wtorek, 21 marca 2017

Recenzentka nieidealna

Ostatnio dużo czytam o dobrodziejstwach płynących z czytania i istnienia książek, przekornie postanowiłam, więc napisać o udręce związanej z ich recenzowaniem. Rzadko bowiem wspomina się o tym, że czytanie, owszem jest przyjemne, ale już konieczność oceniania książek niespecjalnie. Przyszedł czas na coming out: proszę Państwa, recenzentka nieidealna to ja.


Przekleństwo pierwszego zdania

Pierwsze zdanie jest najważniejsze! Grzmią niemal wszystkie literackie autorytety. Ty, zapoznana z klasyką literatury wiesz, że mają rację – ono naprawdę ma znaczenie, potrafi porwać albo zniechęcić do dalszej lektury. Ta świadomość nie pomaga w rozpoczęciu własnego tekstu, zwłaszcza, jeśli wiesz już od dawna, że nie zostaniesz drugim Dostojewskim, czy Dickensem, a co gorsza umiejętności nie wystarczy ci nawet na bycie Miłoszewskim. Cóż więc robić, kiedy pusta kartka prześladuje swą bielą, a tobie chodzi po głowie jedynie „ Bardzo krótki wiersz o frustracji” Piotra Mosonia.

Jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji wydaje się Prokrastynacja – ulubione słowo i zajęcie wszystkich twórców. Podobno ostatnio została  uznana za zaburzenie psychiczne. Muszę przyznać, że poczułam ulgę, czytając tę informacje. Uff, czyli to jednak nie zwykłe lenistwo – mamy naukową nazwę, fachowe uzasadnienie, a nawet metody leczenia – jestem uratowana, więc co by tu zrobić…Może kolejny odcinek ulubionego serialu, do końca zostały przecież jeszcze 4 sezony. Z pomocą przychodzi też, jak zawsze niezawodny Facebook – jego przeglądanie metodą po nitce do kłębka i żegnajcie cenne dwie godziny. O uwagę dopomina się również niecierpiąca zwłoki korespondencja. Recenzji, jak nie było, tak nie ma, ale przecież porządki wiosenne w szafie same się nie zrobią, a ostatecznie jest tyle innych ciekawych książek do przeczytania.

Aż w końcu przychodzi olśnienie: nie przesadzajmy, chodzi przecież o zwykłą recenzje, nie o zbawienie świata lekiem na raka. Z tą myślą wracasz do laptopa, piszesz pierwsze zdanie i całą recenzje w ciągu trzech godzin. Można? Można.

Wyróżnij się albo zgiń

Pierwsze zdanie nie czyni jednak recenzji. Po jego napisaniu pojawia się kolejny dylemat: jak napisać o książce, żeby nie popaść w banał i wyjść poza często stosowane: lektura lekka, łatwa i przyjemna, czyta się szybko i gorąco polecam. Jak nie marnować czasu swojego i czytelników? Pisać obszernie i ze szczegółami, co podobno nie sprawdza się na blogach, gdyż internauci nie mają cierpliwości do czytania długich tekstów, czy krótko, zwięźle i na temat, narażając się tym samym na zarzut o powierzchowność i spłycanie tematu.

Jak pisać o książkach nienajlepszych, nieciekawych, złych, które jednak trafiły do nas z naszego wyboru i trzeba jakoś „ugryźć” temat? Szczerze, czy jednak posługując się dyplomacją, żeby nie urazić wydawcy i biorąc pod uwagę różnorodność gustów? Na koniec najważniejsze, jak zachęcić czytelnika, jak sprawić, żeby nasz tekst był użyteczny i przysłużył się choć jednej osobie? Nie ma jednej dobrej odpowiedzi na  wszystkie te pytania, dlatego zamiast zaprzątać sobie nimi głowę, lepiej pamiętać, żeby pisać prosto (z mostu, w razie potrzeby) z sensem i starannie.

Owszem, dla każdego blogera i wydawcy wysyłającego egzemplarze ważna jest ilość odbiorców, zasięgi i lajki na portalach społecznościowych, ale w pędzie do tego celu, nie należy zapominać o tym, że najważniejsze jest zachowanie własnej osobowości, stylu i uczciwości, bo braku tych nie wynagrodzi nawet największa liczba obserwatorów.

Choć goni nas czas

Ilość książek ukazujących się każdego miesiąca przyprawia o zawrót głowy. Ich ciekawość i głód czytania jest ogromny, okres promocyjny tytułów natomiast bardzo krótki. Co robi więc blogerka nieidealna? Stara się za wszelką cenę być na bieżąco: korzysta z uprzejmości wydawców, zasobów własnych, Miejskiej Biblioteki Publicznej, a także, jakby tego było mało czytnika.

Stosy rosną, a ja dochodzę do przygnębiającego wniosku: nie dam rady przeczytać wszystkiego na czas! Sytuacji nie poprawia fakt obserwowania innych blogerów, tych idealnych, którzy mają w zwyczaju publikowania na blogach co najmniej raz w miesiącu zdjęć tzw. stosików do przeczytania w danym okresie, czym blogerkę nieregularną doprowadzają do szału i wpędzają w kompleksy. Ludzie, naprawdę czytacie to wszystko na raz i punktualnie wysyłacie wydawcom linki???

 Po prostu nie wierzę, z prostego powodu – istnieje też życie poza czytaniem. Nie da się pogodzić życia zawodowego, rodzinnego z taką ilością lektur. Wybieram więc kompromis. Nawet największe stosy książek, nie mogą odbierać przyjemności czytania i życia. W znalezieniu złotego środka pomaga magiczne słówko selekcja.

Zaczynam od tekstów, które w danym momencie wydają się najbardziej interesujące, rezygnuje z pisania o rzeczach fatalnych – na te zwyczajnie szkoda czasu, nawet, jeśli egzemplarze przyszły od wydawcy – jemu też nie zależy na czytaniu złej recenzji, bo nie taki jest cel promocji.

Resztę, owszem przeczytam, w swoim czasie i tempie. Nie zważając, że dzieło Pana X straciło już status nowości. Jeśli broni się jakością, upływający czas mu niestraszny. A wydawcy? Z całą pewnością doczekają się w końcu wszystkich zaległych linków. Wciąż chcę wierzyć, że w gruncie rzeczy nam wszystkim chodzi o to, żeby pisać dobrze i z sensem, nie na czas.

sobota, 11 marca 2017

(O)czytanie

Justyna Sobolewska napisała książkę, którą w swoim dorobku mógłby mieć każdy mól książkowy. To właśnie możliwość dopisania własnej, osobistej historii do tekstu, czyni z tej w gruncie rzeczy niepozornej książki przyjemną lekturę.

„ Książka o czytaniu” wpisuje się w długą tradycję „książek o książkach”. Jak pisze autorka we wstępie przewodnikami dla niej byli przede wszystkim Anne Fadiman i jej „Ex libris” oraz „Moja historia czytania” Alberto Manguela. Do tego nurtu można zaliczyć również twórczość Umberto Eco, „Labirynt” Borgesa, „Jeśli zimową nocą podróżny” Calvino i wielu innych. Wśród współczesnych rodzimych twórców wymienić należy m.in.: Ryszarda Koziołka i „Dobrze się myśli literaturą” , Barbarę Łopieńską i jej rozmowy „Książki i ludzie” oraz „Młodszego księgowego” Jacka Dehnela.

Jakimi czytelnikami jesteście? Nienasyconymi, wybrednymi, a może niecierpliwymi. Dzięki tej książce możecie się nad tym zastanowić. Nie od dziś wiadomo, że nałogowe czytanie ma różne zgubne skutki: bibliomania, krótkowzroczność i samotność to tylko niektóre z nich. Gdzie najbardziej lubicie czytać? W łóżku, na fotelu, a może przy stole? Zaginacie rogi, robicie notatki, zdarza wam się pobrudzić książki jedzeniem, zostawiacie w nich ważne drobiazgi? Nie martwcie się, nie jesteście jedynymi, czego dowody również znalazły się w „Książce o czytaniu”. Lektury wakacyjne, toaletowe i te najbardziej nieprzeczytane, do których wstyd się przyznać, odwieczny spór papier, czy e-book, sposób ustawienia tomów na półkach, kluby książki, a nawet repertuar lekturowy więźniów – tym wszystkim zagadnieniom autorka poświęca swoją uwagę. Obok wątków dotyczących czytelników, są te, które dotyczą pisarzy. Jest więc o urokach spotkań autorskich, znaczeniu pierwszego zdania, natchnieniu i wszelkich twórczych udrękach.

„Książka o czytaniu” jest jednym wielkim cytatem. Taki był zamysł autorki, bo jak pisze we wstępie: Pisarze lubią mówić o swoich lekturach dlatego ich głosów jest tu dużo . Trochę szkoda, że wśród cudzych zdań niknie nieco własny głos Justyny Sobolewskiej. Pozostaje niedosyt osobistych wspomnień dziennikarki. Oczywiście pojawiają się one, ale w stopniu niewystarczającym, w tego typu publikacji.

Lektura będzie szczególnie atrakcyjna dla osób, które dopiero odkrywają istnienie „książek o książkach”. Znajdą one tu wiele smaczków i dalszych literackich tropów. Ci, którzy w czasach studenckich, w ramach hobby bawili się w szukanie motywów książki i biblioteki w literaturze, raczej zaskoczeni nie będą, choć i oni nie powinni  z góry odrzucać tej książki, jako niewartej uwagi, gdyż i dla nich znajdzie się tu kilka ciekawostek.  Z pewnością jednak znacznie mniej, niż dla czytelników niezorientowanych w temacie.

Ocena: 7/10
J. Sobolewska, „Książka o czytaniu”, Wydawnictwo Iskry 2016.

* Dziękuję Wydawnictwu Iskry za przekazanie egzemplarza do recenzji http://iskry.com.pl/

Książka na stronie wydawcy: http://iskry.com.pl/literatura-piekna-poezja/477-ksiazka-o-czytaniu.html

środa, 1 marca 2017

Warszawa da się lubić!

Jedni ją kochają, inni nienawidzą, większość marzy, by choć przez moment śnić tam kolorowe sny i móc doświadczać wiosny oddychającej spaliną. Wiadoma rzecz – stolica. Autorzy albumu „Warszawa/Warsaw” Agnieszka Kowalska oraz duet fotografów Aga Bilska i Filip Marek Klimaszewski, postanowili udowodnić, że naprawdę można zgubić w niej serce. Zrobili to skutecznie.

Album powstał z inicjatywy twórców Autor Rooms – butikowego hotelu mieszczącego się przy ulicy Lwowskiej 17 http://www.autorrooms.pl/pol . Właściciele polecali swoim gościom interesujące miejsca w Warszawie, organizowali wycieczki tematyczne dla turystów. Po półtorarocznej działalności wszystkie swoje ulubione trasy, adresy zgromadzili w jednym miejscu i tak powstała „Warszawa / Warsaw”.

Nie jest to klasyczny, nudny przewodnik po mieście, gdzie ujęte zostały najważniejsze zabytki wraz ze swoją historią. Do publikacji zdecydowanie bardziej pasuje określenie miejscownik, zawiera bowiem subiektywne, starannie wyselekcjonowane wskazania: co zobaczyć, gdzie zjeść, gdzie się bawić, odpocząć, wypić najlepszą kawę, zrobić zakupy zarówno te spożywcze, jak i modowe. Znajdziemy tu coś dla oka, ducha i ciała. Autorzy zadbali o to, by wizyta w ich ukochanym mieście, dostarczyła przyjezdnym różnorodnych wrażeń i emocji.

Myślicie, że wizytę w Warszawie należy zacząć od symbolu - Pałacu Kultury i Nauki? A może by tak zmienić plany i zamiast oczywistości wybrać poszukiwanie sztuki w przestrzeni publicznej. Warszawa, poza słynną palmą przy Rondzie de Gaulle’a ma w tym względzie sporo do pokazania, np. „Żyrafę” Władysława Frycza, znajdującą się w Parku Praskim, czy dzieła autorstwa Maurycego Gomulickiego: „Ślizg” przy Wybrzeżu Gdyńskim 2 lub „Światłotrysk” na Kępie Potockiej. Jeśli jesteście fanami sztuki nie możecie ominąć Galerii Raster, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Zachęty. Lubicie zbaczać z głównych dróg? Powinniście koniecznie trafić do oryginalnie zachowanej kolonii domków fińskich na Jazdowie oraz Służewskiego Domu Kultury, gdzie w przestrzeni miejskiej można spotkać kozy i inne zwierzęta hodowlane. Przed romantykami lubiącymi długie spacery otworem stoją Łazienki, Park Skaryszewski, Pola Mokotowskie i wiele innych zielonych miejsc. Jeśli natomiast chcecie zabawić się w Filipa Springera i poszukać ciekawostek architektonicznych, udajcie się koniecznie do Domu Kereta, na rogu ulic Chłodnej i Żelaznej – najwęższego domu na świecie. Cokolwiek wybierzecie, jedno jest pewne – z „Warszawą/Warsaw” w ręku nie padniecie z głodu ani, pragnienia. W środku podanych jest kilkadziesiąt adresów miejsc, z dobrym jedzeniem, kawą, alkoholem, dostosowanych do różnorodnych potrzeb gości. Imprezowicze, książkoholicy, audiofile, fani designu – nie lękajcie się, pomyślano również o was, śmiało możecie, więc planować wizytę w stolicy. Ta kompletność, ujęcie różnych potrzeb i pasji jest niewątpliwie jedną z największych zalet wydawnictwa.

Równie ważne, jak tekst Agnieszki Kowalskiej – dziennikarki warszawskiej „Gazety Wyborczej”są tu zdjęcia Filipa Marka Klimaszewskiego i Agi Bilskiej. Warszawa została na nich pokazana od swojej najpiękniejszej strony: jako miasto zielone, otwarte, przyjazne. Nieoczywiste kadry i klimat uzyskany na fotografiach, sprawiają, że czasem trudno uwierzyć w to, że patrzymy na naszą stolicę, a nie inne europejskie miasto.

Zdjęcia i adresy przeplatane są wypowiedziami osób związanych z Warszawą, które mieszkają w niej i pracują od dłuższego czasu, a przede wszystkim po prostu lubią swoje miasto. Każdej z nich dano te same trzy zdania do uzupełnienia: Warszawa jest teraz?, Twoje ulubione miejsce w Warszawie? i Gdzie zabrałbyś przyjezdnych? Wśród rozmówców znaleźli się m.in.: Ania Kuczyńska, Bogna Świątkowska, Grzegorz Łapanowski, Piotr Polak. Obok tekstu polskiego, pojawia się angielskie tłumaczenie. Do albumu dołączono także praktyczną mapkę, gdzie zaznaczono wszystkie miejsca, o których mowa w tekście.

Największą zaletą i wartością publikacji „Warszawa / Warsaw” jest fakt, że twórcom udało się uchwycić i zamknąć na jej stronach energię, dynamikę, piękno  i specyfikę miasta. Najwyższa jakość wykonania sprawia, że nawet sceptycy mając w ręku ten album będą musieli zrewidować swoje poglądy i spojrzą na stolicę bardziej przychylnym okiem. Oryginalna forma, kompletność i spójność koncepcji, czynią całość unikalną na polskim rynku. Niewątpliwie jest to też najlepsza reklama stolicy od lat. Inne miasta powinny czym prędzej wziąć z „Warszawa / Warsaw” i jej twórców przykład i stworzyć podobne  u siebie, co mam nadzieję już wkrótce nastąpi. Jedna tego typu publikacja wykonana na najwyższym, pod każdym względem poziomie, czyni bowiem dla promocji miasta więcej, niż dziesiątki kampanii i imprez za miliony. A hasło zakochaj się Warszawie po zapoznaniu się z wydawnictwem wreszcie okazuje się możliwe do realizacji. Brawo!

Ocena : 10/10
Dziękuję http://www.autorrooms.pl/ za przekazanie egzemplarza do recenzji

Książka do nabycia: https://www.facebook.com/warsawalbum/?ref=ts&fref=ts

sobota, 17 grudnia 2016

Powtórka z rozrywki


O nowej powieści Szczepana Twardocha pt. „Król” napisano już w zasadzie wszystko. Zachwyty nad nią płynęły właściwie z każdej strony, w konsekwencji pojawiła się w większości zestawień najlepszych książek 2016 roku. Od premiery minęło już trochę czasu, szum medialny nieco ucichł, pora, więc najwyższa do tej beczki miodu, dodać odrobinę dziegciu.

O Twardochu śmiało można powiedzieć, że jest jednym z najpopularniejszych, a co za tym idzie, najlepiej sprzedających się polskich pisarzy w ostatnich latach. Za sprawą debiutanckiej, wielokrotnie nagradzanej „Morfiny” przebojem zdobył rynek wydawniczy, opanowując listy bestsellerów i, zyskując rzesze stałych czytelników. Wyraziste poglądy i wizerunek uczyniły też Twardocha jednym z najbardziej kontrowersyjnych rodzimych autorów. Tych etykietek w Jego wypadku można by zresztą mnożyć bez liku. Trzeba przyznać, że Twardoch szybko pojął zasady funkcjonowania współczesnego rynku wydawniczego, wie doskonale, że napisanie dobrej powieści to tylko połowa sukcesu, bo wizerunek publiczny i obecność medialna w szerokich kręgach są obecnie równie istotne. Z tymi czynnikami radzi sobie równie dobrze, jak z pisaniem, a to wciąż rzadkość wśród polskich twórców.

„Król” przenosi nas do Warszawy końca lat 30, konkretnie do jej części zdominowanych w tamtym okresie przez społeczność żydowską. Głównym bohaterem jest bokser Jakub Szapiro, który bierze pod specyficznie pojętą opiekę nastoletniego Mojżesza Bernsztajna. W wolnych od walki chwilach współpracuje z królem miejscowych gangsterów – Janem Kaplicą. Dalej mamy to, co dobrze z wcześniejszych powieści Twardocha już znamy: umiejętne mieszanie gatunków, doskonale odtworzoną topografię Warszawy, charakternych, pełnokrwistych bohaterów i pełną napięć fabułę. W powieści zaczytywać się mogą zarówno wielbiciele retro kryminałów, książek przygodowych, thrillerów politycznych, a nawet miejskich ballad.

Twardochowi nie można odmówić sprawności warsztatowej. W umiejętności budowania fabuły, wyprzedza o lata świetlne większość swoich kolegów po fachu, na krajowym podwórku. „Króla” czyta się bardzo szybko i z zainteresowaniem, które nie słabnie w zasadzie do samego końca. Znając jednak wcześniejsze powieści pisarza, zwłaszcza „Morfinę”, podczas lektury tej najnowszej ciężko oprzeć się wrażeniu, że gdzieś to już czytaliśmy, skądś aż za dobrze to znamy. „Król” momentami łudząco przypomina głośny debiut i wydaje się, że Twardoch zmienił tu jedynie dekoracje, szkielet pozostawiając ten sam. Jakub Szapiro został wyposażony w cechy Kostka Willemanna – ma te same problemy z własną tożsamością, to samo zamiłowanie do broni, alkoholu oraz oczywiście kobiet. Twardoch zastosował również te same zabiegi narracyjne. Oczywiście nie ma w tym nic złego – skoro sprawdziło się raz, zyskując uznanie publiczności, pokusa, by powtórzyć sukces jest z pewnością duża. Po pisarzu tej klasy oczekuje się jednak znacznie więcej, niż pozostawanie w bezpiecznym schemacie.

Rzeczy, które w „Królu” drażnią jest więcej. Naczelną wśród nich jest obecny także we wcześniejszej twórczości seksizm. Twardoch o kobietach wyraża się w zasadzie wyłącznie wulgarnie, z lekceważeniem, sytuując je najczęściej w rolach prostytutek, bądź w najlepszym razie strażniczek domowego ogniska. Służą wyłącznie, jako obiekty pożądania, „ozdoba” dla mężczyzny. Coś, co w pierwszej powieści od biedy mogło zostać uznane za celowy element fabuły, w czwartej z kolei jest już nie do zniesienia. Irytuje również wyrażana na każdym niemal kroku fascynacja przemocą, brutalnością w najgorszym możliwym wydaniu. Zastanawia i zadziwia graniczący z obsesją podziw dla ciała – oczywiście wyłącznie tego wysportowanego, w pełni zdrowego, bez skazy. Te elementy w połączeniu z ulubionymi gadżetami Twardocha, wykorzystywanymi tutaj w nadmiarze, czynią z powieści dość płytką intelektualnie, niewyrafinowaną rozrywkę.

Twardoch powinien wpuścić do swojej przyszłej twórczości nieco świeżego powietrza, pozbyć się starego, mocno zużytego już anturażu, bo kolejnej kalki, nawet najwierniejsza publiczność nie przyjmie już tak łatwo i z uwielbieniem.

Ocena: 6/10

Sz.Twardoch, „Król”, Wydawnictwo Literackie 2016.
*Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji wydawnictwoliterackie.pl

czwartek, 5 maja 2016

Dobrze zbudowane

Filip Springer w swoich dotychczasowych tekstach często odnosił się krytycznie, do tego, co dzieje się w polskiej architekturze, budownictwie i szeroko pojętej przestrzeni miejskiej. „Księga zachwytów” – jak wskazuje już sam tytuł jest miłą odmianą pod tym względem. Choć w tej beczce miodu oczywiście nie zabrakło również łyżki dziegciu.

Autor od dawna punktuje główne grzechy rodzimej myśli architektonicznej i budownictwa mieszkaniowego. Należą do nich przede wszystkim: koloroza, wielkoformatowe reklamy i banery, którymi upstrzona jest znaczna część budynków, zawłaszczanie przestrzeni przez wysokościowce, brak funkcjonalności obiektów, niespójność z otoczeniem, likwidacja terenów zielonych, ze względu na inwestycje budowlane, nagminna w dużych miastach. Można, by tak wymieniać jeszcze długo. Tym razem jednak Springer postanowił zmienić nieco kierunek i edukować poprzez pokazywanie dobrych przykładów, miejsc wartych uwagi. Na przekór ogólnonarodowej skłonności do narzekania, w myśl zasady: cudze chwalicie, swego nie znacie, wyruszył w podróż po Polsce, by stworzyć jedyny w swoim rodzaju pozytywny przewodnik turystyczny.

„Księga zachwytów” , jak zaznacza reporter we wstępie „nie jest kompendium najlepszych budynków w Polsce, powstałych po 1945 roku, a jedynie katalog obiektów, z których może płynąć dla odbiorcy nauka o polskiej przestrzeni i jej historii”. W zbiorze znalazły się instytucje kultury, budynki mieszkalne i inne obiekty użyteczności publicznej. Całość została ułożona w podziale na województwa, co podkreśla użytkowy charakter publikacji, ułatwia wertowanie jej na wyrywki.

W wyborze Springera znalazły się budynki oczywiste, jak Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, czy wielokrotnie już nagradzana Filharmonia w Szczecinie, spektakularne, jak wrocławski Sky Tower, nietypowe, jak Świetlica w Rakowni. Każdemu budynkowi, towarzyszy krótki opis projektu architektonicznego oraz jego realizacji, wraz ze zdjęciem. Na końcu z reguły znajdują się informacje, które pozwalają zobaczyć historię obiektu w szerszym kontekście oraz literatura poszerzająca wiedzę w danym zakresie. Felietonowy styl autora pozbawia tekst encyklopedycznego zadęcia, czyniąc go przyjemnym w odbiorze.

Gdy już rozpłyniemy się w zachwycie nad polską architekturą, jej rozwojem, czeka nas niespodzianka . Otóż w „Księdze zachwytów”, znalazło się również kilka anty zachwytów. Ku przestrodze, by nie popaść w przesadne samozadowolenie. Mimo, że w ostatnich latach poczyniliśmy pewne postępy w projektowaniu przestrzeni miejskiej to droga do architektonicznego ładu i harmonii wciąż jest długa.  Dopóki w naszej przestrzeni pojawiają się estetyczne typu wrocławski Solpol, czy funkcjonalne, jak Poznań City Center kurioza , nie możemy spokojnie osiąść na laurach, bo historia nawet najnowszych realizacji pokazuje, że wciąż popełniamy te same błędy, nie zwracając zupełnie uwagi na funkcje budynku oraz jego otoczenie i mamy w tym względzie wiele lekcji do odrobienia. Nie da się też ukryć, że są obszary w Polsce, które obfitują w architektoniczne perełki, jak Wrocław, czy Katowice i są rejony, jak Podlasie, Kujawy, gdzie jest ich znacznie mniej.

„Księga zachwytów”, poza walorami poznawczymi, posiada również te estetyczne. Jest bowiem niezwykle starannie, ładnie wydana. Wygodny format, twarda oprawa i tasiemka w roli zakładki, sprzyjają temu by mogła pełnić funkcje turystyczne oraz ułatwiają wyrywkową lekturę, a ładna szata graficzna cieszy oko estetów. Można tę książkę traktować na wiele sposobów: jako przewodnik, leksykon, zbiór felietonów, można ją również na wiele sposobów czytać. Słowem, dla każdego coś miłego. Jest to wprost idealna lektura przed zbliżającymi się wakacjami. Jeśli ktoś nie ma jeszcze ściśle sprecyzowanych szlaków wakacyjnych, ta książka z pewnością będzie świetną inspiracją. Można na jej podstawie stworzyć sobie wiele turystycznych, niebanalnych tras. Można wybrać miejsca do odwiedzenia już, zaraz, natychmiast. Dla mnie są to niewątpliwie Centrum Rekreacyjno – Sportowe nad jeziorem Ukiel w Olsztynie, Małopolski Ogród Sztuki w Krakowie i Stacja Kultura w Rumii. Każdy z was znajdzie z pewnością swój własny klucz do podróżowania ze Springerem pod pachą.

Ocena: 8/10
F.Springer „Księga zachwytów”, Wydawnictwo Agora 2016.
*Dziękuję Wydawnictwu Agora za przekazanie egzemplarza do recenzji http://kulturalnysklep.pl/

piątek, 8 kwietnia 2016

Stuhrm

„Stuhrmówka, czyli gen wewnętrznej wolności” – wywiad z Maciejem Stuhrem przeprowadzony przez Beatę Nowicką ukazał się w zeszłym roku, wydawałoby się, że kurz medialny po ukazaniu się książki dawno opadł, a recenzowanie jej w tym momencie nie ma sensu. Nic bardziej mylnego, Stuhr po okresie pewnego wyciszenia zawodowego, znów jest na fali wznoszącej, złośliwi mogliby nawet uznać, że wyskakuje z każdej lodówki. Jako aktor wszechstronnie utalentowany, niezależnie od tego, czy gra, śpiewa, tańczy, prowadzi gale, pisze felietony, wzrusza i bawi widzów/czytelników do łez. Mało jest w Polsce tak błyskotliwych , rozważnie prowadzonych karier. Niewielu jest tak inteligentnych, dowcipnych, zdystansowanych aktorów, którzy jednocześnie mają odwagę by od czasu do czasu wyjść z roli ulubieńca publiczności i zabrać głos w debacie publicznej. Stuhr to potrafi, nic dziwnego, że lektura wywiadu z nim jest czystą przyjemnością.

Ukazanie się tej pozycji na rynku było sporym zaskoczeniem, Stuhr słynie bowiem z tego, że wywiadów udzielać nie lubi, prywatnie introwertyk, ma alergię na dzielenie się swoją prywatnością, tak popularne w niektórych kręgach. A jednak sztuka namówienia go do rozmowy udała się Beacie Nowickiej – dziennikarce, która „przepytuje” aktora od lat, w związku z czym, On darzy ją zaufaniem, które jest niezbędne do tego, by przedsięwzięcie pt. wywiad – rzeka miało sens i przyniosło zadowalający efekt. I tak oto jest „Stuhrmówka”.

Niektórzy zarzucali aktorowi, że za wcześniej zdecydował się na tego typu podsumowanie, że nie ma wystarczającej liczby doświadczeń życiowych i zawodowych, by wyskakiwać przed szereg z tego typu publikacją. Wydaje się, że w jego przypadku czynnik czasowy ma niewielkie, żeby nie powiedzieć żadne znaczenie. Za dwadzieścia lat wciąż znajdą się przecież osoby, które powiedzą o Macieju – młody Stuhr i będą go postrzegać jako syna swojego ojca. Przywiązywanie się do tego typu opinii nie ma więc żadnego sensu.

Rozmowa Nowickiej ze Stuhrem jest klasyczna w układzie: zaczynamy od dzieciństwa by dojść do teraźniejszości. Mamy tu więc opowieści o przodkach, podobieństwie do nich, relacjach z młodszą siostrą, przygody z czasów harcerstwa, młodzieńczych wybrykach szkolnych, pierwszych zauroczeniach. „Poważniej” zaczyna być w części dotyczącej studencko – kabaretowych czasów, które, poniekąd niechcący stały się początkiem ogromnej popularności Stuhra, związanej z działalnością estradową i wystąpieniem w najbardziej kasowych komediach polskich lat 90. Gdy wydawało się, że świat stoi przed nim otworem i może zająć się już wyłącznie odcinaniem kuponów od szybko zdobytej sławy, on wykonał krok w tył – zrezygnował z kabaretu i postanowił zdawać do Szkoły Teatralnej. W związku tym w rozmowie pojawiają się oczywiście wątki słynnej fuksówki, zawodowych mistrzów, pierwszych, po ukończeniu szkoły castingów, ról teatralnych.

Całość jest niezwykle anegdotyczna. Stuhr o wszystkim opowiada z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru. Sporo tu zabawnych kulis planów filmowych, scen kabaretowych, garderoby teatralnej. Wziąwszy pod uwagę, że aktor współpracuje z najwybitniejszymi reżyserami i aktorami w tym kraju, jest to niewątpliwie smaczny kąsek.

Kwestie prywatne, choć się pojawiają zostały omówione z klasą i umiarem. Nie znajdziemy tu rozliczeń z przeszłością, wyznań na wyłączność i innej tego rodzaju idealnej pożywki dla tabloidów. Wywiad jest uzupełniony wypowiedziami rodziny, przyjaciół i bliskich znajomych Stuhra, co również jest interesującym dodatkiem do tego typu publikacji. Spojrzenie osób trzecich pozwala na zobaczenie aktora w nieco innym świetle.

To nie jest książka, która zmieni wasze życie, nie jest to też książka, która odkrywa nową, zupełnie nieznaną twarz Macieja Stuhra. Jest to natomiast rzecz, przy której będziecie się świetnie bawić. Wydaje się, że zapewnienie czytelnikom rozrywki na dobrym poziomie było głównym celem tej publikacji i został on osiągnięty w stu procentach.

Ocena: 7/10

„Stuhrmówka, czyli gen wewnętrznej wolności”, Wydawnictwo Znak 2015.

piątek, 25 marca 2016

„Krótka książka o miłości” – duża porcja przyjemności

Najnowszą książką Karolina Korwin – Piotrowska wraca do zawodowych korzeni, źródeł i pierwszej miłości, czyli filmu. Miejmy nadzieję, że tym razem zostanie przy niej na dłużej, bo księgę, która, na szczęście krótka nie jest (664 strony) czyta się znakomicie.

Z miłością, zwłaszcza pierwszą bywa tak, że choć się kończy to zostaje czasem na całe życie. Podobnie było z Korwin – Piotrowską, która swą karierę telewizyjną rozpoczęła od prowadzenia kultowego już w pewnych kręgach programu „Filmidło” i długo właśnie z filmem była związana zawodowo. Na największych festiwalach, planach filmowych, czy też w pracach nad promocją kinowych mega produkcji, czuła się, jak ryba w wodzie, wydawało się, że jest to jej środowisko naturalne. Aż tu nagle, ku rozpaczy niektórych dziennikarka postanowiła zmienić swe życie zawodowe o 180 stopni. Miłość do filmu odwiesiła na kołku i jak w dym poszła za czymś nowym, nieznanym, pociągającym. Tym czymś okazał się polski show – biznes, który Piotrowska bacznie obserwuje i celnie komentuje, już od dziesięciu lat w programie „Magiel Towarzyski”. Jednych oburza dosadnym językiem, innych bawi do łez ciętymi ripostami. Niezależnie od reakcji, które wywołuje jedno jest pewne ma osobowość, charakter i odwagę: cechy, których próżno szukać w komplecie u większości kolegów po fachu. Nie bez przyczyny jej nazwisko pojawiło się na liście najbardziej wpływowych dziennikarek w polskich mediach.

Choć romans z show- biznesem trwa w najlepsze, bo wybranek okazuje się być wciąż atrakcyjny, to pierwsza miłość jest silniejsza, nie pozwala o sobie zapomnieć, a Korwin – Piotrowska podjęła nieśmiałą próbę powrotu na „stare śmieci”, efektem tego był program: „Kino, kanapa, książki”, który prowadziła wspólnie z Dorotą Wellman w TVN Style. Program, choć lubiany przez widzów, nie zyskał wystarczająco wysokiej oglądalności i szybko spadł z anteny. Ten bolesny zawód sprawił, że dziennikarka ponownie zawodowo odwróciła się od filmu, w tym czasie nie próżnowała, postanowiła odkrywać nowe lądy, co zaowocowało wydaniem dwóch przebojowych książek o show biznesie. Aż wreszcie jest, pojawiła się ta trzecia, najważniejsza: „Krótka książka o miłości” – w końcu, zgodnie z oczekiwaniami i przewidywaniami sympatyków dziennikarki w całości poświęcona filmowi.

„Krótka książka o miłości” jest w pełni subiektywnym wyborem dziewięćdziesięciu najlepszych, ulubionych filmów zagranicznych według Karoliny Korwin Piotrowskiej. W żadnym razie nie jest to encyklopedia, leksykon, czy historia kina od zarania do współczesności, dlatego stawienie zarzutów, że nie pojawiły się tu tytuły z okresu kina niemego, a jedne epoki są bardziej faworyzowane od innych jest bezpodstawne, subiektywizm daje przecież prawo wyboru. Niemniej jednak zwłaszcza dla młodego pokolenia „Krótka książka o miłości” może być doskonałym przewodnikiem po świecie filmu, a dla starszych okazją do przypomnienia, bądź uzupełnienia braków w kinowej klasyce.

„Krótka książka o miłości” będzie sporym zaskoczeniem dla wszystkich, którzy kojarzą Korwin – Piotrowską wyłącznie z plotkarską działalnością w „Maglu Towarzyskim” i często surowymi ocenami zachowań rodzimych gwiazd. Jeszcze większą niespodzianką będzie dla tych, którzy lubią oskarżać dziennikarkę o plucie jadem, wylewanie żółci i inne tego typu. Drodzy Państwo, muszę Was rozczarować w tej książce nie znajdziecie potwierdzeń dla swojej ulubionej tezy o podłości tej strasznej Korwin – Piotrowskiej. Tomisko to pełne jest bowiem pozytywnych uczuć: sympatii, podziwu, wzruszeń, radości, których dostarczają twórcy filmowi, aktorzy i kino jako miejsce magiczne. Dziennikarka nie zrezygnowała oczywiście z charakterystycznej dla siebie szczerości, dosadnego języka i bezpośredniości przekazu. Niektóre recenzentki zarzucają dziennikarce protekcjonalny, lekceważący ton, ale i on jest bezpodstawny. W świecie, w którym można wiedzieć coraz mniej, by zaistnieć, ona zwyczajnie ma odwagę powiedzieć: inteligentny człowiek powinien znać ten film, a nieznajomość tego jest błędem, bez względu na gust. Oczywiście można stwierdzić, że Korwin – Piotrowska po raz kolejny obraża ludzi, wywyższa się, ale można też uznać, że istnieje coś takiego jak kanon, klasyka gatunku, którą naprawdę warto znać i zamiast się bulwersować nadrobić własne zaległości.

To książka przede wszystkim o emocjach, dobrych emocjach, które wywołują filmy. Od emocji dziewięcioletniej dziewczynki, która po raz pierwszy, odświętnie ubrana wybrała się do kina na „Gwiezdne wojny” i została dosłownie pochłonięta przez magię kina począwszy, na emocjach dorosłej kobiety, która pisze o tym, że „Podwójne życie Weroniki” dosłownie zmieniło jej życie skończywszy. W czasach blogów i mediów społecznościowych recenzentem, krytykiem może być każdy, ilość gwiazdek, oceny dobry/zły przestają mieć pierwszorzędne znaczenie, to, czym kierujemy się przy wyborze filmów to wrażenia, które obraz wywołał u oglądającego i to, w jakim stopniu jest w stanie przełożyć to, co przeżył w kinie na papier. W tej książce dostajemy mnóstwo emocji, to one są najważniejsze i to one są główną siłą całości. Niewątpliwie jest to najbardziej osobista z dotychczasowych książek Korwin – Piotrowskiej – tu rzadko chowa się za ironią, trzyma gardę i dystans, tu jest prawdziwa, tu pokazuje czytelnikowi prywatną twarz i uchyla rąbek ze swojego prywatnego życia. Tu jest u siebie, co można wyczuć na każdej stronie tego tekstu. Tak, tak proszę państwa, Korwin – Piotrowska ma uczucia i nie boi się ich okazywać, zaskoczeni? I bardzo dobrze.

Ta książka jest też zaproszeniem do dyskusji, a nawet kłótni, bo, co tu robi „Amelia”, „V jak Vendetta”, czy „Igrzyska śmierci”? Gdzie podziało się „American Beauty”, „Grand Budapest Hotel” o „Hotelu Marigold” nie wspominając?  Czy klasyka filmowa może się obejść bez „Casablanki” i „Przeminęło z wiatrem”? Czy da się rozmawiać o kinie z pominięciem Jamesa Camerona? Tego typu dyskusji i przepychanek w oparciu o tę książkę można prowadzić setki. Subiektywny wybór ma swoje przywileje i zamiast tracić energię na spory warto stworzyć własną listę najważniejszych filmów.

„Krótka książka o miłości” jest także zaproszeniem do odbycia wspaniałej podróży. Obok absolutnych klasyków typu: „Ojciec chrzestny”, „Lot nad kukułczym gniazdem” „Ostatnie tango w Paryżu” pojawiają się tu tytuły dużo mniej znane szerszej publiczności, jak „Bullitt’, „Dworzec dla dwojga”, Nad złotym stawem”, „Ostatnie metro”. Pierwszą myślą po przeczytaniu tego „wyznania miłosnego” jest: muszę to obejrzeć już zaraz, natychmiast, a kolejnym krokiem gorączkowe przeszukiwanie zasobów Internetu i portfela, aby móc, jak najszybciej zaspokoić ciekawość. Taka reakcja jest największym sukcesem książki Karoliny Korwin – Piotrowskiej.

Ta książka jest gruba, ciężka, nieporęczna, trudno ją dźwigać w torebce i czytać w tramwaju. Wszystkie te niedogodności tracą jednak znaczenie, bo, gdy już zacznie się czytać, nie można przestać i koniec końców trzeba ją dźwigać w torebce i czytać wszędzie gdzie się da. Można oczywiście się czepiać, że zdjęcia „od czapy”, w przypadkowych miejscach, a zieleń okładki wali po oczach, można też przyjąć, że podkreślają one swobodny ton całości, a zieleń ma jedynie zaznaczyć radość ze spędzania wolnego czasu przed kinowym/ telewizyjnym ekranem. Wybieram zdecydowanie tę drugą opcję.

„Krótka książka o miłości” wygląda na początek filmowo – książkowej przygody, która miejmy nadzieję z czasem zamieni się w „Niekończącą się opowieść”, do której dziennikarka systematycznie będzie dopisywać kolejne rozdziały. Powroty do domu, nawet z najbardziej egzotycznych podróży są przecież najlepsze.

Ocena : 8/10
K.Korwin – Piotrowska, „Krótka książka o miłości”, Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2016.