wtorek, 10 kwietnia 2018

Radość pisania


Wiadomość o ukazaniu się niepublikowanej korespondencji Wisławy Szymborskiej i Zbigniewa Herberta była dla mnie ogromną niespodzianką i największym dotychczas, literackim zaskoczeniem tego roku. Przypuszczałam, że będzie to wyjątkowa rzecz i nie zawiodłam się. Zbiór „Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie. Korespondencja 1955-1996” to doskonała lektura.

Podobnie, jak wielu innych czytelników nie wiedziałam, że tych dwoje wielkich poetów łączyła przyjaźń. Ona – wrażliwa, delikatna, dowcipna. On sprawiał wrażenie człowieka poważnego, osobnego, zdystansowanego. Biorąc pod uwagę te wyobrażenia, mogło się wydawać, że mocno się różnią i pod względem osobowości mają ze sobą niewiele wspólnego. Tym większym zaskoczeniem jest treść opublikowanej korespondencji, która przeczy takim opiniom. Nie ulega wątpliwości, że oboje byli niedościgłymi mistrzami sztuki epistolarnej.

Korespondencja rozpoczyna się w listopadzie 1955 roku. Początkowo jest bardzo oficjalna, dotyczy wyłącznie spraw zawodowych. Szymborska prosi Herberta o przysłanie wierszy do „Życia Literackiego” – czasopisma, w którym wtedy pracowała. Listy pisze najczęściej na papierze firmowym tygodnika.

Szanowny Kolego,                                                                      24 listop[ada] 1955
przygotowujemy w „Życiu” rozkładówkę poświęconą poetom, których debiuty książkowe ukażą się niebawem. Zamieścimy kilka utworów każdego z tych poetów z króciutkim omówieniem dokonanym przez krytyków lub wybitnych starszych poetów. Was chciałby omówić kol.Błoński. Prosimy Was: przyślijcie Błońskiemu kilkanaście swoich utworów(na adres „Przekroju” najlepiej) w tym dobrze by było, gdyby znalazło się parę wierszy jeszcze nie drukowanych. Ponieważ czasu niewiele – prosimy o jak najszybsze skontaktowanie się z Błońskim. Łączę serdeczne pozdrowienia –  
                                                           Wisława Szymborska [s. 7]

Z czasem ton listów zmienia się na zdecydowanie bardziej poufały. Pojawia się w nich nieskrywana czułość, duża doza sympatii, tęsknota. Przede wszystkim jednak skrzą się one błyskotliwym poczuciem humoru, sporo w nich aluzji do niełatwej sytuacji politycznej, ironii. Herbert umieszcza w swoich listach fikcyjną postać Frąckowiaka, co wzmacnia efekt humorystyczny.

Wisło Ty moja, po stokroć moja,               [25 sierpnia 1961]
teraz już wiem dlaczego nie chcesz drukować moich wierszy. Nie jesteś pewna, że Cię kocham.
            Trudno w tych krótkich słowach wytłumaczyć  wszystko. A błagam odeślij tekściki. Zamieszczę w piśmie „Pies” lub nawet innym. Moje opus ukarze się lada tydzień (miesiąc) i będzie się nazywało Studium Przedmiotu. Więc zwróć rękopisy, a wiedz, ze „ani mnie mała małość wstydzi, ani…”
Tęsknię i chciałbym z Tobą dokonać czegoś wielkiego
Słyszę dzwony co w mej głowie chuczą
Czy dostałaś kartkę z Pienin
Czy mię pamiętasz.
Czy k…
                                                                       Twój
                                                                                  Na wieki
                                                                                                          Frąckowiak [s.45]
Między dwojgiem wybitnych poetów nie było cienia zawodowej rywalizacji. Zamiast tego odczytać można wzajemny podziw, wsparcie i motywowanie do działania.

Zbyszko, Poeto z Bożej Łaski!        [pocz. października 1961]
Korzystam z fizycznej obecności Tadzia N., który już jutro poszybuje z Tobą do Pragi (beze mnie…), żeby Ci strasznie podziękować za książeczkę, która jest piękna. Szczerze mówiąc nawet ładniejsza od Ciebie! Zachowuj się w Pradze przyzwoicie, nie pij piwa i notuj złote myśli. Miłość moja do Ciebie utrzymuje się stale na wysokim poziomie. Jeszcze raz dziękuję, bo to piękna lektura.
                                                                                                          Wisława [ s. 52]

Wisława Szymborska uwielbiała robić kolaże, różnego rodzaju wyklejanki. Szczodrze ozdabiała nimi listy do poety. Jej pasją było również zbieranie, często kiczowatych pocztówek. Nimi równie chętnie obdarowywała przyjaciela. On odwdzięczał się jej zabawnymi rysunkami swojego autorstwa. Wszystkie te elementy dodają korespondencji niebywałego uroku, lekkości, czaru. Są też świadectwem wyśmienitego poczucia humoru obojga. Wirtuozerską żonglerkę słowem obserwujemy również w samych listach. Jest ono traktowane z szacunkiem, uwagą, pieczołowitością. Dziś niestety zdarza się to już niezwykle rzadko. Tym większą wartość ma ta publikacja.

Na zbiór składa się dziewięćdziesiąt jeden listów. Biorąc pod uwagę długi okres, który obejmuje korespondencja to stosunkowo niewiele. Na podstawie tej ilości można wysnuć wniosek, że poeci mieli ze sobą dość rzadki kontakt, zwłaszcza osobisty. Treść listów świadczy jednak o tym, że nie miało to żadnego wpływu na ich zażyłość, wyjątkową więź. Niewielka objętość pozostawia swego rodzaju niedosyt. Tego typu listy można bowiem czytać bez końca. Dzięki kolażom, reprodukcjom pocztówek, rysunkom oraz aneksowi, na który składają się niektóre z wymienionych w listach wiersze jest to tom bogaty, barwny, kompletny. W tym miejscu warto wspomnieć, że świetnego opracowania edytorskiego dokonał Ryszard Krynicki.

W czasach, gdy komunikacja obrazkowa praktycznie wyparła sztukę epistolarną w tradycyjnym wydaniu „Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie. Korespondencja 1955-1996” jest jak ożywczy haust świeżego powietrza. Pozwala na obcowanie z absolutnymi mistrzami słowa, odbycie sentymentalnej podróży do świata, którego już nie ma, ale na szczęście został utrwalony na kartach tego typu publikacji. Lektura wywołująca same pozytywne emocje: zachwyt, uśmiech, tkliwość. Literatura najwyższej próby.

Ocena: 10/10
W.Szymborska, Z.Herbert, „Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie. Korespondencja 1955- 1996” , Wydawnictwo a5 2018.

* Wszystkie cytaty pochodzą z recenzowanej książki. Pisownia oryginalna.

*Dziękuję Wydawnictwu a5 za przekazanie egzemplarza do recenzji.
*Książka na stronie wydawcy.

czwartek, 8 lutego 2018

W rytmie życia


„Swing time” to niewątpliwie najbardziej zaangażowana społecznie z dotychczasowych powieści Zadie Smith. Szkoda tylko, że na tym zaangażowaniu ucierpiała nieco fabuła książki.

Scenerią dla początku fabuły, po raz kolejny u autorki staje się biedna dzielnica północno-zachodniego Londynu. To właśnie tam w latach 80. ubiegłego stulecia dorasta bezimienna narratorka powieści. Tam też w szkółce tańca poznaje swoją przyjaciółkę – Tracey. Obie są Mulatkami, kochają stare musicale i taniec. Tylko ta druga faktycznie ma talent taneczny. Różni je środowisko rodzinne i status ekonomiczny. Narratorka wychowuje się w pełnej, bezpiecznej rodzinie, Tracey pochodzi z rozbitego domu – o ojcu, często przebywającym w więzieniu tworzy różne legendy. Tylko jedna z dziewczyn odniesie pozorny sukces życiowy.

Rytm i tempo powieści zmienia się dokładnie tak samo, jak w muzyce. „Swing time” rozgrywa się równolegle w dwóch planach czasowych. Anonimowa narratorka przeplata wspomnienia z dzieciństwa z opisem aktualnego, dorosłego życia.

Dzieciństwo spędziła na lekcjach tańca, stepowania, oglądaniu wraz z przyjaciółką starych musicali na kasetach video – zniszczonych od ciągłego przewijania oraz funkcjonowaniu pomiędzy dwoma domami: własnym, uporządkowanym, w którym matka wpaja córce, że dzięki nauce, konsekwencji i uporowi można osiągnąć najwyższe cele, na co sama jest przykładem oraz chaotycznym -  Tracey, gdzie panuje nieograniczona swoboda i luz, brakuje za to troski, uwagi i dyscypliny. Wspólna pasja i zainteresowania początkowo mocno łączy dziewczyny, ta bezimienna patrzy z zazdrością na bardziej utalentowaną Tracey, robi wszystko, by dorównać do jej poziomu. Z czasem relacje komplikują się. Pojawia się rywalizacja i wzajemne upokarzanie. Ostatecznie ich drogi rozchodzą się, choć znajomość odciśnie ślad na późniejszym życiu obydwu.

W tej części Smith porusza swoje ulubione, znane z wcześniejszych tekstów tematy: podziały rasowe, klasowe, ekonomiczne, wpływ rodziny i wychowania na osiągnięcie życiowego sukcesu, a przede wszystkim rolę przeznaczenia w życiu każdego z nas. Jednocześnie autorka funduje nam sentymentalną podróż do analogowych czasów, w których luksusem było posiadanie magnetowidu, a oglądane z wypiekami na twarzy teledyski w MTV były oknem na świat.

W dorosłym życiu narratorka znajduje pracę w dużej telewizji, przypominającej MTV, później zostaje osobistą asystentką światowej sławy piosenkarki o imieniu Aimee – jest to osoba pozbawiona talentu wokalnego i tanecznego, ma za to dar przykuwania uwagi oraz wywoływania kontrowersji ekstrawaganckimi strojami, odważnymi pozami. W momencie, w którym postanawia ona wybudować szkołę dla dzieci w Afryce, można się domyślić, że pierwowzorem tej postaci była Madonna.

Wraz z pojawieniem się Aimee, pojawiają się też schody w odbiorze książki Smith. Autorka ośmiesza świat celebrytów, współczesną pogoń za popularnością, zwraca uwagę na siłę plotki, łatwość osądów, którą zyskaliśmy dzięki anonimowości w Internecie, uzależnienie od nowych technologii i hejt, którego ofiarą może paść każdy. Wątek budowania szkoły w Afryce skłania ją między innymi do wypowiedzi o uchodźcach, odpowiedzialności Europy Zachodniej za kondycję Czarnego Lądu.

Wszystko to powoduje wrażenie zbyt wielu grzybów w barszczu, co czyni całość dość ciężkostrawną Chęć złapania wielu srok za ogon rozmywa istotę opowieści, jej główny sens. Ograniczenie się do wątku dziewczyńskiej przyjaźni z muzyką w tle byłoby dużo lepsze dla całości. Tym bardziej, że postać Aimee jest plastikowa, pusta, obcowanie z nią przez dłuższy czas jest męczące dla czytelnika.

„Swing time” pełna jest ponurych diagnoz społecznych. Choć niektórym spostrzeżeniom Smith trudno odmówić trafności, to jednak nadmierne zaangażowanie i chęć bycia „głosem pokolenia” pozbawiło treść lekkości i humoru, które były obecne w jej pierwszych książkach.

Jest to rzecz przeznaczona raczej dla wiernych fanów pisarki. Ci, którzy spodziewali się powrotu autorki do formy zaprezentowanej w „Białych zębach” mogą być mocno rozczarowani.

Ocena: 6/10
Z.Smith, „Swing time”, Wydawnictwo Znak 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Znak za przekazanie egzemplarza do recenzji.
*Książka na stronie wydawcy.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Życie jak w Madrycie

Często używamy tytułowego powiedzenia na określenie idealnego stanu ducha, kiedy wszystko jest przyjemne, lekkie, proste. Jak to zwykle bywa, nie ma ono nic wspólnego z rzeczywistością. Okazuje się bowiem, że problemy, kryzysy, porażki dotykają wszystkich po równo, bez względu na szerokość geograficzną i ilość słonecznych dni w roku. Doskonale pokazuje to powieść Almudeny Grandes „Pocałunki składane na chlebie”.

Bohaterami książki są mieszkańcy jednej ze starych madryckich dzielnic. Każdego z nich w różny sposób dotknął kryzys ekonomiczny. Z dnia na dzień zostali postawieni w nowej, trudnej sytuacji życiowej i są zmuszeni sobie z nią radzić. Utrata pracy, strach przed redukcją etatów, bankructwo prywatnych firm, eksmisje, niemożność spłacania kredytów to tylko niektóre z licznych problemów małej społeczności. Znajdują się w niej przedstawiciele różnych pokoleń: emeryci, ludzie w średnim wieku, młodzież i dzieci o różnym statusie społecznym i materialnym. Każdy z mieszkańców mas swój punkt widzenia na zaistniałą sytuację i inaczej na nią reaguje.

Siłą powieści są niewątpliwie barwne, nietuzinkowe postaci i ich skomplikowane życiorysy. Mamy tu rodzinę Martinez-Salgado – małżeństwo z trójką dorastających dzieci, energiczną fryzjerkę Amalię, której spokój zatruwa powstanie konkurencyjnego zakładu fryzjerskiego prowadzonego przez Chinki. Pascuala – właściciela miejscowego baru, dziennikarkę telewizyjną – Marisę, Sebastiána – architekta, który po utracie własnej firmy jest zmuszony podjąć pracę stróża, Martinę – starszą panią, która by poprawić nastrój sobie i rodzinie ubiera choinkę już we wrześniu. I wiele innych. Losy wszystkich bohaterów w pewnym momencie splatają się ze sobą. Choć wiele ich różni, to niełatwa sytuacja umacnia sąsiedzkie więzi i wszyscy, każdy na swój sposób starają się wspierać, udowadniając, że w jedności i grupie tkwi ogromna siła.

„Pocałunki składane na chlebie” to po prostu dobrze napisana powieść, która nie jest i zdaje się nie aspiruje do miana wybitnej literatury. Wciąż aktualny temat kryzysu ekonomicznego czyni ją niezwykle uniwersalną. Czytelnicy bez problemu odnajdą w niej analogię z własnym życiem i utożsamią się z którymś z bohaterów. Choć nie ma tu oczywistych happy endów i nie wszystkim się udaje to całość jest pokrzepiająca, tchnie nadzieją i optymizmem.

Grandes zdaje się przypominać to, o czym często zapominamy, zwłaszcza będąc w oku cyklonu, kiedy mierzymy się z osobistym problemem, tragedią. Każdy kryzys jest szansą na zmianę: sposobu myślenia, systemu wartości, nastawienia. Trudne sytuacje pozwalają na weryfikację relacji, obranie nowej drogi, bądź utwierdzenie się w swoich przekonaniach i konsekwentne realizowanie zamierzeń. Zawsze warto o tym pamiętać, choć nie zawsze jest to łatwe.

Ocena: 7/10
A.Grandes: „Pocałunki składane na chlebie”, Wydawnictwo Sonia Draga 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Sonia Draga za przekazanie egzemplarza do recenzji.

* Książka na stronie wydawcy.

czwartek, 14 grudnia 2017

Wielka gra

Czy można umiejętnie połączyć grę komputerową z mitologią skandynawską i współczesną historią Ameryki? Nathan Hill udowadnia, że tak. „Niksy” to wielka, nie tylko z uwagi na objętość powieść z epickim rozmachem, rzadko już dziś spotykanym w literaturze. W moim osobistym rankingu -  zdecydowanie najlepsza powieść zagraniczna 2017 roku.

Trudno pisać o książkach wybitnych, które wzbudziły dużo emocji, do których nie ma się praktycznie żadnych zastrzeżeń. Bo, jak w tej sytuacji uniknąć banału, sztampy, nadmiernej egzaltacji? Jak stworzyć oryginalną opinię, bez powtarzania tego, co wcześniej o książce zdążyli napisać już inni? Jak rozpisać wrażenia i emocje, kiedy jest ich tyle, że wydaje się to niemożliwe, a wszystko, co ma się ochotę napisać mieści się w jednym zdaniu: przeczytajcie koniecznie, naprawdę warto? Taką właśnie lekturą były dla mnie „Niksy”. Recenzja jednak musi posiadać tekst, zatem zacznijmy od początku.

Żeby nie było zbyt cukierkowo i monotonnie zacznę od mankamentów. Ta książka jest gruba, ciężka i zabiera mnóstwo czasu. Z uwagi na swoje gabaryty, w wersji papierowej nadaje się w zasadzie wyłącznie do domowej, niespiesznej lektury. Lojalnie uprzedzam, że jej rozpoczęcie wiąże się z porzuceniem na dłuższy czas życia rodzinnego, towarzyskiego i zaburzeniami w życiu zawodowym ( częste spóźnienia do pracy) Zapewniam, że nic nie będzie was frapowało bardziej od pytania, co dalej? I mimo wyrzutów sumienia, niedotrzymanych terminów nie pożałujecie ani jednej minuty poświęconej czytaniu powieści Hilla, co więcej, możliwe jest nawet odczuwanie smutku, że to już koniec, tak jak to było w moim przypadku.

Wielu twierdzi, że o jakości tekstu decyduje pierwsze zdanie. Do „Niksów” przyciąga już myśl przewodnia zamieszczona na okładce: To, co kochasz najbardziej, kiedyś zrani cię najmocniej. To uniwersalne, mocne zdanie sprawia, że natychmiast mamy ochotę poznać historię bohaterów tego opasłego tomu.

Matka była pierwszą osobą, która w dzieciństwie opuściła Samuela. To samo powtórzyło się później z ukochaną – Bethany i najlepszym przyjacielem -  Bishopem. Uczucie odrzucenia towarzyszyło mu przez całe życie. Schronił się przed nim w świecie gry komputerowej Elflandia. Tam był najlepszy, czuł się doceniany i podziwiany. Uważał że w wirtualnym świecie nawiązuje zdecydowanie lepsze relacje, tam nie musiał się bać. Przez całe życie towarzyszyło mu również poczucie niespełnienia. Kariera pisarza, o której marzył od dziecka, mimo wielu starań nie układała się po jego myśli. Zamiast niej sumiennie pełnił funkcję sfrustrowanego wykładowcy literatury w środowisku mało ambitnej młodzieży. Po pracy natychmiast wracał do swojego ulubionego elfickiego świata i robił wszystko by zapomnieć. Nieskutecznie.

Rzeczywistość Samuela zmienia się z dnia na dzień. Pewnego dnia z telewizyjnych wiadomości dowiaduje, się, że jego matka została oskarżona o napaść na gubernatora. Media grzebią w jej przeszłości nazywając hipiską, terrorystką i prostytutką. W ten mało finezyjny sposób, po dwudziestu latach milczenia i nieobecności matka ponownie pojawia się w jego życiu. Samuel dostrzega w tym szansę na spełnienie marzenia o byciu znanym pisarzem. Sytuacja sprawia, że wspomnienia z dzieciństwa wracają, pojawia się również okazja do rozwikłania tajemnic z przeszłości i znalezienia odpowiedzi na pytanie, które nurtowało Samuela od lat: dlaczego matka odeszła?

Akcja powieści rozgrywa się w wielu planach czasowych. Niektóre retrospekcje sięgają lat 40. XX wieku. Historia swym zasięgiem obejmuje okres od 1968 roku – czas rozkwitu ruchu hipisowskiego, słynnego protestu przeciwko wojnie w Wietnamie aż do współczesności – lat dwutysięcznych – protestów przeciwko wojnie w Iraku i tych prowadzonych przez Occupy Wall Street, wynikłych z  kryzysu finansowego w 2011 roku.

Hill jawi się jako uważny, krytyczny obserwator współczesnego świata, zwłaszcza Ameryki. Historia Samuela staje się pretekstem do wypowiedzi o politykach, manipulacjach mediów, wszechobecnym konsumpcjonizmie, uzależnieniu od gier komputerowych, zdrowym odżywianiu, mankamentach amerykańskiego systemu edukacji, fobiach, brutalności policji, ruchach społecznych. W zasadzie żadna aktualna bolączka nie uchodzi uwadze autora.

„Niksy” to znakomita powieść szkatułkowa, mieszcząca trzy fabuły w jednej. Misterna konstrukcja, gąszcz wątków i różnorodność wywoływanych emocji w mistrzowski sposób buduje napięcie u czytelników. Nie ma tu zbędnych elementów, każdy najdrobniejszy wątek finalnie okazuje się kluczowym dla rozwiązania całej zagadki.

Bez wątpienia mocną stroną prozy Hilla są dialogi. Napisane z rozmachem, momentami wręcz teatralne. Niektóre z nich, jak rozmowa Samuela z jedną ze studentek o popełnionym przez nią plagiacie, czy monolog o zdrowym odżywianiu, trafią jako wzorce na lekcje kreatywnego pisania, dla przyszłych adeptów sztuki i znajdą swoje miejsce w historii współczesnej literatury amerykańskiej. Właśnie w dialogach i monologach ujawnia się poczucie humoru, ironia i dystans autora.

O wybitności „Niksów” decydują również znakomicie narysowane postaci. Pełnokrwiste, wielowymiarowe, z życia wzięte. Wszyscy bohaterowie zmagają się z tym, z czym zdarza się zmagać każdemu z nas: niespełnieniem, poczuciem winy, odrzuceniem, żalem, wielorakimi kompleksami, porażkami. Postaci drugoplanowe są równie wyraziste, w niczym nie ustępują tym obsadzonym w głównych rolach. Sylwetka niezrównoważonego policjanta Browna zostaje w głowie na długo po zakończeniu lektury.

Podobno pierwszą książkę nosimy w sobie przez całe życie. Hill nie ukrywa, że w jego debiutanckiej powieści jest wiele wątków autobiograficznych. Jest to debiut o jakim marzy każdy autor. Jestem pewna, że po przeczytaniu tej książki każdy piszący pomyśli sobie: właśnie tak chciałbym pisać, wielu też boleśnie uświadomi sobie, dlaczego pisarzami/pisarkami nigdy nie zostaną. Jeśli tak wygląda pierwsza książka, to strach pomyśleć, co będzie dalej? Bo, czy da się jeszcze lepiej, czy można wymyślić coś bardziej interesującego? 

Z tymi pytaniami niewątpliwie będzie musiał zmierzyć się Hill. Nie będzie to łatwe, bo poprzeczka została ustawiona bardzo wysoko, a oczekiwania czytelników po takim debiucie będą olbrzymie. Nie dziwi, że na podstawie „Niksów” już powstaje serial telewizyjny z Meryl Streep w roli Faye – matki Samuela. Niektórzy nawet porównują  Hilla do Dickensa. Póki co jest to może zbyt daleko idące i nieco na wyrost, ale nie zupełnie bezpodstawne. Z radością i niecierpliwością czekam na kolejne dokonania Hilla, bo jest to niewątpliwie jeden z najciekawszych debiutów ostatnich lat. Czas oczekiwania umilę sobie oglądając „Niksy” w telewizji.

Niksa to ktoś, kogo kochałeś, ale nie potrafiłeś przy sobie zatrzymać, albo coś nieuchwytnego, czego szukasz przez całe życie , o czym marzysz, choć jest nieosiągalne. Każdy ma swoją niksę. Właśnie dlatego każdy powinien przeczytać tę książkę.

Ocena: 10/10
N.Hill, „Niksy”, Wydawnictwo Znak 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Znak za przekazanie egzemplarza do recenzji.
*Książka na stronie wydawcy.

*Wszystkie cytowane fragmenty pochodzą z recenzowanej książki.

czwartek, 7 grudnia 2017

Więzy krwi

W porównaniu do tetralogii „Genialna przyjaciółka”, najnowszą wydaną w Polsce powieść Eleny Ferrante pt. „ Córka” można uznać za literacką miniaturę. Ta z pozoru lekka historia w miarę upływu stron zmienia się w intrygującą, odważną wypowiedź na temat opresji macierzyństwa, życia rodzinnego i konsekwencjach wyborów życiowych.

Ostatnia część niezwykle popularnego cyklu ukazała się u nas w 2016 roku. Czas oczekiwania na nową powieść, o której na razie nic nie wiadomo, gdyż autorka w dalszym ciągu skutecznie unika mediów, ukrywając się pod pseudonimem, wydawca wypełnia jej wcześniejszymi, znacznie mniejszymi pod względem formalnym (objętość) publikacjami.

„Córka” to skromna, kameralna powieść. Choć pozbawiona epickiego rozmachu widocznego w poprzednich książkach, posiada wszystkie najlepsze cechy pisarstwa Ferrante: subtelność, językową precyzję oraz zamiłowanie do szczegółów. Opowieść o Ledzie – dojrzałej kobiecie, nauczycielce literatury, rozwiedzionej matce dwóch dorosłych córek, która po okresie wytężonej pracy w końcu postanawia wybrać się na wymarzony urlop, na pierwszy rzut oka zapowiada się na przyjemną, łatwą i lekką lekturę o rozpoczynaniu nowego etapu w życiu.

Plaża, morze, słońce to idealna sceneria do oddawania się przyjemnościom, skupieniu na sobie, rozmyślań, planowania przyszłości, nawiązywania nowych znajomości. Temu wszystkiemu początkowo oddaje się Leda. Kobieta ma poczucie odzyskanej wolności. Wcześniejsze wyjazdy wiązały się głównie z koniecznością realizowania potrzeb i oczekiwań dzieci. Teraz może samodzielnie decydować o rytmie dnia i sposobie spędzania czasu. I w pełni z tego korzysta. Opala się, pływa, czyta, flirtuje. Przede wszystkim jednak obserwuje innych plażowiczów. Pewnego dnia jej uwagę przykuwa matka opiekująca się małą dziewczynką. Kobieta wydaje się być zespolona z dzieckiem. Otacza małą nieustanną troską, natychmiast reagując na każdy jej grymas. Nieoczekiwane wydarzenie sprawia, że losy kobiet splatają się i komplikują. Obserwacja Niny i Eleny skłania Ledę do dokonania rozliczenia swojego macierzyństwa, w którym nie udało się uniknąć błędów.

Ferrante po raz kolejny porusza temat skomplikowanych relacji rodzinnych. Odważnie mówi o ciemnych stronach macierzyństwa, co wciąż nie jest zbyt częste w literaturze. Posiadanie dziecka to, poza wszystkimi pozytywami również konieczność rezygnacji z siebie, poświęcenia.

Leda chciała mieć dzieci, opiekowała się nimi czule, miała też jednak ambicje zawodowe, a jej kariera naukowa po urodzeniu córek wyraźnie zwolniła. Nieustannie zmagała się z poczuciem winy z jednej  i niespełnienia z drugiej strony. Czuła się winna, bo nie poświęcała dzieciom wystarczająco dużo czasu i niespełniona, bo przez ich obecność nie mogła się w pełni realizować zawodowo. Problemem były też relacje między rodzeństwem: ciągła rywalizacja, walka o uwagę matki i odmienność ich charakterów. Wszystko to sprawiło, że kobieta czuła się uwiązana, przytłoczona ciężarem odpowiedzialności i pokładanych w niej oczekiwań. Dokonała wyboru, który nieodwracalnie zmienił losy całej rodziny, zwłaszcza córek – Bianci i Marty.

„Córka” to także, a może przede wszystkim powieść o konsekwencjach życiowych decyzji. Niektóre pozornie nieistotne, drobne działania mogą odmienić życie w stopniu, z którego często dopiero po czasie zdajemy sobie sprawę. Jest to również rzecz o powtarzalności zachowań wyniesionych z rodzinnego domu. Leda sama miała trudne relacje ze swoją matką, choć nie akceptowała jej zachowań, buntowała się przeciw nim, w dorosłym życiu podświadomie bądź nieświadomie powtórzyła je wobec własnej rodziny.

Lektura powinna usatysfakcjonować zagorzałych fanów włoskiej pisarki. Powieść jest kompletna: nasycona emocjami, z ciekawie zarysowanymi postaciami i umiejętnie splecioną fabułą. Posiada w zasadzie wszystkie cechy dobrej literatury i ma szansę przekonać do autorki nawet tych dotychczas sceptycznych czytelników.

Ocena 7/10
E.Ferrante, „Córka”, Wydawnictwo Sonia Draga 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Sonia Draga za przekazanie egzemplarza do recenzji.

* Książka na stronie wydawcy .

czwartek, 16 listopada 2017

Dalszy ciąg

„Jest życie po końcu świata” nie jest kolejnym ekshibicjonistycznym, celebryckim wywiadem na wyłączność, jakich pełno w kolorowych magazynach. Ukazanie się  rozmowy Aleksandry Pawlickiej z Joanną Kos-Krauze, zbiegło się w czasie z premierą ostatniego filmu reżyserki „Ptaki śpiewają w Kigali”. Nie jest to przypadek. Książka powstała przede wszystkim po to, by uświadomić skalę i złożoność rwandyjskiego konfliktu. Stanowi uzupełninie i pogłębia treść filmu. Osobistą historią i doświadczeniami Kos-Krauze dzieli się w sposób mądry, wyważony, spokojny. W tekście nie pada ani jedno zbędne zdanie. Dzięki temu czas poświęcony na lekturę nie jest czasem straconym, tylko doskonale spędzonym.

„Ptaki śpiewają w Kigali” to ostatni wspólny film reżyserskiego duetu. Zmarły w 2014 roku Krzysztof Krauze współtworzył scenariusz i wziął udział pierwszych dniach zdjęciowych. Na jego powstanie trzeba było czekać aż dziesięć lat, a kulisy tego procesu to temat na osobną książkę. Jest to jeden z najtrudniejszych i jednocześnie najbardziej nowatorskich realizacyjnie projektów Kos-Krauze.

Film nie opowiada bezpośrednio o samym akcie ludobójstwa dokonanym w Rwandzie w 1994 roku. W ciągu stu dni zginęło wtedy blisko milion osób, głównie z plemienia Tutsi. Obraz skupia się na konsekwencjach tej potwornej zbrodni. Pokazuje, że powierzchowne sądy, łatwe oceny są tutaj niemożliwe. Trauma wciąż dotyka wszystkich mieszkańców kraju. W historii rodzinnej każdego pojawia się ofiara bądź oprawca. Poczucie winy, krzywdy jest więc stale obecne, przebaczenie bywa niemożliwe. Wydaje się, że ciągle jest na nie za wcześnie.

„Ptaki śpiewają w Kigali” – historia nieprzypadkowego spotkania dwóch kobiet z zupełnie różnych światów jest przyczynkiem do rozważań o wykorzenieniu, obcości i potrzebie zrozumienia.

Reżyserka bywała w Rwandzie wielokrotnie, przeniosła się tam na czas kręcenia zdjęć. Zyskała zaufanie lokalnej społeczności. Dzięki temu ma szerszą perspektywę pełny ogląd sytuacji. W rozmowie z Pawlicką stara się nakreślić genezę konfliktu, omawiając jego  poszczególne elementy: rolę Kościoła, polityków, uwarunkowania historyczne, społeczne. Z uwagi na okoliczności wątki rwandyjskie zajmują znaczną część tekstu. Dodatkowo rozmowa przeplatana jest miniaturami reporterskimi autorstwa Pawlickiej.

Równolegle w rozmowie pojawiają się oczywiście pytania dotyczące życia prywatnego. Kos-Krauze opowiada o małżeństwie z Krzysztofem, wspólnej pracy, realizacji poszczególnych filmów, nagrodach, uznaniu środowiska, chorobie i odejściu męża. Przewijają się również tematy: samotności, przemijania, stosunku do wiary, śmierci, przeżywania żałoby.

Większy spokój masz w sobie, mieszkając w Polsce czy w Rwandzie?

W Polsce to nie wiem, kto ma dziś spokój w sobie. Tu trzeba się udać na emigrację wewnętrzną, żeby móc żyć. Gdy jestem w Polsce, zawsze mam wrażenie potwornego napięcia. Ale jestem stąd. Tutaj zaczęła się każda z moich podróży i tutaj wracam. Dlatego martwi i boli mnie dzisiejsza Polska. [s.63]

… W związku wcale nie chodzi o to, żeby ktoś się przy kimś zmieniał. To w ogóle nie na tym polega. Bo jak człowiek nie ma pragnienia zmiany w sobie, to się nie zmieni. Pytanie tylko, czy osoba, z którą jesteś ciągnie cię w górę czy w dół. Jedni do rozwoju potrzebują presji, inni wsparcia. Wszystko polega na tym, żeby znaleźć w drugiej osobie stymulującego do rozwoju  partnera. I stworzyć z nim relację, która będzie pchała do przodu, a nie blokowała. Myślę, że właśnie tak było w naszym przypadku. [s.124]

Co dostałaś od Krzysztofa najcenniejszego? I nie pytam o rzeczy materialne.

…Chyba wszystko. Jestem w jakimś sensie osobą przez niego ukształtowaną. Gdy go poznałam byłam prawie dzieckiem. Przepracowaliśmy razem 20 lat, odnieśliśmy sukcesy i porażki, przechodziliśmy razem jego chorobę, walczyliśmy o życie, przeżyliśmy te wszystkie emocje…Tak, z perspektywy czasu uważam, że dostałam od niego wszystko. [s.127]

…Dał mi 20 intensywnych twórczo i życiowo lat. To, co w nich dobre i złe. To jemu zawdzięczam, że już się nie boję. Nie mam lęków…[ s.128]

…Samotność jest ceną niezależności. A niezależność oznacza zawsze jedno – wysoki poziom lęku, bo wiesz, że możesz się mylić, bo ufasz swojemu instynktowi , bo idziesz za swoją intuicją, czasami inaczej myślisz, masz inne zdanie , czasami jesteś zbyt asertywny, czasami zbyt agresywny, czasami przejmujesz się czymś za bardzo. Ludzie podziwiają niezależnych, zazdroszczą im, ale robią wszystko, aby takimi nie być. Wtłaczają swoje życie w koleiny wyżłobione przez innych. Dlatego stawiane przez nas pytanie brzmi: ile energii człowiek jest gotów poświęcić, aby obronić swą niezależność? Jaką zapłacić cenę?... [ s.152-153]

Lektura „Jest życie po końcu świata” daje poczucie obcowania z mądrą, doświadczoną osobą. Nie znajdziemy tu szkodliwego nadmiaru emocji, epatowania cierpieniem, jakiegokolwiek przekroczenia granic intymności. Dzięki temu całość nabiera jeszcze większej siły wyrazu.

Wątek rwandyjski jest wartością dodaną tekstu. Wiedzę o dramatycznych wydarzeniach w Rwandzie większość z nas czerpała z licznych przekazów medialnych. Mało kto zadał sobie trud głębszego poznania tematu. Ta książka daje możliwość znacznego poszerzenia wiedzy, zrozumienia sedna problemu.

Rozmowa istotna w każdym calu.

Ocena: 9/10
J.Kos-Krauze,A.Pawlicka, „Jest życie po końcu świata”, Wydawnictwo Znak Literanova 2017.

* Dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova za przekazanie egzemplarza do recenzji.
* Książka na stronie wydawcy: http://www.znak.com.pl/autor/Joanna-Kos-Krauze

* Wszystkie cytowane fragmenty pochodzą z omawianej książki.

piątek, 20 października 2017

Girl power

„Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy” Anny Dziewit-Meller to kolejna w ostatnim czasie książka o silnych, mądrych, odważnych kobietach, które dzięki swej determinacji zapisały się trwale w historii – przeznaczona dla młodych czytelniczek i czytelników. Wyróżnia ją nieoczywisty klucz doboru postaci i ciekawy pomysł narracyjny.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że na naszym rynku zapanowała ostatnio moda na publikacje o niezależnych ambitnych, dzielnych kobietach - dla kobiet zarówno dorosłych, jak i tych dużo młodszych. Niewątpliwie jest to dobry trend: edukację, budowanie feministycznej świadomości warto rozpocząć jak najwcześniej. Nie sposób nie łączyć tego wysypu „dziewczyńskiej” literatury z sytuacją polityczną w Polsce: Czarnym Protestem, próbami ograniczania wolności wyboru kobietom przez polityków.

„Damy, dziewuchy, dziewczyny” ukazały się niemal w tym samym czasie, co głośne „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” Eleny Favilli i Francesci Cavallo. Siłą rzeczy książka Anny Dziewit-Meller będzie traktowana jako polska odpowiedź na… i do niej porównywana. Łączy je tylko temat, różni sposób jego realizacji.

Zamiast pójść utartym, sprawdzonym szlakiem i napisać o współczesnych, powszechnie znanych i podziwianych kobietach sukcesu ze świata kultury, mediów, czy sportu, autorka postanowiła sięgnąć nieco głębiej do polskiej historii. I był to znakomity pomysł. Dzięki temu udało się bowiem odkurzyć, wyciągnąć na światło dzienne postaci kobiet nieco zapomnianych, bądź całkowicie nieznanych. Nie tylko dzieciom, ale również dużej części dorosłych.

Ilu z nas – dorosłych wie, kim były Henryka Pustowójtówna, Elżbieta Drużbacka, Magdalena Bendzisławska?  Ilu z nas na co dzień pamięta o Krystynie Krahelskiej, Krystynie Skarbek, Narcyzie Żmichowskiej? Wszystkie one są bohaterkami tej książki. W tym ciekawym gronie nie zabrakło też miejsca dla najbardziej znanej kobiety – uczonej Marii Skłodowskiej-Curie, Izabeli Czartoryskiej, królowej Jadwigi Andegaweńskiej. Pojawiają się tu również bardziej współczesne postaci, jak himalaistka Wanda Rutkiewicz czy projektantka mody Barbara Hulanicki.

Narratorką opowieści jest uczestniczka Powstania Styczniowego Henryka Pustowójtówna. Przychodzi w odwiedziny do domów swoich koleżanek, w ten sposób przedstawiając kolejne postaci z kart książki. Wspólnie tworzą barwną, charakterną grupę. Są wśród nich: poetka (Drużbacka), lekarka (Bendzisławska), malarka (Stryjeńska), przyrodniczka (Kossak) i wiele innych.

Dzielą je czasy, w których żyły, wiek, obszar działalności, łączy to, że wszystkie musiały pokonać liczne przeciwności losu, by móc robić to, co chciały, spełniać się i osiągnąć cele, które sobie postawiły. Do tych przeszkód należał przede wszystkim brak dostępu do edukacji, niemożność uczestniczenia w życiu publicznym, ostracyzm społeczny. Zostało to wielokrotnie w książce podkreślone. 

Warto uświadamiać dzieciom, że świat nie zawsze był tak otwarty i pełen możliwości, jak teraz. Nie wszystko przyszło łatwo i zostało dane raz na zawsze. W związku z tym należy to doceniać i mądrze z wszystkich tych dobrodziejstw  korzystać.

Bardzo dobrym rozwiązaniem jest wprowadzenie przewodniczki w postaci Pustowójtówny. Poprzez swoją bezpośredniość, język, którego  używa udaje się stworzyć przyjacielską, pozbawioną dystansu relacje z młodymi czytelnikami. Dzięki temu całość jest dla nich atrakcyjna w formie, zrozumiała i łatwo przyswajalna. 

Dodatkowym ułatwieniem i atutem jest obecność ramek, w których zostały  wyjaśnione  trudniejsze słowa i szerzej omówiono niektóre zjawiska. Można je traktować jako mini kompendia wiedzy.

Na uwagę zasługują również piękna okładka i  ilustracje autorstwa Joanny Rusinek. Obecność czarno-białych portretów w książce dla dzieci początkowo może nieco dziwić, wydawać się mało zachęcająca. Gdy jednak weźmiemy pod uwagę jej temat i czasy, o których mowa okaże się, że jest to absolutnie spójna, pasująca koncepcja.

„Damy, dziewuchy, dziewczyny” to interesująca książka dla małych i dużych, bez względu na płeć. Dorosłym pozwoli odkryć, bądź przypomnieć sobie postaci, o których zapomnieli lub nie mieli pojęcia. Dziewczynkom pokaże, że warto marzyć, być odważną i nie poddawać się w dążeniu do celu, mimo przeciwności losu, a chłopcom udowodni, że dziewczynki również mają ekscytujące, zapierające dech w piersiach przygody, a określenie słaba płeć należy włożyć między bajki. Raz na zawsze. 

Miejmy nadzieję, że to dopiero początek fali i już wkrótce pojawi się u nas jeszcze więcej tak mądrych, zrealizowanych z pomysłem książek dla najmłodszych. Są one wyjątkowo ważne i potrzebne zwłaszcza teraz, gdy w ramach reformy edukacji usiłuje się napisać historię na nowo, wymazując z jej kart niewygodne dla rządzących postaci.  

Lekcjom patriotyzmu i feminizmu w formie zaproponowanej przez Annę Dziewit-Meller w „Damach, dziewuchach, dziewczynach”, mówię stanowcze: TAK.

Ocena: 8/10
A.Dziewit-Meller, „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy”[il.J.Rusinek], Wydawnictwo Znak emotikon 2017.


*Dziękuję Wydawnictwu Znak emotikon za przekazanie egzemplarza do recenzji.