sobota, 20 lipca 2019

Lektury wakacyjne, część 2 – Dokąd odchodzą parasolki Afonso Cruz


Potrzebowałam grubej, smutnej powieści. Takiej, która pochłonie mnie bez reszty i pozwoli nie myśleć o niczym innym. Dokąd odchodzą parasolki, wydawała się idealnie spełniać wszystkie kryteria.

Do sięgnięcia po tę powieść zachęciło mnie polecenie Oli z Parapetu Literackiego, która uznała ją za jedną z najlepszych książek ubiegłego roku. Gdy wreszcie otrzymałam ją w prezencie, nie mogłam doczekać się lektury. Z uwagi na dużą objętość (600 stron), postanowiłam odłożyć ją jednak na wakacje, kiedy będę miała więcej czasu.

Życie twórcy dywanów -  Fazala Elahiego to swoiste ćwiczenia z utraty: najpierw opuszcza go żona, krótko po tym w tragicznych okolicznościach umiera jego mały syn. Zostają mu jedynie zrzędliwa siostra – Amina oraz niemy kuzyn o nadprzyrodzonych zdolnościach – Badini. Pogrążony w rozpaczy Elahi usiłuje na nowo znaleźć sens życia. Gdy wydaje się, że wyszedł na prostą, los ponownie wystawia gorliwego muzułmanina na próbę.

Baśniowa powieść, zanurzona w świecie Orientu początkowo urzeka. Mnóstwo tu melancholii, alegorii, realizmu magicznego. Niestety w miarę rozwoju fabuły nasila się atmosfera religijnego wzmożenia i  pseudo duchowego natchnienia, które niebezpiecznie ociera się o kicz i banał. To drażni, a rozciągnięte na sześciuset stronach zwyczajnie męczy. Zakończenie całości mnie osobiście nieco rozczarowało.

Jeśli lubicie opasłe, smutne powieści, bez happy endu, a do tego jesteście zagorzałymi fanami Orientu i wszystkiego, co się z nim wiąże, z całą pewnością będzie to coś dla was. Moje oczekiwania wobec tej książki były dużo większe i ogólnie rzecz biorąc jestem zawiedziona po lekturze.


A.Cruz, Dokąd odchodzą parasolki, tł. W. Charchalis, Wydawnictwo Rebis 2018.



poniedziałek, 15 lipca 2019

Lektury wakacyjne, część 1 – Współczesna rodzina Helga Flatland


Połowa lipca już za nami, a za mną pierwsza część urlopu. Doszłam do wniosku, że jest to dobry moment, żeby podzielić się wrażeniami z lektur, które spakowałam do walizki i tych, które po prostu uda mi się przeczytać w lecie. Nie będą to pełnowymiarowe recenzje, a krótkie notatki, w których skupię się na przemyśleniach i emocjach, które we mnie wzbudziły, bądź nie.

Coraz ciekawiej prezentuje się oferta Wydawnictwa Poznańskiego. Moje szczególne zainteresowanie wzbudziła Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich. Przeczytanie Współczesnej rodziny, planowałam od momentu jej pojawienia się na rynku. Mimo że książkę otrzymałam wcześniej w prezencie, lekturę świadomie odłożyłam na wakacje. Czy był to dobry wybór? Raczej tak.

Spokojna, niewinna sytuacja – rodzinny urlop z okazji 70. urodzin ojca – Sverrego zmienia się, gdy rodzice postanawiają ogłosić trójce swoich dzieci, że postanowili się rozstać po czterdziestu latach małżeństwa. Liv, Ellen i Hakon w jednej chwili muszą odnaleźć się w nowej sytuacji, porzucić wszystkie dotychczasowe wyobrażenia o domu rodzinnym, spojrzeć prawdzie w oczy i zmierzyć się z nie zawsze wygodnymi faktami.

Pozornie, otwarta, tolerancyjna, zżyta ze sobą emocjonalnie rodzina w miarę rozwoju fabuły okazuje się być konserwatywna i zwichrowana, jak wiele innych.

Autorka zastosowała ciekawy zabieg narracyjny – o tych samych wydarzeniach opowiada oddzielnie każdy z rodzeństwa. Ta wielogłosowość doskonale pokazuje, jak bardzo różnie pamiętamy i przeżywamy te same zdarzenia, nawet wychowując się w jednym domu.

Rzecz o tym, że nasze wyobrażenia o nas samych i rodzinie, w której dorastamy z reguły mocno rozmijają się z rzeczywistością. Uświadomienie sobie tego jest bolesnym procesem. O nieumiejętności odcięcia pępowiny i niemożności oderwania się od korzeni. O tym, że nie ma rodzin idealnych i bezproblemowych, wystarczy zajrzeć pod podszewkę. O presji społecznej i emocjonalnej wywieranej na kobietach nieposiadających dziecka i wreszcie o problemie bezpłodności, z którym boryka się coraz więcej par.

Powieść „bez akcji”, oparta na dialogu, ze szczegółowymi portretami psychologicznymi bohaterów. Dla wielbicieli powolnych narracji, lubujących się w odkrywaniu krajobrazu emocjonalnego postaci, bądź tych, którym bliski jest szeroko pojęty temat dysfunkcyjnej rodziny. Ostrzegam, że niecierpliwi mogą mieć problem z doczytaniem powieści do końca. Niemniej jednak polecam i jeszcze tego lata planuje sięgnąć po kolejne tytuły serii skandynawskiej.

H. Flatland, Współczesna rodzina, tł. K.Drozdowska. Wydawnictwo Poznańskie 2019.

piątek, 21 czerwca 2019

Kotka i Generał – Nino Haratischwili


Kotka i Generał  to uszyta na miarę, skrojona na literacki bestseller powieść o zbrodni i karze, namiętności, nadużyciach władzy. O wszystkim, co najważniejsze.

Poprzednia powieść autorki – Ósme życie – dwutomowa saga rodzinna zrobiła na mnie duże wrażenie. Miała wszystko to, co najlepsze w klasycznych powieściach, pochłaniała bez reszty. Od tamtej pory z niecierpliwością czekałam na jej kontynuację, bo książka początkowo była zapowiadana jako trylogia. Czas mijał, a słuch o kontynuacji zaginął. Pisarkę zapamiętałam jednak jako tę, na której kolejne książki warto czekać. Zapowiedź wydawniczą jej najnowszej powieści przyjęłam z radością. Oczekiwania były duże. I nie zawiodłam się.

Tym razem historia została zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami – gwałtem i morderstwem Czeczenki Elzy Kungajewej dokonanym przez odział pułkownika Jurija Budanowa podczas II wojny czeczeńskiej. Tą sprawą zajmowała się niezależna rosyjska dziennikarka Anna Politkowska, która również została brutalnie zamordowana.

Siedemnastoletnia Czeczenka -  Nura chce wyrwać się z rodzinnej wsi i zostać aktorką. Młody chłopak pochodzący z rodziny wojskowej z tradycjami, zwany Oseskiem chce ułożyć sobie życie z ukochaną i zawodowo czytać książki. Obojgu na przeszkodzie do spełnienia marzeń staje wojna. Ich losy splotą się ponownie, gdy wysoko postawiony rosyjski generał zaproponuje gruzińskiej aktorce, by zagrała dawno nieżyjącą osobę. Nagranie wykorzysta do osobistej zemsty na dawnych kolegach.

Kotka i Generał to wielogłosowa narracja z szerokim planem. Czasy i miejsca zmieniają się tu jak w kalejdoskopie. Z Czeczenii połowy lat 90. ,przenosimy się do Rosji okresu pieriestrojki, by chwilę później znaleźć się we współczesnym Berlinie. Autorka świetnie opisuje układy rządzące Rosją w latach 90., które przetrwały do dzisiaj.

Haratischwili zastanawia się nad istotą zła. Pokazuje, że człowiek sprowokowany przez okoliczności jest zdolny zamienić się w bestię, niezależnie od tego, jak bardzo szlachetny był w normalnych warunkach. To powieść o poczuciu winy i niemożności życia bez podjęcia prób jej odkupienia. O przemocy, nadużyciach władzy i potędze pieniądza, ale także, a może przede wszystkim :o miłości, namiętności, niespełnionych marzeniach, ambicji, straconych złudzeniach.

Kotka i Generał jest napisana z epickim rozmachem. Niektóre rozdziały przybierają wręcz formę mikropowieści. Portrety psychologiczne bohaterów są bardzo ciekawe. Wszystkie wątki w nieoczywisty sposób łączą się ze sobą w spójną całość. Napięcie jest stopniowane, rośnie z każdą kolejną stroną, która odsłania następne elementy układanki. Taki zabieg pozwala do końca utrzymać uwagę czytelnika na najwyższym poziomie. Mamy tu też doskonałą mieszankę gatunkową: powieści obyczajowej, kryminału, thrillera, a nawet reportażu. Dla każdego coś dobrego.

Czy najnowsza powieść Nino Haratischwili jest wybitna i ponadczasowa? Trudno powiedzieć. Z całą pewnością jest to świetnie napisana, wciągająca książka. To wystarczające powody do tego, by po nią sięgnąć i nie żałować tej decyzji. Autorce można natomiast pozazdrościć niewątpliwego talentu do tworzenia tak rozbudowanych narracji, według starych, sprawdzonych wzorców, niebywałej sprawności językowej i lekkości pióra.

Twórczość Gruzinki jest przewidywalna, w dobrym tego słowa znaczeniu. Nazwisko Haratischwili jest już gwarancją literackiej jakości i mam nadzieję, że tak pozostanie.

N. Haratischwili, Kotka i Generał, tł. U. Poprawska, Wydawnictwo Otwarte 2019.
*Dziękuję Wydawnictwu Otwarte za przekazanie egzemplarza do recenzji.


niedziela, 16 czerwca 2019

Ordesa – Manuel Vilas


Powieść Vilasa to gorzka pigułka, która z pewnością nie przynosi uzdrowienia ani pocieszenia. Uświadamia za to, jak wiele chorób toczy współczesną cywilizację. Prowadzi też do smutnej konstatacji, że wiele z nich, wcześniej czy później dotknie każdego z nas.

Ordesę należy traktować przede wszystkim jako powieść autobiograficzną. Narratorem jest sam autor. Granica między prawdą, a zmyśleniem jest tu jednak tak płynna, że ciężko ją jednoznacznie sklasyfikować. Całość ma także dość specyficzną formę: rozdziały mają postać miniatur. Uwagę przykuwa również niezwykle poetycki język.

Śmierć rodziców jest dla Vilasa pretekstem do dokonania życiowego bilansu. Jawi mu się ono jako pasmo porażek. Krytycznie patrzy na każdy aspekt swojej egzystencji i jest w tych ocenach bezlitosny dla siebie. Uważa, że nic mu w życiu nie wyszło: relacje z rodzicami, małżeństwo, praca, z własnymi dziećmi łączą go jedynie powierzchowne, okazjonalne stosunki. Nie uniknął także uzależnienia od alkoholu i leków. Ono przede wszystkim przyczyniło się do zniszczenia rodziny. Goryczy nie osładzają ani sukcesy poetyckie ani udział w bankiecie wydanym przez króla Hiszpanii.

Mamy do czynienia z człowiekiem przegranym, który bardzo trzeźwo patrzy na swoją sytuację. Świadomość, że został sam na świecie sprawia, że poprzez wspomnienia chce na nowo zbudować  relację z rodzicami, dzięki nim ma wrażenie, że ona nadal trwa. Ten proces odbudowy dotyczy również pozostałych członków rodziny.

Vilas ostro rozlicza się też z samą Hiszpanią. Opisuje liczne, nieudane próby wyjścia z biedy, niemożność osiągnięcia awansu społecznego, mimo wielu lat pracy w szkolnictwie. Sytuacji nie ułatwia trwający wciąż kryzys ekonomiczny, wysokie bezrobocie wśród młodych ludzi, brak perspektyw.

Ordesa to przede wszystkim opowieść o miłości. Nieumiejętności mówienia o niej i okazywania jej. Rodzinie, którą wielu z nas docenia dopiero wtedy, gdy tej już nie ma. Tęsknocie niemożliwej do ukojenia. Stracie, przemijaniu i dojmującej samotności. Jest to również poruszające studium uzależnienia.

Monolog Vilasa nie daje czytelnikowi chwili wytchnienia, nadziei. Mnóstwo tu melancholii, smutku, przygnębienia.  Jeśli pojawia się humor to wyłącznie ironiczny, zgryźliwy. Typowy „ śmiech przez łzy”.  Trudno oprzeć się wrażeniu, że proces pisania był dla autora rodzajem autoterapii. Z pewnością nie jest to łatwa lektura, nie ulega jednak wątpliwości, że warto podjąć trud i przeczytać ją w całości. To tekst do przeżycia, przemyślenia i wyciągnięcia wniosków.

Siła powieści Manuela Vilasa tkwi przede wszystkim w uniwersalności. Każdy z nas nosi lub będzie nosił taką książkę w sobie. Wcześniej, czy później wszyscy będziemy musieli zmierzyć się z tematami ostatecznymi, o których na co dzień wolimy nie myśleć, odsuwamy je od siebie, jak najdalej. Tego typu literatura jest ważna i potrzebna. Poszerza świadomość, oswaja lęk, stanowi przestrogę. Mądrych książek nigdy dość. Ta taka właśnie jest.

M.Vilas, Ordesa, tł. C. Marrodán Casas, Wydawnictwo Rebis 2019.
*Dziękuję Wydawnictwu Rebis za przekazanie egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Dorosłe dzieci


Taśmy rodzinne Macieja Marcisza to dobrze rokujący na przyszłość, choć niepozbawiony wad debiut literacki.

Przyznam szczerze, że hasło: „debiut literacki” zawsze wywołuje u mnie podejrzliwość. Określenie „polski debiut literacki” – chęć ucieczki. Czytanie większości z nich przypomina senny koszmar, z którego chcemy się jak najszybciej obudzić i jest drogą przez mękę. Prawdziwe objawienia i perełki w tej kategorii zdarzają się rzadko. Dla recenzentów pisanie o powieściach z tej półki jest najtrudniejszym wyzwaniem. Jak napisać prawdę o książce i nie zniechęcić przy okazji autora do dalszego rozwoju, jeśli nasza opinia jest negatywna? Dlatego z reguły nie czytam polskich debiutów literackich. Jednak czasami od reguły zdarzają się wyjątki. Do sięgnięcia po Taśmy rodzinne zachęcił mnie interesujący temat oraz patronat medialny jednego z moich ulubionych magazynów. Uznałam, że to za wystarczająca rekomendacja. Ogólnie rzecz biorąc była to dobra decyzja.

Marcin Małys jest trzydziestoletnim artystą wizualnym z ambicjami. Problemy: 63 tysiące długu i prowadzenie rozrywkowego trybu życia w stolicy. Wybawieniem dla głównego bohatera ma być majątek odziedziczony po ojcu. Nestor rodu Małysów jednak nagle zmienia zdanie: postanawia wydziedziczyć syna, a pieniądze przekazać na cele charytatywne. Gdy znajomi bombardują smsami z prośbami o zwrot pieniędzy, skrzynka mailowa pęka w szwach od ponagleń i wezwań do zapłaty, a na karku czuć oddech komornika, nie pozostaje nic innego, jak schować ambicję z dumą do kieszeni i wrócić do domu rodzinnego. Tam czekają na Marcina dawne konflikty i nierozwiązane problemy z przeszłości, którym będzie musiał stawić czoło.

Druga część powieści to narracja prowadzona przez ojca – Jana Małysa. Jest to klasyczna historia „od pucybuta do milionera”. Pochodzący z małej miejscowości Małys – senior w dzieciństwie doświadczył biedy i przemocy domowej. Jako dorosły człowiek ma jeden cel – awansować społecznie i raz na zawsze pożegnać biedę. Początek lat 90., okres transformacji ustrojowej to wymarzony czas dla dorobkiewiczów. Nagle świat stanął otworem, pojawiło się mnóstwo nowych możliwości i przez jakiś czas wydawało się, że tortu wystarczy dla wszystkich. Dzięki sprytowi, obrotności i determinacji Jan Małys szybko dorabił się dużego majątku na handlu artykułami spożywczymi. Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia i równie szybko padł ofiarą żądzy pieniądza. Chce więcej, więcej i więcej. Ceną stale rosnącego statusu materialnego jest nieobecność w domu i brak czasu dla rodziny, Powroty są ciągłą próbą nadrobienia straconego czasu, a autorytet budowany za pomocą pieniędzy i krzyku. Bezskutecznie.

Ulubioną rozrywką rodziny Malysów są zakupy. Cotygodniowe wyprawy do nowo powstałej galerii handlowej są jednym z nielicznych elementów spajających rodzinę. Kupują wszystko i dużo, żeby przypadkiem nie zabrakło. Marcin i dwójka jego rodzeństwa: Magda i Maks przebierają w markowych ubraniach, najnowszych zabawkach, „zagranicznych” słodyczach. Umiar to dla nich pojęcie ze słownika wyrazów obcych. Kolejnym polem konsumpcyjnej eksploracji jest dom. W wiecznym remoncie i przebudowie, bo przecież trzeba być na czasie, nadążać za trendami. To ostatnie niewątpliwie jest konikiem matki – Alicji Małys. Teoretycznie – westalki domowego ogniska, kobiety wrażliwej. Praktycznie pełniącej rolę luksusowej paprotki i z trudem panującej nad domowym chaosem.

Wydaje się, że rodzinie nie brakuje niczego. Mają wszystko. Poza miłością, bliskością, ciepłem. Nadwrażliwemu Marcinowi od początku trudno się odnaleźć w rodzinie. Sytuacji nie ułatwiają surowy ojciec i rodząca się homoseksualna orientacja. Brat Marcina – Maks, jest uzdolniony wokalnie, wygrywa dziecięce konkursy, nagrał płytę z kolędami, koncertuje. On sam także chciałby być w czymś najlepszy, zaimponować rodzinie, być podziwianym. Niestety, bardzo długo nie wie, co mógłby robić w życiu.

Drugim ulubionym zajęciem rodziny Małysów jest szydzenie z ludzi gorzej sytuowanych od nich. Dotyczy to zwłaszcza części rodziny ze strony ojca, która pozostała na wsi. Szybko okazało się, że dziki kapitalizm lat 90. nie obdzielił wszystkich po równo. Podział na nowobogackich i mniej zaradną resztę pogłębiał się z każdym rokiem, a coraz mocniej widoczne różnice ekonomiczne utrudniały codzienne relacje międzyludzkie. Zawiść i zazdrość stała się chlebem powszednim, nawet w najbliższym otoczeniu. Ci którzy nie spędzali wakacji all inclusive na greckiej wyspie i nie byli odziani od stóp do głów w „metki”, z marszu zostawali uznani za gorszych. Minimalizm jako styl życia w latach 90. również był pojęciem ze słownika wyrazów obcych. To w debiucie Marcisza zostało doskonale pokazane.

Tytułowe taśmy rodzinne, czyli po prostu kasety VHS z uwiecznionymi ważnymi momentami z życia rodziny, stały się przyczyną konfliktu i doprowadziły do zerwania kontaktów Marcina zarówno z rodzicami, jak i z rodzeństwem. To także świetna metafora tego, jak bardzo oficjalna wersja naszego życia, którą prezentujemy światu, różni się od tej prawdziwej. Ile fałszu, hipokryzji kryje się często w zapisach pozornie szczęśliwych chwil: wakacji, świąt, urodzin. Taktyka „nie mów nikomu, co się dzieje w domu” miała i wciąż ma wielu wyznawców.

Taśmy rodzinne Macieja Marcisza to cenna i w gruncie rzeczy udana próba stworzenia powieści o okresie transformacji ustrojowej. Konsumpcjonizm, wyścig szczurów, roszczeniowość,  to zjawiska dobrze znane pokoleniu trzydziestolatków. Autora cechuje bardzo dobry słuch literacki. Proza wyróżnia się celnymi obserwacjami, błyskotliwymi pointami  poczuciem humoru, a także empatią wobec bohaterów i ich postaw. To również, a może przede wszystkim gorzka saga rodzinna o nieumiejętności budowania bliskich relacji, poszukiwaniu własnej tożsamości, niedojrzałości, strachu przed wzięciem odpowiedzialności za swoje życie i decyzje. Z Taśm rodzinnych, płyną również bardziej oczywiste wnioski o tym, że nie wszystko można kupić i, że pieniądze szczęścia nie dają.

Główny zarzut wobec debiutu Marcisza jest taki, że powieść jest miejscami przegadana. Niektóre sceny i opisy mogłyby być zdecydowanie krótsze. Byłoby to z korzyścią dla fabuły, która w takim kształcie miejscami się rozmywa i traci rytm, a szkoda. Takie postępowanie jest częste dla debiutantów, którzy z reguły mają dużo do powiedzenia i korzystając z możliwości szerszej wypowiedzi, chcą powiedzieć wszystko od razu, nie zawsze umiejętnie selekcjonując przy tym wartościowe treści. Tego typu niedociągnięcia można łatwo wybaczyć, gdy całość prezentuje dobry poziom. Pojawiają się tu też dość schematyczne rozwiązania fabularne, ale to już wyłącznie rzecz gustu.

Marcisz, to nazwisko, które zdecydowanie warto zapamiętać. Literacki debiut pokazuje, że w tym autorze drzemie duży potencjał, który w przyszłości być może zaowocuje równie ciekawymi dokonaniami. Osobiście zamierzam uważnie przyglądać się Jego dalszym pisarskim poczynaniom, bo Taśmy rodzinne niewątpliwie wypełniły pewną lukę w literaturze polskiej. I za tę odwagę w podejmowaniu niełatwych tematów należą Mu się brawa.

M.Marcisz, Taśmy rodzinne, Wydawnictwo W.A.B. 2019.
*Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za przekazanie egzemplarza do recenzji.

środa, 22 maja 2019

Zależności



Mama mordercy Idy Linde to dla mnie niewątpliwie największe olśnienie literackie w ostatnim czasie. Już teraz śmiało zaliczam tę książkę do czołówki najlepszych, przeczytanych w tym roku.

Mówią: nie oceniaj książki po okładce. W tym wypadku zupełnie nie mają racji. Oprawa graficzna tej powieści jest po prostu piękna. Intryguje, przyciąga wzrok i prosi: zajrzyj do mnie. O wyborze lektury zdecydowała, jak zawsze fabuła, jednak okładka tym razem znacząco przyspieszyła tę decyzję. Po raz kolejny okazało się, że chodzenie bocznymi drogami czasem przynosi wspaniałe niespodzianki w postaci niespodziewanych odkryć. Takim -  jest dla mnie twórczość Idy Linde. Mama Mordercy to moje pierwsze spotkanie z dorobkiem szwedzkiej pisarki. Ta niezwykle oszczędna, kameralna proza robi piorunujące wrażenie. Pochłania i wciąga od pierwszego zdania.

Mój chłopiec zapytał mnie: czy kochałabyś mnie, gdybym kogoś zabił? To było zanim wiedzieliśmy. Bo  mój chłopiec był tylko chłopcem, gdy zapytał: czy kochałabyś mnie, gdybym kogoś zabił? A ja odpowiedziałam mu: tak.* Tak zaczyna się historia Henrietty i jej chłopca. Mroczna opowieść o toksycznym macierzyństwie, granicach poświęcenia , niszczącej sile namiętności.

Henrietta jest dla swojego chłopca nadopiekuńczą matką. Żyją w symbiozie. Tworzą w zasadzie jeden organizm, ona definiuje się bowiem wyłącznie poprzez jego istnienie. Poza pracą zawodową, która zapewnia im utrzymanie, zrezygnowała ze wszystkich swoich potrzeb i pragnień Poświęciła się w pełni, przynależy wyłącznie do niego. Wydaje się, że w tej ciasnej, dusznej przestrzeni nie ma już miejsca na nic innego. Do czasu.

Chłopca zaczynają nawiedzać senne koszmary. Są zwiastunem nieoczekiwanego. Henrietta czuje, że traci wpływ na rzeczywistość, że zdarzenia przekraczają możliwości jej działania. Pewnego dnia policjanci przynoszą złe wieści: chłopiec popełnił zbrodnię. Ostatecznie wymknął się spod kontroli. Zostają rozdzieleni. W końcu stają się osobni.

Zrozpaczona Henrietta jest zmuszona do zbudowania nowej tożsamości, zweryfikowania poglądów. Jako matka mordercy pada ofiarą ostracyzmu społecznego. Musi skonfrontować się z własnymi emocjami: rozczarowaniem, wszechogarniającą samotnością. Ta dojmująca pustka domaga się wypełnienia, zastąpienia inną relacją.

Podczas wizyt w więzieniu główna bohaterka poznaje Grace – również  matkę  mordercy. Połączy je intymna, uzależniająca relacja. Zbieżność losów sprawia, że kobiety mogą stać się dla siebie nawzajem ratunkiem. Henrietta uznaje, że może podjęć próbę zbudowania własnego szczęścia, niezależnie od sytuacji syna. Pozwala sobie odczuwać zadowolenie z życia, mimo przeżywanej rozpaczy. Ten wątek jest niewątpliwie nowym otwarciem w powieści. Od tej pory uwaga ogniskuje się wokół związku tej dwójki i emocji, które im towarzyszą. Okazuje się, że Mama mordercy to przede wszystkim powieść o niemożności życia bez miłości, zniewalającej sile namiętności, o tym, że życie nie znosi próżni.

Linde zręcznie zwodzi czytelnika. Do końca nie wiadomo, czy „mój chłopiec”, jak mówi o nim Henrietta jest biologicznym dzieckiem bohaterki. Równie umiejętnie buduje napięcie. Klaustrofobiczna atmosfera sprawia, że wielokrotnie mamy ochotę jak najszybciej porzucić lekturę, uciec od niej. Mimo wszystko nie jesteśmy w stanie tego zrobić, ciekawość jest silniejsza. Narracja zasysa nas strona po stronie, do samego końca. Tę skromnych rozmiarów prozę czyta się, jak najlepszy thriller.

Autorka stawia również wiele fundamentalnych pytań m.in. o : granice poświęcenia, kompromisu, oddania drugiej osobie. Ważne jest też to, czy i w jakim stopniu jesteśmy w stanie zapomnieć o traumie i, czy czas w jakikolwiek sposób w tym pomaga? Niektóre rzeczy zostają tu zaledwie zasygnalizowane, wiele ukrywa się między wierszami, a postaci nie są jednoznaczne. Dzięki temu zostaje duże pole dla własnych interpretacji.

O wyjątkowości powieści decyduje język używany przez pisarkę. Krótkie, nasycone emocjami zdania, z chirurgiczną precyzją trafiają w sedno i serce. Linde udowadnia, że mniej znaczy więcej. Proza poetycka najwyższej próby. W tym miejscu warto także wspomnieć i podkreślić rolę znakomitego tłumaczenia Justyny Czechowskiej.

Mama mordercy to książka, od której trudno się uwolnić. Obezwładnia, wprawia w letarg, wywołuje natłok myśli długo po zakończeniu lektury. Na tym właśnie polega siła wybitnej literatury. Oby było jej jak najwięcej.

I.Linde, Mama mordercy, tł. Justyna Czechowska, Lokator Media 2019.
*Dziękuję Wydawnictwu Lokator Media za przekazanie egzemplarza do recenzji.
* Wszystkie cytaty pochodzą z omawianej książki.

czwartek, 16 maja 2019

Niedorajda – Michał Rusinek


Każdy z nas czasem zastanawia się, jak żyć, kiedy nie da się żyć i jak sobie poradzić, kiedy nie można sobie poradzić? Co zrobić w tej sytuacji? Przeczytać koniecznie Niedorajdę Michała Rusinka.

Nie ma żadnej pewności, że po lekturze zaczniemy radzić sobie lepiej. Gwarantowane są natomiast niekontrolowane wybuchy śmiechu, doskonały nastrój trwający długo po zakończeniu czytania i przekonanie, że warto jednak pozostać niedorajdą.

Ludzie od dawna poszukują recept i gotowych rozwiązań problemów. Nie wierzymy we własne siły, nie ufamy swojej wiedzy, intuicji. Boimy się samodzielnie kierować własnym życiem, ponosić konsekwencje wyborów. Fachowa pomoc wydaje się niezbędna już niemal w każdej sprawie.W razie czego można spokojnie przerzucić odpowiedzialność za ewentualne niepowodzenie na złego doradcę. 

Szybkie tempo życia, nadmiar informacji, bodźców sprawiły, że korzystanie z tzw. mądrości zbiorowej stało się niemal powszechne. Momentami dochodzi do granic absurdu. Stąd niesłabnąca popularność wszelkich poradników, które obok kryminałów, cały czas są najchętniej kupowanym typem literatury. Szukamy odpowiedzi na wiele pytań. Najczęściej oczywiście na te fundamentalne: jak być szczęśliwym w trzech krokach, bo na pięć szkoda czasu, jak się zakochać, żeby się już nigdy nie odkochać i wiele innych.

Michał Rusinek - znany wielbiciel pypciów językowych, tym razem wziął na warsztat język poradników. Ze stosu wydawnictw drukowanych,stron internetowych,przeprowadzonych rozmów wybrał najbardziej kuriozalne, absurdalne przykłady. Z właściwym sobie poczuciem humoru, ironią i sarkazmem przeprowadził wnikliwą, poważną analizę oferowanych porad. Dzięki temu wzrosła nie tylko moja wiedza o języku, ale także, a może przede wszystkim o społeczeństwie i jego poziomie intelektualnym. Momentami jest to wiedza zatrważająca.

Jak podrywać
Temat-rzeka, stary, jak świat. Teoretycznie wszyscy coś na ten temat wiedzą . Praktyka wygląda dużo gorzej, co doskonale pokazują te frazy:

Cześć. Nie wiem, co mógłbym napisać w pierwszej wiadomości, żebyś była zainteresowana poznaniem się, więc załóżmy, że napisałem to wszystko. Co teraz?
Wzbudza pani we mnie instynkt przedłużenia gatunku.
Czy mógłbym zachować pani ósemkę na pamiątkę?
Chciałbym, żebyś mnie pochowała.
Hej, ty też jedziesz tym pociągiem?
Od razu ma się ochotę napisać „Jak dobrze być singlem i nigdy tego nie zmienić”.

Jak sprzedawać
Reklama dźwignią handlu, pieniądze szczęścia nie dają, ale zakupy owszem  Wiedzą o tym autorzy poradników. Niestety z tej wiedzy nie zawsze potrafią korzystać autorzy ofert sprzedaży na aukcjach internetowych.

Porcelana. Lata 60. Komplet niekompletny.
Bidetmajer. Stan gabinetowy.
Sprzedam liścia.
Oddam za darmo skarpety, ściągnięte prosto ze stopy.

Jak być inteligentem
Wiadomo, każdy by chciał, wielu wydaje się, że są, udaje się nielicznym. Poradniki doradzą, jakich słów i zwrotów używać w nadmiarze, by dodać sobie inteligencji.

Azaliż.
Abominacja.
Dychotomia.
Gentryfikacja.
Jakby.
Jeszcze raz?
Prokrastynacja.
Powiem tak.
Subwersywny.

To oczywiście tylko niektóre z rozdziałów i fragmentów.  W Niedorajdzie znajdziemy również instrukcje na temat tego: jak się leczyć, jak zostać pisarzem, jak korzystać z poczty, jak czytać nagłówki, jak przetrwać, jak być mężczyzną,  jak zostać paryżanką, jak tatuować no i najważniejsze,  jak uprawiać seks? Wszystkie felietony ukazały się w krakowskim dodatku „Gazety Wyborczej”. Wydaniu książkowemu towarzyszą pomysłowe rysunki Jacka Gawłowskiego.

Mam nadzieję, że czujecie się wystarczająco doradzeni w kwestii wyboru lektury. Po przeczytaniu jej jednym tchem i opanowaniu trwających długo salw śmiechu, przychodzi czas na refleksję. A może by tak w ten prześmiewczy sposób potraktować wszystkie poradniki? Nigdy więcej nie dać się nabrać, że którykolwiek z nich cudownie odmieni nasze życie. Najlepsza rada to: radź sobie sam!.Czego sobie i wam życzę.

M.Rusinek, Niiedorajda, czyli co nam radzą poradniki, Wydawnictwo Agora 2019.
*Dziękuję Wydawnictwu Agora za przekazanie egzemplarza do recenzji.
* Wszystkie cytaty i śródtytuły pochodzą z omawianej książki.