środa, 22 maja 2019

Zależności



Mama mordercy Idy Linde to dla mnie niewątpliwie największe olśnienie literackie w ostatnim czasie. Już teraz śmiało zaliczam tę książkę do czołówki najlepszych, przeczytanych w tym roku.

Mówią: nie oceniaj książki po okładce. W tym wypadku zupełnie nie mają racji. Oprawa graficzna tej powieści jest po prostu piękna. Intryguje, przyciąga wzrok i prosi: zajrzyj do mnie. O wyborze lektury zdecydowała, jak zawsze fabuła, jednak okładka tym razem znacząco przyspieszyła tę decyzję. Po raz kolejny okazało się, że chodzenie bocznymi drogami czasem przynosi wspaniałe niespodzianki w postaci niespodziewanych odkryć. Takim -  jest dla mnie twórczość Idy Linde. Mama Mordercy to moje pierwsze spotkanie z dorobkiem szwedzkiej pisarki. Ta niezwykle oszczędna, kameralna proza robi piorunujące wrażenie. Pochłania i wciąga od pierwszego zdania.

Mój chłopiec zapytał mnie: czy kochałabyś mnie, gdybym kogoś zabił? To było zanim wiedzieliśmy. Bo  mój chłopiec był tylko chłopcem, gdy zapytał: czy kochałabyś mnie, gdybym kogoś zabił? A ja odpowiedziałam mu: tak.* Tak zaczyna się historia Henrietty i jej chłopca. Mroczna opowieść o toksycznym macierzyństwie, granicach poświęcenia , niszczącej sile namiętności.

Henrietta jest dla swojego chłopca nadopiekuńczą matką. Żyją w symbiozie. Tworzą w zasadzie jeden organizm, ona definiuje się bowiem wyłącznie poprzez jego istnienie. Poza pracą zawodową, która zapewnia im utrzymanie, zrezygnowała ze wszystkich swoich potrzeb i pragnień Poświęciła się w pełni, przynależy wyłącznie do niego. Wydaje się, że w tej ciasnej, dusznej przestrzeni nie ma już miejsca na nic innego. Do czasu.

Chłopca zaczynają nawiedzać senne koszmary. Są zwiastunem nieoczekiwanego. Henrietta czuje, że traci wpływ na rzeczywistość, że zdarzenia przekraczają możliwości jej działania. Pewnego dnia policjanci przynoszą złe wieści: chłopiec popełnił zbrodnię. Ostatecznie wymknął się spod kontroli. Zostają rozdzieleni. W końcu stają się osobni.

Zrozpaczona Henrietta jest zmuszona do zbudowania nowej tożsamości, zweryfikowania poglądów. Jako matka mordercy pada ofiarą ostracyzmu społecznego. Musi skonfrontować się z własnymi emocjami: rozczarowaniem, wszechogarniającą samotnością. Ta dojmująca pustka domaga się wypełnienia, zastąpienia inną relacją.

Podczas wizyt w więzieniu główna bohaterka poznaje Grace – również  matkę  mordercy. Połączy je intymna, uzależniająca relacja. Zbieżność losów sprawia, że kobiety mogą stać się dla siebie nawzajem ratunkiem. Henrietta uznaje, że może podjęć próbę zbudowania własnego szczęścia, niezależnie od sytuacji syna. Pozwala sobie odczuwać zadowolenie z życia, mimo przeżywanej rozpaczy. Ten wątek jest niewątpliwie nowym otwarciem w powieści. Od tej pory uwaga ogniskuje się wokół związku tej dwójki i emocji, które im towarzyszą. Okazuje się, że Mama mordercy to przede wszystkim powieść o niemożności życia bez miłości, zniewalającej sile namiętności, o tym, że życie nie znosi próżni.

Linde zręcznie zwodzi czytelnika. Do końca nie wiadomo, czy „mój chłopiec”, jak mówi o nim Henrietta jest biologicznym dzieckiem bohaterki. Równie umiejętnie buduje napięcie. Klaustrofobiczna atmosfera sprawia, że wielokrotnie mamy ochotę jak najszybciej porzucić lekturę, uciec od niej. Mimo wszystko nie jesteśmy w stanie tego zrobić, ciekawość jest silniejsza. Narracja zasysa nas strona po stronie, do samego końca. Tę skromnych rozmiarów prozę czyta się, jak najlepszy thriller.

Autorka stawia również wiele fundamentalnych pytań m.in. o : granice poświęcenia, kompromisu, oddania drugiej osobie. Ważne jest też to, czy i w jakim stopniu jesteśmy w stanie zapomnieć o traumie i, czy czas w jakikolwiek sposób w tym pomaga? Niektóre rzeczy zostają tu zaledwie zasygnalizowane, wiele ukrywa się między wierszami, a postaci nie są jednoznaczne. Dzięki temu zostaje duże pole dla własnych interpretacji.

O wyjątkowości powieści decyduje język używany przez pisarkę. Krótkie, nasycone emocjami zdania, z chirurgiczną precyzją trafiają w sedno i serce. Linde udowadnia, że mniej znaczy więcej. Proza poetycka najwyższej próby. W tym miejscu warto także wspomnieć i podkreślić rolę znakomitego tłumaczenia Justyny Czechowskiej.

Mama mordercy to książka, od której trudno się uwolnić. Obezwładnia, wprawia w letarg, wywołuje natłok myśli długo po zakończeniu lektury. Na tym właśnie polega siła wybitnej literatury. Oby było jej jak najwięcej.

I.Linde, Mama mordercy, tł. Justyna Czechowska, Lokator Media 2019.
*Dziękuję Wydawnictwu Lokator Media za przekazanie egzemplarza do recenzji.
* Wszystkie cytaty pochodzą z omawianej książki.

czwartek, 16 maja 2019

Niedorajda – Michał Rusinek


Każdy z nas czasem zastanawia się, jak żyć, kiedy nie da się żyć i jak sobie poradzić, kiedy nie można sobie poradzić? Co zrobić w tej sytuacji? Przeczytać koniecznie Niedorajdę Michała Rusinka.

Nie ma żadnej pewności, że po lekturze zaczniemy radzić sobie lepiej. Gwarantowane są natomiast niekontrolowane wybuchy śmiechu, doskonały nastrój trwający długo po zakończeniu czytania i przekonanie, że warto jednak pozostać niedorajdą.

Ludzie od dawna poszukują recept i gotowych rozwiązań problemów. Nie wierzymy we własne siły, nie ufamy swojej wiedzy, intuicji. Boimy się samodzielnie kierować własnym życiem, ponosić konsekwencje wyborów. Fachowa pomoc wydaje się niezbędna już niemal w każdej sprawie.W razie czego można spokojnie przerzucić odpowiedzialność za ewentualne niepowodzenie na złego doradcę. 

Szybkie tempo życia, nadmiar informacji, bodźców sprawiły, że korzystanie z tzw. mądrości zbiorowej stało się niemal powszechne. Momentami dochodzi do granic absurdu. Stąd niesłabnąca popularność wszelkich poradników, które obok kryminałów, cały czas są najchętniej kupowanym typem literatury. Szukamy odpowiedzi na wiele pytań. Najczęściej oczywiście na te fundamentalne: jak być szczęśliwym w trzech krokach, bo na pięć szkoda czasu, jak się zakochać, żeby się już nigdy nie odkochać i wiele innych.

Michał Rusinek - znany wielbiciel pypciów językowych, tym razem wziął na warsztat język poradników. Ze stosu wydawnictw drukowanych,stron internetowych,przeprowadzonych rozmów wybrał najbardziej kuriozalne, absurdalne przykłady. Z właściwym sobie poczuciem humoru, ironią i sarkazmem przeprowadził wnikliwą, poważną analizę oferowanych porad. Dzięki temu wzrosła nie tylko moja wiedza o języku, ale także, a może przede wszystkim o społeczeństwie i jego poziomie intelektualnym. Momentami jest to wiedza zatrważająca.

Jak podrywać
Temat-rzeka, stary, jak świat. Teoretycznie wszyscy coś na ten temat wiedzą . Praktyka wygląda dużo gorzej, co doskonale pokazują te frazy:

Cześć. Nie wiem, co mógłbym napisać w pierwszej wiadomości, żebyś była zainteresowana poznaniem się, więc załóżmy, że napisałem to wszystko. Co teraz?
Wzbudza pani we mnie instynkt przedłużenia gatunku.
Czy mógłbym zachować pani ósemkę na pamiątkę?
Chciałbym, żebyś mnie pochowała.
Hej, ty też jedziesz tym pociągiem?
Od razu ma się ochotę napisać „Jak dobrze być singlem i nigdy tego nie zmienić”.

Jak sprzedawać
Reklama dźwignią handlu, pieniądze szczęścia nie dają, ale zakupy owszem  Wiedzą o tym autorzy poradników. Niestety z tej wiedzy nie zawsze potrafią korzystać autorzy ofert sprzedaży na aukcjach internetowych.

Porcelana. Lata 60. Komplet niekompletny.
Bidetmajer. Stan gabinetowy.
Sprzedam liścia.
Oddam za darmo skarpety, ściągnięte prosto ze stopy.

Jak być inteligentem
Wiadomo, każdy by chciał, wielu wydaje się, że są, udaje się nielicznym. Poradniki doradzą, jakich słów i zwrotów używać w nadmiarze, by dodać sobie inteligencji.

Azaliż.
Abominacja.
Dychotomia.
Gentryfikacja.
Jakby.
Jeszcze raz?
Prokrastynacja.
Powiem tak.
Subwersywny.

To oczywiście tylko niektóre z rozdziałów i fragmentów.  W Niedorajdzie znajdziemy również instrukcje na temat tego: jak się leczyć, jak zostać pisarzem, jak korzystać z poczty, jak czytać nagłówki, jak przetrwać, jak być mężczyzną,  jak zostać paryżanką, jak tatuować no i najważniejsze,  jak uprawiać seks? Wszystkie felietony ukazały się w krakowskim dodatku „Gazety Wyborczej”. Wydaniu książkowemu towarzyszą pomysłowe rysunki Jacka Gawłowskiego.

Mam nadzieję, że czujecie się wystarczająco doradzeni w kwestii wyboru lektury. Po przeczytaniu jej jednym tchem i opanowaniu trwających długo salw śmiechu, przychodzi czas na refleksję. A może by tak w ten prześmiewczy sposób potraktować wszystkie poradniki? Nigdy więcej nie dać się nabrać, że którykolwiek z nich cudownie odmieni nasze życie. Najlepsza rada to: radź sobie sam!.Czego sobie i wam życzę.

M.Rusinek, Niiedorajda, czyli co nam radzą poradniki, Wydawnictwo Agora 2019.
*Dziękuję Wydawnictwu Agora za przekazanie egzemplarza do recenzji.
* Wszystkie cytaty i śródtytuły pochodzą z omawianej książki.







poniedziałek, 6 maja 2019

Artemizja – Nathalie Ferlut, Tamia Baudouin


Książki o silnych kobietach, które dzięki swej odwadze, uporowi , determinacji i ciężkiej pracy osiągnęły sukces, zyskały uznanie i zapisały się trwale w historii, wciąż są bardzo popularne. W ten nurt idealnie wpisuje się również piękna powieść graficzna o barokowej malarce Artemisii Gentileschi.

Przez wieki pozycja społeczna kobiet była dramatyczna. Nie brały udziału w życiu publicznym, nie miały prawa głosu, były pozbawione dostępu do edukacji na wyższym poziomie. Musiała im wystarczyć rola żony przy mężu i westalki domowego ogniska. Podobnie było w artystycznym świecie. Tu również ignorowano głos kobiet, nie pozwalano im na twórczą swobodę. Malarki nie mogły samodzielnie kupować płócien i pigmentów, podpisywać prac własnym nazwiskiem, nie otrzymywały też za nie wynagrodzenia. Artemizji udało się pokonać wszystkie te ograniczenia. Przełamała konwenanse i ostatecznie osiągnęła to, co chciała. Sukces ten był jednak okupiony ogromnym, długotrwałym cierpieniem.

Przyszła na świat u schyłku XVI wieku, jako najmłodsza z trójki rodzeństwa. Szybko została półsierotą. Wychowaniem dzieci zajął się ojciec – Orazio Gentileschi – malarz ze szkoły Caravaggia. Człowiek utalentowany, niezwykle skupiony na sobie i swojej sztuce. Szybko dostrzega w najmłodszej córce partnerkę do rozmów o sztuce. Artemizja jest żywo zainteresowana pracą ojca, ma wyczucie koloru, znakomicie radzi sobie przy sztalugach. Orazio wykorzystuje córkę jako modelkę. Wbrew ówczesnemu prawu i obyczajowości, nie sprzeciwia się jej obecności w pracowni, wręcz przeciwnie, dzieli się swoją wiedzą i pozwala doskonalić umiejętności. Z czasem znajduje dla córki nauczyciela.

Agostino Tassi jest przyjacielem rodziny. Człowiekiem gwałtownym, prowadzącym hulaszczy, awanturniczy tryb życia. Ma nauczyć Artemizję perspektywy. Zamiast uczyć, gwałci ją w czasie lekcji. Zdarza się to wielokrotnie. Oprawca czuje się bezkarny, powtarza, że i tak nikt nie uwierzy w jej niewinność. Zastraszona, okaleczona dziewczyna przez długi czas nie może wyzwolić się spod jego władzy.

Te traumatyczne przeżycia zmieniają ją na zawsze. Cierpienia doznane ze strony mężczyzn z czasem wyzwalają w Artemizji ogromną siłę, potrzebę niezależności. Chce w pełni decydować o swoim życiu i twórczości. Krok po kroku realizuje ten plan. Kobietom nie wolno malować aktów męskich. Ich twórczość, jeśli już ma się ograniczać do malowania martwych natur i dzieci. W związku z tym Artemizja maluje własne portrety. Wreszcie za sprawą wpływowego protektora zostaje przyjęta do florenckiej Akademii. W tym momencie zyskuje pełnię praw, zaczyna być traktowana jak malarka, a jej pozycja zawodowa zostaje ugruntowana. Zarabia, może swobodnie podróżować. W końcu nie musi z niczego rezygnować i korzysta z tego.

Powieść jest fantastycznie narysowana. Autorki zadbały o oddanie najdrobniejszych szczegółów. Koronkowa praca. Duże wrażenie robi również bogata paleta barw. Równie ciekawie została poprowadzona narracja: opiekunka opowiada nastoletniej córce malarki o losach matki.

Dziś komiksy to już nie tylko historie o super bohaterach i potworach. Świetnie, że w tę formę zostają ujęte także życiorysy niezwykle ciekawych, inspirujących postaci. Fakt, że w tym przypadku jest to kobieta stanowi tylko dodatkowy atut. Misterne wykonanie może zachęcić do sięgnięcia nawet osoby dotychczas sceptycznie nastawione do komiksów.

Drugi komiks wydany przez Wydawnictwo Marginesy okazuje się kolejnym strzałem w dziesiątkę. Dwa dostępne od niedawna na rynku tytuły serii wyłącznie rozbudzają apetyt na więcej. Wygląda na to, że decyzja o wydawaniu komiksów była doskonałym pomysłem. Jeszcze lepszym jest powierzenie opieki nad nimi Szymonowi Holcmanowi. Pozostaje trzymać kciuki za kolejne publikacje.

N.Ferlut, T. Baudouin, tł. O. Mysłowska, Artemizja, Wydawnictwo Marginesy 2019.
*Dziękuję Wydawnictwu Marginesy za przekazanie egzemplarza do recenzji.

sobota, 4 maja 2019

Neurokomiks – Dr Matteo Farinella, Dr Hana Roš


A gdyby tak pewnego dnia wybrać się w podróż do wnętrza mózgu. Poznać wszystkie jego zakamarki, tajemnice działania. Do odbycia takiej wycieczki, póki co na kartach książki zapraszają nas autorzy Neurokomiksu. Fascynująca wyprawa, nie tylko dla najmłodszych czytelników.

Mimo postępu medycyny i rozwoju badań klinicznych mózg wciąż pozostaje najbardziej nieodgadnionym organem ludzkiego organizmu. Ze względu na to, że jest naszym wewnętrznym „centrum zarządzania”, budzi największą ciekawość i strach równocześnie. Ogólna wiedza na temat funkcjonowania mózgu jest z reguły bardzo wybiórcza, chaotyczna. Każdy z nas słyszał o neuronach, ale z odpowiedzią na pytanie o ich budowę wielu miałoby problem. Podobnie z określeniem rodzajów receptorów, funkcji synaps i wieloma innymi zagadnieniami. Dlatego Neurokomiks ma dużą wartość edukacyjną, nie tylko dla dzieci. Z pewnością pomoże uporządkować wiedzę także dorosłym.

Hana Roš jest doktorem neurologii na Uniwersytecie Oksfordzkim, Matteo Farinella jest doktorem neurologii Kolegium Uniwersyteckiego w Londynie. Przy okazji specjalizuje się w ilustrowaniu publikacji naukowych, Pomysł stworzenia powieści graficznej o funkcjonowaniu mózgu, w przypadku tego duetu wydaje się więc czymś naturalnym i oczywistym.

Pewnego dnia ciekawski człowiek trafia w środek gęstego lasu i panicznie usiłuje znaleźć z niego wyjście. Las okazuje się siecią neuronów, a człowiek dowiaduje się, że właśnie znalazł się we wnętrzu mózgu. Po drodze spotyka wybitnych naukowców, mających liczne osiągnięcia w dziedzinie neurologii, którzy objaśniają mu zasady działania układu nerwowego. W ten sposób dowiaduje się, że neuron dzieli się na trzy części: dendryty, somę i akson i może przybierać najróżniejsze kształty. Następnie, aby dowiedzieć się, w jaki sposób neurony przekazują sobie informacje trafia do ich wnętrza. Krótka podróż spadochronem pozwala mu poznać neuroprzekaźniki. Urocze panie o wdzięcznych imionach: dopamina, serotonina, acetylocholina. W wyniku niefortunnego upadku do wody, trafia na pokład łodzi podwodnej, na której poznaje sir Alena Hodgkina i Andrew Huxleya – prowadzących badania nad wytwarzaniem sygnałów w neuronach. To nie koniec podróży. Nasz dzielny bohater w poszukiwaniu wyjścia znajdzie się między innymi w tajemniczych grotach pamięci, zaprzyjaźni ze słynnym psem Pawłowa, a także dotrze na zagadkową górę. Aby poznać szczegóły jego przygód sięgnijcie koniecznie po Neurokomiks.

Na kartach Neurokomiksu spotykamy: olbrzymie drzewa, ślimaki morskie, ośmiornice, żaby, ryby, syreny, a także przerażające potwory. Te pomysłowe metafory graficzne sprawiają, że książkę czytamy jak najlepszą powieść przygodową. Ilustracje są czytelne, przejrzyste i znakomicie wykonane. A przede wszystkim doskonale bawią. Dzięki temu czytelnik w każdym wieku nie będzie się nudził podczas lektury. Nauka poprzez zabawę zawsze jest dobrym pomysłem, jeśli jest to przy okazji pomysł tak świetnie zrealizowany, jak w tym wypadku, mamy do czynienia z projektem idealnym.

Neurokomiks to pierwszy z serii komiksów wydanych przez wydawnictwo Marginesy. Nadzoruje ją Szymon Holcman – współzałożyciel Kultury Gniewu. To nazwisko jest gwarancją jakości i oryginalnych pomysłów. Z zainteresowaniem będę śledzić kolejne publikacje cyklu. Początki są bardzo obiecujące, oby tak dalej!

Dr M.Farinella, Dr H. Roš, tł. J.Konieczny, Neurokomiks, Wydawnictwo Marginesy 2019.
*Dziękuję Wydawnictwu Marginesy za przekazanie egzemplarza do recenzji.



poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Historia znikania


Domy bezdomne – debiut reporterski Doroty Brauntsch to dowód na to, że z pozornie niszowego tematu można uczynić ciekawą dla wszystkich, uniwersalną historię.

W 2016 roku fotografka Dorota Brauntsch na facebookowym profilu Ceglane domy , zaczęła zamieszczać zdjęcia unikalnych domów murowanych, pochodzących z przełomu XIX i XX wieku, które znajdują się na ziemi pszczyńskiej. Zabytkowe budynki w szybkim tempie znikają z krajobrazu śląskich wsi. Są wyburzane z powodu starości, nieużyteczności. Książka jest uzupełnieniem projektu fotograficznego o opowieści ludzi, którzy w tych domach mieszkają lub mieszkali. Próbą ukazania historii budynków w szerszym kontekście.

Młody wróbel wpadł do kuchni prosto w kopkę świeżo skubanego pierza. Trzepot skrzydeł rozniósł puch i pióra. Białe kłaczki osiadły na meblach, zasłonach, na gorących jeszcze kołoczach. Nawet we włosach Hanka miała gęsie pierze.*

Taki początek, sugeruje liryczną opowieść o sielskiej krainie dzieciństwa. Przywołuje na myśl beztroskę czasu spędzanego w domu dziadków. Reportaż literacki to w Polsce wciąż rzadko uprawiany gatunek. Budzi kontrowersje i spory. Bywa niedoceniany, umniejsza się jego wartość. Dla mnie język literacki, szczególnie w tym przypadku jest dodatkowym walorem tekstu. Budzi emocje. Całość czytałam z dużym zainteresowaniem, mimo, że ne jestem specjalistką w dziedzinie budownictwa czy architektury. W dużej mierze jest to właśnie zasługą języka.

Dom żyje dopóki żyje w nim człowiek*

Dom buduje się dla innych. Nie tylko dla dzieci czy wnuków, ale dla wszystkich. Dla otoczenia. Dla miejsca, Żeby nie zepsuć przestrzeni, żeby nawiązać z nią relację wtopić się w krajobraz.*

Brauntsch rozmawia z mieszkańcami domów, ich rodzinami, ale także z rzemieślnikami: cieślami, murarzami. Ważny jest tu również głos architektów. Jawią się oni jako grupa pasjonatów, zapaleńców, którzy mimo przeszkód, z dużym wysiłkiem próbują uratować to, co nieuchronnie odchodzi w zapomnienie. Każdy robi to na swój sposób: odnawiając stare domy, budując nowe, wyłącznie z wykorzystaniem naturalnych materiałów: cegły drewna, projektując z poszanowaniem przestrzeni, dziedzictwa, zachowując tożsamość.

Domy bezdomne to też opowieść o zgubnych skutkach transformacji. Rozwój technologii, innowacje, postęp gospodarczy sprawiły, że ludzie przestali szanować pracę ludzkich rąk, nie kształci się już rzemieślników: cieśli, murarzy. Większość woli budować: tanio, szybko i „tak jak wszyscy”, czyli najczęściej z prefabrykatów.

Wiesz, mam wrażenie, że domy, które dzisiaj budują ludzie, są jednorazowe. Tak jak wszystko dookoła. A mnie kultura jednorazowości przeraża. Wydaje nam się, że możemy kupić wszystko, nawet dom…Ale jednorazowość już z założenia nie zniesie próby czasu. Dlaczego więc nie sięgnąć do wzorców, które zdały test na długowieczność?*

Dokumentacja zaniku domów jest dla Brauntsch pretekstem do wypowiedzi o zaniku wartości. Rosnący konsumpcjonizm doprowadził do tego, że ludzie stracili umiar w zagarnianiu przestrzeni dla siebie. Projektujący domy rzadko myślą o tym, by wkomponować nowe budynki w krajobraz i otoczenie. Zanika rozsądek, budowanie „na skalę człowieka”. Brak szacunku nie tylko dla przestrzeni, ale także dla przyrody. Znika również poczucie wspólnoty, czemu autorka poświęca dużo uwagi. Kiedyś domy budowano wspólnie, sąsiedzi mogli liczyć na wzajemną pomoc. Dzisiejsza anonimizacja społeczeństwa, nie sprzyja budowaniu tego typu więzi. Coraz mniej jest domów wielopokoleniowych, wraz z nimi ginie przywiązanie do ziemi. Trudno bowiem czuć przywiązanie do mieszkania w bloku kupionego od dewelopera.

Wadą reportażu jest niespójność tekstu. Debiutantkę gubi momentami chęć poruszenia zbyt wielu wątków. Przez to często tracimy z oczu główny cel i założenie książki. Niepotrzebnie zostały tu wkomponowane, niepasujące stylistycznie do całości fragmenty manifestów urbanistycznych. Zaburzają one harmonię i odbiór tekstu.

Największą siłą zarówno tekstu jak i zdjęć jest przenikliwe, wrażliwe, uważne spojrzenie autorki. O swoich bohaterach pisze z olbrzymią czułością, szacunkiem. Na każdym kroku wyczuwa się Jej emocjonalny stosunek do tematu, przywiązanie do opisywanych terenów. Ten rodzaj patrzenia natychmiast udziela się czytelnikowi i sprawia, że wszelkie niedociągnięcia tekstu przestają mieć jakiekolwiek znaczenie.

Wizje rozpadu i zaniku przedstawione w Domach bezdomnych są dość katastroficzne. W dodatku wygląda na to, że będzie coraz gorzej, a szanse na poprawę, jeśli w ogóle istnieją, są niewielkie. Nawet jeżeli całość wydaje się nieco przesadzona i na wyrost, to należy przyznać, że wiele z nich niestety jest prawdziwych. Każdy z nas obserwuje to na co dzień w swoim otoczeniu.  Warto przeczytać: ku pamięci, przestrodze, do zatrzymania i przemyślenia.

D. Brauntsch, Domy bezdomne, Wydawnictwo Dowody na Istnienie 2019.
*Wszystkie cytaty pochodzą z omawianej książki.
*Dziękuję Wydawnictwu Dowody na Istnienie za przekazanie egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Miłość jest warta starania. Rozmowy z Mistrzami


Niespieszna, mądra, szczera rozmowa o sprawach fundamentalnych , będąca w istocie spotkaniem z drugim człowiekiem, to obecnie rzadkość. Takie właśnie są, te zebrane w zbiorze autorstwa Justyny Dąbrowskiej.

W czasach kultu młodości, gdy wmawia się nam, że pięćdziesiątka to nowa czterdziestka, a operacje plastyczne, traktowane są z tą samą swobodą, co wizyta u dentysty, starość została praktycznie wymazana z przestrzeni publicznej. Kiedyś, osoby starsze uznawano za autorytety. Doceniano ich wiedzę, doświadczenie, otaczano szacunkiem i troską. 

Dziś seniorzy są spychani na margines życia społecznego, ich opinie często są deprecjonowane. Pomarszczona twarz, mniej sprawne ciało, nie pasują do obowiązującej estetyki.

Wszystkich rozmówców Justyny Dąbrowskiej łączy podeszły wiek. Mówiąc wprost – starość. Są wśród nich m.in.: Magdalena Fikus, Joanna Gomułka, Tadeusz Rolke, Ryszard Horowitz, nieżyjący już: Kazimierz Kutz, Danuta Szaflarska, Wanda Wiłkomirska Zygmunt Bauman.

Przemijanie, śmierć, samotność, choroba, wciąż stanowią w naszej kulturze tabu. Boimy się ich, wolimy nie myśleć o tym na co dzień. W późniejszym okresie życia, refleksje na te tematy są czymś naturalnym. O takich właśnie, najistotniejszych  sprawach są rozmowy Justyny Dąbrowskiej.

Tym, że powoli człowiek się degraduje fizycznie, trzeba się bawić. Na starość trzeba trzymać poczucie humoru i z niedołężnienia swojego się śmiać. No przecież nie mazgaić się!*
Kazimierz Kutz

Być może podstawą tej mojej pogody ducha jest to, że nie lubię kłamać i nie kłamię, a zwłaszcza sobie. A ludzie na ogół kłamią. Nie da się tego całkiem uniknąć, bo życie towarzyskie polega na pewnego rodzaju fałszu, na grze. Trzeba umieć w tę grę grać, by mieć powodzenie i sukcesy.*
Henry Z. Lothane

Człowiek powinien być pożyteczny dla innych, dla świata. W każdym razie mnie to zawsze trzymało w pionie.*
Joanna Gomułka

Największą siłą tych rozmów są pozornie proste, otwierające pytania: co jest w życiu warte starania, boi się Pani/Pan śmierci, trudno się żyje bez Boga? To one pozwalają na głębszą refleksję, szczerość, zastanowienie. Niewątpliwa w tym zasługa autorki, która pozwala swoim bohaterom mówić. Sama usuwa się w cień, nie chce grać pierwszych skrzypiec. Jednocześnie uważnie słucha, szanuje prywatność rozmówców, jest nimi autentycznie zainteresowana, ma czas. W dzisiejszych mediach to rzadkość. 

Dominują bowiem krótkie, z reguły ekshibicjonistyczne wywiady, szukający sensacji dziennikarze, którzy chcą błyszczeć, na równi z głównym bohaterem. Rozmowy Dąbrowskiej to prawdziwa perła, w zalewie bylejakości i tandety. Z pewnością skracanie dystansu z rozmówcami, otwieranie ich, ułatwiał autorce fakt, że z wykształcenia jest psychoterapeutką, z wieloletnim doświadczeniem. Jest to wartość dodana tomu. Wywiadom towarzyszą świetne zdjęcia autorstwa Mikołaja Grynberga.

Miłość jest warta starania. Rozmowy z Mistrzami, to lektura do przemyślenia, zatrzymania. Książka wielokrotnego użytku, w której, z upływem czasu można odkrywać nowe, interesujące dla siebie rzeczy. Koi i daje nadzieję na to, że na starość można być osobą aktywną, w świetnej formie intelektualnej i zachować pogodę ducha. Wszyscy bohaterowie tego zbioru, potwierdzają to przykładem własnego życia. Oby jak najwięcej tak mądrych, pięknych rozmów i oby było dla nich, jak najwięcej miejsca we wszystkich środkach masowego przekazu.

J.Dąbrowska, Miłość jest warta starania. Rozmowy z Mistrzami, Wydawnictwo Agora 2019.
*Wszystkie cytaty pochodzą z omawianej książki.
*Dziękuję Wydawnictwu Agora za przekazanie egzemplarza do recenzji.


czwartek, 28 marca 2019

Sceny z życia


„Migawki” to zbiór błyskotliwych miniatur z pogranicza eseju i felietonu. Codzienne zdarzenia, podróże, doniesienia prasowe, zdjęcia, stają się dla Claudio Magrisa pretekstem do rozważań o relacjach międzyludzkich, życiu.

Być może wstyd się przyznać, ale było to moje pierwsze zetknięcie z twórczością Magrisa. Po książkę sięgnęłam, ponieważ bardzo lubię krótkie formy.

Zbiór, zawiera teksty z lat 1999-2016. Naturalnie więc, odbijają się w nich przemiany: obyczajowe, kulturowe, technologiczne, jakie zaszły na przestrzeni tego długiego okresu czasu.

Rozmowa ze skazanymi o literaturze, jest dla Magrisa okazją do skrytykowania rosnącej potrzeby ekshibicjonizmu, braku poszanowania dla prywatności, wywołanego przez powszechny dostęp do mediów społecznościowych i innych środków masowego przekazu. Autor szydzi również z reklam, które według niego w epoce laicyzacji zastąpiły kaznodziei. Jest uważnym obserwatorem. Błyskotliwie komentuje zachowania par, wytyka hipokryzję, brak konsekwencji. Często przegląda się w cudzych zachowaniach, dzięki temu uświadamia sobie niestosowność wielu własnych reakcji. Jednoznacznie opowiada się za wielokulturowością Europy, tolerancją. Ostro wypowiada się również o skostniałych rytuałach świata akademickiego.

Rzadko bezwzględność potrafi równie inteligentnie i szczerze ujawnić własną naturę: wrażliwość jest najlepszą maską egoizmu, jego najskuteczniejszym adwokatem, gdyż przekonanym o tym, co mówi, choćby to była nieprawda. Wszyscy są, jesteśmy, udręczeni i wrażliwi, tak wrażliwi na cudzy ból, że nie chcemy na niego patrzeć, by nie odebrał nam apetytu.*

Magris często posługuje się ironią, sarkazmem. Bywa cyniczny. Z drugiej strony, w jego tekstach znajdziemy wiele empatii, a nawet czułości. Czyni to „Migawki” bardzo różnorodnym zbiorem. Choć ostry ton może nie przypaść do gustu co wrażliwszym czytelnikom, nie można odmówić autorowi błyskotliwości, celności spostrzeżeń, trafiania w sedno problemów.

Obok tekstów wyjątkowych, znajdują się tu rzeczy błahe, odrobinę zbędne. Tych pierwszych jest na szczęście zdecydowanie więcej. Cieszę się, że ta niewielka książka, nie umknęła mojej uwadze. „Migawki’, zachęciły mnie do zapoznania się z wcześniejszą twórczością pisarza.


C.Magris, Migawki, tł. Joanna  Ugniewska,Wydawnictwo Literackie 2019.
*Cytowany fragment pochodzi z omawianej książki.
*Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji.