niedziela, 28 lipca 2019

Lektury wakacyjne, część 4 – Trzy razy o świcie Alessandro Baricco


Trzy razy o świcie to zdecydowanie najcieńsza z moich dotychczasowych wakacyjnych lektur. Ma zaledwie 110 stron. Jednocześnie jest to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam tego lata.

Trafiła w moje ręce nieco przez przypadek. Skuszona promocyjną ceną, postanowiłam dorzucić ją do wirtualnego koszyka w księgarni. Jak bowiem powszechnie wiadomo, nie istnieje pojęcie: za dużo książek, jest tylko za mało miejsca na półkach J Na szczęście okazało się, że zachłanność czasem popłaca, bo był to bardzo dobry wybór.

Zamiast streszczenia fabuły, tym razem cytat:

Książka ta przedstawia historię prawdopodobną, która jednak nie mogłaby się wydarzyć w rzeczywistości. Opowiada bowiem o dwóch osobach, które spotykają się trzykrotnie, lecz za każdym razem jest to spotkanie wyjątkowe, pierwsze i zarazem ostatnie. Mają taką możliwość, ponieważ żyją w innym Czasie, którego na darmo szukać w naszej codzienności. Czas ten wypełniają opowieści, które są ich wielkim przywilejem.*

Tych dwoje to: Mary Ho Pearson i Malcolm Webster.

Minimalistyczna, nasycona emocjami proza o sprawach istotnych: przeznaczeniu, nieodwracalności wyborów życiowych, straconych szansach, złudzeniach. Mimo niepozornych rozmiarów jest to niezwykle treściwa książka. Mnóstwo tu życiowej mądrości, trafnych, choć bolesnych refleksji, smutku, melancholii. Do tego świetne dialogi i ciekawie prowadzona narracja. Czego chcieć więcej? Nieco surrealistyczne, acz bardzo przyjemne i ważne doświadczenie czytelnicze. Na zakończenie, jeszcze jeden cytat na zachętę:

No dobrze, nie ma w tym nic nadzwyczajnego, on jest mężczyzną mojego życia, a ja kobietą jego życia ,ot co, tyle że nigdy nie udało nam się żyć razem. (…)Nie jest powiedziane, że jeśli naprawdę kogoś kochasz, i to bardzo, najlepszym rozwiązaniem jest wspólne życie.*

A.Baricco, Trzy razy o świcie, tł. L. Rodziewicz-Doktór, Wydawnictwo Sonia Draga 2019.
* Wszystkie cytaty pochodzą z omawianego tekstu.



piątek, 26 lipca 2019

Lektury wakacyjne, część 3 – Pamiętnik księgarza Shaun Bythell


Po serii lektur o sprawach ostatecznych: śmierci, przemijaniu, cierpieniu samotności i trudnych: dysfunkcyjnych rodzinach, nakazałam sobie przeczytanie czegoś z kategorii: "lekkie, łatwe i przyjemne", do tego najlepiej zabawne. Tak oto w moje ręce trafił Pamiętnik księgarza. Czy był to dobry wybór? Niekoniecznie.

Z racji wykształcenia i zainteresowań tzw. książki o książkach zawsze budziły moją radość. Choć w pewnym momencie przestałam po nie sięgać, bo poczułam przesyt tematem, to jednak wciąż zdarza się, że widząc nowy tytuł z tej kategorii nie mogę się oprzeć lekturze. Zwłaszcza, jeśli okładka obiecuje rzecz przezabawną, ciepłą i gwarantuje parsknięcia śmiechem. Czuje wtedy natychmiastową potrzebę zweryfikowania tych opinii.

Szkot Shaun Bythell prowadzi antykwariat w małym, sennym miasteczku – Wigtown. Zatrudnia ekscentrycznych pracowników, wśród nich -  Nicky, która żywi się jedzeniem znalezionym w śmietniku przy supermarkecie i usilnie stara się przekonać do tego swojego szefa. Sklep odwiedzają równie specyficzni klienci. Sam Shaun, żyje w związku na odległość z Anną, swój czas wolny spędza najczęściej na łowieniu ryb, spotkaniach z przyjaciółmi w lokalnym pubie i oczywiście czytaniu książek.

W codziennych zapiskach opisuje swoją pracę: kontakty z uciążliwymi klientami, trudności związane ze sprzedażą internetową, kupowanie księgozbiorów po zmarłych i wszystkich, którzy z różnych przyczyn chcą się pozbyć swoich książek. Dużo czasu poświęca również na organizowanie działań stworzonego przez siebie Klubu Przypadkowej Książki i lokalnego festiwalu literackiego, który z czasem zyskał rozgłos i uznanie na świecie. Jest też oczywiście dużo narzekań na wciąż za małą sprzedaż i niezadowalające dochody.

Owszem, jest w tej książce sporo sarkazmu i ironii, ale zamiast spontanicznych wybuchów śmiechu i obiecanych parsknięć, towarzyszył mi jedynie delikatny półuśmiech, od czasu do czasu. Całość, rozciągnięta niepotrzebnie na 380 stronach jest dość monotonna i po prostu nudna. Dla ludzi związanych zawodowo z książką z pewnością nie ma tu nic odkrywczego. Może być interesująca tylko dla tych, którzy lubią czytać i zawsze chcieli pracować wśród książek. W dodatku tekst raczej utrwala stereotypy dotyczące zawodu i wizerunku księgarza, niż przedstawia go w nowym świetle. Najciekawsze dla mnie były cytaty z książki Bookshop Memories Georga Orwella, umieszczone na początku każdego rozdziału.

Jeśli możecie kupić tylko jedną książkę w miesiącu, macie mało czasu na lekturę lub mało miejsca w walizce, dokonajcie innego wyboru czytelniczego. Pamiętnik księgarza nie jest złą książką, ale raczej szkoda na nią czasu i pieniędzy. Ja po odwiedzinach w dziale: „lekkie, łatwe i przyjemne”, z radością wracam do mojego ulubionego : „lektury trudne i przygnębiające”. Postępowanie wbrew naturze, zwłaszcza na wakacjach się nie opłaca J

S.Bythell, Pamiętnik księgarza, tł. D. Malina, Wydawnictwo Insignis 2019.

sobota, 20 lipca 2019

Lektury wakacyjne, część 2 – Dokąd odchodzą parasolki Afonso Cruz


Potrzebowałam grubej, smutnej powieści. Takiej, która pochłonie mnie bez reszty i pozwoli nie myśleć o niczym innym. Dokąd odchodzą parasolki, wydawała się idealnie spełniać wszystkie kryteria.

Do sięgnięcia po tę powieść zachęciło mnie polecenie Oli z Parapetu Literackiego, która uznała ją za jedną z najlepszych książek ubiegłego roku. Gdy wreszcie otrzymałam ją w prezencie, nie mogłam doczekać się lektury. Z uwagi na dużą objętość (600 stron), postanowiłam odłożyć ją jednak na wakacje, kiedy będę miała więcej czasu.

Życie twórcy dywanów -  Fazala Elahiego to swoiste ćwiczenia z utraty: najpierw opuszcza go żona, krótko po tym w tragicznych okolicznościach umiera jego mały syn. Zostają mu jedynie zrzędliwa siostra – Amina oraz niemy kuzyn o nadprzyrodzonych zdolnościach – Badini. Pogrążony w rozpaczy Elahi usiłuje na nowo znaleźć sens życia. Gdy wydaje się, że wyszedł na prostą, los ponownie wystawia gorliwego muzułmanina na próbę.

Baśniowa powieść, zanurzona w świecie Orientu początkowo urzeka. Mnóstwo tu melancholii, alegorii, realizmu magicznego. Niestety w miarę rozwoju fabuły nasila się atmosfera religijnego wzmożenia i  pseudo duchowego natchnienia, które niebezpiecznie ociera się o kicz i banał. To drażni, a rozciągnięte na sześciuset stronach zwyczajnie męczy. Zakończenie całości mnie osobiście nieco rozczarowało.

Jeśli lubicie opasłe, smutne powieści, bez happy endu, a do tego jesteście zagorzałymi fanami Orientu i wszystkiego, co się z nim wiąże, z całą pewnością będzie to coś dla was. Moje oczekiwania wobec tej książki były dużo większe i ogólnie rzecz biorąc jestem zawiedziona po lekturze.


A.Cruz, Dokąd odchodzą parasolki, tł. W. Charchalis, Wydawnictwo Rebis 2018.



poniedziałek, 15 lipca 2019

Lektury wakacyjne, część 1 – Współczesna rodzina Helga Flatland


Połowa lipca już za nami, a za mną pierwsza część urlopu. Doszłam do wniosku, że jest to dobry moment, żeby podzielić się wrażeniami z lektur, które spakowałam do walizki i tych, które po prostu uda mi się przeczytać w lecie. Nie będą to pełnowymiarowe recenzje, a krótkie notatki, w których skupię się na przemyśleniach i emocjach, które we mnie wzbudziły, bądź nie.

Coraz ciekawiej prezentuje się oferta Wydawnictwa Poznańskiego. Moje szczególne zainteresowanie wzbudziła Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich. Przeczytanie Współczesnej rodziny, planowałam od momentu jej pojawienia się na rynku. Mimo że książkę otrzymałam wcześniej w prezencie, lekturę świadomie odłożyłam na wakacje. Czy był to dobry wybór? Raczej tak.

Spokojna, niewinna sytuacja – rodzinny urlop z okazji 70. urodzin ojca – Sverrego zmienia się, gdy rodzice postanawiają ogłosić trójce swoich dzieci, że postanowili się rozstać po czterdziestu latach małżeństwa. Liv, Ellen i Hakon w jednej chwili muszą odnaleźć się w nowej sytuacji, porzucić wszystkie dotychczasowe wyobrażenia o domu rodzinnym, spojrzeć prawdzie w oczy i zmierzyć się z nie zawsze wygodnymi faktami.

Pozornie, otwarta, tolerancyjna, zżyta ze sobą emocjonalnie rodzina w miarę rozwoju fabuły okazuje się być konserwatywna i zwichrowana, jak wiele innych.

Autorka zastosowała ciekawy zabieg narracyjny – o tych samych wydarzeniach opowiada oddzielnie każdy z rodzeństwa. Ta wielogłosowość doskonale pokazuje, jak bardzo różnie pamiętamy i przeżywamy te same zdarzenia, nawet wychowując się w jednym domu.

Rzecz o tym, że nasze wyobrażenia o nas samych i rodzinie, w której dorastamy z reguły mocno rozmijają się z rzeczywistością. Uświadomienie sobie tego jest bolesnym procesem. O nieumiejętności odcięcia pępowiny i niemożności oderwania się od korzeni. O tym, że nie ma rodzin idealnych i bezproblemowych, wystarczy zajrzeć pod podszewkę. O presji społecznej i emocjonalnej wywieranej na kobietach nieposiadających dziecka i wreszcie o problemie bezpłodności, z którym boryka się coraz więcej par.

Powieść „bez akcji”, oparta na dialogu, ze szczegółowymi portretami psychologicznymi bohaterów. Dla wielbicieli powolnych narracji, lubujących się w odkrywaniu krajobrazu emocjonalnego postaci, bądź tych, którym bliski jest szeroko pojęty temat dysfunkcyjnej rodziny. Ostrzegam, że niecierpliwi mogą mieć problem z doczytaniem powieści do końca. Niemniej jednak polecam i jeszcze tego lata planuje sięgnąć po kolejne tytuły serii skandynawskiej.

H. Flatland, Współczesna rodzina, tł. K.Drozdowska. Wydawnictwo Poznańskie 2019.

piątek, 21 czerwca 2019

Kotka i Generał – Nino Haratischwili


Kotka i Generał  to uszyta na miarę, skrojona na literacki bestseller powieść o zbrodni i karze, namiętności, nadużyciach władzy. O wszystkim, co najważniejsze.

Poprzednia powieść autorki – Ósme życie – dwutomowa saga rodzinna zrobiła na mnie duże wrażenie. Miała wszystko to, co najlepsze w klasycznych powieściach, pochłaniała bez reszty. Od tamtej pory z niecierpliwością czekałam na jej kontynuację, bo książka początkowo była zapowiadana jako trylogia. Czas mijał, a słuch o kontynuacji zaginął. Pisarkę zapamiętałam jednak jako tę, na której kolejne książki warto czekać. Zapowiedź wydawniczą jej najnowszej powieści przyjęłam z radością. Oczekiwania były duże. I nie zawiodłam się.

Tym razem historia została zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami – gwałtem i morderstwem Czeczenki Elzy Kungajewej dokonanym przez odział pułkownika Jurija Budanowa podczas II wojny czeczeńskiej. Tą sprawą zajmowała się niezależna rosyjska dziennikarka Anna Politkowska, która również została brutalnie zamordowana.

Siedemnastoletnia Czeczenka -  Nura chce wyrwać się z rodzinnej wsi i zostać aktorką. Młody chłopak pochodzący z rodziny wojskowej z tradycjami, zwany Oseskiem chce ułożyć sobie życie z ukochaną i zawodowo czytać książki. Obojgu na przeszkodzie do spełnienia marzeń staje wojna. Ich losy splotą się ponownie, gdy wysoko postawiony rosyjski generał zaproponuje gruzińskiej aktorce, by zagrała dawno nieżyjącą osobę. Nagranie wykorzysta do osobistej zemsty na dawnych kolegach.

Kotka i Generał to wielogłosowa narracja z szerokim planem. Czasy i miejsca zmieniają się tu jak w kalejdoskopie. Z Czeczenii połowy lat 90. ,przenosimy się do Rosji okresu pieriestrojki, by chwilę później znaleźć się we współczesnym Berlinie. Autorka świetnie opisuje układy rządzące Rosją w latach 90., które przetrwały do dzisiaj.

Haratischwili zastanawia się nad istotą zła. Pokazuje, że człowiek sprowokowany przez okoliczności jest zdolny zamienić się w bestię, niezależnie od tego, jak bardzo szlachetny był w normalnych warunkach. To powieść o poczuciu winy i niemożności życia bez podjęcia prób jej odkupienia. O przemocy, nadużyciach władzy i potędze pieniądza, ale także, a może przede wszystkim :o miłości, namiętności, niespełnionych marzeniach, ambicji, straconych złudzeniach.

Kotka i Generał jest napisana z epickim rozmachem. Niektóre rozdziały przybierają wręcz formę mikropowieści. Portrety psychologiczne bohaterów są bardzo ciekawe. Wszystkie wątki w nieoczywisty sposób łączą się ze sobą w spójną całość. Napięcie jest stopniowane, rośnie z każdą kolejną stroną, która odsłania następne elementy układanki. Taki zabieg pozwala do końca utrzymać uwagę czytelnika na najwyższym poziomie. Mamy tu też doskonałą mieszankę gatunkową: powieści obyczajowej, kryminału, thrillera, a nawet reportażu. Dla każdego coś dobrego.

Czy najnowsza powieść Nino Haratischwili jest wybitna i ponadczasowa? Trudno powiedzieć. Z całą pewnością jest to świetnie napisana, wciągająca książka. To wystarczające powody do tego, by po nią sięgnąć i nie żałować tej decyzji. Autorce można natomiast pozazdrościć niewątpliwego talentu do tworzenia tak rozbudowanych narracji, według starych, sprawdzonych wzorców, niebywałej sprawności językowej i lekkości pióra.

Twórczość Gruzinki jest przewidywalna, w dobrym tego słowa znaczeniu. Nazwisko Haratischwili jest już gwarancją literackiej jakości i mam nadzieję, że tak pozostanie.

N. Haratischwili, Kotka i Generał, tł. U. Poprawska, Wydawnictwo Otwarte 2019.
*Dziękuję Wydawnictwu Otwarte za przekazanie egzemplarza do recenzji.


niedziela, 16 czerwca 2019

Ordesa – Manuel Vilas


Powieść Vilasa to gorzka pigułka, która z pewnością nie przynosi uzdrowienia ani pocieszenia. Uświadamia za to, jak wiele chorób toczy współczesną cywilizację. Prowadzi też do smutnej konstatacji, że wiele z nich, wcześniej czy później dotknie każdego z nas.

Ordesę należy traktować przede wszystkim jako powieść autobiograficzną. Narratorem jest sam autor. Granica między prawdą, a zmyśleniem jest tu jednak tak płynna, że ciężko ją jednoznacznie sklasyfikować. Całość ma także dość specyficzną formę: rozdziały mają postać miniatur. Uwagę przykuwa również niezwykle poetycki język.

Śmierć rodziców jest dla Vilasa pretekstem do dokonania życiowego bilansu. Jawi mu się ono jako pasmo porażek. Krytycznie patrzy na każdy aspekt swojej egzystencji i jest w tych ocenach bezlitosny dla siebie. Uważa, że nic mu w życiu nie wyszło: relacje z rodzicami, małżeństwo, praca, z własnymi dziećmi łączą go jedynie powierzchowne, okazjonalne stosunki. Nie uniknął także uzależnienia od alkoholu i leków. Ono przede wszystkim przyczyniło się do zniszczenia rodziny. Goryczy nie osładzają ani sukcesy poetyckie ani udział w bankiecie wydanym przez króla Hiszpanii.

Mamy do czynienia z człowiekiem przegranym, który bardzo trzeźwo patrzy na swoją sytuację. Świadomość, że został sam na świecie sprawia, że poprzez wspomnienia chce na nowo zbudować  relację z rodzicami, dzięki nim ma wrażenie, że ona nadal trwa. Ten proces odbudowy dotyczy również pozostałych członków rodziny.

Vilas ostro rozlicza się też z samą Hiszpanią. Opisuje liczne, nieudane próby wyjścia z biedy, niemożność osiągnięcia awansu społecznego, mimo wielu lat pracy w szkolnictwie. Sytuacji nie ułatwia trwający wciąż kryzys ekonomiczny, wysokie bezrobocie wśród młodych ludzi, brak perspektyw.

Ordesa to przede wszystkim opowieść o miłości. Nieumiejętności mówienia o niej i okazywania jej. Rodzinie, którą wielu z nas docenia dopiero wtedy, gdy tej już nie ma. Tęsknocie niemożliwej do ukojenia. Stracie, przemijaniu i dojmującej samotności. Jest to również poruszające studium uzależnienia.

Monolog Vilasa nie daje czytelnikowi chwili wytchnienia, nadziei. Mnóstwo tu melancholii, smutku, przygnębienia.  Jeśli pojawia się humor to wyłącznie ironiczny, zgryźliwy. Typowy „ śmiech przez łzy”.  Trudno oprzeć się wrażeniu, że proces pisania był dla autora rodzajem autoterapii. Z pewnością nie jest to łatwa lektura, nie ulega jednak wątpliwości, że warto podjąć trud i przeczytać ją w całości. To tekst do przeżycia, przemyślenia i wyciągnięcia wniosków.

Siła powieści Manuela Vilasa tkwi przede wszystkim w uniwersalności. Każdy z nas nosi lub będzie nosił taką książkę w sobie. Wcześniej, czy później wszyscy będziemy musieli zmierzyć się z tematami ostatecznymi, o których na co dzień wolimy nie myśleć, odsuwamy je od siebie, jak najdalej. Tego typu literatura jest ważna i potrzebna. Poszerza świadomość, oswaja lęk, stanowi przestrogę. Mądrych książek nigdy dość. Ta taka właśnie jest.

M.Vilas, Ordesa, tł. C. Marrodán Casas, Wydawnictwo Rebis 2019.
*Dziękuję Wydawnictwu Rebis za przekazanie egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Dorosłe dzieci


Taśmy rodzinne Macieja Marcisza to dobrze rokujący na przyszłość, choć niepozbawiony wad debiut literacki.

Przyznam szczerze, że hasło: „debiut literacki” zawsze wywołuje u mnie podejrzliwość. Określenie „polski debiut literacki” – chęć ucieczki. Czytanie większości z nich przypomina senny koszmar, z którego chcemy się jak najszybciej obudzić i jest drogą przez mękę. Prawdziwe objawienia i perełki w tej kategorii zdarzają się rzadko. Dla recenzentów pisanie o powieściach z tej półki jest najtrudniejszym wyzwaniem. Jak napisać prawdę o książce i nie zniechęcić przy okazji autora do dalszego rozwoju, jeśli nasza opinia jest negatywna? Dlatego z reguły nie czytam polskich debiutów literackich. Jednak czasami od reguły zdarzają się wyjątki. Do sięgnięcia po Taśmy rodzinne zachęcił mnie interesujący temat oraz patronat medialny jednego z moich ulubionych magazynów. Uznałam, że to za wystarczająca rekomendacja. Ogólnie rzecz biorąc była to dobra decyzja.

Marcin Małys jest trzydziestoletnim artystą wizualnym z ambicjami. Problemy: 63 tysiące długu i prowadzenie rozrywkowego trybu życia w stolicy. Wybawieniem dla głównego bohatera ma być majątek odziedziczony po ojcu. Nestor rodu Małysów jednak nagle zmienia zdanie: postanawia wydziedziczyć syna, a pieniądze przekazać na cele charytatywne. Gdy znajomi bombardują smsami z prośbami o zwrot pieniędzy, skrzynka mailowa pęka w szwach od ponagleń i wezwań do zapłaty, a na karku czuć oddech komornika, nie pozostaje nic innego, jak schować ambicję z dumą do kieszeni i wrócić do domu rodzinnego. Tam czekają na Marcina dawne konflikty i nierozwiązane problemy z przeszłości, którym będzie musiał stawić czoło.

Druga część powieści to narracja prowadzona przez ojca – Jana Małysa. Jest to klasyczna historia „od pucybuta do milionera”. Pochodzący z małej miejscowości Małys – senior w dzieciństwie doświadczył biedy i przemocy domowej. Jako dorosły człowiek ma jeden cel – awansować społecznie i raz na zawsze pożegnać biedę. Początek lat 90., okres transformacji ustrojowej to wymarzony czas dla dorobkiewiczów. Nagle świat stanął otworem, pojawiło się mnóstwo nowych możliwości i przez jakiś czas wydawało się, że tortu wystarczy dla wszystkich. Dzięki sprytowi, obrotności i determinacji Jan Małys szybko dorabił się dużego majątku na handlu artykułami spożywczymi. Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia i równie szybko padł ofiarą żądzy pieniądza. Chce więcej, więcej i więcej. Ceną stale rosnącego statusu materialnego jest nieobecność w domu i brak czasu dla rodziny, Powroty są ciągłą próbą nadrobienia straconego czasu, a autorytet budowany za pomocą pieniędzy i krzyku. Bezskutecznie.

Ulubioną rozrywką rodziny Malysów są zakupy. Cotygodniowe wyprawy do nowo powstałej galerii handlowej są jednym z nielicznych elementów spajających rodzinę. Kupują wszystko i dużo, żeby przypadkiem nie zabrakło. Marcin i dwójka jego rodzeństwa: Magda i Maks przebierają w markowych ubraniach, najnowszych zabawkach, „zagranicznych” słodyczach. Umiar to dla nich pojęcie ze słownika wyrazów obcych. Kolejnym polem konsumpcyjnej eksploracji jest dom. W wiecznym remoncie i przebudowie, bo przecież trzeba być na czasie, nadążać za trendami. To ostatnie niewątpliwie jest konikiem matki – Alicji Małys. Teoretycznie – westalki domowego ogniska, kobiety wrażliwej. Praktycznie pełniącej rolę luksusowej paprotki i z trudem panującej nad domowym chaosem.

Wydaje się, że rodzinie nie brakuje niczego. Mają wszystko. Poza miłością, bliskością, ciepłem. Nadwrażliwemu Marcinowi od początku trudno się odnaleźć w rodzinie. Sytuacji nie ułatwiają surowy ojciec i rodząca się homoseksualna orientacja. Brat Marcina – Maks, jest uzdolniony wokalnie, wygrywa dziecięce konkursy, nagrał płytę z kolędami, koncertuje. On sam także chciałby być w czymś najlepszy, zaimponować rodzinie, być podziwianym. Niestety, bardzo długo nie wie, co mógłby robić w życiu.

Drugim ulubionym zajęciem rodziny Małysów jest szydzenie z ludzi gorzej sytuowanych od nich. Dotyczy to zwłaszcza części rodziny ze strony ojca, która pozostała na wsi. Szybko okazało się, że dziki kapitalizm lat 90. nie obdzielił wszystkich po równo. Podział na nowobogackich i mniej zaradną resztę pogłębiał się z każdym rokiem, a coraz mocniej widoczne różnice ekonomiczne utrudniały codzienne relacje międzyludzkie. Zawiść i zazdrość stała się chlebem powszednim, nawet w najbliższym otoczeniu. Ci którzy nie spędzali wakacji all inclusive na greckiej wyspie i nie byli odziani od stóp do głów w „metki”, z marszu zostawali uznani za gorszych. Minimalizm jako styl życia w latach 90. również był pojęciem ze słownika wyrazów obcych. To w debiucie Marcisza zostało doskonale pokazane.

Tytułowe taśmy rodzinne, czyli po prostu kasety VHS z uwiecznionymi ważnymi momentami z życia rodziny, stały się przyczyną konfliktu i doprowadziły do zerwania kontaktów Marcina zarówno z rodzicami, jak i z rodzeństwem. To także świetna metafora tego, jak bardzo oficjalna wersja naszego życia, którą prezentujemy światu, różni się od tej prawdziwej. Ile fałszu, hipokryzji kryje się często w zapisach pozornie szczęśliwych chwil: wakacji, świąt, urodzin. Taktyka „nie mów nikomu, co się dzieje w domu” miała i wciąż ma wielu wyznawców.

Taśmy rodzinne Macieja Marcisza to cenna i w gruncie rzeczy udana próba stworzenia powieści o okresie transformacji ustrojowej. Konsumpcjonizm, wyścig szczurów, roszczeniowość,  to zjawiska dobrze znane pokoleniu trzydziestolatków. Autora cechuje bardzo dobry słuch literacki. Proza wyróżnia się celnymi obserwacjami, błyskotliwymi pointami  poczuciem humoru, a także empatią wobec bohaterów i ich postaw. To również, a może przede wszystkim gorzka saga rodzinna o nieumiejętności budowania bliskich relacji, poszukiwaniu własnej tożsamości, niedojrzałości, strachu przed wzięciem odpowiedzialności za swoje życie i decyzje. Z Taśm rodzinnych, płyną również bardziej oczywiste wnioski o tym, że nie wszystko można kupić i, że pieniądze szczęścia nie dają.

Główny zarzut wobec debiutu Marcisza jest taki, że powieść jest miejscami przegadana. Niektóre sceny i opisy mogłyby być zdecydowanie krótsze. Byłoby to z korzyścią dla fabuły, która w takim kształcie miejscami się rozmywa i traci rytm, a szkoda. Takie postępowanie jest częste dla debiutantów, którzy z reguły mają dużo do powiedzenia i korzystając z możliwości szerszej wypowiedzi, chcą powiedzieć wszystko od razu, nie zawsze umiejętnie selekcjonując przy tym wartościowe treści. Tego typu niedociągnięcia można łatwo wybaczyć, gdy całość prezentuje dobry poziom. Pojawiają się tu też dość schematyczne rozwiązania fabularne, ale to już wyłącznie rzecz gustu.

Marcisz, to nazwisko, które zdecydowanie warto zapamiętać. Literacki debiut pokazuje, że w tym autorze drzemie duży potencjał, który w przyszłości być może zaowocuje równie ciekawymi dokonaniami. Osobiście zamierzam uważnie przyglądać się Jego dalszym pisarskim poczynaniom, bo Taśmy rodzinne niewątpliwie wypełniły pewną lukę w literaturze polskiej. I za tę odwagę w podejmowaniu niełatwych tematów należą Mu się brawa.

M.Marcisz, Taśmy rodzinne, Wydawnictwo W.A.B. 2019.
*Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za przekazanie egzemplarza do recenzji.