środa, 21 października 2015

Miejska ballada

Przeczesywanie archiwów zmarłych pisarzy i poetów w poszukiwaniu niewydanych wcześniej, czy też niedokończonych utworów, zawsze budzi wątpliwości, co do czystości intencji wydającego tego typu rzeczy. Tym bardziej, że prawdziwe perełki zdarzają się naprawdę rzadko, najczęściej są to mało wartościowe próby, które przeszłyby bez echa, gdyby nie późniejsza sława ich autorów. Na szczęście „Wilk” Marka Hłaski jest chlubnym wyjątkiem w tej regule.


Niedoszły debiut Hłaski został odkryty po sześćdziesięciu latach przez magistranta Radosława Mlynarczyka, który w czasie analizowania różnych wersji „Sonaty Marymonckiej”, odkrył, że ma do czynienia z nikomu nieznaną powieścią pisarza. Hłasko w 1954 roku wziął zaliczkę za tekst z Wydawnictwa Iskry, nigdy jednak nie dostarczył całego utworu, gdyż uznał, że wymaga on poprawek. Odkrycie „Wilka” w 2015 roku automatycznie dało mu status książki – legendy i zostało okrzyknięte literackim wydarzeniem roku. Jego wydanie jest niejako dopełnieniem umowy, którą autor zawarł z wydawnictwem.


Rysiek Lewandowski mieszka na warszawskim Marymoncie – dzielnicy nędzy. Za wzór stawia sobie amerykańskich kowbojów. Jedyne o czym marzy, to wyrwanie się do lepszego świata. Marzenia te jednak, co rusz grzęzną w błocie i beznadziei. Obraca się bowiem w środowisku ludzi zepchniętych na społeczny margines, gdzie łatwiej zostać przestępcą z nałogami, niż bohaterem. Jego ojcem chrzestnym jest Zieliński – największy okoliczny bandzior. Sam przejawia chuligańskie skłonności – jest silny, sprytny, nieustannie szuka okazji do zwady, okoliczności często zmuszają go do podejmowania działań niezgodnych z prawem. Obserwując codzienne zmagania współmieszkańców dzielnicy z biedą dochodzi do wniosku, że rzeczywistość ma niewiele wspólnego ze światem widzianym w  filmach i o sprawiedliwości społecznej nie ma tu mowy. Bunt narasta. Światełkiem w tunelu jest dla niego strajk robotników w fabryce „Blaszanka”.

Najbardziej pociągający i przykuwający uwagę w „Wilku” jest język używany przez Hłaskę. Żywy, barwny, z mnóstwem wulgaryzmów i cudowną warszawską gwarą. Mało jest w literaturze przykładów tak pięknych, sugestywnych opisów biedy. Historia poszukiwania butów dla szkolnego kolegi, scena pasterki i wiele innych wątków porusza i chwyta za serce. Aż trudno uwierzyć, że napisał je dziewiętnastolatek. Hłasko tworzy powieść środowiskową, kreśląc wiarygodne portrety psychologiczne postaci. Jawi się jako wnikliwy, czuły obserwator rzeczywistości. Wsiąka w uliczny klimat i uważnie wsłuchuje się w jego rytm.

Druga, zaangażowana politycznie część „Wilka” jest znacznie słabsza. Wypływają w niej na wierzch wszystkie wady tekstu i przestaje dziwić fakt, że Hłasko nie zdecydował się na jego publikację. Rysiek Lewandowski angażuje się w strajk robotników w fabryce „Blaszanka”. Pociąga go widmo rewolucji, jest zafascynowany ideą komunizmu. Od tego momentu mamy do czynienia z powieścią ideologiczną. Pochwała socrealizmu była w tamtym okresie warunkiem koniecznym ukazania się utworu na rynku, te elementy nie powinny więc dziwić.

Patos, naiwność, nadmierna emocjonalność, nieskładność w wyrażaniu myśli, dłużyzny, które występują w tej części, pokazują wyraźnie, że mamy do czynienia z młodym debiutantem – idealistą, który ma zadatki na dobrego pisarza, ale jednocześnie sporą pracę do wykonania przed sobą.

„Wilk” nie jest powieścią wybitną, a jedynie dobrą. Warto zwrócić na nią uwagę przede wszystkim ze względu na to, że jest zapowiedzią talentu i niebywałego wręcz słuchu literackiego jednego z ważniejszych pisarzy polskich XX wieku. Książka jest też swoistym hymnem o miłości do Warszawy – nieistniejącej już w takim kształcie, w momencie powstania utworu.

Ocena: 7/10
M.Hłasko, "Wilk", Wydawnictwo Iskry 2015.
*Dziękuję Wydawnictwu Iskry za przekazanie egzemplarza do recenzji http://iskry.com.pl/

czwartek, 15 października 2015

Niewiadoma

W swojej najnowszej książce Agata Tuszyńska postanowiła wydobyć na światło dzienne postać Józefiny Szelińskiej – narzeczonej Brunona Schulza. Autorka skleja jej portret z nielicznych dostępnych faktów, własnych domysłów i spekulacji. Próba odważna, lecz niezbyt udana.


Szelińska była narzeczoną autora „Sklepów cynamonowych” i „Sanatorium pod klepsydrą” w latach 1933 – 1937. Poznali się w Drohobyczu, za pośrednictwem wspólnego znajomego. Ona była młodą polonistką z powołania, w jednym z tamtejszych gimnazjów, on dojrzałym metrykalnie, marzącym o sławie literatem i malarzem. Była jedyną kobietą, której Schulz zaproponował małżeństwo. Ostatecznie rozstali się w 1937 roku, co Józefina przypłaciła próbą samobójczą. Do końca życia ukrywała te fragmenty swojej biografii, a w powojennych ankietach w rubryce stan cywilny wpisywała: samotna. Na tym w zasadzie kończą się fakty, reszta, jak pisze sama Tuszyńska jest „grą pamięci i wyobraźni”.


Materiał źródłowy, który posłużył autorce do napisania książki jest niezwykle skromny. Opierała się ona głównie na powojennej korespondencji Szelińskiej z Jerzym Ficowskim – badaczem twórczości Schulza, wzmiankach o niej, które pojawiają się w dziennikach Nałkowskiej oraz innych przyjaciół Brunona oraz zachowanych fotografiach i rysunkach artysty. Wokół nich Tuszyńska snuje swoje fantazje, usiłuje zbudować wiarygodną konstrukcję i własny mit o Schulzu. Pomysł już na wstępie wydaje się karkołomny i skazany na porażkę.

Trudno jednoznacznie określić, kto jest główną postacią w „Narzeczonej Schulza”. Z jednej strony Szelińska jest dla Tuszyńskiej pretekstem do opowiedzenia o pogmatwanych losach Schulza. Biografistka podejmuje próbę zobaczenia pisarza oczami narzeczonej. Z drugiej, czyni ją samą obiektem swoich „badań”, określając życiorys Juny, jako los cienia. Niedostateczny materiał źródłowy sprawia jednak, że jest to przede wszystkim prezentacja wizji Tuszyńskiej, jej wrażliwości i interpretacji. W efekcie otrzymujemy nasycony emocjami rozedrgany portret. Niekoniecznie prawdziwy, a co za tym idzie niezbyt wiarygodny.

Narracja „Narzeczonej Schulza” pełna jest wykrzykników, wielokropków i spekulacji. Józefa Szelińska, zwana przez Schulza Juną jawi się czytelnikowi książki jako muza wielkiego twórcy, któremu poświęciła fragment życia i zapłaciła za to wysoką cenę, strażniczka domowego ogniska i organizatorka codzienności. Kobieta histeryczna, nie do końca rozumiejąca twórczość artysty, zazdrosna i nie akceptująca jego osobliwych upodobań erotycznych. Tuszyńska usiłuje wniknąć w duszę Szelińskiej, analizuje listy, z fotografii dopowiada ciągi dalsze, dopisuje monologi. Można odnieść wrażenie, że życie Szelińskiej rozpoczęło się w momencie, gdy poznała Schulza, to co wcześniej nie miało znaczenia.

Tuszyńska na wstępie książki, niejako w obronie własnej, uprzedzając wszelkie zarzuty, pisze, że jest to apokryf, „gra pamięci i wyobraźni”. Wydaje się jednak, że w tej grze pisarka posunęła się o kilka kroków za daleko. Ilość zmyśleń czyni z „Narzeczonej Schulza” historię konfabulowaną. Egzaltacja, naiwność, pensjonarski styl i przewijający się w całym tekście patos, każą umiejscowić książkę bardziej w kategorii romans, niż biografia fabularyzowana. A szkoda.

Ocena: 5/10
A.Tuszyńska, „Narzeczona Schulza”, Wydawnictwo Literackie 2015.
*Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

niedziela, 4 października 2015

Życie pozagrobowe

Co nas nie zabije” Davida Lagercrantza obroniłoby się jako samodzielny kryminał, jako kontynuacja bestsellerowej trylogii „Millenium” Stiega Larssona wypada słabo. Jest zaledwie lekkostrawnym czytadłem.


Stieg Larsson zmarł nagle, tuż przed publikacją pierwszej części „Millenium”. Nie doczekał ogromnego sukcesu, który na całym świecie odniosły jego książki. Wydawało się, że śmierć autora definitywnie kończy również historię Mikaela Blomkvista i Lisbeth Salander. Szybko pojawiła się jednak informacja, że pisarz pozostawił niedokończoną kolejną część trylogii. Spadkobiercy Larssona postanowili zbić na tym fakcie kapitał, w myśl zasady mówiącej o nie zabijaniu kury znoszącej złote jajka. Osobą, która została wybrana do dokończenia tomu został David Lagercrantz – dziennikarz śledczy pracujący w szwedzkim dzienniku „Expressen” oraz autor poczytnej biografii Zlatana Ibrahimowicza „Ja, Ibra”.


Tak zwana literatura pośmiertna zawsze wydaje się złym pomysłem Próby wniknięcia w umysł autora, którego już nie ma są z góry skazane na porażkę. Nieuniknione porównania i przywiązanie czytelników do pierwowzorów postaci, z pewnością nie ułatwiają zadania. Dochodzą do tego nieczyste motywacje, z reguły ograniczające się do znacznego powiększenia stanu kont rodziny. W tym przypadku nazbyt oczywiste. Wszystko to sprawia, że z tego rodzaju prób rzadko wychodzi coś naprawdę wartościowego. Lagercrantz już na wstępie wystawił się więc na strzał i nie wyszedł z tej walki zwycięsko.

Od afery ujawnionej przez duet Blomkvist& Salander minęło kilka lat. Gwiazda dziennikarza mocno przyblakła. Zmaga się  z wypaleniem zawodowym, zastanawiając się, czy rodzaj dziennikarstwa, który jest mu bliski ma jeszcze w ogóle sens, w zdominowanych przez Internet czasach. „Millenium” ma poważne problemy finansowe. Jedynym ratunkiem jest kolejny gorący temat, który pozwoli gazecie ponownie stać się numerem jeden na rynku.

Poszukiwanie tematu idzie bardzo opornie. Do momentu, kiedy w redakcji zjawia się niepozorny młody człowiek z firmy związanej z nowymi technologiami i informuje o kradzieży pomysłu o kluczowym znaczeniu, której tam dokonano. Blomkvist wcale nie ma ochoty zajmować się sprawą, nie dostrzega w niej żadnego potencjału. Przypadkowo dowiaduje się jednak, że zamieszana jest w nią również Salander. To całkowicie zmienia jego stosunek do otrzymanej informacji.

Największym problemem „Co nas nie zabije” jest tzw. „biegunka pomysłów. Dostajemy trudny do przełknięcia koktajl, na który składają się: spisek służb specjalnych, zorganizowana grupa hakerów, cyberinwigilacja na wielką skalę, sztuczna inteligencja. Gdyby komuś było mało, ma jeszcze do wyboru szczyptę opery mydlanej. Akcja płynie wartko, napięcie rośnie z każdą przeczytaną stroną, trup ścielę się gęsto i teoretycznie wszystko się zgadza. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że każde z zagadnień mogłoby być tematem odrębnej książki. Lagercrantz połączył je w całość w siłowy, łatwy do przewidzenia sposób.

Autor kontynuuje publicystyczny styl Larssona, co akurat jest atutem, bo od początku stanowiło wyróżnik serii. Podobnie jak w poprzednich częściach znajdziemy tu ostrą krytykę społeczną, podniesione zostały kwestie ochrony prywatności w Internecie oraz zagrożeń, płynących z szybkiego rozwoju nowych technologii.

Siłą trylogii „Millenium” stworzonej przez Larssona byli pełnokrwiści, świetnie napisani bohaterowie. W tym aspekcie Lagercrantz poległ na całej linii. Nie dość, że samodzielnie nie stworzył równie zapamiętywalnych, charakternych postaci, to w dodatku pozbawił osobowości parę głównych bohaterów, którzy byli siłą napędową całości.  Mnogość zamieszczonych w książce wątków sprawia, że Blomkvist i Salander stają się niemal postaciami drugoplanowymi. Na domiar złego potraktowanymi bardzo jednowymiarowo i mocno spłyconymi, w stosunku do pierwowzoru.

David Lagercrantz jest sprawnym warsztatowo pisarzem, a „Co nas nie zabije” czyta się dobrze. Jednak w kontekście rozwoju literatury szwedzkiej, który obserwujemy w ostatnich latach, na tle wielu innych kryminałów pochodzących z tego kraju, wypada zaledwie poprawnie. Jako kontynuacja „Millenium” nie broni się natomiast wcale. Nie mam wątpliwości, że książka sprzeda się znakomicie i odniesie sukces komercyjny. Fani Larssona sięgną po nią choćby z czystej ciekawości. Będzie to jednak jednorazowy strzał i podejrzewam, że na kontynuację kontynuacji, którą sugeruje zakończenie nabierze się już niewielu. I tylko Lagercrantza żal. Decyzja o wejściu w cudze buty, sprawiła, że już zawsze przez wielu będzie postrzegany jako ten, który zepsuł „Millenium” i trudno mu będzie odzyskać samodzielną, niezależną pozycję. Myślę, że on sam nie przejmuje się tym zanadto, ilość zer przybyłych na koncie wynagrodzi wszelkie „cierpienia”.

Ocena: 6/10
D.Lagercrantz, „Co nas nie zabije”, Wydawnictwo Czarna Owca 2015.
*Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.czarnaowca.pl/

czwartek, 1 października 2015

Sekret zapomnienia

Majgull Axelsson w swojej dotychczasowej twórczości wyspecjalizowała się w opisywaniu skomplikowanych relacji rodzinnych, traum i wielorakich emocji. Najnowsza powieść pisarki „Ja nie jestem Miriam”, wydaje się otwierać nowy rozdział jej twórczości i może być zaskoczeniem dla czytelników. Literacka fikcja odnosi się tu do prawdziwych wydarzeń. Tekst jest niezwykle aktualny i stanowi ważny głos w toczącej się dyskusji o uchodźcach.

Główną bohaterkę powieści poznajemy w dniu jej osiemdziesiątych piątych urodzin. Mieszka wraz z rodziną w spokojnym szwedzkim miasteczku, gdzie wiedzie bezpieczne, dostatnie życie. Rysą na tym idyllicznym obrazku jest wstrząsająca przeszłość, która nie daje o sobie zapomnieć i powraca do Miriam w snach. Prezent otrzymany od syna i słowa, jakie mimowolnie wypowiada, skłaniają ją do wyjawienia skrywanych przez lata tajemnic.

Miriam naprawdę nazywa się Malika i jest z pochodzenia Romką. Przeszła przez obozy w Auschwitz i Ravensbrück. By przeżyć wojnę udawała Żydówkę, wypierając się swoich prawdziwych korzeni. Po niej dostała szansę mieszkania w „szwedzkim raju” i postanowiła zrobić wszystko, by ją wykorzystać. Wraz z mężem i przybranym synem podtrzymywała poprawną politycznie fikcję, nie dopuszczając, by prawda choć w minimalnym stopniu wyszła na jaw.

Axelsson w przejmujący sposób opowiada o losach ocalałych z obozów. Bohaterka powieści wspomina codzienną walkę o przetrwanie w Auschwitz i Ravensbrück, brutalność  z jaką traktowano więźniów, a nade wszystko młodszego brata, kuzynkę oraz przyjaciółki, którym nie udało się przeżyć. Po wojnie, kiedy kierowała się przede wszystkim zasadą: przetrwać i zapomnieć ma poczucie winy, uważa, że zdradziła swoich bliskich.

Autorka zadaje też kłam dość powszechnej opinii o szwedzkim raju. Miriam właśnie tam znalazła po wojnie bezpieczne schronienie. Romowie do 1954 roku mieli zakaz przebywania na terenie Szwecji. Ci, którzy żyli tam, wbrew obowiązującym przepisom byli obiektem szykan. Ceną za stabilizację i miłość była więc konieczność zbudowania nowej tożsamości, a co za tym idzie życie w kłamstwie i zaprzeczeniu. Bohaterka przyjęła zasady tej gry i perfekcyjnie grała rolę uśmiechniętej, dobrze wychowanej, zadowolonej z życia kobiety.

„Ja nie jestem Miriam”, to bolesna historia o wyobcowaniu i izolacji. O niemożności oderwania się od własnych korzeni, nieudanych próbach powrotu do normalności i zapomnienia, o traumach niemożliwych do udźwignięcia i o tym, że w końcu zawsze pojawia się potrzeba „wyjścia z szafy”, które może być nowym początkiem i przynieść ulgę.

W powieści poza elementem dodanym, znajdziemy wszystkie cechy charakterystyczne dla twórczości Axelsson. Konstrukcja powieści nie zaskakuje. Niewiadome stają się jasne na długo przed końcem książki. W żaden sposób nie umniejsza to jednak wartości całego tekstu.

Ocena: 8/10
M.Axelsson, „Ja nie jestem Miriam”, Wydawnictwo W.A.B. 2015.
*Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.gwfoksal.pl/wydawnictwo/w-a-b/

poniedziałek, 6 lipca 2015

(Nie) pytaj o…

Spotkanie Doroty Wodeckiej, znanej z ofensywnego stylu prowadzenia rozmowy z pisarzem o wyrazistych poglądach – Andrzejem Stasiukiem, zaowocowało równie mocnym tomem pt.: „Życie to jednak strata jest”.


Książka jest zbiorem rozmów, które duet dziennikarka – autor przeprowadzili wspólnie na przestrzeni sześciu lat. Część z nich ukazała się na łamach „Gazety Wyborczej”. Większość odbyła się na „terenie Stasiuka”, tam, gdzie obecnie mieszka, bądź w samochodzie, podczas objazdu okolicy. Stąd też pewnie wynika duża swoboda wypowiedzi i luźna, mimo niejednokrotnie trudnych tematów atmosfera spotkań.


Te ostatnie są dobrze znane czytelnikom Stasiuka z jego prozy. Wśród naczelnych znajdują się: przemijanie, śmierć, patriotyzm, wiara, pamięć, podróże, poszukiwanie tożsamości, powrót do korzeni. Wodecka momentami szuka zaczepki, jest zadziorna, zwłaszcza, jeśli chodzi o kwestie kościoła, czy Smoleńska. Stasiuk choć nie boi się wygłaszać swoich, często kontrowersyjnych poglądów, nie chce zderzeń czołowych, raczej stosuje uniki. Przy wejściu na bardzo prywatny teren, w rozmowach o żonie, córce, wspomnieniu matki, również zachowuje umiar, nie ulega pokusie tanich zwierzeń.

Rozmowy w książce potwierdzają i utrwalają obraz Stasiuka – outsidera, który podąża własną drogą, mając w głębokim poważaniu wszelkie mody,  popkulturę i masy. Woli spędzać czas blisko natury, wśród stada baranów, niż dużych skupiskach ludzkich. Nie żałuje czasu na podziwianie krajobrazów, kontemplację, żal mu go za to na pogoń za nowością i dobrami materialnymi. Choć jest właścicielem wydawnictwa wydającego reportaże, otwarcie przyznaje, że ich nie czyta, bo emocje autora są ważniejsze niż prawda. Podróżuje również pod prąd, obsesyjnie wybierając Wschód, bo bez pamięci nie istniejemy. Wciąż wraca do tych samych książek i konsekwentnie pozostaje poza układami środowiskowymi.

„Życie to jednak strata jest”, można uznać za rzecz nieco wtórną w stosunku do twórczości autora. Wielbiciele w trakcie lektury raczej nie odkryją nowej, nikomu nieznanej twarzy pisarza. Jest to bardziej Stasiuk w pigułce dla mniej zorientowanych. Nie zmienia to jednak faktu, że lektura ta, dla nikogo nie będzie stratą czasu i warto go na nią poświęcić.

Ocena: 7/10
A.Stasiuk, „Życie to jednak strata jest”, Wydawnictwo Agora 2015.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora http://kulturalnysklep.pl/

poniedziałek, 22 czerwca 2015

W niespełnieniu

Nauczycielka” Judith W. Taschler , to prosta historia o trudnej miłości. O jej wyjątkowości bardziej decyduje forma niż treść.
Niech nie zniechęci Was niepozorny, wieloznaczny tytuł i nie zwiodą zapowiedzi wydawcy. Kryje się pod nim kipiąca emocjami, kameralna powieść obyczajowa, mająca niewielki związek z nauczaniem.


Matylda chce  zostać nauczycielką niemieckiego, Xawer jest początkującym pisarzem. Poznają się w czasie studiów, zakochują w sobie. Łączy ich zamiłowanie do literatury i opowiadania historii, dzielą cele życiowe, Ona nade wszystko pragnie zostać matką i mieć rodzinę, której brakowało jej w dzieciństwie. On marzy o globalnej sławie i uznaniu, rodzina nie znajduje się na liście priorytetów. Matylda osiąga swój zawodowy cel, bierze na siebie ciężar utrzymania domu i nieustannie wspiera ukochanego, by mógł w spokoju szlifować swój talent. Z upływem lat myśl o dziecku staje się obsesją kobiety, z kolei próby literackie Xawera są dalekie od doskonałości i nie przynoszą spodziewanych rezultatów. Frustracja obu stron rośnie lawinowo. Pewnego dnia, po szesnastu latach związku Matylda zastaje puste mieszkanie, Xawer znika bez pożegnania.


Do tego momentu jest to klasyczna, niczym nie wyróżniająca się opowieść o miłości. Zarówno bohaterowie, jak i motywy ich postępowania i tzw. tło wydają się aż nazbyt oczywiste i sztampowe. Na szczęście, kiedy lektura zaczyna nudzić, bo wydaje się, że wszystko jest jasne i nic już nie zaskoczy, w prezencie od autorki dostajemy zwrot akcji, który ratuje czytelników przed zaśnięciem i przywraca im ciekawość tego, co będzie dalej?

Przy okazji warsztatów pisarskich Xawer i Matylda spotykają się ponownie, po latach mają szansę wyjaśnić sobie niedomówienia z przeszłości. On przyjeżdża do szkoły, w której ona jest oddaną swojej pracy nauczycielką, jako znany pisarz, któremu udało się odnieść sukces. Początkowo w rozmowach, ze strony Matyldy pojawia się mnóstwo żalu, pretensji, rozgoryczenia, z czasem jednak uspokaja się, nabiera dystansu, próbuje zrozumieć, dlaczego ukochany odszedł do innej kobiety i dał jej dziecko, którego nigdy nie chciał mieć.

W historii pojawiają się coraz to nowe wątki, kolejni bohaterowie, napięcie rośnie stopniowo. Prostota zmienia się w skomplikowaną, niejednorodną gatunkowo układankę. Klarowne dotąd postaci zyskują nowy rys, zostają przełamane, dzięki czemu jednoznaczna, kategoryczna ocena ich postaw nie jest już tak łatwa, wymaga refleksji.

Ciekawa jest sama forma powieści. Losy Matyldy i Xawera opowiedziane są poprzez splot listów, które wymieniają między sobą, wymyślonych historii opowiadanych sobie nawzajem oraz dialogów z rozmów przeprowadzonych na żywo. Z jednej strony podkreśla to ważność komunikacji międzyludzkiej, z drugiej pokazuje, że nawet najbliżsi sobie ludzie mają z nią poważny problem i te same fakty widzą i interpretują w całkowicie inny sposób. Ponadto taka, a nie inna forma dodaje całości klimat intymności i kameralność.

„Nauczycielka”, to przede wszystkim powieść o niespełnieniu, straconych złudzeniach, niewykorzystanych szansach, winie, karze, przebaczeniu i w końcu o uzdrawiającej mocy literatury. Choć są to motywy wykorzystywane przez pisarzy od wieków, Taschler ostatecznie udało się „ugryźć” temat w nieco inny sposób. Całość jest przejmująca i zostaje w głowie na dłużej.

Ocena: 7/10
J.W. Taschler, „Nauczycielka”, Wydawnictwo W.A.B. 2015.

sobota, 6 czerwca 2015

Nieznośny ciężar dorosłości

Andrzej Saramonowicz – twórca kinowych hitów: „Lejdis” i „Testosteronu”, postanowił sprawdzić swe umiejętności na polu prozatorskim. Efekt? Popliteratura, do przełknięcia w jeden wieczór, nie powodująca skutków ubocznych.


Po sukcesie swoich filmów Saramonowicz został uznany za specjalistę od komedii. Udało mu się bowiem coś, co przez wiele lat było nieosiągalne dla innych rodzimych twórców gatunku. Połączył rozrywkę na dobrym poziomie z sukcesem frekwencyjnym, a niektóre dialogi z wyżej wymienionych tytułów weszły do codziennego języka. Kolejne filmy nie powtórzyły sukcesu pierwszych, w temacie filmowym nastała cisza, ale życie jak wiadomo nie znosi próżni. Saramonowicz zmienił więc branżę i stworzył „Chłopców” – powieść, będącą niejako przedłużeniem filmowych dokonań. Autor w dalszym ciągu porusza się bowiem, w znanym sobie i rozpracowanym wcześniej obszarze komedii obyczajowo – erotycznej.


Główny bohater Jakub Solański jest uznanym neurochirurgiem, świeżo upieczonym rozwodnikiem w średnim wieku, a co najważniejsze ojcem 11 – letniego Mateusza. W ramach korzystania z odzyskanej wolności stary Solański zostaje seksoholikiem. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności obiektami jego zainteresowania są przede wszystkim matki szkolnych kolegów Matiego. Temu ostatniemu nie przysparza to oczywiście popularności w towarzystwie i nie ułatwia zbudowania na nowo relacji z ojcem.

Narracje ojca i syna w powieści prowadzone są równolegle. W rolę nad wiek dojrzałego, świadomego i odpowiedzialnego wcielony został jedenastolatek, który obserwuje, surowo ocenia i błyskotliwie komentuje poczynania ojca. Mateusz chciałby w dalszym ciągu widzieć w tacie bohatera z niedawnego dzieciństwa, jego zachowanie sprawia jednak, że staje się antywzorcem, nie dającym poczucia bezpieczeństwa. Solański senior chciałby być z kolei lepszym rodzicem, skupienie na sobie, niefrasobliwość i spłycone postrzeganie rzeczywistości uniemożliwiają mu jednak zrozumienie syna.
„Chłopcy” poruszają kilka wydawałoby się poważnych tematów. Wśród nich:  syndrom Piotrusia Pana, kwestia losu powtórzonego, poszukiwania własnej tożsamości i osamotnienia w świecie pełnym możliwości wyboru. Całość utrzymana jest jednak w mocno komediowej, groteskowej konwencji, co spłyca refleksje, czyniąc je banalnymi i trywialnymi. Wrażenie śmieszności nie mija nawet po nagłym zwrocie akcji i zmianie tonu.

Mocną stroną powieści niewątpliwie jest język i żartobliwość. Saramonowicz jedynie potwierdza, że pisanie zabawnych dialogów wciąż jest jego specjalnością. Mnóstwo tu błyskotliwych bon motów, złotych myśli, łatwo wpadających w ucho. Niekiedy okazuje się, że to, co dobrze brzmi na ekranie, na papierze kompletnie „nie żre”, zdarzają się więc tzw. suchary i żarty zupełnie nietrafione. Drażni również przesadna ilość wulgaryzmów. Ten nadmiar sprawia, że lektura staje się męcząca. Trudno wytłumaczyć go stylem autora, czy konwencją tekstu.

Debiut literacki Saramonowicza nie ma ambicji bycia wielką literaturą. Autor stworzył tekst czysto rozrywkowy, ku uciesze mas, obliczony na sukces sprzedażowy. W tej kategorii jest to bardzo dobra propozycja, czyta się szybko, nie wywołuje większych zgrzytów, pozwala na reset umysłu np. podczas urlopu. Ci, którzy lubią literaturę przez duże L, „Chłopców” potraktują raczej jako kolejny przykład nie wartej uwagi książkowej konfekcji, której mnóstwo na rynku.

Ocena: 6/10
A.Saramonowicz, „Chłopcy”, Wydawnictwo Wielka Litera 2015.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera http://www.wielkalitera.pl/