środa, 28 czerwca 2017

Zakochać się…

O mający swoją premierę podczas Warszawskich Targów Książki komiks  „Jak schudnąć 30 kg?Prawdziwa historia miłosna” Tomasza Pstrągowskiego i Macieja Pałki  zdążyli się już pokłócić wszyscy ze wszystkimi. Jak to zwykle u nas bywa, niewielu czytało, ale każdy ma wyrobione zdanie na temat.

Ten rozgłos sprawia, że jest to najlepsza kampania promocyjna polskiego komiksu od lat. Święcie oburzonym należą się ogromne podziękowania od autora. Wysoka sprzedaż dzięki nim gwarantowana, teraz po tytuł sięgną nawet ci, którzy w ogóle nie mieli takiego zamiaru. Pozostaje pytanie, o co tyle hałasu?

W Polsce komiksy autobiograficzne nie są popularne i z reguły spotykają się z chłodnym przyjęciem. Tutaj wciąż dość powszechnie obowiązuje zasada: nie mów nikomu, co się dzieje w domu, a dulszczyzna trzyma się mocno. Każdy, kto wyłamie się z obowiązujących schematów, pozwoli sobie na ekshibicjonizm, otwarte mówienie o trudnych doświadczeniach, automatycznie naraża się na krytykę i miażdżące oceny. Jeśli w dodatku, użyje do tego opowiadania ironii, sarkazmu i odważnego języka, skazany jest na wieczne potępienie. Wszystkie te grzechy popełnił -  na szczęście Pstrągowski w „Jak schudnąć 30 kg?…”.

Komiks jest historią 25-letniego Tomasza, doktoranta filologii, dziennikarza działu kultury w jednym z portali internetowych, grubasa, który, jak sam o sobie mówi, najlepiej czuje się w dwóch sytuacjach: kiedy pieprzy i kiedy płacze. Pewnego dnia wdaje się w wirtualny, dosłownie i w przenośni, romans z nieletnią. Cały scenariusz opiera się na kłamstwie. Ona zmyśla swoją biografię, on z potrzeby serca i ciała daje się wciągnąć w tę grę, zamiast ją przerwać. Choć w gruncie rzeczy do niczego tu nie dochodzi, jego postawa budzi kontrowersje.

Uważny czytelnik dostrzeże, że autor od początku puszcza do nas oko i sugeruje, żeby nie brać wszystkiego, co napisane zbyt dosłownie. Jego zamysłem było, żebyśmy cały czas zastanawiali się, co tu jest prawdą i kto, jeśli w ogóle, ją mówi. Całe przedsięwzięcie wydaje się być testem na inteligencję czytelników i granice ich tolerancji. Sądząc po dotychczasowych reakcjach na komiks, niewielu zdało go pomyślnie.

Pstrągowski w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" powiedział, że chodziło mu o zadanie pytania o prawdę i kłamstwo w autobiografii. Panie Tomaszu, bardzo mi przykro, ale źle Pan trafił z tak ambitnym pomysłem. Polak, a tym bardziej Polak -  katolik i patriota, wyznawca
„dobrej zmiany” zupełnie zatracił umiejętność czytania między wierszami, pojęcia ironii i dystansu do siebie są mu z gruntu obce. Wszystko ma być podane na tacy. Prawdziwa historia miłosna musi być prawdziwą historią miłosną. Koniec, kropka.

Można oczywiście uczepić się wątku romansu bohatera i poświęcić całe akapity na analizę i ocenę jego postępowania. Wydaje mi się, że jest to jednak zupełnie niepotrzebne. „Kto jest bez winy…” to po pierwsze, a ponadto kreowanie wizerunku nie jest żadnym odkryciem Ameryki. Robimy to wszyscy, codziennie, choćby wrzucając zdjęcia z filtrami na portale społecznościowe. W tym układzie wydawanie surowych ocen jest po prostu zwykłą hipokryzją.

„Jak schudnąć 30 kg?…”, poza „prawdziwą historią miłosną” jest tez portretem pokolenia 30-latków borykających się z niepewnością jutra, zadłużonych we frankach szwajcarskich, pracujących na umowach o dzieło, pozbawionych perspektyw z uwagi na brak przysłowiowych
„pleców”. Wszyscy oni chcieliby robić ambitne, wartościowe rzeczy, a robią wyłącznie to co się opłaca, pozwala godnie żyć.

Mnóstwo tu nawiązań do popkultury: filmów, muzyki, gier, które kształtowały tych ludzi, były wspólnym doświadczeniem. Są również sentymentalne powroty do rzeczywistości wirtualnej początku lat dwutysięcznych – dziś już zapomnianych komunikatorów gadu-gadu i tlen.

Jako że główny bohater jest egocentrykiem i uwielbia się nad sobą użalać, znajdziemy tu krytykę: kapitalizmu, liberalizmu, systemu korporacji oraz niezbyt już dziś aktualne wstawki polityczne.
Jest też równie dużo refleksji na temat tego, jak bardzo Internet i dostęp do pornografii zmieniły sposób budowania relacji i nasze podejście do seksu.

Wątków do dyskusji w komiksie Pstrągowskiego jest wiele, skupianie się na jednym, najbardziej chwytliwym i robienie wokół niego afery jest krzywdzące dla całego tekstu.

Oczywiście scenariusz nie może obyć się bez rysunków. W tym wypadku autorstwa Macieja Pałki. W tej kwestii zachwytów brak. Są one niechlujne, wykonane ostrą, toporną kreską, na granicy karykatury, Trzeba jednak przyznać, że pasują do konwencji całości. Użycie odręcznego pisma i duża ilość tekstu w dymkach sprawia, że zlewa się on w jedną masę i czyni lekturę męczącą dla oczu.

To nie jest wybitny komiks i z pewnością nie aspirował do tego miana. Nie spodoba się wszystkim i nie o to też chodziło. Za to jest to komiks dobrze napisany, ze świetną, przykuwającą wzrok okładką autorstwa Łukasza Mazura. Warto poświęcić czas na jego uważną lekturę, gdyż jest to niewątpliwie jeden z najbardziej oryginalnych polskich albumów ostatnich lat.

Pstrągowskiemu należą się brawa za odwagę, wbicie kija w mrowisko. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jako dziennikarz portalu internetowego, doskonale wiedzący, że najlepiej sprzedaje się kontrowersja, umiejętnie wykorzystał swą wiedzę przy tworzeniu tego komiksu.

Ocena: 7/10

T. Pstrągowski ,M. Pałka, „Jak schudnąć 30 kg? Prawdziwa historia miłosna”, Wydawnictwo Komiksowe 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wydawnictwokomiksowe.pl/

wtorek, 20 czerwca 2017

W drodze

Uważacie się za znawców komiksów dla dzieci? Sądzicie, że widzieliście już wszystko i nic Was nie zaskoczy? Sięgnijcie po „Bajkę na końcu świata. T.1 Ostatni ogród” Marcina Podolca, a szybko przekonacie się, że byliście w błędzie. Pierwsza myśl na hasło: postapokaliptyczny komiks dla najmłodszych? Ciekawe, acz niewykonalne. A jednak się udało. I to znakomicie.

Tworząc „Bajkę…” Marcin Podolec udowadnia, że jest artystą wszechstronnym i niezwykle „płodnym”. Żadna technika, czy gatunek mu niestraszne. Rysował już wywiad graficzny z Pablopavo według scenariusza Marcina „Flinta” Więcławka, stworzył komiks do reporterskich tekstów Marcina Kołodziejczyka w „Morzu po kolana”, na swoim koncie ma również biograficzny „Fugazi Music Club”. „Bajka na końcu świata” jest jego debiutem w kategorii komiksy dla dzieci.

Scenariusz tej historii jest prosty. Mała dziewczynka - Wiktoria wędruje wraz ze swym psem - Bajką przez świat zniszczony tajemniczym wielkim wybuchem, w poszukiwaniu swoich rodziców. Po drodze przeżywają różnorodne przygody i mierzą się z przeciwnościami losu.

„Bajka na końcu świata” składa się z siedmiu krótkich rozdziałów. Każdy z nich opisuje inne perypetie niestrudzonych bohaterek. Mamy tu ucieczkę przed groźnym potworem, magiczny latawiec, wizytę w cudem ocalałym sklepie ze słodyczami, samotną roślinę, spotkanie z przyjaznym tapirem i wreszcie tytułowy, urzekający swym pięknem ostatni ogród.

Gdy świat zamienia się w pustynię, a dominującym krajobrazem są ruiny i zgliszcza trudno o optymizm. Wiktorii i Bajce udaje się go jednak zachować. Choć miewają też momenty zwątpienia i smutku, bo jedyną wskazówką na ich drodze jest pojawiające się od czasu do czasu tajemnicze światło. Historia jest zbudowana uniwersalnie i dostosowana do potrzeb młodego czytelnika. Obok momentów zabawnych, komicznych, pojawia się odrobina refleksji i wzruszenia. Choć zapowiedź postapokaliptycznej serii brzmi groźnie, komiks nikogo nie pozostawia bez nadziei.

Wszystkie postaci są narysowane w taki sposób, że wzbudzają sympatię od pierwszego wejrzenia. Podolec doskonale oddał mimikę ich twarzy, są „jak żywe”, widać na nich każdą emocję. Nietypowy układ plansz dynamizuje akcję, a duża liczba detali pojawiających się we wnętrzach, pozwala za każdym razem odkrywać coś nowego i zaskakującego.

Ilustracje zasługują na szczególną uwagę, nie tylko ze względu na specyficzny klimat, ale również kolorystykę, która dostosowana jest do otoczenia. W całej historii dominują barwy ziemi, sytuacja zmienia się diametralnie wraz z wkroczeniem do ostatniego ogrodu. W tym miejscu nasze oczy zostają zaatakowane soczystą, intensywną zielenią, w której natychmiast mamy ochotę się zanurzyć.

„Bajkę na końcu świata” można odczytywać w wieloraki sposób. Dla dzieci będzie to z pewnością opowieść o sile przyjaźni, zaufaniu, zdobywaniu życiowych doświadczeń. U dorosłych może wywołać dużo poważniejsze, głębsze przemyślenia na temat sensu życia, jego kruchości i przemijania. Ciekawa może też być zabawa w wyłapywanie nawiązań do szeroko rozumianych tekstów kultury, których tu nie brakuje. Przedstawiciele żadnego pokolenia nie będą się przy tej lekturze nudzić.

Z punktu widzenia dorosłego czytelnika można się do komiksu Podolca odrobinę przyczepić. Główny zarzut dotyczy tego, że rozdziały są nieco za krótkie. Skrótowość powoduje, że bohaterów poznajemy jedynie powierzchownie i nie mamy szansy bliżej się im przyjrzeć. Ponadto nie do końca wiadomo, jakie emocje autor chce wywołać u czytelnika. Smutek, czy radość? Są to jedynie drobne mankamenty, gdyż nie należy zapominać o tym, że komiks jest adresowany przede wszystkim do młodych czytelników i przeładowanie go treścią nie byłoby dobrym pomysłem. Poza tym jest to dopiero pierwszy tom cyklu, planowane są co najmniej cztery.

Nie ulega wątpliwości, że „Bajka na końcu świata” jest genialnym, świetnie zrealizowanym pomysłem, a zawartość pierwszej części jedynie rozbudza apetyt na więcej. Pozostaje, zatem trzymać kciuki, by ciąg dalszy nastąpił jak najszybciej.

Ocena: 8/10
M.Podolec „Bajka na końcu świata.1 Ostatni ogród”, Wydawnictwo Kultura Gniewu 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Kultura Gniewu za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.kultura.com.pl/
*Książka na stronie wydawcy: http://www.kultura.com.pl/index.php?s=k_241&d=k


czwartek, 15 czerwca 2017

Radość tacierzyństwa

W Polsce wciąż pokutuje stereotypowe przekonanie, że to matka jest w życiu dziecka, zwłaszcza małego najważniejsza. Bierze się ono z panującego przez wieki patriarchatu, w którym mężczyzna zapewniał rodzinie byt, a kobieta dbała o ognisko domowe. 

Choć obecnie model ten praktycznie odszedł do lamusa, układy partnerskie i współdzielenie opieki nad dzieckiem stają się coraz powszechniejsze, a nawet modne to w debacie publicznej cały czas więcej uwagi poświęca się matkom, rola ojców, ich emocje związane z rodzicielstwem często są bagatelizowane. 

Konrad Kruczkowski przekornie postanowił skupić swoją uwagę wyłącznie na ojcach, oddał im głos. 

„Halo tato. Reportaże o dobrym ojcostwie” to sześć niezwykłych historii, sześć portretów ojców wyjątkowych, pod każdym względem. Lektura obowiązkowa dla każdego rodzica, nie tylko z okazji Dnia Ojca.

Konrad Kruczkowski jest autorem bloga „Halo Ziemia” http://haloziemia.pl/ , który w 2013 roku otrzymał tytuł Bloga Roku. Kruczkowski dostał także „Nagrodę Newsweeka” im. Teresy Torańskiej za reportaż „Jesteśmy głusi”, który znalazł się w zbiorze „Halo Tato”. Ma na swoim koncie wydaną w 2016 roku książkę „Halo człowiek. Rozmowy o tym, co ważne” – zbiór wywiadów z ludźmi kultury, mediów, duchownymi. Wcześniej pracował w agencjach reklamowych, studiował teologię.

To nie są przesłodzone historie o wymarzonym rodzicielstwie i idealnych dzieciach, które spoglądają na nas z okładek czasopism i telewizyjnych reklam. Ojcowie z reportaży Kruczkowskiego mierzą się z niepełnosprawnością swoich dzieci, własną, bądź przeżyli innego rodzaju trudne doświadczenia. Defekty ciała, a tym bardziej umysłu są mało medialne, przeważnie kiepsko się fotografują. Rodziny z tego typu problemami odbiegają od powszechnie przyjętego wzorca szczęśliwości. Rzadko mają szansę opowiedzenia o swoich emocjach, bycia wysłuchanymi i usłyszanymi na szerszą skalę. Dlatego książka Kruczkowskiego jest ważna i potrzebna.

„Jest bajka” to historia ojca trójki dzieci, którego pierwsza żona popełniła samobójstwo. Nagrodzony przez Newsweeka reportaż „Jesteśmy głusi” to opowieść o głuchych rodzicach, którzy mają dwoje głuchych dzieci i są szczęśliwi. „Przed szkołą poradzimy sobie z autyzmem” – reportaż o ojcu walczącym o wyjście syna z autyzmu. W zbiorze pojawia się też lżejszy ton, czego przykładem jest tekst „Dobrzy ojcowie trzymają się razem”, opowiadający o Klubie Ojców – grupa spotyka się cyklicznie wymienia doświadczeniami, spostrzeżeniami i wspiera wzajemnie. „Halo Tato” porusza też kwestie niepełnosprawności rodziców, w reportażu zatytułowanym „Tata wjechał do garderoby” – o ojcach jeżdżących na wózkach inwalidzkich. Tom zamyka głośna swego czasu historia rodzinnego domu dziecka, stworzonego przez Barbarę i Michała Osuchów. Obok reportaży w książce pojawiają się dwa wywiady: z psychologiem Jackiem Santorskim i nauczycielem Jarosławem Szulskim.

Tomem „Halo Tato” Kruczkowski udowadnia, że jest pełnoprawnym reporterem, a to co pisze już dawno wykroczyło poza bycie blogerem. Jest uważny, empatyczny, zaangażowany, słucha i pozwala swoim rozmówcom mówić. Dba o niejednowymiarową tonację tekstów. Nie stara się grać na emocjach czytelnika w oczywisty, tani sposób, o co przy tego rodzaju tematach bardzo łatwo. Tutaj udało się tego uniknąć, co jest dużą sztuką i stanowi o wartości książki. Jeśli Kruczkowskiemu w dalszym ciągu uda się podążać tą drogą, jest duża szansa na to, że w niedalekiej przyszłości jego nazwisko będzie się pojawiało w jednym rzędzie ze Szczygłem, czy Tochmanem. Pozostaje trzymać kciuki i śledzić  dalsze poczynania autora, bo warto.

„Życia nie można wybrać, ale można z niego coś zrobić”. Wszyscy bohaterowie „Halo tato” pokazują, że co prawda nie zawsze mamy wpływ na to, co nas spotyka, ale zawsze możemy zdecydować o tym, jaką postawę wobec tego losu przyjmiemy. Oni wybrali działanie zamiast popadania w marazm. Ojcostwo przedstawione w reportażach Kruczkowskiego jest być może trudniejsze, ale przez to nie mniej i nie bardziej wartościowe od innych. Jest w nim miejsce na radość, szczęście i pozytywne emocje, których doświadczają wszyscy rodzice, bez wyjątku.

„Halo tato” to po prostu wartościowa, mądra książka. Można z niej czerpać, w zależności od potrzeby: siłę, motywację, pokrzepienie, wzruszenie. Lektura zalecana nie tylko rodzicom.

Ocena: 7/10

K.Kruczkowski, „Halo tato. Reportaże o dobrym ojcostwie.”, Wydawnictwo Zielona Sowa 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa za przekazanie egzemplarza do recenzji: http://www.zielonasowa.pl/

czwartek, 8 czerwca 2017

Sztuka wyboru

„Matki” Brit Bennett to całkiem udany debiut literacki o dojrzewaniu, nieodwracalności życiowych wyborów i trudach życia w małej społeczności.

Oceanside – małe miasteczko w południowej Kalifornii, gdzie zawsze świeci słońce. Życie starszych mieszkańców, zwłaszcza kobiet skupione jest wokół lokalnego kościoła nazywanego – Wieczernikiem. Toczy się spokojnie, według ustalonego rytmu. Do czasu.

Tu wraz z ojcem mieszka nastoletnia Nadia Turner. Poznajemy ją w szczególnym momencie życia – niedawno straciła matkę, wkrótce wyjeżdża na studia. Spędza ostatnie wakacje w domu rodzinnym. Będzie to czas, który na zawsze zmieni życie nie tylko jej, ale również całej społeczności. Dziewczyna zakochuje się w synu pastora – Luku Sheppardzie, zachodzi w niechcianą ciążę, decyduje się na aborcję, którą finansuje chłopak. Decyzja ta przypieczętowuje rozstanie pary. Nadia przeżywa dramat, targają nią wątpliwości, co do słuszności podjętej decyzji. W tych okolicznościach zaprzyjaźnia się z Aubrey Evans  - dziewczyną równie mocno doświadczoną przez życie.

Wyjazd na studia był dla Nadii okazją do ucieczki, zbudowania swojego życia na nowo, w oderwaniu od ciasnej przestrzeni, w której nie mogła znaleźć dla siebie miejsca. Wydawało się, że jest na dobrej drodze do osiągnięcia celu. Nawiązała nowe znajomości, odnalazła się na uczelni. Choroba ojca sprawia, że po kilku latach nieobecności wraca w rodzinne strony. Nic nie jest tu takie, jakim było wcześniej. Bardzo szybko okazuje się, że nie da się odciąć od przeszłości, konsekwencje błędów młodości ponosimy niekiedy całe życie, a niektóre więzi pozostają trwałe, bez względu na nieobecność, czy upływ czasu
.
Historia opowiadana jest równolegle z dwóch perspektyw – Nadii Turner i tytułowych Matek. Starsze kobiety codziennie spotykają się na modlitwie w intencji potrzebujących mieszkańców miasteczka, organizują akcje charytatywne i grupy wsparcia. Wieczernik, okazuje się, wbrew swej pierwotnej funkcji najbardziej rozplotkowanym, pełnym hipokryzji i obłudy miejscem w Oceanside. Bennett w swojej powieści porusza temat hermetyczności małych społeczności, gdzie nie istnieje pojęcie prywatności, każde wydarzenie z życia poszczególnych rodzin jest szeroko komentowane na forum publicznym. Doskonale pokazuje, jak przekazywana z ust do ust informacja nabiera nowych znaczeń i z prędkością kuli śnieżnej niszczy życie wszystkich wokół. Napomyka również o problemie rasizmu, segregacji rasowej.

Siła „Matek” niewątpliwie tkwi w uniwersalności opowiedzianej historii. Z jednej strony mamy wrażenie, że gdzieś już to kiedyś czytaliśmy, z drugiej , każdy z nas czasem zastanawia się, co by było gdyby w odpowiednim momencie życia podjął inną decyzję, wybrał inną drogę. To sprawia, że trzymamy kciuki za bohaterów i mimo prostoty opowieści, nie potrafimy się od niej oderwać do ostatniej strony. Można to śmiało uznać za sukces debiutującej autorki.

Ocena: 7/10
B.Bennett, „Matki”, Wydawnictwo Albatros 2017.

* Dziękuję Wydawnictwu Albatros za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wydawnictwoalbatros.com/




sobota, 3 czerwca 2017

Na ostrzu

Moja miłość do matki jest jak topór. Tnie bardzo głęboko. „Gorące mleko” Deborah Levy to znakomita, gęsta od znaczeń i symboli proza.

Relacja matka – córka to jeden z najtrwalszych, ale też najbardziej skomplikowanych i najtrudniejszych związków. Bywa piękny i głęboki, często jednak oscyluje między miłością a nienawiścią. Jego jakość potrafi natomiast zdecydować o całym życiu. Nie dziwi zatem, że jest to jeden z najchętniej wykorzystywanych w literaturze motywów. W ostatnim czasie, ten temat w swoich powieściach poruszyły m.in.: Pleijel, Morrison, Strout. W tym znamienitym towarzystwie głos Levy brzmi równie mocno.

Sofia Papastergiadis jest świeżo upieczoną absolwentką antropologii. Poznajemy ją w chwili, gdy wraz ze swoją, cierpiącą na tajemniczy paraliż matką – Rose, wyruszają z Anglii do kliniki na południu Hiszpanii, z nadzieją, że sławny lekarz – Gómez przywróci jej zdrowie.  Choroba matki ma nieznane podłoże. Z uwagi na to, że pojawia się okresowo i nasila w niektórych sytuacjach, od początku budzi kontrowersje i podejrzenia. Czy jest to zaburzenie psychosomatyczne, poważna choroba, a może jedynie sposób na zatrzymanie córki przy sobie? I najważniejsze, czy Rose naprawdę chce wyzdrowieć?

Dla Sofii, która na co dzień sama opiekuje się matką, gdyż ojciec – Grek porzucił rodzinę wiele lat temu pobyt w Andaluzji jest okazją do uwolnienia się od ciążącej jej relacji. Czuje się ofiarą tej sytuacji, uważa, że matka zniszczyła jej życie, czyniąc z niego więzienie. Choć skończyła studia i rozpoczęła doktorat, pracuje jako kelnerka w jednej z angielskich kawiarni. Z drugiej strony, patrząc na to, jak Sofia momentami przejmuje kulejący chód rodzicielki, trudno oprzeć się wrażeniu, że wózek inwalidzki matki jest jej tarczą, za którą chowa się przed koniecznością dokonywania wyborów i podejmowania decyzji.

„Gorące mleko” to przede wszystkim powieść o poszukiwaniu własnej tożsamości i miejsca w świecie. Na wielu płaszczyznach: społecznej, ekonomicznej, seksualnej. Podczas pobytu matki w szpitalu, Sofia nawiązuje relacje z Niemką – Ingrid i pracownikiem punktu medycznego na plaży. Emocje, które wywołują te związki sprawiają, że budzi się w niej świadomość, bunt i potrzeba wolności. Czy będę one na tyle silne, że w końcu pokona strach i weźmie odpowiedzialność za własne życie? Za sprawą tej historii Levy porusza też dużo szerszy problem: coraz większych trudności młodych ludzi z odcięciem pępowiny i odnalezieniem  się w świecie naznaczonym przez postępujący kryzys ekonomiczny i społeczny. Lektura stawia również pytania o granice miłości i poświęcenia. Pokazuje, czym kończą się próby rezygnacji z własnego życia, bądź zawłaszczania cudzego.

Proza Levy zachwyca lub drażni od pierwszego wejrzenia. Nie pozostawia miejsca na pośrednie uczucia. Autorka jest wielbicielką detalu. Każdy szczegół ma dla niej znaczenie. Atmosfera parnej, dusznej Andaluzji, w której rozgrywa się cała historia potęguje emocje pojawiające się między bohaterami i te wywoływane u czytelników. Mnóstwo tu poetyckich metafor, odważnych stwierdzeń, niuansów i symboli. Uszkodzony ekran laptopa, ujadający pies na łańcuchu, rozbita grecka waza mają nieoczywiste znaczenia.

Należę do grona zachwyconych najnowszą powieścią Levy.  W związku z tym oczywiście gorąco polecam jej przeczytanie.

Ocena: 8/10
D.Levy, „Gorące mleko”, Wydawnictwo Znak 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Znak za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.znak.com.pl/wydawnictwo-Znak

niedziela, 28 maja 2017

Uwikłani

„Sznurówki” to pierwsza, wydana w Polsce książka Domenica Starnone. W zapowiedziach wydawniczych i niektórych recenzjach, jako zachęta do lektury, pojawia się informacja, że autor jest mężem Anity Raji, która według spekulacji mediów, ukrywa się pod pseudonimem Elena Ferrante. Wszystkie te plotki, przypuszczenia i koligacje rodzinne nie mają żadnego znaczenia. Najważniejsze, że Starnone okazuje się utalentowanym pisarzem, a jego powieść z powodzeniem można zaliczyć do intrygujących i zaskakujących.

Vanda i Aldo pobrali się we wczesnej młodości. Mają dwoje dzieci – syna – Sandra i córkę – Annę. Za nimi kilkadziesiąt lat małżeństwa Wiodą z pozoru spokojne, pozbawione emocji życie emerytów, w Rzymie. Towarzyszy im kot Labes. Zagadkowe włamanie do ich mieszkania wywołuje lawinę niechcianych wspomnień.

Powieść rozpoczyna się od listów porzuconej żony do niewiernego małżonka, który po 12 latach małżeństwa, postanowił uwolnić się z rodzinnych więzów i poszukać szczęścia u boku młodszej kobiety. W tej, nigdy niewysłanej do adresata korespondencji, mieści się cała gama emocji: żal, złość, ból, poczucie winy, zazdrość. Vanda miota się pomiędzy oskarżeniami, a próbą zrozumienia i oswojenia zaistniałej sytuacji. Głównym argumentem w walce z mężem stają się dzieci.

W drugiej części, spotykamy parę po czterdziestu latach wspólnego życia. Małżeński kryzys wydaje się być zażegnany, Aldo zrozumiał swój błąd i powrócił do rodziny. Emocje się uspokoiły i para żyje harmonijnie, czy na pewno? Tutaj, poznajemy męski punkt widzenia i opis zdarzeń.

W trzeciej części, tej skromnej objętościowo książki (221 stron) autor oddaje głos dzieciom – Annie i Sandrowi. Choć rodzicom wydawało się, że ich kłótnie i negatywne emocje nie dotknęły rodzeństwa, okazuje się, że było zgoła inaczej.

„Sznurówki” to wieloespektowa powieść o kryzysie rodziny, małżeństwa i tzw. tradycyjnych wartości. Starnone stawia liczne pytania i odważne tezy. Małżeństwo jawi się tu jako klatka, przestarzała instytucja, zupełnie nie odpowiadająca potrzebom dzisiejszego świata, rodzina to natomiast system wzajemnych zależności, powinności, z małą ilością praw. Autor zastanawia się, czy w sformalizowanym związku można dowolnie poszerzać granicę wolności, czy możliwe jest całkowite skupienie na sobie i dążenie do indywidualnego szczęścia, z pominięciem odpowiedzialności za drugą osobę? Wreszcie, czy faktyczne wybaczenie i pozbycie się poczucia winy, nawet w długotrwałej relacji jest realne i, na ile można zmienić własną naturę?

Historia opowiadana jest z trzech różnych punktów widzenia. Ten sprytny zabieg zmusza czytelnika do refleksji, porzucenia utartych ścieżek i schematów myślenia. Konfrontacji z własnymi poglądami i zajęcia stanowiska. Gdy już to zrobimy, po raz kolejny okazuje się, że nic nie jest proste, oczywiste ani takie, jakie wydawało się być na początku.

W powieści Starnone najwięcej dzieje się między wierszami. W nieoczywistych metaforach, niedopowiedzeniach.  Liczne perspektywy narracji, mnogość wątków, czynią ze „Sznurówek” ważną pozycję, na temat szeroko pojętego kryzysu relacji. Pozostaje mieć nadzieję, że nie jest to ostatnia, wydana w Polsce książka autora. Po lekturze bowiem, pozostaje olbrzymi apetyt na więcej.

Ocena: 8/10
D.Starnone, „Sznurówki”, Wydawnictwo W.A.B. 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.gwfoksal.pl/

* Książka na stronie wydawcy: http://www.gwfoksal.pl/ksiazki/sznurowki.html

środa, 24 maja 2017

Cud pamięci

Kiedyś sądziłem, że ludzi pamiętamy, dopóki możemy ich opisać. Teraz myślę, że jest odwrotnie: są z nami ,dopóki nie umiemy tego zrobić[1]. „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy to rzadki przykład menuaru, tryptyku o utracie rodzica – matki. Literatura wybitna.

Każdy z nas zmierzył albo będzie musiał się zmierzyć w przyszłości z porządkowaniem rzeczy po bliskich zmarłych. Jest to proces nieunikniony. Nie da się do niego przygotować, każdy moment jest zły. Między innymi o tym nieprzygotowaniu, konieczności selekcji i dokonywania trudnych wyborów jest książka Wichy. Autor opowiada o matce, poprzez przedmioty, które po niej zostały. Zarówno, te ważne, cenne, jak i zupełnie niepotrzebne drobiazgi.

Znaczna część tekstów poświęcona jest porządkowaniu księgozbioru pozostałego po zmarłej. To matka bowiem nauczyła autora miłości, szacunku i właściwego ważenia słów.
Biblioteki są zapisami naszych czytelniczych porażek. Jak mało w nich książek, które naprawdę nam się podobały. Jeszcze mniej takich, które podobają nam się przy kolejnej lekturze. Większość to pamiątki po ludziach, którymi chcieliśmy być. Których udawaliśmy. Których braliśmy za siebie[2].

W rodzinnej bibliotece autora znalazła swe miejsce klasyka polska i światowa, dużo beletrystyki z lat 90., 4 – tomowa Encyklopedia PWN – u, poradniki, księgozbiór zawodowy matki (pracowała w poradni zawodowej). Fragmenty dotyczące dylematów w selekcji książek, są jednymi z najbardziej poruszających w zbiorze. W części „bibliotecznej” pojawiają się też wspomnienia o polowaniu na „Kto pocieszy Maciupka”, dobieraniu z największą uwagą księgozbioru dla wnuczek. Jest też o najwyższej półce, na której znajdowały się ulubione powieści matki. Wśród nich, działająca terapeutycznie Emma , Staroświecka historia, Saga rodu Forsyte’ów, Domostwo pani Wilcox. Bardzo znaczące miejsce w domu rodzinnym autora zajmowały, gromadzone z zapamiętaniem książki kucharskie i przepisy kulinarne, wycinane z gazet.

Matka uwielbiała zakupy, wraz z ojcem mieli swoje ulubione księgarnie, sklepy z zabawkami, punkty napraw. Kupowali całe mnóstwo niepotrzebnych przedmiotów: imbryczki, scyzoryki, lampy, latarki, nadmuchiwane podgłówki. Nie znikniemy bez śladu, a nawet jak znikniemy, to zostaną nasze rzeczy, zakurzone barykady[3]

Matka jawi się jako osoba apodyktyczna, bezkompromisowa, lękowa, szczera do bólu i przez to wszystko niesłychanie trudna w kontaktach. Wicha pisze o Niej z czułością, ale bez sentymentalizmu. Teksty dalekie są od laurki. Autor nie boi się pisać, o tym, co w relacjach rodzinnych było trudne: swego rodzaju wzajemnym niedopasowaniu, które komplikowało bliskość, zawiłej historii rodzinnej matki i jej żydowskim pochodzeniu. O wszystkim, co zdecydowało o tym, jaka i dlaczego, taka właśnie była.

„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” to niezwykle osobista, momentami intymna wypowiedź. Jednocześnie te mikroeseje napisane są w bardzo oszczędny, powściągliwy, wyważony sposób. Bez grama ekshibicjonizmu. Krótkie, nieraz urwane w pół zdania, sprawiają, że wszystkie teksty kipią od niewypowiedzianych emocji. Czyni to ten niepozorny tom nadzwyczaj przejmującym. Podobnie, jak w przypadku pierwszej książki, „Jak przestałem kochać design”,pojawia się poczucie humoru, ironia, a nawet sarkazm. Tutaj wszystkie te środki zostały jednak użyte bardziej jako antidotum na tęsknotę, żal, rozpacz.

Lektura obowiązkowa o sprawach najważniejszych. Doskonale zapisana próba oswojenia straty. Tym cenniejsza, że wciąż, zwłaszcza w polskiej literaturze rzadka.

Ocena: 9/10
M. Wicha, „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, Wydawnictwo Karakter 2017.

* Dziękuję Wydawnictwu Karakter za przekazanie egzemplarza do recenzji https://www.karakter.pl/




[1] M.Wicha, „Rzeczy,których nie wyrzuciłem”, Wydawnictwo Karakter 2017, s. 5
[2] op. cit., s.12.
[3] op. cit., s.23-24.