wtorek, 12 września 2017

Wróżka-zębuszka

Formalnie ciągle mamy lato, choć pogoda za oknem sprawia, że łatwo o tym zapomnieć. Dla podtrzymania dobrego nastroju i ożywienia wakacyjnych wspomnień cały czas wybieram lektury lekkie i przyjemne. Zgodnie z powyższym założeniem, tym razem sięgnęłam po „Historię moich zębów” Valerii Luiselli. Lektura spełniła swoje zadanie. Jest zabawnie, błyskotliwie i lekko. Momentami aż nadto.

„Historia moich zębów” to intelektualna rozrywka w czystej postaci, książka – żart, dlatego trudno przykładać do niej poważne kryteria oceny. Zważywszy jednak na to, że otrzymała nagrodę „Los Angeles Times” Prize for Best Fiction i znalazła się w finale National Book Critics Circle Award, wypadałoby to zrobić, a przynajmniej spróbować.

Gustavo Sánchez Sánchez przez przyjaciół nazywany Szosą, urodził się z czterema przedwczesnymi zębami i ciałem porośniętym warstwą czarnego włosia. Ten osobliwy wygląd zdeterminował jego późniejsze życie. Marzył o pięknym uzębieniu. Od najmłodszych lat imał się różnych zajęć. Rozmowa z przypadkowo spotkanym kolegą, zaprowadziła go w końcu na kurs licytatorski. Szybko okazało się, że ma talent. Postanowił więc uczynić z tego swój zawód i wreszcie zrealizować marzenie.

Pewnego wieczoru sam wziął udział w aukcji i szczęśliwym trafem wylicytował zęby, które kiedyś podobno należały do Marylin Monroe…Uznał, że będą dla niego idealne. Marzenie się spełniło. Po wizycie w gabinecie dentystycznym mógł rozpocząć nowe życie. Jak słusznie podejrzewacie to dopiero pierwszy z wielu szalonych pomysłów Szosy. Dalej jest tylko lepiej i jeszcze bardziej.

Szosa został specjalistą w swoim fachu. Wśród stosowanych przez niego metod licytacji były: hiperbole, parabole, alegorie, elipsy i koliste. Brzmi znajomo, prawda?

Sáncheza cechuje niebywały spryt, elokwencja i fantazja. Gdy dowiadujemy się, że jego sąsiadem był w dzieciństwie Márquez, wśród stryjów ma m.in.  Prousta, Joyce’a i Fuentesa przestaje nas to dziwić, podobnie jak pomysł, by sprzedać swoje stare, wadliwe i niekompletne uzębienie jako zęby sławnych postaci. Z zapartym tchem śledzimy rozwój akcji, przede wszystkim po to, by przekonać się, jak daleko jeszcze zostanie przesunięta granica absurdu i dokąd zaprowadzą Szosę jego śmiałe poczynania.

„Historia moich zębów” w całości jest zabawą literacką. Mnóstwo tu nawiązań do historii literatury, cytatów oraz wspomnianych już wcześniej nieprzypadkowo alegorii. Z pewnością jest to świetna rzecz dla wielbicieli zagadek humanistycznych, wychwytywania tropów. Często stosowany w literaturze iberoamerykańskiej realizm magiczny tutaj używany jest do woli. W związku z tym,  u niektórych, nie będących wielkimi fanami tego nurtu czytelników może pojawić się uczucie przesytu.

Autorka na 171 stronach udowodniła, że posiada niczym nieograniczoną wyobraźnię i fantazję , a także elokwencję oraz znakomitą umiejętność zabawy językiem. Dzięki temu zręcznie łączy style i gatunki. To, co na początku było atutem, czyniąc treść zabawną i błyskotliwą, pod koniec sprowadziło Luiselli na manowce. Wydaje się, że pisarka w ostatniej części zagubiła się w gąszczu swoich pomysłów. Sprawia to, że odbiorcy czują się równie zdezorientowani, a w konsekwencji znużeni całym tym bogactwem. Szkoda, ale to tylko potwierdza zasadę, że czasem mniej znaczy więcej.

„Historia moich zębów” to lektura idealna dla cierpliwych detektywów z dużym poczuciem humoru i dystansem do świata. Śmiertelnie poważne podejście do niej, już na starcie odbierze całą przyjemność z lektury.

Ocena: 7/10
V.Luiselli. „Historia moich zębów”, Wydawnictwo W.A.B. 2017.


*Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.gwfoksal.pl/

wtorek, 5 września 2017

Owocowy raj

Gdy opalenizna na skórze przypomina o niedawnych, pełnych słońca i relaksu chwilach, a za oknem goszczą jedynie szarość i chłód, trudno wrócić do codziennych obowiązków. Lekarstwem na to zawsze jest zaplanowanie kolejnej podróży i myśl, że za rok znowu będą wakacje… Jeśli nie możecie sobie pozwolić na szybki wyjazd, proponuje wybrać się na lekturową wycieczkę. Cel idealny: „W Jeżynowym Grodzie” Jill Barklem. Gwarantuje, że nie będziecie chcieli wracać!

Moją pierwszą myślą po przeczytaniu zaledwie kilku stron tego grubego tomu było: chcę się teleportować do Jeżynowego Grodu, natychmiast! Uczucie to wzrastało we mnie, wraz z postępami w lekturze i nie opuściło długo po jej zakończeniu. Nie sądziłam, że książka dla dzieci o przygodach uroczych myszek pochłonie mnie tak bardzo i wzbudzi tego rodzaju emocje. Nie zdarzyło mi się to bowiem od bardzo dawna. Wszystkich fanów ostrego pióra, ironii i poważnych tematów zapraszam do lektury innych tekstów. Tym razem zamierzam się wyłącznie zachwycać. W związku z tym będzie to recenzja monotonna, dla niektórych pewnie nudna i bezwartościowa pod względem krytycznym. Nic na to nie poradzę, mój jest ten kawałek papieru J.

Tytułowy Jeżynowy Gród to sielska, idylliczna kraina zamieszkiwana przez grupę myszek o wywołujących sympatię imionach i nazwiskach. I tak poznajemy rodziny państwa Żabuchów, Jabłuszko, lorda i lady Drewienko, Bazylego, Makóweczkę Bystrzycką, Derenia Mączniaka, Panią Chrupiskórkę, Koniczynkę i wiele innych cudownych stworzeń . Wszyscy oni pracują dla dobra społeczności, pełniąc w niej określoną funkcje. Pan Jabłuszko jest strażnikiem Składziku w Pniu, gdzie gromadzone są zapasy dla wszystkich, Mączniak, jak sugeruje przezwisko odpowiada za młyn. Bazyli opiekuje się piwnicami Składziku w Pniu. Poza pracą, mieszkańcy Grodu spędzają czas na wspólnej zabawie wśród łąk i lasów,  obchodzeniu ważnych świąt i przeżywaniu fascynujących przygód.


Na tom składa się osiem opowiadań. W pierwszej części poznajemy codzienność myszek wyznaczaną przez rytm pór roku. Wiosna to czas zabaw i pikników, latem uczestniczymy w ślubie Makóweczki Bystrzyckiej i Derenia Mączniaka, dzięki temu, przy okazji poznajemy ich miejsca pracy: młyn i mleczarnię. Jesień to czas gromadzenia zapasów na zimę. Zima to z kolei okazja do wspaniałego, wieńczącego rok Śnieżnego Balu.

W kolejnych czterech, powstałych w późniejszym czasie opowiadaniach, czytamy o przygodach myszek: górskiej wycieczce, przeprawie rzecznej, odkrywaniu zakamarków Pałacu pod Starym Dębem i pojawieniu się nowego pokolenia gryzoni. Tutaj możemy w pełni poznać charakter mieszkańców Jeżynowego Grodu.

Są to pracowite, empatyczne, wrażliwe, troskliwe, zaradne, pełne ciepła i miłości stworzenia. Gdy jedno z dzieci gubi się w ciemnym lesie wszyscy wspólnie wyruszają na poszukiwania, gdy ktoś potrzebuje pomocy natychmiast ją dostaje. Tu wszystkie przygody kończą się dobrze, nie ma złych, strasznych upiorów. To pozwala poczuć się bezpiecznie, rozgościć wśród mieszkańców bajkowej krainy i odetchnąć z ulgą.

Barklem udało się stworzyć idealny świat, do którego tęskni każdy z nas i, którego nie chce się opuszczać. Wspólnota, wsparcie, przyjaźń, empatia, wrażliwość, troska, uważność nie są tu jedynie pustymi hasłami, a oczywistością. Ogrom dobra i pozytywnych emocji, płynących z kart tej książki wzrusza i na długo ładuje baterie. Świat byłby odrobinę lepszym miejscem, gdyby każdy z nas miał w swoim otoczeniu taką myszkę i postarał się być nią dla innych.

„W Jeżynowym Grodzie” to pięknie wydany, opasały, bo liczący 248 stron tom. Na pierwsze polskie wydanie tego wspaniałego, pod każdym względem zbioru trzeba było czekać ponad trzydzieści lat. Na szczęście w końcu się pojawiło, a długi czas oczekiwania w pełni wynagradza znakomity przekład Katarzyny Szczepańskiej-Kowalczuk. Twarda oprawa i duży format sprawiają, że książka jest dość ciężka, co dla niektórych może stanowić pewną trudność w lekturze. Warto się poświęcić i przymknąć oko na te niedogodności, bo będzie to najsłodszy ciężar, jaki trzymaliście ostatnio w rękach. Dopełnienie estetycznego wydania stanowią gruby papier i duża czcionka użyta w tekście.

Osobną, wymagającą omówienia kwestią są ilustracje autorki. Piękne, pieczołowicie wykonane, niezwykle drobiazgowe. Wzbogacają historię, pozwalają dopowiedzieć sobie istotne szczegóły z życia myszek, pozwalają bez trudu przenieść się do Jeżynowego Grodu. Są niezwykle klimatyczne, starodawne w najlepszym tego słowa znaczeniu. Tworzą atmosferę książki. Doskonale współgrają z tekstem. Podobnie jak on, tchną ciepłem i spokojem. Są po prostu idealne.


Choć już dawno osiągnęłam pełnoletność i formalnie nie jestem dzieckiem to „W Jeżynowym Grodzie” wzbudziło we mnie właśnie czysto dziecięcy zachwyt. Lektura opowieści napisanych przez Barklem przywołała najlepsze wspomnienia z dzieciństwa i wywołała lawinę dobrych uczuć. W takim nastroju chciałabym pozostać i funkcjonować w tym „mysim” świecie już na stałe.

Jest to mądra, pełna dobra i radości książka dla dzieci. Tu nie liczą się efekty specjalne, skrajne emocje i eskalacja napięcia. Skoro powstają tego typu publikacje i ktoś je wydaje, na przekór obowiązującej modzie, jest nadzieja, że świat nie zwariował do końca i przyszłość najmłodszych rysuje się w jasnych kolorach. Oby tylko jak najwięcej osób ją przeczytało i dało się zaczarować atmosferze Jeżynowego Grodu. O to akurat jestem spokojna.

Ocena: 10/10
J.Barklem, „W Jeżynowym Grodzie”, Wydawnictwo Znak Emotikon 2017.

* Dziękuję Wydawnictwu Znak Emotikon za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.znak.com.pl/wydawnictwo-Znak-Emotikon

piątek, 1 września 2017

Tour de France

Co roku przed wakacjami, które właśnie dobiegły końca, w prasie kobiecej i innych mediach zaczyna się szaleństwo pt. „Czy jesteś gotowa na plażę”? „Bądź fit latem”. „Sezon bikini – czas start’. Z okładek spoglądają na nas photoshopowe ideały piękna, w kostiumach kąpielowych typu „nic”, a szpalty roją się od cudownych diet i ćwiczeń, które w krótkim czasie pozwolą na uzyskanie wymarzonej sylwetki. 

I jak tu nie wpaść w kompleksy, kiedy do lansowanych wzorców nam daleko i czujemy, że znacznie odbiegamy od obowiązującej normy? Doskonałą odtrutką na cały ten medialny szał jest świetna książka Clémentine Beauvais o przewrotnym tytule „Pasztety do boju!”. Nie tylko dla młodzieży.

W jednej ze szkól w Bourg-en-Bresse zostaje ogłoszony Facebookowy konkurs na najbrzydsze dziewczyny. Mało przyjemny tytuł Złotego, Srebrnego i Brązowego Paszteta otrzymują kolejno: Astrid, Hakima i Mireille. Nastolatki początkowo mają żal, czują się publicznie upokorzone. Dzięki inicjatywie Mireille szybko jednak postanawiają przekuć porażkę w działanie. Dziewczyny wyruszają na rowerową wyprawę do Paryża. Jej cel jest, trzeba przyznać ambitny i trudny do realizacji, ale do odważnych świat należy. Aby się utrzymać w czasie podróży, sprzedają okolicznym mieszkańcom własnoręcznie robione…paszteciki.

Te pyszne, złociste, chrupiące przekąski w trzech wariantach smakowych do wyboru szybko zyskały rzesze wielbicieli, a ich wykonawczyniom przyniosły niespodziewany rozgłos i zainteresowanie ze strony mediów, które pilnie śledziły i relacjonowały przebieg całej wycieczki. Dzięki temu Pasztety dostały doping i wsparcie tysięcy osób w całej Francji, a niefortunny tytuł, który otrzymały nabrał zupełnie nowego znaczenia.

Dziewczyny, którym w wyprawie towarzyszy jeżdżący na wózku inwalidzkim starszy brat Hakimy przeżywają liczne przygody, podziwiają piękno natury, nawiązują nowe znajomości, pokonują własne ograniczenia, a przy okazji gubią nadprogramowe kilogramy.

„Pasztety do boju” można odczytywać na wiele sposobów. Jako manifest feministyczny mówiący o sile kobiet, istocie solidarności, potrzebie akceptacji siebie na wielu poziomach i budowania poczucia własnej wartości w oderwaniu od wszelkich uwarunkowań fizycznych. Nie, nie jest to książka propagująca niezdrowy styl życia czy odżywiania. Jest tu mowa o tym, że ruch jest ważny, ale ma służyć przede wszystkim przyjemności i utrzymaniu ciała w dobrej kondycji, a nie być celem samym w sobie. Można odbierać ją jako książkę o ważnych wartościach: przyjaźni, lojalności, tolerancji. Można też po prostu jako propozycję przygodową, a nawet po części kulinarną J Dla każdego co innego może być tu najważniejsze.

Francuzi mają znakomitą umiejętność pisania o rzeczach trudnych, tabu w sposób lekki i zabawny. Udaje się to zarówno w kinematografii, jak i w literaturze. Tak też jest w przypadku „Pasztetów..” . Całość jest niezwykle mądra, ciepła, wzruszająca, a przede wszystkim właśnie – zabawna. Beauvais udało się zręcznie wpleść do historii kilka bardzo aktualnych zjawisk i problemów społecznych. Jednym z nich jest hejt, którego ofiarą może paść każdy z nas. A także obsesja na punkcie wyglądu i nieustanne ocenianie siebie nawzajem wyłącznie przez ten pryzmat. Wydaje się, że w czasach portali społecznościowych zjawiska te osiągnęły apogeum. Dorastająca młodzież często staje się obiektem tego typu działań, zwłaszcza wśród swoich rówieśników, którzy bywają wyjątkowo okrutni.

To nie jest książka wyłącznie dla młodzieży. Powinna się z nią zapoznać każda kobieta, dziewczyna i dziewczynka. Zwłaszcza, wszystkie te, które walczą z kompleksami, niskim poczuciem własnej wartości i wydaje im się, że tylko one mają TAKI problem. Gwarantuje, że jest to znakomite lekarstwo, w dodatku bez recepty i konieczności trucia organizmu medykamentami. Przeczytajcie koniecznie, przed kolejnymi wakacjami lub wyjazdem na urlop!

Ocena: 8/10
C. Beauvais „ Pasztety do boju!”, Wydawnictwo Dwie Siostry 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Dwie Siostry za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wydawnictwodwiesiostry.pl/

środa, 28 czerwca 2017

Zakochać się…

O mający swoją premierę podczas Warszawskich Targów Książki komiks  „Jak schudnąć 30 kg?Prawdziwa historia miłosna” Tomasza Pstrągowskiego i Macieja Pałki  zdążyli się już pokłócić wszyscy ze wszystkimi. Jak to zwykle u nas bywa, niewielu czytało, ale każdy ma wyrobione zdanie na temat.

Ten rozgłos sprawia, że jest to najlepsza kampania promocyjna polskiego komiksu od lat. Święcie oburzonym należą się ogromne podziękowania od autora. Wysoka sprzedaż dzięki nim gwarantowana, teraz po tytuł sięgną nawet ci, którzy w ogóle nie mieli takiego zamiaru. Pozostaje pytanie, o co tyle hałasu?

W Polsce komiksy autobiograficzne nie są popularne i z reguły spotykają się z chłodnym przyjęciem. Tutaj wciąż dość powszechnie obowiązuje zasada: nie mów nikomu, co się dzieje w domu, a dulszczyzna trzyma się mocno. Każdy, kto wyłamie się z obowiązujących schematów, pozwoli sobie na ekshibicjonizm, otwarte mówienie o trudnych doświadczeniach, automatycznie naraża się na krytykę i miażdżące oceny. Jeśli w dodatku, użyje do tego opowiadania ironii, sarkazmu i odważnego języka, skazany jest na wieczne potępienie. Wszystkie te grzechy popełnił -  na szczęście Pstrągowski w „Jak schudnąć 30 kg?…”.

Komiks jest historią 25-letniego Tomasza, doktoranta filologii, dziennikarza działu kultury w jednym z portali internetowych, grubasa, który, jak sam o sobie mówi, najlepiej czuje się w dwóch sytuacjach: kiedy pieprzy i kiedy płacze. Pewnego dnia wdaje się w wirtualny, dosłownie i w przenośni, romans z nieletnią. Cały scenariusz opiera się na kłamstwie. Ona zmyśla swoją biografię, on z potrzeby serca i ciała daje się wciągnąć w tę grę, zamiast ją przerwać. Choć w gruncie rzeczy do niczego tu nie dochodzi, jego postawa budzi kontrowersje.

Uważny czytelnik dostrzeże, że autor od początku puszcza do nas oko i sugeruje, żeby nie brać wszystkiego, co napisane zbyt dosłownie. Jego zamysłem było, żebyśmy cały czas zastanawiali się, co tu jest prawdą i kto, jeśli w ogóle, ją mówi. Całe przedsięwzięcie wydaje się być testem na inteligencję czytelników i granice ich tolerancji. Sądząc po dotychczasowych reakcjach na komiks, niewielu zdało go pomyślnie.

Pstrągowski w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" powiedział, że chodziło mu o zadanie pytania o prawdę i kłamstwo w autobiografii. Panie Tomaszu, bardzo mi przykro, ale źle Pan trafił z tak ambitnym pomysłem. Polak, a tym bardziej Polak -  katolik i patriota, wyznawca
„dobrej zmiany” zupełnie zatracił umiejętność czytania między wierszami, pojęcia ironii i dystansu do siebie są mu z gruntu obce. Wszystko ma być podane na tacy. Prawdziwa historia miłosna musi być prawdziwą historią miłosną. Koniec, kropka.

Można oczywiście uczepić się wątku romansu bohatera i poświęcić całe akapity na analizę i ocenę jego postępowania. Wydaje mi się, że jest to jednak zupełnie niepotrzebne. „Kto jest bez winy…” to po pierwsze, a ponadto kreowanie wizerunku nie jest żadnym odkryciem Ameryki. Robimy to wszyscy, codziennie, choćby wrzucając zdjęcia z filtrami na portale społecznościowe. W tym układzie wydawanie surowych ocen jest po prostu zwykłą hipokryzją.

„Jak schudnąć 30 kg?…”, poza „prawdziwą historią miłosną” jest tez portretem pokolenia 30-latków borykających się z niepewnością jutra, zadłużonych we frankach szwajcarskich, pracujących na umowach o dzieło, pozbawionych perspektyw z uwagi na brak przysłowiowych
„pleców”. Wszyscy oni chcieliby robić ambitne, wartościowe rzeczy, a robią wyłącznie to co się opłaca, pozwala godnie żyć.

Mnóstwo tu nawiązań do popkultury: filmów, muzyki, gier, które kształtowały tych ludzi, były wspólnym doświadczeniem. Są również sentymentalne powroty do rzeczywistości wirtualnej początku lat dwutysięcznych – dziś już zapomnianych komunikatorów gadu-gadu i tlen.

Jako że główny bohater jest egocentrykiem i uwielbia się nad sobą użalać, znajdziemy tu krytykę: kapitalizmu, liberalizmu, systemu korporacji oraz niezbyt już dziś aktualne wstawki polityczne.
Jest też równie dużo refleksji na temat tego, jak bardzo Internet i dostęp do pornografii zmieniły sposób budowania relacji i nasze podejście do seksu.

Wątków do dyskusji w komiksie Pstrągowskiego jest wiele, skupianie się na jednym, najbardziej chwytliwym i robienie wokół niego afery jest krzywdzące dla całego tekstu.

Oczywiście scenariusz nie może obyć się bez rysunków. W tym wypadku autorstwa Macieja Pałki. W tej kwestii zachwytów brak. Są one niechlujne, wykonane ostrą, toporną kreską, na granicy karykatury, Trzeba jednak przyznać, że pasują do konwencji całości. Użycie odręcznego pisma i duża ilość tekstu w dymkach sprawia, że zlewa się on w jedną masę i czyni lekturę męczącą dla oczu.

To nie jest wybitny komiks i z pewnością nie aspirował do tego miana. Nie spodoba się wszystkim i nie o to też chodziło. Za to jest to komiks dobrze napisany, ze świetną, przykuwającą wzrok okładką autorstwa Łukasza Mazura. Warto poświęcić czas na jego uważną lekturę, gdyż jest to niewątpliwie jeden z najbardziej oryginalnych polskich albumów ostatnich lat.

Pstrągowskiemu należą się brawa za odwagę, wbicie kija w mrowisko. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jako dziennikarz portalu internetowego, doskonale wiedzący, że najlepiej sprzedaje się kontrowersja, umiejętnie wykorzystał swą wiedzę przy tworzeniu tego komiksu.

Ocena: 7/10

T. Pstrągowski ,M. Pałka, „Jak schudnąć 30 kg? Prawdziwa historia miłosna”, Wydawnictwo Komiksowe 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wydawnictwokomiksowe.pl/

wtorek, 20 czerwca 2017

W drodze

Uważacie się za znawców komiksów dla dzieci? Sądzicie, że widzieliście już wszystko i nic Was nie zaskoczy? Sięgnijcie po „Bajkę na końcu świata. T.1 Ostatni ogród” Marcina Podolca, a szybko przekonacie się, że byliście w błędzie. Pierwsza myśl na hasło: postapokaliptyczny komiks dla najmłodszych? Ciekawe, acz niewykonalne. A jednak się udało. I to znakomicie.

Tworząc „Bajkę…” Marcin Podolec udowadnia, że jest artystą wszechstronnym i niezwykle „płodnym”. Żadna technika, czy gatunek mu niestraszne. Rysował już wywiad graficzny z Pablopavo według scenariusza Marcina „Flinta” Więcławka, stworzył komiks do reporterskich tekstów Marcina Kołodziejczyka w „Morzu po kolana”, na swoim koncie ma również biograficzny „Fugazi Music Club”. „Bajka na końcu świata” jest jego debiutem w kategorii komiksy dla dzieci.

Scenariusz tej historii jest prosty. Mała dziewczynka - Wiktoria wędruje wraz ze swym psem - Bajką przez świat zniszczony tajemniczym wielkim wybuchem, w poszukiwaniu swoich rodziców. Po drodze przeżywają różnorodne przygody i mierzą się z przeciwnościami losu.

„Bajka na końcu świata” składa się z siedmiu krótkich rozdziałów. Każdy z nich opisuje inne perypetie niestrudzonych bohaterek. Mamy tu ucieczkę przed groźnym potworem, magiczny latawiec, wizytę w cudem ocalałym sklepie ze słodyczami, samotną roślinę, spotkanie z przyjaznym tapirem i wreszcie tytułowy, urzekający swym pięknem ostatni ogród.

Gdy świat zamienia się w pustynię, a dominującym krajobrazem są ruiny i zgliszcza trudno o optymizm. Wiktorii i Bajce udaje się go jednak zachować. Choć miewają też momenty zwątpienia i smutku, bo jedyną wskazówką na ich drodze jest pojawiające się od czasu do czasu tajemnicze światło. Historia jest zbudowana uniwersalnie i dostosowana do potrzeb młodego czytelnika. Obok momentów zabawnych, komicznych, pojawia się odrobina refleksji i wzruszenia. Choć zapowiedź postapokaliptycznej serii brzmi groźnie, komiks nikogo nie pozostawia bez nadziei.

Wszystkie postaci są narysowane w taki sposób, że wzbudzają sympatię od pierwszego wejrzenia. Podolec doskonale oddał mimikę ich twarzy, są „jak żywe”, widać na nich każdą emocję. Nietypowy układ plansz dynamizuje akcję, a duża liczba detali pojawiających się we wnętrzach, pozwala za każdym razem odkrywać coś nowego i zaskakującego.

Ilustracje zasługują na szczególną uwagę, nie tylko ze względu na specyficzny klimat, ale również kolorystykę, która dostosowana jest do otoczenia. W całej historii dominują barwy ziemi, sytuacja zmienia się diametralnie wraz z wkroczeniem do ostatniego ogrodu. W tym miejscu nasze oczy zostają zaatakowane soczystą, intensywną zielenią, w której natychmiast mamy ochotę się zanurzyć.

„Bajkę na końcu świata” można odczytywać w wieloraki sposób. Dla dzieci będzie to z pewnością opowieść o sile przyjaźni, zaufaniu, zdobywaniu życiowych doświadczeń. U dorosłych może wywołać dużo poważniejsze, głębsze przemyślenia na temat sensu życia, jego kruchości i przemijania. Ciekawa może też być zabawa w wyłapywanie nawiązań do szeroko rozumianych tekstów kultury, których tu nie brakuje. Przedstawiciele żadnego pokolenia nie będą się przy tej lekturze nudzić.

Z punktu widzenia dorosłego czytelnika można się do komiksu Podolca odrobinę przyczepić. Główny zarzut dotyczy tego, że rozdziały są nieco za krótkie. Skrótowość powoduje, że bohaterów poznajemy jedynie powierzchownie i nie mamy szansy bliżej się im przyjrzeć. Ponadto nie do końca wiadomo, jakie emocje autor chce wywołać u czytelnika. Smutek, czy radość? Są to jedynie drobne mankamenty, gdyż nie należy zapominać o tym, że komiks jest adresowany przede wszystkim do młodych czytelników i przeładowanie go treścią nie byłoby dobrym pomysłem. Poza tym jest to dopiero pierwszy tom cyklu, planowane są co najmniej cztery.

Nie ulega wątpliwości, że „Bajka na końcu świata” jest genialnym, świetnie zrealizowanym pomysłem, a zawartość pierwszej części jedynie rozbudza apetyt na więcej. Pozostaje, zatem trzymać kciuki, by ciąg dalszy nastąpił jak najszybciej.

Ocena: 8/10
M.Podolec „Bajka na końcu świata.1 Ostatni ogród”, Wydawnictwo Kultura Gniewu 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Kultura Gniewu za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.kultura.com.pl/
*Książka na stronie wydawcy: http://www.kultura.com.pl/index.php?s=k_241&d=k


czwartek, 15 czerwca 2017

Radość tacierzyństwa

W Polsce wciąż pokutuje stereotypowe przekonanie, że to matka jest w życiu dziecka, zwłaszcza małego najważniejsza. Bierze się ono z panującego przez wieki patriarchatu, w którym mężczyzna zapewniał rodzinie byt, a kobieta dbała o ognisko domowe. 

Choć obecnie model ten praktycznie odszedł do lamusa, układy partnerskie i współdzielenie opieki nad dzieckiem stają się coraz powszechniejsze, a nawet modne to w debacie publicznej cały czas więcej uwagi poświęca się matkom, rola ojców, ich emocje związane z rodzicielstwem często są bagatelizowane. 

Konrad Kruczkowski przekornie postanowił skupić swoją uwagę wyłącznie na ojcach, oddał im głos. 

„Halo tato. Reportaże o dobrym ojcostwie” to sześć niezwykłych historii, sześć portretów ojców wyjątkowych, pod każdym względem. Lektura obowiązkowa dla każdego rodzica, nie tylko z okazji Dnia Ojca.

Konrad Kruczkowski jest autorem bloga „Halo Ziemia” http://haloziemia.pl/ , który w 2013 roku otrzymał tytuł Bloga Roku. Kruczkowski dostał także „Nagrodę Newsweeka” im. Teresy Torańskiej za reportaż „Jesteśmy głusi”, który znalazł się w zbiorze „Halo Tato”. Ma na swoim koncie wydaną w 2016 roku książkę „Halo człowiek. Rozmowy o tym, co ważne” – zbiór wywiadów z ludźmi kultury, mediów, duchownymi. Wcześniej pracował w agencjach reklamowych, studiował teologię.

To nie są przesłodzone historie o wymarzonym rodzicielstwie i idealnych dzieciach, które spoglądają na nas z okładek czasopism i telewizyjnych reklam. Ojcowie z reportaży Kruczkowskiego mierzą się z niepełnosprawnością swoich dzieci, własną, bądź przeżyli innego rodzaju trudne doświadczenia. Defekty ciała, a tym bardziej umysłu są mało medialne, przeważnie kiepsko się fotografują. Rodziny z tego typu problemami odbiegają od powszechnie przyjętego wzorca szczęśliwości. Rzadko mają szansę opowiedzenia o swoich emocjach, bycia wysłuchanymi i usłyszanymi na szerszą skalę. Dlatego książka Kruczkowskiego jest ważna i potrzebna.

„Jest bajka” to historia ojca trójki dzieci, którego pierwsza żona popełniła samobójstwo. Nagrodzony przez Newsweeka reportaż „Jesteśmy głusi” to opowieść o głuchych rodzicach, którzy mają dwoje głuchych dzieci i są szczęśliwi. „Przed szkołą poradzimy sobie z autyzmem” – reportaż o ojcu walczącym o wyjście syna z autyzmu. W zbiorze pojawia się też lżejszy ton, czego przykładem jest tekst „Dobrzy ojcowie trzymają się razem”, opowiadający o Klubie Ojców – grupa spotyka się cyklicznie wymienia doświadczeniami, spostrzeżeniami i wspiera wzajemnie. „Halo Tato” porusza też kwestie niepełnosprawności rodziców, w reportażu zatytułowanym „Tata wjechał do garderoby” – o ojcach jeżdżących na wózkach inwalidzkich. Tom zamyka głośna swego czasu historia rodzinnego domu dziecka, stworzonego przez Barbarę i Michała Osuchów. Obok reportaży w książce pojawiają się dwa wywiady: z psychologiem Jackiem Santorskim i nauczycielem Jarosławem Szulskim.

Tomem „Halo Tato” Kruczkowski udowadnia, że jest pełnoprawnym reporterem, a to co pisze już dawno wykroczyło poza bycie blogerem. Jest uważny, empatyczny, zaangażowany, słucha i pozwala swoim rozmówcom mówić. Dba o niejednowymiarową tonację tekstów. Nie stara się grać na emocjach czytelnika w oczywisty, tani sposób, o co przy tego rodzaju tematach bardzo łatwo. Tutaj udało się tego uniknąć, co jest dużą sztuką i stanowi o wartości książki. Jeśli Kruczkowskiemu w dalszym ciągu uda się podążać tą drogą, jest duża szansa na to, że w niedalekiej przyszłości jego nazwisko będzie się pojawiało w jednym rzędzie ze Szczygłem, czy Tochmanem. Pozostaje trzymać kciuki i śledzić  dalsze poczynania autora, bo warto.

„Życia nie można wybrać, ale można z niego coś zrobić”. Wszyscy bohaterowie „Halo tato” pokazują, że co prawda nie zawsze mamy wpływ na to, co nas spotyka, ale zawsze możemy zdecydować o tym, jaką postawę wobec tego losu przyjmiemy. Oni wybrali działanie zamiast popadania w marazm. Ojcostwo przedstawione w reportażach Kruczkowskiego jest być może trudniejsze, ale przez to nie mniej i nie bardziej wartościowe od innych. Jest w nim miejsce na radość, szczęście i pozytywne emocje, których doświadczają wszyscy rodzice, bez wyjątku.

„Halo tato” to po prostu wartościowa, mądra książka. Można z niej czerpać, w zależności od potrzeby: siłę, motywację, pokrzepienie, wzruszenie. Lektura zalecana nie tylko rodzicom.

Ocena: 7/10

K.Kruczkowski, „Halo tato. Reportaże o dobrym ojcostwie.”, Wydawnictwo Zielona Sowa 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa za przekazanie egzemplarza do recenzji: http://www.zielonasowa.pl/