czwartek, 17 grudnia 2015

Wolny elektron

Wywiady rzeki mnożą się w ostatnim czasie, jak grzyby po deszczu. W tym zalewie coraz trudniej jednak znaleźć coś interesującego i oryginalnego. „Mnie nie ma” – rozmowa Olgi Święcickiej z Maciejem Nowakiem z pewnością spełnia pierwsze kryterium. 

Barwna osobowość i różnorodne doświadczenia głównego bohatera, sprawiają, że rozmowy z Nim ciężko zepsuć, z reguły czytają się same. Jedyne, co musi zrobić przepytujący, to włączyć dyktafon i pozwolić mówić. Autorka na szczęście spełniła te wymogi, co przyniosło dobry rezultat.


W powszechnej świadomości Maciej Nowak jest dyżurnym „panem od jedzenia”, ostatnio jurorem popularnego programu telewizyjnego. Niewiele osób kojarzy go z teatrem, który był jego pierwotną ścieżką zawodową. Przez wiele lat był związany z Gdańskiem, gdzie szefował Teatrowi Wybrzeże oraz Nadbałtyckiemu Centrum Kultury. Jest twórcą „Gońca Teatralnego” i  „Ruchu Teatralnego”, założycielem Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie. Obecnie łączy pracę w telewizji z dyrektorowaniem Teatrowi Polskiemu w Poznaniu oraz oczywiście pisze recenzje kulinarne.


Sam o sobie mówi, że funkcjonuje w trójkącie jedzenie – pedalstwo – teatr. Głównie wokół tych tematów toczy się rozmowa ze Święcicką. Najciekawiej jest we fragmentach, w których Nowak zdradza kulisy obejmowania dyrektorskich stanowisk i opisuje swoją działalność na polu teatralnym. Oprócz znanych faktów dowiadujemy się np., jaką rolę w jego karierze zawodowej odegrała wiśniówka i „salonowe życie”. Pojawia się również telewizyjne show „od kuchni”, ujawnionych zostaje kilka przekrętów notorycznie stosowanych przez przemysł spożywczy, są poglądy na temat kulinarnych mód i gastronomicznym obyciu Polaków. Bywa wzruszająco, gdy mowa o przemijaniu i bardzo prywatnie, w wątkach dotyczących stosunku do własnego ciała i związków z młodszymi mężczyznami. Dla niektórych kontrowersyjne mogą być poglądy Nowaka na temat minionego ustroju – te fragmenty książki były najczęściej cytowane przez media. Dyrektor Teatru Polskiego w Poznaniu o PRL – u wypowiada się z nutą sympatii. Mówi wprost, że w tamtych czasach było mu dobrze. Nie był uciśnionym obywatelem, raczej „reżimowym pączkiem”. Wypowiadanie tego typu opinii na głos w Polsce, faktycznie można uznać za odwagę.

„Mnie nie ma” to wyłącznie wywiad – rzeka, ograniczony do formuły pytanie – odpowiedź. Szkoda, że autorka nie pokusiła się o wielogłosowe, bardziej reporterskie przedstawienie postaci, wtedy całość z pewnością byłaby dużo ciekawsza. Niestety momentami widać też brak doświadczenia i odpowiedniego przygotowania Święcickiej do tego typu rozmowy. Na szczęście, jak napisałam na wstępie osobowość Nowaka broni się sama, a jego obycie dziennikarskie sprawia, że oboje wychodzą z tego przedsięwzięcia obronną ręką.

Ocena: 6/10
O.Święcicka, „Mnie nie ma. Rozmowa z Maciejem Nowakiem”
*Dziękuję Wydawnictwu Czarne za przekazanie egzemplarza do recenzji  http://czarne.com.pl/


wtorek, 17 listopada 2015

Wielka dama

Jadwiga Grabowska – dyrektor artystyczna Mody Polskiej odegrała znaczącą rolę w historii tej branży w Polsce. Kreowała trendy, zanim ktokolwiek wymyślił to słowo. Śmiało można powiedzieć, że wyprzedziła epokę, w której żyła. Tę barwną, choć nieco zapomnianą i niedocenianą postać w książce „Caryca polskiej mody, święci i grzesznicy przypomina Marta Sztokfisz.


Grabowska pochodziła z tak zwanego dobrego domu, była córką zamożnych kamieniczników. Od dziecka miała zdolności do projektowania i cechy przywódcze. Wojna zabrała rodzinie cały majątek, a jej samej prawie wszystkich bliskich. Mimo tak trudnych okoliczności, nie załamała się. W myśl zasady „życie toczy się dalej”, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć od nowa. Na gruzach Warszawy, przy ulicy Marszałkowskiej otworzyła butik krawiecki – Feniks. W jednym z powstałych pawilonów jej krawcowe szyły ubrania dla żon partyjnych dygnitarzy, dyplomatów i stołecznych elegantek. Ona sama natomiast sprzedawała rzeczy otrzymane z zagranicznych paczek. Niestety, inicjatywa splajtowała.


Po utracie butiku Grabowska była namawiana na wyjazd za granicę do mieszkającej tam rodziny. Postanowiła jednak zostać w Warszawie, zatrudniła się w Cepelii, następnie została dyrektor artystyczną Mody Polskiej. Od tego momentu na trwałe przylgnęły do niej określenia „caryca” i „polska Chanelka”.

Była stuprocentową damą – powściągliwa, wykształcona, znająca języki. Dzięki częstym wyjazdom i licznym kontaktom była doskonale zorientowana w światowych tendencjach. Oglądała wszystkie ważne pokazy w Paryżu i starała się w miarę możliwości przenieść tamtejszą modę na nasz rynek. Między innymi dlatego uchodziła za najmądrzejszą w rodzimej branży modowej. Ceniła klasyczną elegancję, piękno, luksus i komfort. Dbała o każdy szczegół swoich projektów, nadzorowała pracę na każdym etapie. Nigdy nie zajmowało jej tworzenie mody dla mas, nie chciała schlebiać gustom ulicy. Interesowało ją kształtowanie stylu i wpływanie na gusta, ceniących indywidualizm, świadomych, niezależnych kobiet.

Modelki to osobne zagadnienie w imperium Grabowskiej. Wybierała je zawsze spośród najładniejszych dziewczyn w Warszawie. Poza urodą musiały jednak mieć coś w głowie i błysk w oku. Ceniła postaci barwne, ekspresyjne, zadziorne, które potem zdarzało jej się „wychowywać” i układać wedle uznania. Miała wśród nich swoje ulubienice: Małgorzatę Krzeszowską, Ewę Fichtner, Małgorzatę Blikle, Teresę Tuszyńską, Barbarę Minkiewicz i wiele innych. W kontaktach była raczej zdystansowana, nie użalała się nad sobą i nie okazywała emocji. W razie potrzeby natychmiast jednak ruszała na pomoc i udzielała wszelkiego wsparcia. Można było na nią liczyć w każdej sytuacji.

Caryca nie osiągnęła by swojej pozycji, gdyby nie sztab lojalnych współpracowników, gotowych realizować jej najbardziej śmiałe, trudne do wykonania z uwagi na niedostatki zaopatrzeniowe wizje. Prym wśród nich wiódł oczywiście nieoceniony Jerzy Antkowiak – asystent Grabowskiej, z czasem główny projektant Mody Polskiej. Poza głównodowodzącymi były także krawcowe i wiele innych osób, które pracowały na ostateczny kształt kolekcji.

„Caryca polskiej mody, święci i grzesznicy” to również opowieść o barwnych czasach. Po odwilży październikowej ludziom znowu chciało się bawić, odetchnąć głębiej i żyć pełnią życia. Swobodę i luz widać było również w strojach warszawiaków: coraz częściej noszono kolorowe skarpety, spodnie rurki i buty na słoninie. W powietrzu unosił się twórczy ferment. Na tzw. „szlaku hańby” - wiodącym od Krakowskiego Przedmieścia przez Nowy Świat do Alej Ujzdowskich,  w knajpach różnego autoramentu spotykali się aktorzy, pisarze, architekci, dziennikarze. Bywały tam również modelki i projektanci Mody Polskiej. Środowiska się przenikały, toczono ożywione dyskusje do białego rana i oczywiście pito na umór. Pokazanie się w kawiarniach PIW – u, Czytelnika, Bristolu, Europejskim, u Dziennikarzy, Architektów było obowiązkiem wszystkich, którzy chcieli liczyć się w środowisku, a włączenie do towarzystwa uznawano za nobilitację. W książce Sztokfisz te zabawowe, niegrzeczne czasy wspominają m.in. Andrzej „Koń” Bohdanowicz, Jerzy Hoffman, Rosław Szaybo, Jan Dunin – Mieczyński i wielu innych.

Z książki „Caryca polskiej mody..” wyłania się fascynujący obraz Grabowskiej. Kobiety silnej, zdeterminowanej, odważnej wizjonerki. Jednocześnie owianej aurą tajemnicy w sferze prywatnej. Jak mówią współpracownicy: Gdyby jej nie było, trzeba by było ją wymyślić, bo Caryca, pieszczotliwie zwana przez Antkowiaka „Grabolką” była tylko jedna.

W czasach, gdy wszystkim się wydaje, że znają się na modzie, wszelkiej maści blogerzy i styliści, bez grama wiedzy mnożą się, jak grzyby po deszczu, warto uświadomić sobie, że  moda jest dziedziną sztuki, która posiada swoją historię. Przypomnienie postaci Jadwigi Grabowskiej było świetnym pomysłem, za który autorce – Marcie Sztokfisz należą się podziękowania. Książka jest cennym źródłem wiedzy, zwłaszcza dla młodych ludzi, którzy marzą o karierze w branży modowej.

Ocena: 7/10
M.Sztokfisz, „Caryca polskiej mody, święci i grzesznicy”, Wydawnictwo W.A.B. 2015.
*Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.gwfoksal.pl/

czwartek, 5 listopada 2015

Bez polotu

Mężczyźni bez kobiet” – najnowszy, wydany w Polsce zbór opowiadań Harukiego Murakamiego, pokazuje, że czasy świetności japoński pisarz ma dawno za sobą.


Nazwisko Murakamiego od lat pojawia się w ścisłym gronie faworytów do Nagrody Nobla. Patrząc na jego ostatnie dokonania, trudno zrozumieć, dlaczego? Owszem, jest być może najpopularniejszym japońskim pisarzem, nakłady jego książek na świecie wciąż rosną. Nie można jednak, bez wahania stwierdzić, że jest przy okazji pisarzem najwybitniejszym i nie do końca rozumiem, dlaczego te dwa przymiotniki, przy jego nazwisku zawsze pojawiają się obok siebie. Po zapoznaniu się z całą jego twórczością, ciężko, bowiem oprzeć się wrażeniu, że pisze wciąż tę samą książkę.


„Mężczyźni bez kobiet” to zbiór siedmiu opowiadań. Tytuł, wskazuje na ich temat przewodni. Bohaterami są mężczyźni, którzy z różnych względów pozostają samotni. Powody nieobecności kobiet są różne. Raz jest to śmierć, innym razem zdrada, seks, czy banalne niedopasowanie charakterów. Różne są też relacje łączące postaci: monogamiczne, długotrwałe związki, przeplatają się z przygodnymi, przelotnymi znajomościami.

Murakami porusza się w obrębie znanych z wcześniejszej twórczości motywów. Głównymi są: wynikająca z niespełnionej miłości samotność, poszukiwanie własnej tożsamości, poczucie braku, ból odrzucenia.Jego bohaterowie pozornie radzą sobie z sytuacją, wydają się pogodzeni z losem, ze spokojem przyjmują obrót spraw. „Pod spodem” jednak kłębią się w nich emocje, z którymi nie są w stanie sobie poradzić. Pojawia się także realizm magiczny, odniesienia do twórczości Kafki, a także religijne. Pisarz odsłania się też prywatnie, w tekstach przemyca swoje muzyczne fascynacje, prywatne pasje. Pisze też sporo o procesie twórczym.

„Mężczyźni bez kobiet” to przeciętna książka. Trudno postawić jej ciężkie zarzuty. Może poza jednym, niektóre „złote myśli” rażą banałem i na odległość pachną mądrością zaczerpniętą wprost od Paulo Coelho. Opowiadania nie zaskakują niczym nowym. Z całą pewnością daleko im do najlepszych osiągnięć Murakamiego w stylu powieści: „Norwegian Wood”, „Kafki nad morzem”, czy „Kroniki ptaka nakręcacza”. Pozostaje nadzieja, że nowa powieść Japończyka będzie przebłyskiem geniuszu i potwierdzi jego talent. Opowiadania pokazują jedynie, że etykietka najwybitniejszego japońskiego pisarza została przyklejona do autora na wyrost.

Ocena:6/10
H.Murakami, „Mężczyźni bez kobiet”, Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA 2015.
*Dziękuję Wydawnictwu Muza za przekazanie egzemplarza do recenzji http://muza.com.pl/

poniedziałek, 26 października 2015

Zapiski (pod)różne

Decyzja Szczepana Twardocha o publikacji dzienników pt. „Wieloryby i ćmy”, to niewątpliwie skok na głęboką wodę. Prawdopodobieństwo, ze wykąpie się przy tej okazji w morzu krytyki jest duże. Zwłaszcza, że efekt końcowy znacząco odbiega od poziomu literackiego, do którego przyzwyczaił nas dotychczas.

Informacje o planowanym wydaniu dzienników, przyjęłam z mieszanką uczuć : ciekawości i obaw. Pierwszą myślą było, co może zawrzeć w tego rodzaju publikacji, zaledwie 36 – letni autor. Owszem, znany i uznany, natomiast nie koniecznie dysponujący, wystarczającym do napisania dzienników bagażem doświadczeń. Poza tym obydwa tomy „Dzienników” Jerzego Pilcha, które ukazały się jakiś czas temu wyznaczyły poziom i znacznie podwyższyły poprzeczkę. Od tamtej pory wszyscy współcześnie żyjący pisarze polscy, próbujący sił w tym gatunku, muszą się liczyć z porównaniami do Mistrza i, z tym, że w tym zestawieniu stoją raczej na przegranej pozycji. Fakt, że Twardoch mieszka w Pilchowicach na Górnym Śląsku sprawia pewnie, że czuje się w jakiś sposób „ubezpieczony” na taką ewentualność i postanowił odważnie stanąć w szranki z Legendą.


Obawy niestety się potwierdziły. „Wieloryby i ćmy. Dzienniki”, zawierają dokładnie tyle, ile mogą zawierać dzienniki trzydziestosześciolatka, czyli niewiele. Zapiski obejmują lata 2007 – 2015. Pretekstem do ich rozpoczęcia były narodziny pierworodnego syna autora.

Rozpiętość tematyczna „Dzienników” jest spora. Brak tu ściśle określonego kierunku i myśli przewodniej. Znajdziemy więc zarówno zapiski o dzieciach, rodzinie, „małej ojczyźnie”, biesiadach z przyjaciółmi, mękach twórczych. Stosunkowo najwięcej miejsca pisarz poświęca zapisywaniu wrażeń z podróży. „Ziemią Obiecaną” Twardocha jest zdecydowanie Svalbard, powszechnie znany jako Spitsbergen. Wśród odwiedzonych miejsc pojawiają się również Budapeszt, Berlin, Rosja, Paryż i kilka innych. Obecny jest także temat czytanych książek słuchanych płyt, oglądanych spektakli i koncertów. Jest więc o Maráim, Rammsteinie, i „Lodzie”. Są frazy banalne np. o gotowaniu rosołu.

Dziennikom brakuje „pazura”, zaczepności, charakteru. Jeśli ktoś spodziewał się ostrej publicystki, polemik, trafnych, doprawionych poczuciem humoru obserwacji socjologicznych, do których przyzwyczaił nas autor, będzie zawiedziony. Występują one bowiem w ilości śladowej. Zdarzają się oczywiście fragmenty pogłębionej refleksji, większą część zajmują jednak zapisy, dotyczące codzienności. Zwyczajność jest głównym zarzutem wobec całego tekstu. Po Twardochu, biorąc pod uwagę jego wcześniejszą, wybitną twórczość można bowiem oczekiwać czegoś znacznie poza zwyczajność wykraczającego.

„Wieloryby i ćmy” nie są książką złą. Jako dzienniki, zwłaszcza na tle innych wypadają jednak zaledwie przeciętnie. Zapisy w większości nie zapadają w pamięć, szansa na to, że przetrwają próbę czasu, wejdą do historii literatury polskiej jest niewielka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zostały wydane jako „wypełniacz” mający zaspokoić oczekiwanie czytelników na kolejną powieść. Życie nie znosi próżni, zarabiać trzeba, a pomysł na nową książkę musi dojrzeć, zrobienie porządków w domowym archiwum i opublikowanie części zbiorów, wydaje się w tej sytuacji niezłym pomysłem. Spragniony twórczości autora, żądny poznania prywatnych smaczków fan będzie zadowolony.

Ocena: 5/10
Sz.Twardoch, „Wieloryby i ćmy. Dzienniki”, Wydawnictwo Literackie 2015.
*Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

środa, 21 października 2015

Miejska ballada

Przeczesywanie archiwów zmarłych pisarzy i poetów w poszukiwaniu niewydanych wcześniej, czy też niedokończonych utworów, zawsze budzi wątpliwości, co do czystości intencji wydającego tego typu rzeczy. Tym bardziej, że prawdziwe perełki zdarzają się naprawdę rzadko, najczęściej są to mało wartościowe próby, które przeszłyby bez echa, gdyby nie późniejsza sława ich autorów. Na szczęście „Wilk” Marka Hłaski jest chlubnym wyjątkiem w tej regule.


Niedoszły debiut Hłaski został odkryty po sześćdziesięciu latach przez magistranta Radosława Mlynarczyka, który w czasie analizowania różnych wersji „Sonaty Marymonckiej”, odkrył, że ma do czynienia z nikomu nieznaną powieścią pisarza. Hłasko w 1954 roku wziął zaliczkę za tekst z Wydawnictwa Iskry, nigdy jednak nie dostarczył całego utworu, gdyż uznał, że wymaga on poprawek. Odkrycie „Wilka” w 2015 roku automatycznie dało mu status książki – legendy i zostało okrzyknięte literackim wydarzeniem roku. Jego wydanie jest niejako dopełnieniem umowy, którą autor zawarł z wydawnictwem.


Rysiek Lewandowski mieszka na warszawskim Marymoncie – dzielnicy nędzy. Za wzór stawia sobie amerykańskich kowbojów. Jedyne o czym marzy, to wyrwanie się do lepszego świata. Marzenia te jednak, co rusz grzęzną w błocie i beznadziei. Obraca się bowiem w środowisku ludzi zepchniętych na społeczny margines, gdzie łatwiej zostać przestępcą z nałogami, niż bohaterem. Jego ojcem chrzestnym jest Zieliński – największy okoliczny bandzior. Sam przejawia chuligańskie skłonności – jest silny, sprytny, nieustannie szuka okazji do zwady, okoliczności często zmuszają go do podejmowania działań niezgodnych z prawem. Obserwując codzienne zmagania współmieszkańców dzielnicy z biedą dochodzi do wniosku, że rzeczywistość ma niewiele wspólnego ze światem widzianym w  filmach i o sprawiedliwości społecznej nie ma tu mowy. Bunt narasta. Światełkiem w tunelu jest dla niego strajk robotników w fabryce „Blaszanka”.

Najbardziej pociągający i przykuwający uwagę w „Wilku” jest język używany przez Hłaskę. Żywy, barwny, z mnóstwem wulgaryzmów i cudowną warszawską gwarą. Mało jest w literaturze przykładów tak pięknych, sugestywnych opisów biedy. Historia poszukiwania butów dla szkolnego kolegi, scena pasterki i wiele innych wątków porusza i chwyta za serce. Aż trudno uwierzyć, że napisał je dziewiętnastolatek. Hłasko tworzy powieść środowiskową, kreśląc wiarygodne portrety psychologiczne postaci. Jawi się jako wnikliwy, czuły obserwator rzeczywistości. Wsiąka w uliczny klimat i uważnie wsłuchuje się w jego rytm.

Druga, zaangażowana politycznie część „Wilka” jest znacznie słabsza. Wypływają w niej na wierzch wszystkie wady tekstu i przestaje dziwić fakt, że Hłasko nie zdecydował się na jego publikację. Rysiek Lewandowski angażuje się w strajk robotników w fabryce „Blaszanka”. Pociąga go widmo rewolucji, jest zafascynowany ideą komunizmu. Od tego momentu mamy do czynienia z powieścią ideologiczną. Pochwała socrealizmu była w tamtym okresie warunkiem koniecznym ukazania się utworu na rynku, te elementy nie powinny więc dziwić.

Patos, naiwność, nadmierna emocjonalność, nieskładność w wyrażaniu myśli, dłużyzny, które występują w tej części, pokazują wyraźnie, że mamy do czynienia z młodym debiutantem – idealistą, który ma zadatki na dobrego pisarza, ale jednocześnie sporą pracę do wykonania przed sobą.

„Wilk” nie jest powieścią wybitną, a jedynie dobrą. Warto zwrócić na nią uwagę przede wszystkim ze względu na to, że jest zapowiedzią talentu i niebywałego wręcz słuchu literackiego jednego z ważniejszych pisarzy polskich XX wieku. Książka jest też swoistym hymnem o miłości do Warszawy – nieistniejącej już w takim kształcie, w momencie powstania utworu.

Ocena: 7/10
M.Hłasko, "Wilk", Wydawnictwo Iskry 2015.
*Dziękuję Wydawnictwu Iskry za przekazanie egzemplarza do recenzji http://iskry.com.pl/

czwartek, 15 października 2015

Niewiadoma

W swojej najnowszej książce Agata Tuszyńska postanowiła wydobyć na światło dzienne postać Józefiny Szelińskiej – narzeczonej Brunona Schulza. Autorka skleja jej portret z nielicznych dostępnych faktów, własnych domysłów i spekulacji. Próba odważna, lecz niezbyt udana.


Szelińska była narzeczoną autora „Sklepów cynamonowych” i „Sanatorium pod klepsydrą” w latach 1933 – 1937. Poznali się w Drohobyczu, za pośrednictwem wspólnego znajomego. Ona była młodą polonistką z powołania, w jednym z tamtejszych gimnazjów, on dojrzałym metrykalnie, marzącym o sławie literatem i malarzem. Była jedyną kobietą, której Schulz zaproponował małżeństwo. Ostatecznie rozstali się w 1937 roku, co Józefina przypłaciła próbą samobójczą. Do końca życia ukrywała te fragmenty swojej biografii, a w powojennych ankietach w rubryce stan cywilny wpisywała: samotna. Na tym w zasadzie kończą się fakty, reszta, jak pisze sama Tuszyńska jest „grą pamięci i wyobraźni”.


Materiał źródłowy, który posłużył autorce do napisania książki jest niezwykle skromny. Opierała się ona głównie na powojennej korespondencji Szelińskiej z Jerzym Ficowskim – badaczem twórczości Schulza, wzmiankach o niej, które pojawiają się w dziennikach Nałkowskiej oraz innych przyjaciół Brunona oraz zachowanych fotografiach i rysunkach artysty. Wokół nich Tuszyńska snuje swoje fantazje, usiłuje zbudować wiarygodną konstrukcję i własny mit o Schulzu. Pomysł już na wstępie wydaje się karkołomny i skazany na porażkę.

Trudno jednoznacznie określić, kto jest główną postacią w „Narzeczonej Schulza”. Z jednej strony Szelińska jest dla Tuszyńskiej pretekstem do opowiedzenia o pogmatwanych losach Schulza. Biografistka podejmuje próbę zobaczenia pisarza oczami narzeczonej. Z drugiej, czyni ją samą obiektem swoich „badań”, określając życiorys Juny, jako los cienia. Niedostateczny materiał źródłowy sprawia jednak, że jest to przede wszystkim prezentacja wizji Tuszyńskiej, jej wrażliwości i interpretacji. W efekcie otrzymujemy nasycony emocjami rozedrgany portret. Niekoniecznie prawdziwy, a co za tym idzie niezbyt wiarygodny.

Narracja „Narzeczonej Schulza” pełna jest wykrzykników, wielokropków i spekulacji. Józefa Szelińska, zwana przez Schulza Juną jawi się czytelnikowi książki jako muza wielkiego twórcy, któremu poświęciła fragment życia i zapłaciła za to wysoką cenę, strażniczka domowego ogniska i organizatorka codzienności. Kobieta histeryczna, nie do końca rozumiejąca twórczość artysty, zazdrosna i nie akceptująca jego osobliwych upodobań erotycznych. Tuszyńska usiłuje wniknąć w duszę Szelińskiej, analizuje listy, z fotografii dopowiada ciągi dalsze, dopisuje monologi. Można odnieść wrażenie, że życie Szelińskiej rozpoczęło się w momencie, gdy poznała Schulza, to co wcześniej nie miało znaczenia.

Tuszyńska na wstępie książki, niejako w obronie własnej, uprzedzając wszelkie zarzuty, pisze, że jest to apokryf, „gra pamięci i wyobraźni”. Wydaje się jednak, że w tej grze pisarka posunęła się o kilka kroków za daleko. Ilość zmyśleń czyni z „Narzeczonej Schulza” historię konfabulowaną. Egzaltacja, naiwność, pensjonarski styl i przewijający się w całym tekście patos, każą umiejscowić książkę bardziej w kategorii romans, niż biografia fabularyzowana. A szkoda.

Ocena: 5/10
A.Tuszyńska, „Narzeczona Schulza”, Wydawnictwo Literackie 2015.
*Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

niedziela, 4 października 2015

Życie pozagrobowe

Co nas nie zabije” Davida Lagercrantza obroniłoby się jako samodzielny kryminał, jako kontynuacja bestsellerowej trylogii „Millenium” Stiega Larssona wypada słabo. Jest zaledwie lekkostrawnym czytadłem.


Stieg Larsson zmarł nagle, tuż przed publikacją pierwszej części „Millenium”. Nie doczekał ogromnego sukcesu, który na całym świecie odniosły jego książki. Wydawało się, że śmierć autora definitywnie kończy również historię Mikaela Blomkvista i Lisbeth Salander. Szybko pojawiła się jednak informacja, że pisarz pozostawił niedokończoną kolejną część trylogii. Spadkobiercy Larssona postanowili zbić na tym fakcie kapitał, w myśl zasady mówiącej o nie zabijaniu kury znoszącej złote jajka. Osobą, która została wybrana do dokończenia tomu został David Lagercrantz – dziennikarz śledczy pracujący w szwedzkim dzienniku „Expressen” oraz autor poczytnej biografii Zlatana Ibrahimowicza „Ja, Ibra”.


Tak zwana literatura pośmiertna zawsze wydaje się złym pomysłem Próby wniknięcia w umysł autora, którego już nie ma są z góry skazane na porażkę. Nieuniknione porównania i przywiązanie czytelników do pierwowzorów postaci, z pewnością nie ułatwiają zadania. Dochodzą do tego nieczyste motywacje, z reguły ograniczające się do znacznego powiększenia stanu kont rodziny. W tym przypadku nazbyt oczywiste. Wszystko to sprawia, że z tego rodzaju prób rzadko wychodzi coś naprawdę wartościowego. Lagercrantz już na wstępie wystawił się więc na strzał i nie wyszedł z tej walki zwycięsko.

Od afery ujawnionej przez duet Blomkvist& Salander minęło kilka lat. Gwiazda dziennikarza mocno przyblakła. Zmaga się  z wypaleniem zawodowym, zastanawiając się, czy rodzaj dziennikarstwa, który jest mu bliski ma jeszcze w ogóle sens, w zdominowanych przez Internet czasach. „Millenium” ma poważne problemy finansowe. Jedynym ratunkiem jest kolejny gorący temat, który pozwoli gazecie ponownie stać się numerem jeden na rynku.

Poszukiwanie tematu idzie bardzo opornie. Do momentu, kiedy w redakcji zjawia się niepozorny młody człowiek z firmy związanej z nowymi technologiami i informuje o kradzieży pomysłu o kluczowym znaczeniu, której tam dokonano. Blomkvist wcale nie ma ochoty zajmować się sprawą, nie dostrzega w niej żadnego potencjału. Przypadkowo dowiaduje się jednak, że zamieszana jest w nią również Salander. To całkowicie zmienia jego stosunek do otrzymanej informacji.

Największym problemem „Co nas nie zabije” jest tzw. „biegunka pomysłów. Dostajemy trudny do przełknięcia koktajl, na który składają się: spisek służb specjalnych, zorganizowana grupa hakerów, cyberinwigilacja na wielką skalę, sztuczna inteligencja. Gdyby komuś było mało, ma jeszcze do wyboru szczyptę opery mydlanej. Akcja płynie wartko, napięcie rośnie z każdą przeczytaną stroną, trup ścielę się gęsto i teoretycznie wszystko się zgadza. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że każde z zagadnień mogłoby być tematem odrębnej książki. Lagercrantz połączył je w całość w siłowy, łatwy do przewidzenia sposób.

Autor kontynuuje publicystyczny styl Larssona, co akurat jest atutem, bo od początku stanowiło wyróżnik serii. Podobnie jak w poprzednich częściach znajdziemy tu ostrą krytykę społeczną, podniesione zostały kwestie ochrony prywatności w Internecie oraz zagrożeń, płynących z szybkiego rozwoju nowych technologii.

Siłą trylogii „Millenium” stworzonej przez Larssona byli pełnokrwiści, świetnie napisani bohaterowie. W tym aspekcie Lagercrantz poległ na całej linii. Nie dość, że samodzielnie nie stworzył równie zapamiętywalnych, charakternych postaci, to w dodatku pozbawił osobowości parę głównych bohaterów, którzy byli siłą napędową całości.  Mnogość zamieszczonych w książce wątków sprawia, że Blomkvist i Salander stają się niemal postaciami drugoplanowymi. Na domiar złego potraktowanymi bardzo jednowymiarowo i mocno spłyconymi, w stosunku do pierwowzoru.

David Lagercrantz jest sprawnym warsztatowo pisarzem, a „Co nas nie zabije” czyta się dobrze. Jednak w kontekście rozwoju literatury szwedzkiej, który obserwujemy w ostatnich latach, na tle wielu innych kryminałów pochodzących z tego kraju, wypada zaledwie poprawnie. Jako kontynuacja „Millenium” nie broni się natomiast wcale. Nie mam wątpliwości, że książka sprzeda się znakomicie i odniesie sukces komercyjny. Fani Larssona sięgną po nią choćby z czystej ciekawości. Będzie to jednak jednorazowy strzał i podejrzewam, że na kontynuację kontynuacji, którą sugeruje zakończenie nabierze się już niewielu. I tylko Lagercrantza żal. Decyzja o wejściu w cudze buty, sprawiła, że już zawsze przez wielu będzie postrzegany jako ten, który zepsuł „Millenium” i trudno mu będzie odzyskać samodzielną, niezależną pozycję. Myślę, że on sam nie przejmuje się tym zanadto, ilość zer przybyłych na koncie wynagrodzi wszelkie „cierpienia”.

Ocena: 6/10
D.Lagercrantz, „Co nas nie zabije”, Wydawnictwo Czarna Owca 2015.
*Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.czarnaowca.pl/