunku obranej drogi życiowej, ważne, że nie jest to pusta lektura, o której zapominamy pięć minut po zamknięciu tekstu.

Ocena: 7/10

G.Borkowska, M Chodyra, A.Kublik, „Energia kobiet”, Wydawnictwo Agora 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora http://kulturalnysklep.pl/

piątek, 2 stycznia 2015

Um(ni)ami!

W ostatnich latach obserwujemy wciąż narastającą modę na gotowanie, świadome odżywianie i wspólne celebrowanie posiłków. Niegdyś, przysłowiowe stanie przy garach, kojarzyło się z przykrym, codziennym obowiązkiem, dziś wiąże się raczej z przyjemnością, często jest elementem życia towarzyskiego, stało się nawet częścią popkultury.

 Kucharze powrócili do łask opinii publicznej, niektórzy z nich zyskali status gwiazd, a ich działania wykraczają daleko poza „gary”. Książki kucharskie i te o zdrowym odżywianiu to dziś potężny, bardzo dochodowy segment rynku wydawniczego. 

Piszą je dziś właściwie wszyscy – profesjonalni kucharze, różnej maści celebryci oraz amatorzy -  pasjonaci. Zakres tematyczny publikacji jest tak szeroki, że wydaje się iż powiedziano już właściwie wszystko i ciężko będzie odkryć w tej materii jakiś nowy, nie eksplorowany ląd. Jednak czasem się to udaje, czego doskonałym przykładem jest książka „Piąty smak. Rozmowy przy jedzeniu” Łukasza Modelskiego.


Modelski jest dziennikarzem, pracuje w „Twoim Stylu” oraz prowadzi audycję „Droga przez mąkę” w radiowej Dwójce. Z wykształcenia jest z historykiem sztuki, z zamiłowania frankofilem i, jak sam o sobie mówi spożywcą.


Autor wziął na warsztat zagadnienie piątego smaku, nazywanego powszechnie umami, który znany francuski szef kuchni Auguste Escoffier określał jako wyśmienitość. Do rozmowy na ten temat zaprosił znawców, pasjonatów, osoby w różnym stopniu związane z gotowaniem. Co ciekawe, wśród nazwisk, z małymi wyjątkami nie znajdziemy najpopularniejszych polskich kucharzy – celebrytów: Magdy Gessler, Pascala Brodnickiego, czy Wojciecha Modesta Amaro. To, że dziennikarz poszukał nieco dalej i głębiej niewątpliwie jest dodatkowym walorem, który wzbogaca wartość merytoryczną całości i zachęca do lektury.

Książka jest zbiorem wywiadów. Do wspólnego posiłku z autorem zasiedli m.in.: Agnieszka Kręglicka, Grzegorz Łapanowski, Elizabeth Gilbert, Patricia Atkinson. Każda z rozmów ma inny wątek przewodni. Agnieszka Kręglicka mówi o smaku, jego zmysłowym odczuwaniu, kulinarnych afrodyzjakach, ćwiczeniach smakowych oraz oczywiście definicji piątego smaku. Atkinson opowiada o prowadzeniu winnicy w Bergerac. Creme de la creme książki stanowią rozmowy z prawnukiem Auguste’a Escoffiera oraz Danièle Mazet Delpeuch – osobistą kucharką prezydenta Mitterranda. Istotnym dodatkiem do posiłku jest alkohol, jemu poświęcone są rozmowy z somelierem oraz koneserem whisky.

Apetyt na lekturę dodatkowo pobudza piękna szata graficzna i staranne wydanie. To, co wyróżnia „Piąty smak” wśród innych publikacji jest różnorodność tematów. Rozmowy dotyczą nie tylko gotowania, ale również edukacji kulinarnej, filozofii jedzenia, stylu życia. Książka odsłania też kulisy prowadzenia biznesu powiązanego z gastronomią. Wszystko to sprawia, że stanowi wyjątkowy kąsek dla czytelników.

Ocena: 8/10
Ł.Modelski, „Piąty smak. Rozmowy przy jedzeniu”. Wydawnictwo Literackie 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Wnuczka do…niczego

Lektura książek Małgorzaty Musierowicz zawsze była okazją do sentymentalnego powrotu do czasów beztroskiej młodości, gdy świat wydawał się mniej skomplikowany. Pozwalała zatrzymać się na chwilę, dawała nadzieję, pokrzepienie, radość. 

Po najnowszą sięgałam z podobnym nastawieniem, licząc na przypływ wyłącznie pozytywnych uczuć. 

Niestety, dwudziesty tom Jeżycjady pt. „Wnuczka do orzechów’, przyniósł duże rozczarowanie w tym względzie. Zamiast pokrzepienia dostajemy pouczenia, kazania i wzniesione na szczyty moralizatorstwo, zamiast pozytywów nieudolnie skleconą, pełną dłużyzn i nudy fabułę.


Zmiany zauważalne są już na wstępie. Rodzina Borejków z różnych względów przenosi się z Jeżyc na wielkopolską wieś. Dalej jest już prawie jak u Kochanowskiego i Reja. Wsi spokojna, wsi wesoła zostaje wyniesiona przez autorkę na piedestał, a potworne miasto trafia do niebytu. Co dziwne na miejski zgiełk i brud narzekają nie tylko nestorzy rodu, ale także nastoletnie latorośle. Główna bohaterka po wsi porusza się bryczką, mając w pogardzie współczesne środki transportu. Zarówno podczas tych „podróży”, jak i wykonując domowe czynności, Dorota kontempluje piękno przyrody. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ma jedynie 17 lat i trudno oprzeć się wrażeniu, że została wtłoczona w „te buty” nieco na siłę.


Akcja książki zamiast płynąć wartkim strumieniem, toczy się leniwie i dość opornie. Skupiona jest wokół Ignacego Grzegorza Stryby oraz Józefa Pałysa i ich perypetii miłosnych. A wszystko zaczyna się od tego, że wspomniana wyżej Dorota Rumianek znajduje w rowie ranną Idę Pałys. Młode pokolenie bohaterów u Musierowicz sprawia wrażenie „przesuniętych” w czasie. Ignacy Grzegorz, choć jest już studentem historii sztuki zachowuje się jak rozchwiany emocjonalnie szesnastolatek. W opozycji do niego stoi Józef Pałys – będący w podobnym wieku, jest jednak nad wiek dojrzały, odpowiedzialny, ewidentnie kreowany na prawdziwego mężczyznę i rycerza.

Tym co najbardziej razi we „Wnuczce…” jest wyjątkowo moralizatorski ton autorki. Owszem stereotypy i pouczenia występowały u pisarki od zawsze. Wcześniej jednak były podane w bardziej zawoalowanej, łagodniejszej i bardziej strawnej formie. Tutaj skala zjawiska sprawia, że książka powinna raczej nosić tytuł „Kazania podmiejskie”. Musierowicz bowiem, jak mawia młodzież pojechała po bandzie. Społeczeństwo oczywiście jest niemiłe, ludzie źli i agresywni, media wypaczają obraz rzeczywistości, popkultura zabiła kulturę wysoką, a nowoczesne technologie sprzyjają osłabieniu więzi społecznych. Mogłabym tak długo wymieniać, gdyż po lekturze można dojść do wniosku, że dla Musierowicz poza tradycyjnym modelem wielopokoleniowej rodziny złe jest właściwie wszystko, a świat nieuchronnie zmierza do zagłady i gdyby nie Borejkowie już dawno by się skończył.

Fabule książki brakuje spójności, a autorce ewidentnie pomysłów na zgrabne splecenie wątków. To co miało cieszyć irytuje, to co miało ciekawić nudzi, a to co miało straszyć śmieszy. Mnożone przez pisarkę komplikacje wydają się służyć jedynie zapełnieniu tekstem odpowiedniej liczby stron, a nie przyjemności czytelnika. Perypetiom rodziny z kolei brakuje właściwej temperatury, być może wynika to z faktu, że zbliżał się deadline w wydawnictwie.

Dwadzieścia tomów serii „Jeżycjada” to dobry moment na to, by rodzina Borejków spoczęła w pokoju, przechodząc w końcu do historii literatury. Jak śpiewali klasycy: „trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść, niepokonanym”. Z drugiej strony, nie zabija się przecież kury znoszącej złote jajka, w związku z tym autorka już zapowiada kolejny tom serii. Wydaje mi się jednak, że po kolejne odcinki tej książkowej telenoweli czytelnicy będą sięgać już wyłącznie z przyzwyczajenia i rozpędu, a nie jak dotychczas z ciekawości i dla przyjemności.

Ocena: 5/10
M.Musierowicz: „Wnuczka do orzechów”, Akapit Press 2014.