środa, 10 maja 2017

Masłowidzenie

„Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu” to zbiór felietonów, jak pisze sama autorka, skierowany do tych, którzy na przekór modom, prądom, falom, pływom i horoskopom lubują się w nielubianym, interesują nieinteresującym.

Masłowska powraca na rynek wydawniczy, felietonami publikowanymi w magazynie internetowym dwutygodnik.com w latach 2013 – 2016. Swoją uwagę, tym razem zwraca na popularne zjawiska kultury masowej. Czasem udaje się też na peryferie popkultury, zanurza w jej odmętach i wyławia stamtąd to, co wyszydzane, pogardzane, a jednocześnie chętnie oglądane.

Największą przyjemność z lektury „Jak przejąć kontrolę nad światem...” będą miały osoby urodzone na początku lat 80. i wcześniej. Ci wszyscy, którzy w niedzielne popołudnia siadali, wraz z całą rodziną przed telewizorem, by z wypiekami na twarzy śledzić losy Carringtonów, wojny podjazdowe między Krystle, a Alexis i zadawali sobie pytanie, czy Steven jest gejem? Równie zadowoleni będą, pamiętający pierwszą polską telenowelę „W labiryncie” i eksplozję muzyki Disco Polo, zapoczątkowaną przez Telewizję Polsat i jej flagowy, swego czasu program „Disco Relax”. O wszystkim tym, pisze Masłowska w swoich tekstach. Ponadto, pochyla się nad fenomenem „Kuchennych rewolucji” i Magdy Gessler, kreśli wnikliwe portrety psychologiczne uczestników programu „Azja Express” i przyznaje się do uzależnienia od oglądania seriali, szukając przyczyn tego przyjemnego nałogu. Rozprawia z mitem bajkowej wyspy Bali, udaje w podróż do egzotycznego Tatarstanu, by pod koniec zająć się zespołem Bajm i Beatą Kozidrak. Słowem, dla każdego coś…strasznego. Młodsze pokolenie może traktować felietony pisarki, jako leksykon popkultury
.
O stylu Masłowskiej i jej zdolnościach słowotwórczych napisano już chyba wszystko. Jego kolejna szczegółowa analiza nie ma więc sensu. Podobnie jak w poprzednich książkach mamy tu do czynienia z Masłowidzeniem świata. Jest ono przepełnione ironią, sarkazmem, czarnym humorem, kpiną. Pochwały pojawiają się rzadko, takowa spotkała np. biografię „Beksińscy”, autorstwa Magdaleny Grzebałkowskiej. Nieco sentymentalny ton pojawia się w felietonie o latach dwutysięcznych, odnoszącym się do okresu istnienia czasopisma „Lampa” Pawła Dunina Wąsowicza. Czasami można odnieść wrażenie, że Masłowska sili się na sarkazm, jakby bała się, choć na chwilę wyjść z roli naczelnej prześmiewczyni. Socjologiczny Polaków portret własny, który wyłania się z tych tekstów, daleki jest od pastelowej palety barw.

Ci którzy wielbią Masłowską od czasów „Wojny polsko – ruskiej”, po lekturze najnowszego wydawnictwa będą to robić nadal. „Jak przejąć kontrolę nad światem…” nie przynosi bowiem w zasadzie żadnych zmian w stylu autorki. Zatem, nieprzekonanych do niej, lektura tego zbioru, w dalszym ciągu nie przekona.

Masłowska pisze, że tego co się raz zobaczy, nie da się już odzobaczyć. Lojalnie ostrzegam, że tego, co tu przeczytacie nie da się już odprzeczytać, zastanówcie się więc dobrze, czy na pewno chcecie przejmować kontrolę nad światem, bez wychodzenia z domu.

Ocena: 7/10
D. Masłowska, „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu”, Wydawnictwo Literackie 2017.

* Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wydawnictwoliterackie.pl/
* Książka na stronie wydawcy: http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/4278/Jak-przejac-kontrole-nad-swiatem-nie-wychodzac-z-domu---Dorota--Maslowska

czwartek, 4 maja 2017

Ćwiczenia z pamięci

„Nasz film. Sceny z życia z Kubą. Wspomnienia” Krystyny Cierniak -  Morgenstern, czyta się tak samo, jak ogląda wszystkie filmy jej męża – z ciekawością.

Janusz „Kuba” Morgenstern zmarł we wrześniu 2011 roku. Był reżyserem filmowym i telewizyjnym. Najbardziej znane filmy jego autorstwa to m.in: Do widzenia, do jutra, Trzeba zabić tę miłość, Jowita, Żółty szalik. Morgenstern stworzył również niezwykle popularne seriale telewizyjne: Stawkę większą niż życie, Polskie drogi, Kolumbów. Poza reżyserią zajmował się także produkowaniem filmów. W tej roli wystąpił m.in. przy: Europa, Europa, Korczaku, Pannie Nikt, Poranku kojota, Chłopaki nie płaczą, Zemście.

Opowieść o wspólnym życiu rozpoczyna się od krótkiego przedstawienia historii rodzinnej obojga. On – urodzony w 1922 roku w Mikulińcach , niedaleko Tarnopola, pochodził z inteligenckiej rodziny żydowskiej, spolszczonej. W czasie wojny, wraz z rodzicami trafił do getta, z którego udało mu się uciec, z dwoma koleżankami. Tęsknota nie pozwoliła  jednak na rozłąkę z rodziną, wrócił. Okazało się, że rodzice po ucieczce syna postanowili popełnić samobójstwo, zażywając truciznę. Gdy Morgenstern wszedł do mieszkania, ojciec już nie żył, matki nie udało mu się uratować. Z uwagi na żydowskie pochodzenie przez całą okupację musiał się ukrywać, najpierw w piwnicy dyrektora Gimnazjum – Hryncyszyna, później – w lesie. Nigdy do końca nie opowiedział o dramatycznych przeżyciach wojennych. Ona przyszła na świat w przeddzień wybuchu wojny, w Inowrocławiu, pochodzi z inteligenckiej rodziny. Ojciec był wicedyrektorem Kredyt Banku w Poznaniu. Zmarł młodo, w wyniku powikłań po operacji.

Poznali się, gdy on był asystentem reżysera, a ona obiecującą studentką Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. I było, tak, jak w filmie. On wypatrzył ją w tramwaju i stwierdził, że będzie jego żoną. Pojawił się na jej uczelni, usiadł na ławce, w tym czasie ona właśnie schodziła ze schodów. Był 1959 rok i zaczęło się wspólne życie. Jak mówi sama Krystyna Cierniak – Morgenstern: Kuba reżyserował filmy, a ona ich małżeństwo.

Kłóciliśmy się z Kubą na każdy temat. I zawsze. Może dlatego byliśmy ze sobą pond pięćdziesiąt lat? Kłóciliśmy się, kiedy byliśmy razem, i wtedy, kiedy któreś z nas wyjeżdżało. Tyle, że wtedy przez telefon. Kłóciliśmy się, ale natychmiast zapominaliśmy o co[1].

„Nasz film” to przede wszystkim opowieść o małżeństwie Morgensternów. W tej relacji jego praca była ważniejsza od jej ambicji zawodowych. Choć równie utalentowana, Krystyna Cierniak – Morgenstern, wybrała życie w cieniu męża. Dużo ważniejsza, niż wyścig o sławę była dla niej harmonia w życiu prywatnym; stworzenie domu, do którego on wracał z radością i, który, z uwagi na swoje traumatyczne doświadczenia niezwykle cenił, wspólne podróże, a przede wszystkim życie towarzyskie, za którym oboje przepadali.

Poza historią o miłości jest to również historia o przyjaźni i bywaniu. U Literatów i w SPATIF – ie, Hybrydach gdzie bywała cała ówczesna śmietanka towarzyska Warszawy. U Literatów stołowali się m.in.: Holoubek, Konwicki, Łapicki, Szpilman. W SPATIF –ie, pojawiali się natomiast: Słonimski, Axer, Minkiewicz, Brzechwa, Stryjkowski. Morgensternowie przyjaźnili się m.in. z: Dygatami, Tyrmandem, Minkiewiczem, Osiecką, Polańskim, Cybulskim. Obowiązkowym miejscem letnich spotkań był basen Legii i nadmorskie Chałupy. O przyjęciach urządzanych w domu Morgenstetnów na Żoliborzu, do dziś krążą legendy.

W książce znajdziemy również listy narzeczonych, liczne fotografie dokumentujące ich wspólne życie, a także fragmenty wypowiedzi reżysera. Całość została uzupełniona o kalendarium artystyczne obojga.

Główną siłą tych wspomnień jest barwność czasów, w których żyli małżonkowie. Nieustanny ferment twórczy, który panował w artystycznym środowisku, bujność i intensywność życia towarzyskiego, generowała całe mnóstwo anegdot i zdarzeń, o których możemy dziś czytać z zapartym tchem.

„Nasz film. Sceny z życia z Kubą” to opowieść przepełniona miłością, wdzięcznością za wspólnie spędzony czas, tęsknotą za tym co było. Jest to też zapis prób poradzenia sobie ze stratą. I tylko od czasu do czasu pobrzmiewa w niej nuta żalu o niespełnienie zawodowe obojga i niewystarczającą ilość pochwał ze strony męża.

Ocena: 6/10
K. Cierniak – Morgenstern, „Nasz film. Sceny z życia z Kubą. Wspomnienia”, Wydawnictwo Literackie 2017.

* Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

* Książka na stronie wydawcy: http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/4186/Nasz-film/


[1] K. Cierniak – Morgenstern, „Nasz film. Sceny z życia z Kubą”, Wydawnictwo Literackie 2017 , s.89. 

niedziela, 30 kwietnia 2017

Minione

„Życie Lali przez nią samą opowiedziane” Heleny Karpińskiej, pokazuje dobitnie, że główna bohaterka „Lali” Jacka Dehnela miała autentyczny talent literacki.

Wydana w 2006 roku „Lala” – doskonale napisana saga rodzinna jest bez mała najpopularniejszą powieścią Dehnela. Przyniosła mu zasłużony rozgłos i uznanie krytyków. Jest to jedna z tych książek, które zostają w pamięci, pomimo upływu czasu. Zapamiętuje się z niej pełną ciepła atmosferę domu rodzinnego pisarza, a przede wszystkim główną bohaterkę – babcię Lalę, kobietę z niezwykłą historią rodzinną, obdarzoną poczuciem humoru, błyskotliwą inteligencją i niebanalnym stylem.

Gdy, po dziesięciu latach od wydania „Lali”, pojawiła się informacja, że ukaże się „Życie Lali przez nią samą opowiedziane”, miałam mieszane uczucia. Bałam się, że będzie to produkt literacko podobny, służący jedynie zbiciu kapitału na dawnej sławie. Jednak pomna wrażeń, towarzyszących lekturze „Lali”, postanowiłam sięgnąć po niejako jej uzupełnienie. Była to dobra decyzja. O żadnym odcinaniu kuponów od popularności nie ma tu bowiem mowy. Wszystkie teksty zawarte w tomie są pełnowartościowe.

Karpińska była autorką miniatur, słuchowisk radiowych, reportaży. Pisała jednak głównie do szuflady. W czasie porządkowania mieszkania po zmarłej, jej twórczość została odkryta przez członków rodziny. Jacek Dehnel wybrał z niej i zredagował to, co najlepsze. W ten sposób powstał zbiór sześćdziesięciu opowiadań. Większość z nich powstała w latach 60. i 70. XX wieku.

Autorka opowiada w nich o swoim domu rodzinnym, przedstawiając go jako Arkadię – utraconą przedwcześnie przez wojnę, członkach rodu – przedstawicielach inteligencji, osobach bywałych w świecie, oczytanych, posiadających doskonały gust i wyczucie smaku. To jednak tylko część opowieści. Tyle samo uwagi Karpińska poświęca „zwykłym” ludziom, mieszkańcom wsi, swoim sąsiadom, różnym osobom, które napotkała na swojej życiowej drodze. Są to fascynujące, często naznaczone cierpieniem ludzkie historie. Choć we wspomnieniach rodzinnych czuć nostalgię, całość absolutnie nie ma związku z sielankowością. Lala często opisuje dramatyczne przeżycia czasów wojny: doświadczenie głodu, biedy, strachu, okupacji.

„Życie Lali przez nią samą opowiedziane” jest napisane w pięknym, gawędziarskim stylu. Z olbrzymią dbałością o język i detal, co niestety, we współczesnej literaturze jest już bardzo rzadko spotykane. Autorka o rzeczach dramatycznych pisze w sposób subtelny, empatyczny, z wyczuciem. Czyni to lekturę miniatur przejmującą. Karpińska była uważną obserwatorką rzeczywistości, w związku z tym opowiadania nie są pozbawione celnych point i wyrazistych bohaterów. Pozornie błaha historia „szarego” człowieka, dzięki czułemu pochyleniu się nad nią przez Lalę, niepodziewanie okazuje się małym arcydziełem. Rzadka umiejętność, zwłaszcza u debiutantki.

Podobno z każdego życia można wykroić materiał przynajmniej na jedną, choćby najbardziej zgrzebną powieść. Każdy z nas nosi ją w sobie, nienapisaną: jedni już zapomnieli, innych uwiera, jak zbyt ciasny gorset. Historia postarała się, żebyśmy mieli o czym pamiętać, ale obrazy zacierają się, jak w telewizorze, w którym wysiada kineskop. Są coraz mniej ostre, nakładają się na siebie, drgają.

Na szczęście dla czytelników, Helena Karpińska nie bała się uczynić ze swego życia powieści. Dzięki temu dostajemy możliwość obcowania z pięknym człowiekiem, wsłuchania się w jego głos i przeżycia tego losu poszczególnego.

Ocena: 8/10
H. Karpińska, „Życie Lali przez nią samą opowiedziane”, Wydawnictwo W.A.B. 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.gwfoksal.pl/



[1] H. Karpińska, „Zycie Lali przez nią samą opowiedziane”, Wydawnictwo W.A.B. 2017, s. 179-180.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Zrób to sam!

W Światowym Dniu Książki i Czytelnictwa, wypadałoby napisać coś o „książkach o książkach”. W związku z tym, że sporo miejsca  na blogu poświęciłam już urokom czytania i udrękom pisania o książkach, tym razem, dla odmiany, kieruje swą uwagę na „Książkę do zrobienia” Aleksandry Cieślak. Zasiądźcie zatem wygodnie przy stole, zaproście dzieci, rodzinę, znajomych i do dzieła!

To nie jest książka do czytania, nie znajdziecie tu wiele tekstu, chyba, że sami go sobie napiszecie. Zdecydowanie bardziej jest to spełnienie marzeń dla wszystkich niedoszłych grafików, ilustratorów, edytorów, typografów, a wreszcie pisarzy którym zabrakło odwagi, bądź możliwości, by zainteresowanie zamienić w zawód. Tu, wreszcie mogą się bezkarnie wyżyć, w stylu dowolnym, bo granicą jest jedynie własna wyobraźnia. To jest książka do kreślenia, rysowania, malowania, pisania, a nawet plamienia. Nie należy jednak mylić jej z popularnym, swego czasu „dziełem’, służącym wyłącznie do zniszczenia. Projekt Aleksandry Cieślak jest przede wszystkim do stworzenia, postawienia na półce i bycia zadowolonym z efektów swojej pracy.

Przestrzeń kreatywna zaczyna się już na okładce, gdzie możemy dopisać swoje nazwisko, obok nazwiska pomysłodawczyni projektu. Następnie możemy dowolnie uzupełnić tekst: Rzuć wszystko i chwyć za……..Sama się przecież nie zrobi. Obudź w sobie……….!Polecenia, które znajdziesz w środku możesz kompletnie zignorować albo przyjąć z pocałowaniem ręki. Kieruj się wyobraźnią i……………Może się zdarzyć, że ta książka będzie próbowała cię wciągnąć i omamić historyjkami o tworzeniu i projektowaniu, wtedy nie ma ratunku

Jak wygląda czarna myśl? Czy przypomina smoka? Urzędnika? Roślinę? A może coś zupełnie innego? Zrób rysunek w negatywie. Możesz posłużyć się pastą do zębów albo białą farbą[1].  Słowa mają wielką moc. Stwórz własne słowa mocy! Zapisz je z rozmachem lub w skupieniu. Użyj atramentu sympatycznego, by nie dostały się w niepowołane ręce![2] Wielkość i forma liter wpływają na charakter przekazu. Jakimi literami mówisz na co dzień? Jakimi literami mamroczesz przez sen, a jakimi wyjawiasz tajemnice? Napisz jedno zdanie na kilka różnych sposobów[3]. Słowa mogą mile łechtać albo – jeśli odpowiednio je zmieszać – grzać, jak herbata z rumem. Pomyśl o słowach, których lubisz słuchać. Jakie budzą w Tobie uczucia? Zaznacz na ilustracji, gdzie mieszkają uczucia wywołane przez poszczególne słowa. Jakie uczucie mogłoby zamieszkać w łydce? Jakie słowo Ci się z nim kojarzy?[4] Kadr to wybrany wycinek rzeczywistości. Co widzą wrony, kiedy podglądają Cię przez okno?[5] Namaluj siebie i swoje spełnione marzenie, namaluj przyszłość w wesołych barwach i… prostych geometrycznych kształtach![6]

Na każdej z 262 stron książki znajdziemy tego typu, dalekie od oczywistości i banału zadania. W atrakcyjnej graficznie formie zawarto całe mnóstwo użytecznych informacji, dotyczących każdego z etapów powstawania książek: projektowania, komponowania, ilustrowania, redagowania. Zarówno młodsi, jak i starsi czytelnicy, zdobędą wiedzę na temat krojów i stopni pisma, palety barw, budowania fabuły, czy zasad korekty gotowego tekstu. Zdobywaniu wiedzy, będzie towarzyszyć doskonała zabawa i głośne wybuchy śmiechu przedstawicieli wszystkich pokoleń. Coś dla siebie znajdą również erudyci, mnóstwo tu bowiem literackich cytatów, nawiązań do świata popkultury, a nawet…mody. Tropienie tych licznych kontekstów stanowi gratkę nawet dla najbardziej wymagających połykaczy liter.

„Książka do zrobienia” to rzecz wręcz idealna. Wszystko się tu zgadza: doskonałemu pomysłowi wyjściowemu, towarzyszy równie świetne, staranne wykonanie. Atrakcyjna szata graficzna, ściga się o uwagę z dopracowanym w najdrobniejszych szczegółach tekstem. Nie dziwi zatem, że projekt został zauważony i doceniony na Międzynarodowych Targach Książki w Bolonii – największych i najważniejszych na świecie targach książki dla dzieci i młodzieży. Warto dodać, że partnerem wydania jest Arctic Paper http://www.arcticpaper.com/pl/Start/  Pozostaje mi jedynie zaapelować: zróbcie sobie książkę, koniecznie!

Ocena: 10/10
A.Cieślak, „Książka do zrobienia”, Wydawnictwo Dwie Siostry 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Dwie Siostry za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wydawnictwodwiesiostry.pl/







[1] A.Cieślak, Książka do zrobienia, Wydawnictwo Dwie Siostry 2017, s. 149.
[2] ibidem,s. 126-127.
[3] ibidem,s. 102-103.
[4] ibidem, s. 130-131.
[5] ibidem,s. 218-219.
[6] ibidem,s.205.

środa, 19 kwietnia 2017

Zwariować ze szczęścia

Miłość i inne nieszczęścia” to debiut literacki  Oliviera Bourdeauta. Bardzo udany debiut.

Na pierwszy rzut oka jest to książka o mocno ekscentrycznej rodzinie, która wobec swojego jedynego syna stosuje niekonwencjonalne metody wychowawcze, mieszczące się w pojęciu bezstresowe wychowanie. Mamy tu bowiem matkę przybierającą codziennie inne imię, ojca polującego na muchy, syna, który za karę musi oglądać telewizję i żurawia w charakterze zwierzęcia domowego. Gdyby komuś było mało, po ścianie jadalni, w domu pnie się bluszcz, a z kuchennego sufitu zwisa świńska noga. Nikt nie czyta tu przychodzącej korespondencji, tworzy się z niej górę, w którą można się rzucić w ramach rozrywki, dobrze ustawione zegary również są zbędnym balastem. Wieczory spędza się na tańcach i niekończących się przyjęciach, a dowolnie wybrany czas wolny w zameczku u wybrzeża Hiszpanii. Czyta się to wszystko z odrobiną niedowierzania i szerokim uśmiechem na ustach. Któż z nas bowiem, nie chciałby żyć w raju? I tylko od czasu do czasu pojawia się myśl: gdzieś tu musi być haczyk.

Pojawia się słusznie, bo tragizm tej opowieści ujawnia się powoli. Z czasem okazuje się, że sposób bycia matki jest wynikiem poważnej choroby, zachowanie ojca ma ułatwić jej funkcjonowanie, a reakcje syna są jedynie próbą poradzenia sobie z trudną sytuacją, w której musi funkcjonować. Z pozoru beztroskie, idylliczne życie będzie miało konsekwencje, które zmienią losy całej rodziny.

Francuzi mają fantastyczną umiejętność pisania o rzeczach dramatycznych w sposób lekki, a nawet zabawny. W najtrudniejszych okolicznościach są w stanie znaleźć, jasne punkty, optymizm. Poczucie humoru jest natomiast ich lekarstwem i bronią przeciwko bezsilności i nieuchronności zdarzeń. Tę umiejętność ma też na szczęście Bourdeaut. Dzięki temu, czytelnik długo nie ma świadomości czającego się dramatu, a donośny śmiech, towarzyszący lekturze, grzęźnie w gardle dość nagle, by ustąpić miejsca łzom. W momencie, gdy tracimy już nadzieję na coś optymistycznego, śmiech pojawia się znowu, równie niespodziewanie, jak znikł.

Autor opowiada swoją historię z perspektywy dziecka. W całej opowieści ani przez moment nie pojawiają się jednak: żal, gorycz, szukanie winnych. Nie ma tu cierpiętnictwa, rozdzierania szat. Jest za to dużo miłości, czułości, ciepła i tęsknoty. Jest próba zrozumienia wszystkich okoliczności i odnalezienia się, w sytuacji, która dla nikogo, nigdy nie jest łatwa, ale każdy, z czasem musi znaleźć własny sposób na funkcjonowanie w niej, mimo wszystko.

Uznani pisarze, śmiało mogliby się uczyć od Bourdeauta pisania o rzeczach trudnych, w nieobciążający sposób, bo wbrew pozorom jest to sztuka, która udaje się niewielu. Czytelnikom natomiast pozostaje czekać z niecierpliwością na kolejną powieść autora i mieć nadzieję, że będzie ona równie dobra, jak ta pierwsza.

Ocena: 8/10
O.Bourdeaut, „Miłość i inne nieszczęścia”, Wydawnictwo W.A.B. 2017.

* Za przekazanie egzemplarza do recenzji dziękuję Wydawnictwu W.A.B. http://www.gwfoksal.pl/

czwartek, 13 kwietnia 2017

Elegancki pesymista

Niedawno ukazała się najnowsza płyta zespołu Pablopavo i Ludziki pt. „Ladinola”. Jest to doskonała okazja, by przypomnieć, że w zeszłym roku ukazał się „Dym” – wywiad graficzny z Pablopavo.

Miejski poeta, bard, wokalista popularnego zespołu reggae – Paweł Sołtys, bo tak nazywa się Pablopavo, umyka wszelkim klasyfikacjom i z każdą kolejną płytą pokazuje, że nie da się zamknąć w żadnej z szuflad, które tak uwielbiają dziennikarze.

Od początku można się było spodziewać, że wywiad z Pablopavo nie będzie oczywisty. Nie będzie jednym z tych, jakich setki czytamy w prasie i Internecie, na co dzień. Takie założenie wynikało chociażby z faktu znikomej aktywności medialnej artysty i nieobecności w tzw. mainstreemowych rozgłośniach radiowych. I tak też się stało, rozmowa z muzykiem ma bowiem formę komiksu. Scenariuszowi Marcina „Flinta” Więcławka, towarzyszą rysunki Marcina Podolca. Całość przeplatana jest natomiast wybranymi tekstami utworów Pawła Sołtysa.

Pablopavo opowiada o dorastaniu na warszawskich Stegnach, udrękach dojrzewania, miłosnych dramatach tamtego okresu, łobuzerce, grze w piłkę, pierwszej gitarze i fascynacjach muzycznych. Dużo miejsca poświęca opowieściom o kolegach z podwórka, osiedlowych wariatach, którzy później stali się inspiracją do pisania tekstów. Jest o tym, że studia na filologii rosyjskiej to przerywane zachwytami pasmo rozczarowań. Jest także o wybuchu lat 90., gdy wszystko działo się szybciej i mocniej. O żonie, rodzinie. Ale, przede wszystkim jest o muzyce. Fascynacji jazzem, początkach zespołu Vavamuffin i wszystkich solowych projektach. O pisaniu tekstów i umiłowaniu szczegółu w nich. Pablopavo mówi też: Żeby być uczciwym - osobiście lubię ten balans ,że jestem trochę z Grochowa, trochę z poważnej książki, ze sceny reggae, ale też trochę z hip-hopu[1]

„Dym” jest po prostu historią o życiu, tym najzwyklejszym i najważniejszym. Opowiedzianą bez zadęcia, cekiniarstwa, rozdzierania szat i wywlekania bebechów. Osnutą papierosowym dymem.

Jak możemy przeczytać we wstępie: Od strony scenariusza „Dym” to robota głównie dziennikarska. Nie fabularyzowaliśmy, dopasowaliśmy do siebie wspomnienia i utwory, a elemnty tej układanki się zazębiły.[2]

Jeśli chodzi o komiks to rysunki są w większości realistyczne, utrzymane w oszczędnej tonacji kolorystycznej: sepia, czerń. Wykonane mieszaną techniką m.in. pastelami. Użyta kreska momentami przypomina, tę stosowaną w komiksach dla dzieci i kreskówkach. Przeważają plansze wielokadrowe.

O sile i wartości „Dymu” decyduje jednak przede wszystkim osobowość i charyzma Pablopavo. Wokalista jest czułym obserwatorem i czujnym komentatorem rzeczywistości. Nie tej medialnej, z pierwszych stron, politycznej, ale tej codziennej, ulicznej, osiedlowej. Bohaterami jego piosenek często są ludzie ze społecznego marginesu, przegrani, na których nikt nie zwraca uwagi. Siłą tych tekstów jest prawda, zwyczajność, liryzm. To, co wyczuwalne w muzyce jest też widoczne w rozmowie z artystą. Mamy do czynienia ze spójną w życiu i na scenie postacią, która niczego nie udaje i nie zajmuje się kreacją wizerunku. To wszystko, czyni „Dym” pozycją wyjątkową.

Ocena: 8/10
M. „Flint” Więcławek, M.Podolec, „Dym”, Wydawnictwo Kultura Gniewu 2016.
* Za przekazanie egzemplarza do recenzji dziękuję wydawnictwu Kultura Gniewu http://www.kultura.com.pl/index.php



[1] M.Więcławek,M.Podolec, „Dym”, Wydawnictwo Kultura Gniewu 2016, s.24.
[2] M.Więcławek, M.Podolec, „Dym”, Wydawnictwo Kultura Gniewu 2016, s.5.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Rozmowy zakulisowe

W ostatnich tekstach pisałam już o urokach czytania, udrękach recenzowania książek, przyszedł czas, by oddać głos twórcom i dowiedzieć się, jak oni pracują? Okazją do poznania odpowiedzi na to pytanie jest lektura książki Agaty Napiórskiej o tym samym tytule: „Jak oni pracują. Rozmowy z polskimi twórcami.”

Autorka najpierw doprowadziła do wydania w Polsce książki Masona Curreya „Codzienne rytuały. Jak pracują wielkie umysły”, później postanowiła stworzyć jej polski odpowiednik. W ten sposób powstał zbiór blisko 60 rozmów z twórcami z różnych dziedzin. Wcześniej ukazywały się one na łamach magazynu „Zwykłe życie”.

Wśród rozmówców znaleźli się m.in.: Jóżef Wilkoń, Tadeusz Rolke, Jerzy Pilch, Joanna Bator, Sylwia Chutnik, Katarzyna Bonda, Jacek Dehnel, Robert Gliński, Papcio Chmiel, Mariusz Szczygieł i Jakub Żulczyk.

W założeniu miała to być książka o codzienności twórców. W związku z tym, wszyscy zostali zapytani przez Napiórską o rytm dnia, rytuały, nawyki, plan pracy, wenę, stosunek do nudy. Na uznanie zasługuje fakt, że autorce udało się zaprosić do rozmowy, tak wielu wybitnych artystów. Wymagało to z pewnością wiele wysiłku i dobrej organizacji. Z drugiej strony to, co jest atutem książki, stało się po części również jej wadą. Mnogość rozmów, sprawia, że są one bardzo powierzchowne, płytkie. Momentami niebezpiecznie ocierają się o banał.

Owszem miło jest dowiedzieć się, o której wstaje, co jada i co pija na śniadanie nasz ulubiony pisarz/ pisarka, czy bieganie pomaga w tworzeniu? Jednak czytanie tego typu wypisów z codzienności w zwielokrotnionej ilości, nieuchronnie prowadzi do nudy,staje się monotonne. Oczywiście są tu rozmowy fascynujące, ciekawe, ale są też takie, bez których śmiało można się obejść.

Mając do dyspozycji zbiór tak wybitnych osobowości, chciałoby się dowiedzieć czegoś więcej o samym procesie tworzenia dzieła, budowania fabuły, konstruowania postaci. Tego typu pogłębionej refleksji zdecydowanie tu brakuje i jest to największy zarzut wobec „Jak oni pracują. Rozmowy z polskimi twórcami”.

Rozumiem, że zamysłem autorki były rozmowy o codzienności właśnie, ale takie zawężenie pola dyskusji, w gruncie rzeczy nie przysłużyło się książce. Po lekturze pozostaje uczucie niedosytu i wrażenie olbrzymiego, niewykorzystanego jednak potencjału. A szkoda. Mogła to być rzecz wybitna, kopalnia wiedzy, a jest jedynie rozrywkowa ciekawostka.

Ocena: 5/10
A.Napiórska, „Jak oni pracują. Rozmowy z polskimi twórcami”, Wydawnictwo W.A.B. 2017.