poniedziałek, 15 grudnia 2014

Wnuczka do…niczego

Lektura książek Małgorzaty Musierowicz zawsze była okazją do sentymentalnego powrotu do czasów beztroskiej młodości, gdy świat wydawał się mniej skomplikowany. Pozwalała zatrzymać się na chwilę, dawała nadzieję, pokrzepienie, radość. 

Po najnowszą sięgałam z podobnym nastawieniem, licząc na przypływ wyłącznie pozytywnych uczuć. 

Niestety, dwudziesty tom Jeżycjady pt. „Wnuczka do orzechów’, przyniósł duże rozczarowanie w tym względzie. Zamiast pokrzepienia dostajemy pouczenia, kazania i wzniesione na szczyty moralizatorstwo, zamiast pozytywów nieudolnie skleconą, pełną dłużyzn i nudy fabułę.


Zmiany zauważalne są już na wstępie. Rodzina Borejków z różnych względów przenosi się z Jeżyc na wielkopolską wieś. Dalej jest już prawie jak u Kochanowskiego i Reja. Wsi spokojna, wsi wesoła zostaje wyniesiona przez autorkę na piedestał, a potworne miasto trafia do niebytu. Co dziwne na miejski zgiełk i brud narzekają nie tylko nestorzy rodu, ale także nastoletnie latorośle. Główna bohaterka po wsi porusza się bryczką, mając w pogardzie współczesne środki transportu. Zarówno podczas tych „podróży”, jak i wykonując domowe czynności, Dorota kontempluje piękno przyrody. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ma jedynie 17 lat i trudno oprzeć się wrażeniu, że została wtłoczona w „te buty” nieco na siłę.


Akcja książki zamiast płynąć wartkim strumieniem, toczy się leniwie i dość opornie. Skupiona jest wokół Ignacego Grzegorza Stryby oraz Józefa Pałysa i ich perypetii miłosnych. A wszystko zaczyna się od tego, że wspomniana wyżej Dorota Rumianek znajduje w rowie ranną Idę Pałys. Młode pokolenie bohaterów u Musierowicz sprawia wrażenie „przesuniętych” w czasie. Ignacy Grzegorz, choć jest już studentem historii sztuki zachowuje się jak rozchwiany emocjonalnie szesnastolatek. W opozycji do niego stoi Józef Pałys – będący w podobnym wieku, jest jednak nad wiek dojrzały, odpowiedzialny, ewidentnie kreowany na prawdziwego mężczyznę i rycerza.

Tym co najbardziej razi we „Wnuczce…” jest wyjątkowo moralizatorski ton autorki. Owszem stereotypy i pouczenia występowały u pisarki od zawsze. Wcześniej jednak były podane w bardziej zawoalowanej, łagodniejszej i bardziej strawnej formie. Tutaj skala zjawiska sprawia, że książka powinna raczej nosić tytuł „Kazania podmiejskie”. Musierowicz bowiem, jak mawia młodzież pojechała po bandzie. Społeczeństwo oczywiście jest niemiłe, ludzie źli i agresywni, media wypaczają obraz rzeczywistości, popkultura zabiła kulturę wysoką, a nowoczesne technologie sprzyjają osłabieniu więzi społecznych. Mogłabym tak długo wymieniać, gdyż po lekturze można dojść do wniosku, że dla Musierowicz poza tradycyjnym modelem wielopokoleniowej rodziny złe jest właściwie wszystko, a świat nieuchronnie zmierza do zagłady i gdyby nie Borejkowie już dawno by się skończył.

Fabule książki brakuje spójności, a autorce ewidentnie pomysłów na zgrabne splecenie wątków. To co miało cieszyć irytuje, to co miało ciekawić nudzi, a to co miało straszyć śmieszy. Mnożone przez pisarkę komplikacje wydają się służyć jedynie zapełnieniu tekstem odpowiedniej liczby stron, a nie przyjemności czytelnika. Perypetiom rodziny z kolei brakuje właściwej temperatury, być może wynika to z faktu, że zbliżał się deadline w wydawnictwie.

Dwadzieścia tomów serii „Jeżycjada” to dobry moment na to, by rodzina Borejków spoczęła w pokoju, przechodząc w końcu do historii literatury. Jak śpiewali klasycy: „trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść, niepokonanym”. Z drugiej strony, nie zabija się przecież kury znoszącej złote jajka, w związku z tym autorka już zapowiada kolejny tom serii. Wydaje mi się jednak, że po kolejne odcinki tej książkowej telenoweli czytelnicy będą sięgać już wyłącznie z przyzwyczajenia i rozpędu, a nie jak dotychczas z ciekawości i dla przyjemności.

Ocena: 5/10
M.Musierowicz: „Wnuczka do orzechów”, Akapit Press 2014.

środa, 19 listopada 2014

Do siebie samej

Najnowsza powieść Romy Ligockiej pt. „Droga Romo”, jest kontynuacją poprzedniej zatytułowanej „Dobre dziecko. Tym razem autorka wraca pamięcią do okresu wchodzenia w dorosłość – czasu studiów, burzliwej młodości, trudnych relacji rodzinnych i skomplikowanych związków uczuciowych.


Można odnieść wrażenie, że od czasu „Dziewczynki w czerwonym płaszczyku” Ligocka wciąż od nowa pisze tę samą książkę. Od początku w swej twórczości pisarka opiera się o własną biografię, w kolejnych tomach analizując wybrane z niej momenty – te kluczowe, które miały wpływ na to, jaką jest dziś osobą i jak postrzega świat. Jest to trudny, obfitujący w wiele bolesnych momentów i dramatycznych zdarzeń los. Doświadczenia pisarki mają uniwersalny rys, wielu z nas odnajduje w jej historii kawałek swojej własnej. Ta cecha w połączeniu z charakterystycznym: bardzo emocjonalnym, stylem, sprawia, że książki Ligockiej cieszą się olbrzymią popularnością, nie tylko w Polsce i szybko zyskują status bestsellerów.


Tym razem spotykamy Romę u progu dorosłości, tuż po zdaniu matury, przed rozpoczęciem studiów na wymarzonej ASP. Dziewczyna w tym ważnym momencie została w Krakowie sama. Jej matka wyjechała w tym czasie do Wiednia, w poszukiwaniu lepszego życia. Usiłowała kontrolować córkę na odległość, nieustannie śląc „zatroskane” listy z pytaniami, czy ta dobrze się prowadzi, nie robi głupot, właściwie się odżywia i ubiera. Poziomka z jednej strony cieszyła się odzyskaną wolnością, tym, że nie musi już być odpowiedzialna za matkę. Z drugiej jednak, jak nigdy wcześniej potrzebowała czułości troski, drogowskazów, za którymi mogłaby podążyć. Po raz kolejny jednak w jej życiu nie było nikogo, kto mógłby jej to zapewnić bezinteresownie.

Powieść ma formę listu napisanego do siebie samej. Ligocka zwraca się do siebie młodej z pozycji dojrzałej, świadomej kobiety, po to, by lepiej zrozumieć tamtą dziewczynę, otoczyć ją po czasie troską i dać swego rodzaju wsparcie. Czasu nie da się cofnąć, błędy musiały zostać popełnione, choć oczywiście dziś dojrzała autorka często ma ochotę krzyknąć do tamtej: nie rób tego, nie z nim, nie idź tam. Robi to we wtrąceniach, które pokazują obecną perspektywę i spojrzenie na świat. Jedyne, co pozostaje w zasięgu możliwości, to przebaczyć sobie. To, jak pisze jest być może najtrudniejszą sztuką.

Poza wysuniętym na pierwszy plan wątkiem trudnych relacji z matką, tematem jest również bujne życie towarzyskie. Poziomka obraca się w środowisku bohemy artystycznej Krakowa. Jest świadkiem tworzenia Piwnicy pod Baranami, przyjaźni się z Piotrem Skrzyneckim i wieloma uznanymi dziś twórcami. W pewnym momencie zachłystuje się „światowym życiem”, szuka siebie, chce być oryginalna, wyróżniać się z tłumu, wyglądać modnie -  za wszelką cenę. Motywem przewodnim wszystkich jej działań jest rozpaczliwe poszukiwanie miłości, akceptacji, potwierdzenia swojej wartości i sensu istnienia. Niestety skutkuje to brzemienną w skutkach decyzją o przedwczesnym małżeństwie z Lordem – niespełnionym artystą, alkoholikiem. O tym rozdziale swojego życia Ligocka pisze z dojmującą szczerością.

„Droga Romo”, podobnie jak poprzednie książki autorki to trudna, wymagająca emocjonalnie lektura. Narracja stosowana przez pisarkę potęguje wrażenie osobistego dialogu z czytelnikiem. Szczerość z jaką Ligocka pisze o różnych fragmentach swojej biografii momentami jest krępująca. Lektury nie ułatwia również ciężar emocjonalny opisywanych zdarzeń. Towarzyszy jej poczucie niestosowności i dylematy podobne do tych, odczuwanych przy czytaniu cudzej korespondencji, czy przeglądaniu telefonu komórkowego. Paradoksalnie być może jednak w tym właśnie tkwi największa siła i wartość prozy pisanej przez Ligocką.

Ocena: 7/10
R.Ligocka, „Droga Romo”, Wydawnictwo Literackie 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

środa, 5 listopada 2014

Diabeł niestraszny

Iran znany z przekazów medialnych, jawi się jako fundamentalistyczne, zamknięte państwo, w którym notorycznie łamane są prawa człowieka. Artur Orzech w książce „Wiza do Iranu”, postanowił pokazać szerzej nieznaną, „ludzką” twarz tego kraju – niezwykle barwnego, pełnego życzliwych, gościnnych ludzi. Lektura pozwala przekonać się, czy tytuł naczelnego medialnego „straszaka”, faktycznie jest w pełni zasłużony?


Autor znany jest bardziej jako dziennikarz muzyczny, konferansjer – prowadzący wielu festiwali i imprez muzycznych. Niewielu pamięta, że z wykształcenia jest iranistą, mającym za sobą wieloletnią pracę naukową i doświadczenie zawodowe w tym zakresie. Iran jest dla Orzecha fascynujący także z prywatnego punktu widzenia, co wyraźnie widać w osobistym, subiektywnym tonie całego tekstu.


Nie da się pisać o Iranie unikając tematów historii i polityki, dlatego też Orzech rozpoczyna wspólną podróż z czytelnikami od nakreślenia początków państwa i przedstawienia najważniejszych faktów, w jego skomplikowanej historii. Pomijając te fragmenty nie będziemy w stanie w pełni zrozumieć obecnej sytuacji politycznej kraju. Orzech sporo uwagi poświęca niejednorodności etnicznej oraz zawiłościom języka.

Dziennikarz poznaje nieoficjalne oblicze kraju w dużej mierze dzięki swobodnej komunikacji z jego mieszkańcami. Nie boi się zbaczać z utartych, mocno uczęszczanych szlaków i zaglądać w ciemne zaułki. Podróżuje lokalnymi drogami, w miejscowych autobusach, których standard znacząco odbiega od znanego w Europie. Jak sam pisze, nie da się odkryć prawdziwego Iranu, bez wizyty w czyimś domu i zaprzyjaźnieniu się z członkami rodziny. Orzech przez lata zaprzyjaźnił się i utrzymuje bliskie kontakty z wieloma Irańczykami. Dzięki temu jego relacje mają walor autentyczności.

Iran jest państwem mocno hermetycznym o rygorystycznym prawie, religii i polityce, które ingerują we wszystkie sfery życia mieszkańców. Znaczna część książki jest poświęcona miejscu i roli kobiet i mężczyzn oraz ograniczeniom obyczajowym, którym musi podporządkować się społeczeństwo. Autor śledzi ewolucje poglądów, która dokonała się na przestrzeni lat. Wszelkie zakazy powodują oczywiście bunt i próby ich ominięcia. Te są podejmowane często i chętnie zwłaszcza przez młode pokolenie.

Orzech mierzy się też z medialnymi stereotypami, sprawdza, na ile Iran rzeczywiście jest państwem zamkniętym i, jaką rolę odgrywa w tej sytuacji internet i nowe technologie. Przede wszystkim pokazuje go jednak jako kraj wielu wybitnych uczonych, poetów i pisarzy. Na każdym kroku podkreśla rolę literatury, poezji, sportu w życiu Irańczyków. Ważnym czynnikiem spajającym i budującym relacje jest pełna różnorodnych wpływów kuchnia. Jest to też kraj o bogatej tradycji obchodzenia licznych świąt, które zostały barwnie opisane przez dziennikarza.

W przerwach między rozdziałami autor pisze o swoich perypetiach związanych ze zdobyciem tytułowej wizy do Iranu. W praktyce okazało się to dużo trudniejsze i bardziej skomplikowane formalnie niż otrzymanie wizy do Stanów Zjednoczonych.

Nie jestem pewna, czy po przeczytaniu „Wizy do Iranu” ktoś zechce podjąć trud obrania właśnie takiego kierunku podróży. Nie wiem też, czy lektura przekona zatwardziałych sceptyków Iranu. Pewnie jest na to zbyt powierzchowna i z powodu ograniczeń formalnych narzuconych przez wydawcę za krótka. Z całą pewnością jednak będzie to interesujące wycieczka, dla tych ciekawych świata, otwartych, którzy na co dzień z różnych względów nie mają możliwości odbywania dalekich podróży. Warto ją odbyć, choćby po to, by poznać inny punkt widzenia, poszerzyć horyzonty i  zobaczyć z bliska drugą stronę medalu, o której rzadko słyszymy w mediach.

Ocena: 6/10
A.Orzech, „Wiza do Iranu”, Wydawnictwo Wielka Litera 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera http://www.wielkalitera.pl/

niedziela, 26 października 2014

Zakazany owoc

Krótka historia książek zakazanych” Wernera Fulda, z jednej strony idealnie wpisuje się w popularny nurt „książek o książkach”, z drugiej pokazuje, że nie jest to dziedzina statyczna, w której nie zdarzyło się nic, od czasu wynalezienia druku.


Kolejna książka o książkach początkowo nie wzbudziła mojego entuzjazmu. Wydawało mi się, że wszystko w temacie zostało już powiedziane, przysłowiowe odkrycie Ameryki jest niemożliwe, szkoda więc czasu na lekturę. Ostatecznie do sięgnięcia po nią, przekonał mnie jednak zakres tematu, którym zajął się autor. Otóż Fuld pisze o książkach zakazanych, pokazując tym samym, że historia literatury w dużej mierze jest historią zakazów, ściśle związaną z polityką, religią i społeczeństwem.


W pierwszym rozdziale zostały omówione ciekawe przypadki autocenzury. Możemy przeczytać m.in., jak Kafka, Wergiliusz, Nabokov, Proust i wielu innych próbowali zapobiec temu, by ich dzieła ujrzały światło dzienne. Postępowali tak z różnych powodów: jedni z przekonania o niedoskonałości własnych utworów, inni z przyczyn obyczajowych.

W dalszej części Fuld pisze o różnych rodzajach cenzury stosowanych przez władców i polityków, od cesarza Augusta, który ukarał Owidiusza dożywotnim wypędzeniem z Rzymu począwszy na Hitlerze skończywszy. Autor przytacza wiele faktów historycznych, dat i ciekawostek. Najczęstszym i jednocześnie najbardziej widowiskowym sposobem pozbycia się książek było ich palenie. Płonące stosy pełniły rolę „pouczającej” rozrywki dla ludu.

Niezwykle ważną rolę w historii książek zakazanych odegrał kościół. Oczytanie społeczeństwa sprzyjało myśleniu, a co za tym idzie podważaniu prawd głoszonych z ambony. W sposób oczywisty było więc sprzeczne z interesem hierarchów. Dlatego też duszpasterze i ich zwierzchnicy podejmowali różnorodne działania mające na celu ograniczenie dostępu i pozbycie się niewygodnych dzieł. Podstawowym narzędziem w walce z „papierowym wrogiem” było tworzenie indeksów ksiąg zakazanych i regularne uzupełnianie ich o nowe tytuły.

Historia książki i dzieł zakazanych jest również historią bibliotek. Ich funkcja zmieniała się nieco na przestrzeni wieków. W starożytności i średniowieczu często były niszczone. W późniejszym czasie stały się swego rodzaju więzieniem dla nieprawomyślnych tytułów.

Nie od dziś wiadomo, że zakazany owoc kusi najbardziej. Szybko okazało się więc, że działania polityków i kościoła nie przynoszą spodziewanego rezultatu, wywołują wręcz odwrotny skutek – książki zakazane budziły ciekawość już przez sam fakt znalezienia się na indeksie, niekoniecznie dlatego, że były szczególnie wartościowe. O wielu z nich nigdy byśmy nie słyszeli, gdyby nie to, ze zostały zakazane. Prześcigano się wymyślaniu sposobów ominięcia cenzury i uzyskania dostępu do pożądanych tomów. Pomysłowość ludzka nie zna granic, niekiedy więc były to niezwykle oryginalne działania. Temu zagadnieniu autor również poświęca sporo uwagi. Jeśli uważacie, że obecnie mamy pełną wolność słowa, a cenzura przestała istnieć dawno temu, koniecznie sięgnijcie po tę książkę, a przekonacie się, w jak dużym jesteście błędzie.

„Krótką historię książek zakazanych” można uznać za literaturę popularno – naukową. Fuld wykorzystał bogaty materiał źródłowy, co niewątpliwie podnosi wartość książki. Oczywiście z uwagi na ograniczenia objętościowe jest to jedynie zarys szerokiego zagadnienia, jakim jest historia książki. Dla osób niezorientowanych w temacie będzie to ciekawa lektura, która pozwoli odkryć, jak fascynująca, złożona i pełna zagadek jest ta dziedzina nauki. Dla osób zawodowo związanych z literaturą, będzie to jedynie powtórka z rozrywki, bądź okazja do odświeżenia sobie pamięci.

Ocena: 6/10

W. Fuld, „Krótka historia książek zakazanych”, Wydawnictwo Muza SA 2014.
*Dziękuję Wydawnictwu Muza SA http://muza.com.pl/ za przekazanie egzemplarza do recenzji

niedziela, 5 października 2014

Szczypta smaku

Obecnie doświadczamy jesieni w pięknym – słonecznym i ciepłym wydaniu. Oby trwała w nim jak najdłużej. Specyfika naszego klimatu każe już jednak powoli przygotowywać się na dużo chłodniejsze, słotne i ponure dni. W tym czasie często zdarza nam się marzyć o egzotycznych podróżach do ciepłych krajów. Tym, którzy z różnych względów nie mogą od razu zrealizować swojej wizji, z pomocą przychodzi, niezawodna pod tym względem seria Dolce Vita wydawnictwa Czarne. Książka „Kropla oliwy”, zabiera nas na Sycylię i z pewnością zaspokoi również apetyty kulinarnych maniaków.


Autorką wspomnień jest Simonetta Agnello Hornby – sycylijska pisarka, prawniczka z wyksztalcenia. Ma na swoim koncie kilka bestsellerowych powieści i książek kulinarnych, poświęconych kuchni włoskiej. Pierwszym pomysłem autorki było, by wydać w formie książki przepisy na desery, zapisywane przez jej babcię, Marię Z czasem postanowiła jednak do przepisów dodać garść rodzinnych wspomnień, tak by, jak sama pisze przywrócić do życia kulturę domowego stołu rodziny Agnellów.


„Kropla oliwy” jest przede wszystkim opowieścią o wakacjach spędzanych w wiejskim domu rodziny w Mosè. Wyjazd z Agrigento poprzedzały kilkumiesięczne, rozpoczynające się tuż po przygotowania. Polegały one główne na zaopatrywaniu się w różnego rodzaju zapasy m.in. środki czystości, żywność. Poza rodziną autorki – młodszą siostrą Chiarą i rodzicami do posiadłości udawała się także liczna służba – nianie, pokojówki, kucharki i oczywiście kierowca. Do Mosè na czas letni przyjeżdżali też pozostali krewni: ciotki, liczni kuzyni, dziadkowie oraz przyjaciele familii.

Pobyt na wsi wiązał się z całkowicie odmiennymi od miejskich rytuałami i tradycjami, a także różnym rytmem dnia. Podstawową zasadą było jedzenie tego samego, co miejscowi chłopi, czyli produktów rosnących i dostępnych na miejscu. W ten sposób wycieczki do miasta były ograniczane do minimum. Dzieci spędzały większość czasu na świeżym powietrzu i cieszyły swobodą.

Przygotowywanie i spożywanie posiłków było ważnym elementem spajającym rodzinę. Każdy z nich odpowiednio celebrowano. Częste biesiady były okazją do wspólnego spędzenia czasu, niekończących się rozmów i rozrywki. Spożywano proste posiłki z sezonowych składników: pomidorów, bakłażanów, papryki, ogórków, cukinii. W codziennym menu były m.in. makaron przyrządzany z różnorodnymi sosami, szaszłyki z sera i sardeli, czy rolada z tuńczyka z ziemniakami i kaparami. Na śniadania podawano sery owcze, z kolei na kolację jajka w różnej postaci Właściwie żadne danie nie mogło obyć się bez tytułowej kropli oliwy.

Każdy z członków rodziny miał swoje kuchenne zadania. Mama autorki, wraz ze swoją siostrą zajmowała się pieczeniem ciasteczek na popołudniowy deser, dzieci zbierały rumianek, natomiast ojciec dbał o dostawę lodów. Na co dzień kuchnią rządziła jednak niepodzielnie babka autorki od strony ojca. Z jedzeniem związane były również coroczne rytuały. Wśród nich najważniejszym było wspólne wypiekanie chleba. Brały w nim udział wszystkie miejscowe kobiety, a każda miała ściśle określone zadanie. Ważnymi wydarzeniami w letnim harmonogramie były zbiór oliwek oraz migdałów. Ten ostatni zawsze kończył się huczną imprezą, w której główna rola przypadała zbieraczkom migdałów.

W książce obok wspomnień, autorka zamieściła kilkanaście przepisów, zapamiętanych właśnie z  kuchni domowej. Pojawiają się tu m.in. receptury na cukinie smażone z czosnkiem, miętą, cukrem i octem, zupę inglese, jaja po rzymsku, caponatę z bakłażanów. Są również desery, wśród nich: mus arbuzowy, crostata ze świeżych owoców i budyń z konfiturą pigwową.

„Kroplą oliwy” autorka oddaje hołd wielopokoleniowej rodzinie. Lektura jest okazją do zatrzymania się na chwilę w codziennym pędzie i powrotu do własnych smaków dzieciństwa. Wspomnienia Hornby są kolejnym potwierdzeniem tego, że w życiu najważniejsze jest budowanie więzi i czas spędzony wspólnie z bliskimi, największa wartość tkwi natomiast w prostych przyjemnościach i niewyszukanych smakach. Wydaje się oczywiste i banalne, jednak zbyt często o tym zapominamy.

Ocena 6/10
S.Hornby „ Kropla oliwy. Moje sycylijskie wakacje”. Wydawnictwo Czarne 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne http://czarne.com.pl/

wtorek, 30 września 2014

Niedźwiedź, od początku.

W ostatnich latach wielu dziennikarzy postanowiło zostać również autorami książek. Mnogość tego rodzaju publikacji sprawia, że do każdej kolejnej „nowości” tego rodzaju, podchodzę z dużym sceptycyzmem. 

Jednym z nielicznych wyjątków jest Marek Niedźwiecki. Jego drugą książkę „Radiota”, czyta się z taką samą przyjemnością i zainteresowaniem jak poprzednią.


Pojawienie się tej książki na rynku było sporym zaskoczeniem. Przez niektórych może zostać odebrane jako brak konsekwencji. Dziennikarz słynący do tej pory z ochrony prywatności, jak najbardziej stroniący od wszelkiego rodzaju „zwierzeń”, zdecydował się na  publikację w osobistym tonie? On sam tłumaczy ten fakt kompletnym brakiem asertywności i usilnymi namowami wydawcy, którym w związku z tym uległ. Takie wyjaśnienia można uznać za wiarygodne. Lektura książki dowodzi bowiem, że autor nie postradał zmysłów, pisze dokładnie, tyle ile chce, a to, co miało pozostać prywatne takim pozostaje. Taki zarzut w tym wypadku jest więc nieco na wyrost.


„Radiota” w założeniu miała być kontynuacją i poszerzeniem treści zawartych w „Nie wierzę w życie pozaradiowe”. Tak też w istocie jest. Opowieść zaczyna się tradycyjnie, opisem dzieciństwa spędzonego przez Niedźwieckiego w Szadku – małej miejscowości nieopodal Zduńskiej Woli. Jak sam mówi żyło się tam od Festiwalu w Opolu do Festiwalu w Sopocie i od Wyścigu Pokoju do Wyścigu Pokoju. Przy okazji pojawiają się również historie związane z rodzicami: matką – nauczycielką i ojcem – rzeźnikiem oraz trojgiem rodzeństwa.

Głównym tematem książki jest jednak muzyka i radio. Niedźwiecki, na każdym kroku podkreśla ważność pasji, która towarzyszy mu od lat szkolnych. Wszystko zaczęło się od lekcji gry na akordeonie, listy przebojów Studia Rytm i słuchania bigbitu w radiu marki Eroica. Dziennikarz bardzo szybko wiedział też, że jego przyszłym miejscem pracy będzie radio. W związku z tymi planami ćwiczył dykcję i głoś m.in., biorąc udział w szkolnych konkursach recytatorskich. Konsekwencja, z jaką Niedźwiecki dążył do osiągnięcia celu, budzi podziw. Swoją zawodową przygodę rozpoczął w studenckim radiu Żak, następnie było Radio Łódź, wreszcie w trudnym historycznie momencie – tuż po rozpoczęciu stanu wojennego, spełniło się jego marzenie i trafił do radiowej Trójki.

Sporo uwagi autor poświęca Australii. Ten kontynent zachwycił autora w połowie lat 90., podczas pierwszej wizyty. Od tego czasu jest to jego miejsce „ucieczek od świata”, które odwiedza regularnie. Dowiadujemy się też, że pierwszym pomysłem Niedźwieckiego było, by książka w całości dotyczyła jego australijskich przygód. Niestety wydawca nie przychylił się do tej wizji i wątek ten został podany jedynie w bardzo okrojonej wersji. Wydaje mi się, że warto wrócić do tej idei, bo tkwi w niej duży potencjał i wbrew przypuszczeniom wydawców, taka publikacja cieszyłaby się dużym zainteresowaniem odbiorców.

Jest też odrobina narzekania na współczesny medialny świat, zwłaszcza szybkość przekazu i miałkość podawanych informacji, które powodują stałe obniżanie poziomu audycji. Niestety  momentami występują powtórzenia informacji, które można było przeczytać w pierwszej części wspomnień. Rekompensuje to ujmująca szczerość i prostota, z jaką radiowiec pisze o swoim zgodnym związku z samotnością z wyboru i byciu życiowym fafułą. Autor dotyka też bolesnych tematów, wspominając moment odejścia z Trójki, nie unika poważnego tonu, mówiąc o problemach współczesności, czy swojej definicji patriotyzmu.

„Radiota” to książka o konsekwentnym dążeniu do celu, pasji i szczęściu płynącym z całkowitego zawodowego spełnienia, o zachowaniu normalności w zwariowanym świecie, o byciu w zgodzie ze sobą i zawsze pod prąd obowiązującym „trendom”. Chcecie zrozumieć, dlaczego dla wielu Niedźwiedź jest żywą legendą, człowiekiem – instytucją i chodzącą, muzyczną encyklopedią? Koniecznie przeczytajcie tę książkę

Ocena: 7/10
M.Niedźwiecki, „Radiota czyli skąd się biorą Niedźwiedzi”, Wielka Litera 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Wielka Litera http://www.wielkalitera.pl/

sobota, 21 czerwca 2014

Bombowa ćwiartka

Karolina Korwin – Piotrowska „wdarła” się na polski rynek wydawniczy bestsellerową „Bombą”. Wybuch był potężny i pozostawił ofiary w postaci celebrytów, którym autorka bezpardonowo wytknęła brak talentu i nieróbstwo. 

Po drugiej książce Piotrowskiej wielu spodziewało się kontynuacji szołbiznesowego alfabetu. Tymczasem ona po raz kolejny zagrała wszystkim na…nerwach i odważnie poszła krok dalej. 

„Ćwiartka raz” jest podsumowaniem ostatniego dwudziestopięciolecia w mediach i kulturze.


Dziennikarka słynie z ciętego języka i ostrych sądów, które prezentuje m.in. w programie „Magiel Towarzyski” i felietonach pisanych w prasie. Własne zdanie i umiejętność argumentowania przysporzyły jej wielu wrogów w środowisku zblazowanych gwiazd, które notorycznie zarzucają jej bezczelność i zarozumiałość. „Ćwiartka raz” w jakimś sensie potwierdza ich opinię. Jest to bowiem bezczelnie dobra książka. O mrówczej pracy wykonanej przy jej powstaniu, świadczy nie tylko imponująca objętość (788 stron). Korwin – Piotrowska utarła nosa wszystkim tym, którzy przedwcześnie umieścili ją w szufladce „Pani od ploteczek”. Zawartość „Ćwiartki” pokazuje, że niewielu dorównuje dziennikarce poziomem rozeznania w kulturze, popkulturze i mechanizmach funkcjonowania współczesnych mediów.


Sama autorka, pisze we wstępie, że „Ćwiartka” nie aspiruje do roli encyklopedii. Książka jest napisana niezobowiązującym językiem, z mnóstwem anegdot, dygresji i osobistych refleksji. Choć nie jest dziełem naukowym, spokojnie może pełnić rolę leksykonu popkultury. Ponadto ma bezsprzeczną wartość edukacyjną, zwłaszcza dla młodszego pokolenia, które z powodzeniem może traktować „Ćwiartkę”, jak podręcznik do historii kultury masowej i mediów w Polsce.

Jak już wspominałam „Ćwiartka” ma imponującą objętość, krótko mówiąc jest klasyczną cegłą. Na pierwszy rzut oka może przerazić i odstraszyć mniej odpornych i zdeterminowanych czytelników. Nie lękajcie się jednak, śmiało sięgnijcie po lekturę, a z pewnością nie pożałujecie. Czas spędzony na czytaniu upłynie w oka mgnieniu, a po skończeniu książki zawyjecie tęsknie do księżyca: jeszcze, jeszcze.

Siła „Ćwiartki” tkwi w tym, że jest to książka, która łączy pokolenia. Zdecydowanie największą frajdę sprawi pokoleniu trzydziestolatków i ich rodzicom, którzy pamiętają moment, gdy w TV z pewną taką nieśmiałością pojawiła się reklama podpasek, dźwignią handlu było turystyczne łóżko ustawione na bazarze, a polskie kino miało twarz Bogusia Lindy. W zależności od wieku, z odrobiną wzruszenia, bądź szerokim uśmiechem, można przypomnieć sobie czasy, gdy wszyscy używali mydełka Fa i marzyli o majteczkach w kropeczki, do czego oczywiście oficjalnie przyznawało się niewielu. Poczucie obciachu i określenie polski paździerz niestety dotarło do nas dużo później niż upragniona wolność. Młodsi być może z pewnym zdziwieniem dowiedzą  się, że istniało życie przed Facebookiem, iphonem i ipodem, przed erą Big Brothera i seksem, w wannie w mediach istniało i było respektowane prawo do prywatności, a botoks nie był traktowany jak codzienny makijaż.

„Ćwiartka” ułożona jest chronologicznie. Każdy rok omówiony został pod kątem ważnych premier kinowych muzycznych, teatralnych telewizyjnych, a także wydarzeń towarzyskich i medialnych. Bezcennym materiałem są okładki starych czasopism, które dają okazję do zobaczenia nie wyretuszowanych twarzy gwiazd, sprzed ery kultu młodości i operacji plastycznych. Natomiast fragmenty szczerych wywiadów dzisiejszych topowych celebrytów, gwarantują niekontrolowane ataki śmiechu i spazmy, starszym natomiast pomogą zrozumieć określenie martwica mózgu.

Książkę można czytać na różne sposoby. Połknąć w całości, bądź delektować się po kawałeczku, na wyrywki. Dla jednych będzie rodzajem pamiętnika, kalendarium, dla innych z kolei przewodnikiem, po tym, co warto obejrzeć, przeczytać, jakie zaległości kulturalne nadrobić. Każdy z pewnością, przełknie „Ćwiartkę” po swojemu. Jedną z mocniejszych stron publikacji jest niewątpliwie wątek kinowy. Widać, że to temat niezwykle bliski autorce, tu w końcu miała szansę rozwinąć skrzydła i pokazać swoją wiedzę. Osobiście liczę na to, że kolejna książka Korwin – Piotrowskiej będzie w całości poświęcona X muzie.

Wakacje to idealny czas, by wraz z „Ćwiartką” wyruszyć w podróż cudownym wehikułem czasu. Czasami będzie to niewygodna wyprawa, która zmusi do refleksji, czasami pełna przyjemności wycieczka all inclusive, z której nie będziemy chcieli wrócić. W pakiecie dostaniemy wachlarz emocji: od wzruszenia, po głośny śmiech. Możliwe, że nie wszystko nam się spodoba i ucieszymy się z możliwości rychłego powrotu „do siebie”, możliwe, ze z żalem pomyślimy to se ne vrati. Jakkolwiek warto ją odbyć, choćby po to, by docenić i ocenić to, co jest. Pani Karolino, czekamy na więcej!

Ocena: 9/10
K.Koriwn – Piotrowska, „Ćwiartka raz”, Prószyński i S – ka 2014.

piątek, 30 maja 2014

Gorąco polecam

Nazwisko Passent od lat jest gwarancją najwyższej jakości w dziennikarstwie. Daniel Passent uznawany jest za mistrza felietonu, a jego publikowane w „Polityce” teksty dla wielu są lekturą obowiązkową.

Talent po ojcu niewątpliwie odziedziczyła córka – Agata, pisząca dla „Twojego Stylu”. Osiągnięcie zawodowej pełnoletności postanowiła uczcić wydaniem zbioru felietonów pt. „Kto to Pani zrobił?”.


Jak wiadomo bycie dzieckiem znanych i utalentowanych rodziców jest błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. Agata Passent, pewnie też musiała „zmagać” się z etykietką córki Tej Osieckiej i Tego Passenta oraz opinią, że wszystko załatwili jej rodzice, co z pewnością nie ułatwiało wyboru drogi zawodowej. Każda ścieżka w tym przypadku była trudna i ryzykowna. Zarówno całkowicie odmienna profesja, jak i próba „ścigania” się z ich talentem nie miała sensu. Passent poszła w ślady rodziców, zajęła się pisaniem. Obroniła się tym, że robi to po swojemu. W ten sposób nie musi już nic nikomu udowadniać, bo odnalazła swój własny, rozpoznawalny styl i konsekwentnie się go trzyma. Jest zabawnie, ironicznie, przewrotnie, a co najważniejsze, z sensem.


Siłą tekstów zawartych w zbiorze „Kto to Pani zrobił?”, jest to, że trzymają się z dala od spraw „wielkiego świata”. Autorka jest wnikliwa obserwatorką codzienności, zachowań i relacji międzyludzkich. Jednocześnie nie brak tu refleksji na temat istotnych problemów społecznych. Felietony zostały podzielone na sześć grup: z życia Polaka, z życia warszawki, z życia kosmopolitki, z życia matki, żony i kochanki, z życia myślicielki oraz z życia mojego.

Passent interesuje się w felietonach pozornie bardzo odległymi sprawami. Zajmują ją zarówno relacje damsko – męskie, zmiany, jakie zaszły w obyczajowości, rodziny patchworkowe, program edukacji w szkołach kredyty, ale również budownictwo mieszkaniowe w Warszawie i to, że Mick Jagger spał podobno z czterema tysiącami kobiet. Autorka rysuje też Polaków portret własny, pisząc o narodowej skłonności do obrażania się, arytmetyce cierpienia i ulubionym zajęciu – narzekaniu. Nie zabrakło także wątku popkultury i tego, jak zmieniają się media. Dziennikarka o wszystkim pisze z dużą dozą ironii, dystansem, ale przede wszystkim poczuciem humoru i zrozumieniem. Passent często wygłasza dość śmiałe, a nawet kontrowersyjne opinie, z którymi można się nie zgadzać, czy polemizować. Z pewnością jednak, warto się z nimi zapoznać, choćby po to, by móc wyrobić swoją własną opinię.

Choć felietonista przekornie mówi, że nie myśli, czynność tę od wieków deleguje innym to książka „Kto to Pani zrobił, skutecznie temu twierdzeniu przeczy. Passent myśli bowiem ciekawie i wielokierunkowo. W jednym z felietonów, wyraża też tęsknotę za surowymi krytykami, narzeka na „polecaczy”, którym wszystko się podoba. Choć bardzo bym chciała spełnić Jej prośbę i się do czegoś przyczepić, to mogę jedynie do tego, że mogłaby pisać więcej, może czas pomyśleć o większej niż felieton formie? Czekam z niecierpliwością. W książce wszystko się zgadza, niestety nie pozostaje mi więc nic innego, jak napisać z przekonaniem: gorąco polecam!

Ocena: 7/10
A.Passent, „Kto to Pani zrobił?”, Wielka Litera 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wielka Litera http://www.wielkalitera.pl/

poniedziałek, 5 maja 2014

Tour de mitteleuropa

W najnowszej książce pt.: „Czardasz z mangalicą”, Krzysztof Varga powraca na Węgry. Ta podróż, z jednej strony jest okazją powrotu do osobistych wspomnień autora, z drugiej próbą sportretowania współczesnego społeczeństwa węgierskiego, badaniem roli, jaką odgrywa w jego życiu historia, a także poszukiwaniem podobieństw między dwiema ojczyznami Vargi.


Pisarz odbywa już drugą literacką podróż na Węgry. Teraz jedynie kontynuuje eskapadę rozpoczętą w świetnym „Gulaszu z turula”. Można, więc stwierdzić, że wcale nie odkrywa Ameryki, raczej odwiedza stare, dobrze znane kąty. A jednak, odkrywa, chociażby, dlatego, że konsekwentnie omija centrum, stolicę, utarte szlaki. Porusza się po obrzeżach, odwiedza prowincję, miejsca, w których, jak pisze czas się nie zatrzymał, bo po prostu nigdy w nich nie istniał. W tym tkwi największa siła książki. Czytelnik sięgając po nią ma szansę poznać, jak wygląda prawdziwa codzienność Węgrów, która toczy się, poza głównym nurtem.


„Czardasz z mangalicą” rozpoczyna się osobistym wspomnieniem o ojcu i jego nie do końca zrealizowanej pasji filatelistycznej. Konieczność uporządkowania pozostałego po nim zbioru znaczków, wywołuje wspomnienia z dzieciństwa. Postać ojca autora pojawia się w wielu miejscach tekstu. Wątek ten nadaje całości nostalgiczny ton. Książka jest też niewątpliwie próbą rozrachunku z przeszłością.

Po tym akcencie wyruszamy w drogę. Zaczynamy w Miszkolcu, następnie ruszamy m.in. do Peczu, Suboticy, Szegedu, Debreczyna i oczywiście najważniejszego - Budapesztu. Do niektórych miejsc pisarz dotarł z konkretnego powodu, do innych całkiem przypadkiem, zbaczając z drogi do zamierzonego wcześniej celu. Niezależnie od tego, w jakim mieście się zanim dotarł do centrum miasta, zwiedzanie go rozpoczynał od przedmieść, gdyż jak pisze, bez nich nie ma miasta. Za każdym razem ważnymi punktami na jego mapie były również dworce kolejowe i cmentarze. Pisarz ma do nich szczególny stosunek, jako do miejsc, w których czas się zatrzymał, bądź nie istnieje. Varga pisze również, że o ile płucami każdego miasta są tereny zielone, tętnicami boczne uliczki, prowadzące do głównej, to sercem każdego węgierskiego miasta jest bazar, hala targowa.

„Węgierska kuchnia jest trwalszym fundamentem tego narodu niż chrześcijaństwo.” Trudno więc dziwić się, że jedzenie, co sugeruje już sam tytuł jest niezwykle istotnym tematem książki. Varga penetrując prowincjonalne miasteczka odwiedza niepozorne, dziwne restauracje, a czasem wręcz speluny. Autor przy wyborze potraw kieruje się pamięcią smaku i najczęściej wybiera te dania, które jadł w dzieciństwie. W zestawach tych pojawiają się: pőrkolt z galuszkami, kanapki ze sznyclami, langosz, zupa rybna, zupa gulaszowa. Królową węgierskiej kuchni jest jednak dla pisarza paprykowana słonina z mangalicą właśnie. W odwiedzanych przez Vargę przybytkach doskonale widać odporność i niechęć Węgrów do zmian. Jadłospis i wystrój niektórych lokali pozostaje niezmienny od dziesięcioleci. Kuchnia jest również terenem, który dzielnie przeciwstawia się wpływowi zachodu. Autor wysnuwa nawet teorię, że depresyjno – melancholijne usposobienie Węgrów po części może być związane z upodobaniem do ciężkiej, tłustej kuchni.

„Tylko serbskie umiłowanie klęski jest większe niż węgierskie, a węgierskie większe niż polskie, a polskie jest ogromne.”. Zdanie to doskonale oddaje, kolejny motyw przewodni książki, a jednocześnie opisuje cechę  Węgrów, którą jest zanurzenie w przeszłości i rozpamiętywanie porażek. Historia i jej rola w życiu społeczeństwa to temat, który Varga poddaje dokładnej analizie. Zwraca uwagę, że niektórzy wciąż przeżywają klęskę, jaką był traktat z Trianon, podpisany po I wojnie światowej. Poza tym jest to także państwo pełne pomników upamiętniających bohaterów przegranych bitew.

„Czardasz z mangalicą” to przede wszystkim doskonała podróż sentymentalna. Mnóstwo tu osobistych wspomnień z dzieciństwa, powrotów do ulubionych miejsc, potraw, książek i filmów. Pojawiają się również niezwykle celne spostrzeżenia o charakterze antropologiczno – socjologicznym. W tekstach panuje nostalgiczny nastrój. Varga snuje egzystencjalne refleksje na temat przemijania, starzenia się. Nie brak bolesnej konstatacji, że ocalenie od zapomnienia jest skazane na porażkę. Mimo to warto próbować i podejmować starania. Bez przeszłości teraźniejszość, bowiem, nie byłaby taka sama. Lektura obowiązkowa dla miłośników Węgier i nie tylko. Idealna również dla tych, którzy nie oszaleli na punkcie portali społecznościowych, internetu, natomiast dużo bliższy jest im świat papierowych listów i mają problem z zaakceptowaniem współczesności.

Ocena: 8/10
K.Varga, „Czardasz z mangalicą”, Wydawnictwo Czarne 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne http://czarne.com.pl/

sobota, 19 kwietnia 2014

Rozmowa zalotna

Łukasz Maciejewski stał się specjalistą od rozmów z aktorami. Po wywiadzie – rzece z Jerzym Radziwiłowiczem zatytułowanym „Wszystko jest lekko dziwne”, przyszła pora na Danutę Stenkę. Owocem tego spotkania jest niezwykle ciekawa, odbyta w przyjacielskiej atmosferze rozmowa pt.: „Flirtując z życiem”.


Danuta Stenka jest jedną z najwybitniejszych polskich aktorek. Ma na swoim koncie kilkadziesiąt ról filmowych i teatralnych. Jej osiągnięcia zawodowe długo pozostawały niezauważone. Ogromną popularność przyniosła jej rola Judyty w kinowym hicie „Nigdy w życiu”, na podstawie książki Katarzyny Grocholi. Od tego momentu cieszy się niesłabnącą sympatią widzów, którzy pokochali ją za promienny uśmiech, bezpretensjonalność, szczerość, klasę.


„Flirtując z życiem” nie jest klasycznym wywiadem. Zdecydowanie bardziej przypomina przyjacielską pogawędkę o charakterze sentymentalno – wspomnieniowym. Z drugiej strony zostały zachowane wszystkie formalne reguły, standardowe dla tego typu publikacji. Rozmowa zaczyna się od wspomnień związanych z domem rodzinnym w Gowidlinie na Kaszubach. Aktorka przywołuje z pamięci niepowtarzalne smaki i krajobrazy. Najważniejszy wśród nich jest miód z pasieki, którą prowadzili rodzice. Z wypowiedzi Stenki wyłania się obraz skromnego, ale pełnego miłości i radosnego gwaru miejsca. Taki dom, z pewnością jest solidnym fundamentem, z którego można czerpać siłę przez całe życie.

W dalszej części tekstu jest mowa o drodze do aktorstwa, początkach kariery w Szczecinie, późniejszym etapie poznańskim i najważniejszym warszawskim. W tym kontekście pojawiają się nazwiska zawodowych mentorów: Ryszarda Majora, Izabeli Cywińskiej, Macieja Prusa. Nie mogło również zabraknąć tych, dzięki którym aktorka święci triumfy teatralne obecnie: Krzysztofa Warlikowskiego, Grzegorza Jerzyny, czy Mai Kleczewskiej. Z uwagi na zainteresowania autora książki, zdecydowanie najwięcej miejsca poświęcone jest w niej właśnie teatrowi: kulisom powstawania przedstawień, sposobom pracy nad tekstem, oswajaniu stresu przed premierą i niepewności, która mimo ogromnego doświadczenia towarzyszy każdemu wyjściu na scenę. Pojawia się też wątek momentów przełomowych w karierze filmowej i telewizyjnej.

Danuta Stenka na szczęście wyznaje zasadę: mój dom, moja twierdza. W związku z tym o życiu prywatnym mówi dokładnie tyle ile powinna i nic ponadto. Nie bawi się również w magiel, nie plotkuje o koleżankach i kolegach z branży, nie ocenia ich wyborów, nie ma potrzeby wypowiadania się na każdy temat. Do uciążliwych stron popularności stara się podchodzić z dystansem, traktuje ją bardziej jako dobrodziejstwo niż przekleństwo. Ma świadomość upływu czasu i choć wolałaby być młodsza, przyjmuje go z godnością. Nie wyklucza przy tym skorzystania w przyszłości z zabiegów medycyny estetycznej. Ideał? Nic podobnego. Każdy zawód, aktorstwo w szczególności ma swoją cenę. Tą ceną dla aktorki jest niewątpliwie krytyczny stosunek i brak wiary w siebie, niska samoocena, a także depresja, której doświadczyła. Przyznała się do niej otwarcie, czym zyskała jeszcze większy szacunek i uznanie widzów. Co ważne, nie ma przy okazji chęci moralizowania, nie twierdzi, że teraz już znalazła odpowiedź na pytanie, jak żyć? Nie wypisuje gotowych recept. Wręcz przeciwnie. Ciągle szuka, jest w drodze.

Lektura „Flirtując z życiem”, potwierdza, że sympatia, którą od lat obdarzana jest aktorka jest jak najbardziej uzasadniona. Stenka w rozmowie z Maciejewskim, rysuje się czytelnikowi jako osoba autentyczna spontaniczna, wrażliwa, z poczuciem humoru, ale również jasno określonym kodeksem i rzadkimi, w tej profesji cechami charakteru: lojalnością, słownością. Wizerunek z książki jest w pełni zgodny z tym, co widzimy na ekranie w telewizji, czy czytamy w prasie. Jedyny żal, jaki pozostaje, to ten, że w polskim środowisku filmowym jest niewiele postaci o równie barwnej i mocnej osobowości, a na polskim rynku wydawniczym jest wciąż za mało tak przemyślanych, mądrych, interesujących rozmów, jak ta Łukasza Maciejewskiego z Danutą Stenką.

Ocena: 7/10
„Flirtując z życiem”, Danuta Stenka w rozmowie z Łukaszem Maciejewskim, Wydawnictwo Znak Litera Nova 2013.



poniedziałek, 31 marca 2014

(Po) Szczególni

Pierwsza książka Pauliny Wilk pt.: „Lalki w ogniu” była okazją do odbycia niezwykłej podróży po Indiach, druga: „Znaki szczególne” jest z kolei podróżą sentymentalną do czasów dorastania w okresie transformacji ustrojowej. 

Zastosowana przez autorkę narracja, obserwacje i diagnozy społeczne, sprawiają, że przez niektórych już teraz uznawana jest za głos pokolenia. Kwestią do dyskusji pozostaje, czy nie jest to etykietka przypięta na wyrost?


Autorka dorastała w bloku z wielkiej płyty na osiedlu wojskowym, położonym za torami kolejowymi. Tam właśnie przebiegała pierwsza linia podziału, gdyż po drugiej stronie znajdowało się osiedle domków jednorodzinnych, na którym „wojskowi” nie byli mile widziani. Podobnie, jak większość dzieci w schyłkowym okresie PRL – u wolny czas, wraz z rówieśnikami spędzała na podwórku. Zestaw rozrywek również był taki sam dla wszystkich, należały do nich: piaskownica, wiszenie na trzepaku, gry w gumę, klasy, kapsle, a przede wszystkim rzucanie monet na tory kolejowe. Obowiązkowym punktem niedzieli była wizyta w cukierni. Wieczorami wszyscy oglądali w telewizji tę samą dobranockę i jednakowo tęsknili za smakiem bananów, gum do żucia, czy kolorowych cukierków. Ta swoista równość i poczucie braku, sprawiała, że między ludźmi tworzyły się mocne, trwałe więzi.


Cezurą dla tego ustalonego, dobrze znanego porządku był 1989 rok. Pierwsze wolne wybory, idące za nimi zmiany polityczno – ekonomiczne wywróciły stosunki społeczne do góry nogami. W sklepach pojawiła się niespotykana dotąd mnogość towarów i, jak pisze Wilk „a my staliśmy się tym, co mogą kupić nam rodzice”. W odstawkę poszły czarno – białe telewizory i magnetofony kasetowe Kasprzak. Zostały zastąpione przez stale pojawiające się na rynku nowinki technologiczne. Dorośli stanęli do wyścigu o zajęcie, jak najlepszego miejsca w nowej rzeczywistości. Jak w każdych zawodach bywa niektórzy, nieumiejący przystosować się do nowych zasad zostali daleko w tyle lub odpadli w przedbiegach, nie stając nawet do walki.

Wydawało się, że zdawanie egzaminu dojrzałości i wybieranie zawodu w czasach rodzącego się kapitalizmu było sytuacją wprost wymarzoną. Przedstawiciele pokolenia transformacji mogli się poczuć wybrańcami losu, biorąc udział w tworzeniu nowej rzeczywistości. Firmy powstawały „na pniu”, wystarczyło znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie, ciężko pracować i nieustannie zdobywać wiedzę, a można było liczyć na odniesienie sukcesu w swojej dziedzinie. Bardzo szybko okazało się jednak, że droga na szczyt jest długa, żmudna i kręta. Konkurencja nie śpi, a przy wejściu panuje już spory tłok.

Kolejnym momentem przełomowym było oczywiście wejście Polski do Unii Europejskiej. Otwarcie granic, tanie linie lotnicze, dały niespotykaną dotąd swobodę przemieszczania się. W końcu mogliśmy zaspokoić „głód świata”. Rzeczywistość nabrała barw. Poczucie bezpieczeństwa sprawiło, że rozpędziliśmy się w konsumpcjonizmie Stale rosnące potrzeby, życie na kredyt i często ponad stan, stało się normą.

„Znaki szczególne” nastręczają pewnych trudności w ocenie. Wilk świetnie, z imponującą pamięcią szczegółu odtwarza atmosferę blokowisk schyłku PRL – u. Udało się jej również uchwycić i trafnie opisać uczucie bycia pomiędzy starym a nowym i wynikający z niego brak zakorzenienia. Całość ma bardzo osobisty, autobiograficzny ton. Pojawiają się tu również celne obserwacje zmian w stosunkach społecznych, jakie zaszły w ciągu ostatniego ćwierćwiecza.

Tym, co drażni w książce jest nachalne używanie w narracji zaimka my. Autorka rości sobie prawo do bycia głosem pokolenia. Nadmierne stosowanie tej formy niejako zmusza czytelnika do identyfikacji z przeżyciami i opiniami autorki, które przecież nie były udziałem wszystkich. Traktowanie tej publikacji w ten sposób wydaje się być mocno na wyrost. Ponadto opisywane przez nią następstwa przemian: globalizacja, konsumpcjonizm, rewolucja technologiczna, różnice ekonomiczne, wykluczenie społeczne, zanik więzi, dewaluacja pojęć zostały już wielokrotnie zauważone i opisane. Niektóre stwierdzenia trącą banałem. W tym sensie publikacja nie wnosi nic nowego do debaty publicznej.

„Znaki szczególne” portretują pokolenie urodzone w okresie transformacji. Jest to jednak bardzo jednowymiarowy obraz. Do kompletności, zabrakło użycia wielu barw i przedstawienia różnych punktów widzenia.

Ocena: 7/10
P.Wilk, „Znaki szczególne”, Wydawnictwo Literackie 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl


środa, 19 marca 2014

Przy mikrofonie

Krzysztof Materna powszechnie jest kojarzony przede wszystkim z zawodowego duetu, który swego czasu tworzył wraz z Wojciechem Mannem. Książka: „Przed Państwem Krzysztof Materna (dla przyjaciół Siostra Irena) pokazuje, że jego indywidualna biografia zawodowa jest równie barwna i pełna zabawnych przygód.


Po ogromnym sukcesie autobiografii Wojciecha Manna pt. „Rockmann”, wydawnictwo Znak odkryło potencjał przygodowy oraz talent pisarski duetu M&M i postanowiło wycisnąć go, jak cytrynę. Książka Materny, wydaje się zamykać serię, w której poza „Rockmannem ukazały się także, napisane wspólnie „Podróże małe i duże” i specyficzne, zrozumiałe dla dość wąskiej grupy „Kroniki wariata z kraju i ze świata” Wojciecha Manna.


W swojej książce Materna opisuje przede wszystkim meandry swojej drogi zawodowej. Bardziej prywatny charakter ma rozdział o fascynacji piłką nożną oraz część, w której Materna wspomina ważne dla siebie zawodowo i prywatnie osoby. W tych zapisach pojawiają się m.in. Jerzy Gruza, Magda Umer, Krystyna Janda i oczywiście Wojciech Mann.

Kariera autora rozpoczęła się dość typowo, od szkolnych konkursów recytatorskich. Odniesione tam sukcesy umocowały decyzję o zdawaniu do Szkoły Teatralnej w Krakowie. Działalność w ruchu studenckim: prowadzenie Festiwalu Piosenki Studenckiej, organizowanie FAMY, aktywność kabaretowa, doprowadziły go z kolei do ścieżki konferansjerskiej. Najważniejszym wydarzeniem tamtego etapu niewątpliwie było prowadzenie koncertów Czesława Niemena. Materna twierdzi, że właśnie podczas nich doskonale opanował sztukę panowania nad publicznością.

Równie ciekawym okresem w biografii Materny jest pobyt w jednostce wojskowej w Trzebiatowie, gdzie poza obowiązkami wynikającymi z pełnienia służby, założył teatr poezji, był szefem grupy śpiewającej, która przygotowywała kompanię do występu na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu, a przede wszystkim zorganizował w jednostce koncert Czesława Niemena, który okazał się dużym sukcesem i podniósł notowania Materny u dowódców i kolegów.

W książce zawarte zostały również wrażenia z najważniejszych dla autora koncertów, zakulisowe przygody i smaczki związane z prowadzeniem festiwali w Opolu i Sopocie. Dużą część zajmuje opis telewizyjnej kuchni, którą autor poznał dogłębnie, przygotowując, wraz z Wojciechem Mannem różne projekty m.in.: „Za chwilę dalszy ciąg programu’, czy „MDM”. Było ich tyle, że nie sposób opisać tu wszystkie. Zresztą byłoby to zbędne odbieranie przyjemności czytelnikom. Mogę jedynie zapewnić, że w czasie lektury nie będziecie narzekać na brak śmiechu.

Wspomnienia Materny są napisane w charakterystycznym dla niego stylu. Jest więc ironicznie, sarkastycznie, zabawnie. O ważnych osobach spotkanych na drodze zawodowej autor pisze z szacunkiem, czułością, sentymentem. Satyryk nie ma potrzeby obrażania swoich oponentów i nawet w porażkach, stara się znaleźć dobrą stronę. Lektura tekstu jest niczym niezakłóconą przyjemnością. W starszych wzbudzi nostalgię, dla młodszych będzie okazją do odbycia fascynującej podróży wehikułem czasu.

Ocena: 6/10
K.Materna, „Przed państwem Krzysztof Materna (dla przyjaciół Siostra Irena). Przygody z życia wzięte.”



środa, 5 marca 2014

Dynastia

Każdy z nas od czasu do czasu, lubi przeczytać opowieść o pięknych, bogatych, wpływowych ludziach, którzy odnieśli światowy sukces. „Historia rodziny, która stworzyła Maybelline” bez wątpienia do takich należy, choć ma niewiele wspólnego z bajką, o szczęśliwym zakończeniu.


Publikacje odsłaniające kulisy powstania i funkcjonowania koncernów kosmetycznych i odzieżowych są ostatnio bardzo popularne. Z reguły służą ociepleniu wizerunku firmy, a także przywiązaniu klientów do konkretnej marki, poprzez wytworzenie swego rodzaju więzi emocjonalnej. Po Maxfactorze, Zarze i Pradzie, przyszła kolej na Maybelline. Autorkami książki są Sherrie Williams i Bettie Youngs. W notce prasowej czytamy, że książka jest oparta na materiałach gromadzonych przez Sherrie Williams przez trzydzieści lat.


Kosmetyki Maybelline są obecnie jednymi z najpopularniejszych na świecie. Prawie każda kobieta miała do czynienia z produktami tej firmy. Ten sukces nie zrodził się jednak z dnia na dzień. Stoi za nim olbrzymia praca, determinacja i wizjonerstwo jej właściciela - Toma Williamsa oraz jego współpracowników, bez których, działania na szeroką skalę byłyby niemożliwe. Podobnie, jak w wielu innych wypadkach i tutaj sprawdziło się powiedzenie: „potrzeba matką wynalazku”. Na pomysł stworzenia produktu, w przyszłości znanego jako tusz do rzęs Tom Williams wpada, gdy jego siostra Mabel podczas gotowania niefortunnie przypala sobie rzęsy i brwi. Aby odzyskać atuty kobiecości postanawia sięgnąć po specjalną miksturę, którą odmalowuje brakującą oprawę oczu. Efekt, który uzyskuje dzięki zabiegowi zachwyca Toma Williamsa. Ten pozornie błahy moment można uznać za początek przyszłego imperium kosmetycznego rodziny Williams.

Jednak, zanim Tom odkrył tę kurę znoszącą złote jajka, przeszedł długą, trudną drogę. Kilka jego pomysłów biznesowych okazało się niewypałem, zostawał bankrutem i musiał zaczynać od początku. Książka opisuje początki i rozwój koncernu do lat 70. XX wieku. Firma Maybelline, z Tomem Williamsem na czele podjęła wiele nowatorskich, innowacyjnych działań w zakresie reklamy, marketingu i sprzedaży produktów. To oni, jako pierwsi zatrudnili gwiazdy filmowe do reklam, rozumiejąc ścisłe powiązanie handlu z show – biznesem. Również, jako pierwsi zastosowali technikolor i retusz w kampaniach. Członkowie klanu zrewolucjonizowali także sposób sprzedaży, m.in.: umieszczając kosmetyki na stojakach ustawionych przy kasie. Wszystkie te działania sprawiły, że Maybelline w krótkim czasie, stała się liderem rynku, wyprzedzając o lata świetlne konkurencję. Wizjonerskie rozwiązania wprowadzone przez Williamsów na trwałe zmieniły branżę reklamową. Zmiany te, oczywiście musiały nadążać za stale zmieniającymi się warunkami ekonomiczno – społecznymi. Firma radziła sobie dobrze zarówno w trudnych wojennych czasach, jak i w okresie rewolucji obyczajowej lat 60.

Od początku dla Toma Williamsa najważniejsza była rodzina. Przedsiębiorstwo, które stworzył miało właśnie taki charakter. Zostali w nim zatrudnieni wszyscy członkowie familii na czele z synem, całym rodzeństwem oraz bliskimi przyjaciółmi, którzy z czasem byli traktowani, jak rodzina. Taki układ z jednej strony dawał poczucie biznesowego bezpieczeństwa, z drugiej jednak stwarzało wiele problemów. Do Williamsów bowiem idealnie pasuje powiedzenie, że z rodziną dobrze wychodzi się jedynie na zdjęciu.

„Historia rodziny, która stworzyła Maybelline” to przede wszystkim dobrze napisana, wciągająca powieść obyczajowa. Przeplatają się tu miłość, namiętność, zazdrość, nienawiść, wielkie wzloty i bolesne upadki, zdrady, konflikty i rodzinne dramaty. Intensywność zdarzeń i zwroty akcji sprawiają, że książkę czyta się, jak papierową wersję „Mody na sukces” lub „Dynastii”. Evelyn, żona Prestona Williamsa, niczym serialowa Alexis kradnie całe show i wyrasta na główną bohaterkę dramatu. Oczywiście są tu również opisane dzieje i etapy rozwoju firmy, ale są one tylko barwnym tłem dla skomplikowanych relacji rodzinnych.

Z lektury płyną wnioski, o różnym zabarwieniu. Z jednej strony pozytywne: Wszystko jest możliwe, warto marzyć, ciężko pracować i nigdy się nie poddawać, a możemy osiągnąć wszystko, co tylko chcemy. Z drugiej potwierdzają starą prawdę, o tym, że pieniądze szczęścia nie dają. Bezpieczeństwo materialne i największe nawet sukcesy są niewiele warte, bez fundamentów w postaci rodziny i dobrych relacji z otoczeniem. Zawsze warto mieć je na uwadze w pierwszej kolejności.

Ocena: 7/10
S.Williams, B.Youngs, „Historia rodziny, która stworzyła Maybelline”, Wydawnictwo Muza 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Muza http://muza.com.pl/




niedziela, 23 lutego 2014

Układanka

Telewizyjny duet Hołownia& Prokop, kontynuuje swoją pisarską przygodę. Ich druga książka: „Wszystko w porządku. Układamy sobie życie", na szczęście nie jest kontynuacją poprzedniej. W rezultacie otrzymaliśmy całkiem interesujące puzzle.


Marcin Prokop bywa ironicznie nazywany królem porannego pasma, gdyż z Dorotą Wellman od kilku lat prowadzi program „Dzień dobry TVN”. Wcześniej był m.in. jurorem w „Idolu”, redaktorem naczelnym „Machiny” i „Filmu”. Pracował także w Radiu Zet. Sympatię telewidzów zyskał dzięki poczuciu humoru, ciętym ripostom oraz dystansowi wobec świata celebrytów. Hołownia z kolei na antenie komercyjnych stacji telewizyjnych, w czasopismach oraz portalu internetowym szerzy kaganek wiary. W elokwentny, wyważony i rozsądny sposób, przedstawia swój punkt widzenia. Na koncie ma również kilka książek o szeroko pojętej tematyce religijnej. Połączenie, tak skrajnie różnych osobowości w programie „Mam Talent”, wydawało się szalonym pomysłem. Bardzo szybko okazało się jednak strzałem w dziesiątkę.


Potencjał oryginalnego duetu postanowiono wykorzystać również na innym, niż telewizyjne polu. W ten sposób, w 2011 roku, powstała pierwsza wspólna książka „Bóg, kasa i rock’n’roll”. Był to swoisty dialog, w którym obaj panowie starali się wzajemnie przekonać do swoich racji. Efektem tego były mniej lub bardziej udane dyskusje o religii, sprawach ostatecznych, popkulturze i wielu innych. Sukces komercyjny książki sprawił, że kwestią czasu było pojawienie się kolejnej.

Pomysł na „Wszystko w porządku. Układamy sobie życie” jest już jednak inny. Tutaj każdy z panów w odosobnieniu uprawia swoje poletko, na którym czuje się najlepiej. Nie ma, więc przkomarzanek i siłowania się na rację. Te braki wyszły jednak tekstowi tylko na dobre.

Jak czytamy we wstępie inspiracją dla duetu był Andy Warhol i pudełko, które ponoć trzymał koło biurka. Wrzucał do niego wszystko, co choć na moment przykuło jego uwagę. Pod koniec każdego miesiąca zaklejał pudełko, oznaczał datą i odstawiał na półkę. Pozostawił po sobie sześćset takich pudełek. Książka Hołowni i Prokopa jest zbiorem podobnych różności: sentymentalnych drobiazgów, ulotnych chwil, a czasami zupełnie nieistotnych rzeczy. Układ i tytuły rozdziałów wskazują na robienie domowych porządków.

Zaczynamy od przedpokoju, a w nim m.in.: „8 pomysłów z dziedziny troski o świat, co, do których żałuje, że nie są moje”, „4 wyspy, które już namierzyłem i muszę je jeszcze odwiedzić przed śmiercią” Hołowni oraz „5 technologicznych paradoksów, które żywią się zawartością naszych portfeli” i „9 wynalazków, na które czekam z rosnącą niecierpliwością” od Prokopa. Następnie udajemy się do salonu, biblioteki, studia dźwiękowego, pokoju telewizyjnego, kuchni. Przemykamy też przez sypialnię i łazienkę. Porządki nie omijają kaplicy, a kończą się w siłowni. W każdym z tych "pomieszczeń" znajdziemy, podobne do wymienionych rankingi. Nie sposób zacytować w tym miejscu całego spisu treści. Napiszę, więc tylko, że dowiemy się m.in.: gdzie kupować ikony w Moskwie, jakie traumy religijne przeżył Hołownia i, co wg niego należy robić między 22.00 a 23.00. Prokop natomiast przedstawia nam 15 prawd i półprawd o telewizji, wylicza 11 płyt, bez których nie byłby sobą, zdradza 6 prostych trików, które sprawiają, że kreatywne myślenie przestaje być bolesne, a także 15 darmowych rzeczy, które warto zrobić przed śmiercią, żeby potem nie żałować, że zrobili je inni.

„Wszystko w porządku. Układamy sobie życie” nie wykracza oczywiście poza nurt literatury lekkiej, łatwej i przyjemnej. Nie należy się więc spodziewać po tej lekturze intelektualnych uniesień. Całość jest jednak napisana z dużym poczuciem humoru. Znajdziemy tu również różnego rodzaju ciekawostki, których próżno szukać w Internecie. Dla niektórych książka może być także źródłem książkowych, muzycznych, czy filmowych inspiracji. Dodatkowy plus za staranne wydanie i redakcję. Czasu poświęconego na przeczytanie tej publikacji, nie uznaję za zmarnowany.

Ocena 7/10
Sz.Hołownia, M.Prokop, „Wszystko w porządku. Układamy sobie życie.”, Wydawnictwo Znak 2013.


poniedziałek, 17 lutego 2014

Wypadki Charlotte

Od czasu wymyślenia przez Helen Fielding kultowej postaci Bridget Jones trwają usilne próby stworzenia jej klonu i powtórzenia tamtego sukcesu. 

Ewidentnym przykładem takiego działania jest książka „Smaczne życie Charlotte Lavigne” Nathalie Roy. 

Smak jest kwestią gustu, o którym się nie dyskutuje. Pozostając w kulinarnym kręgu należy powiedzieć, że ta lektura jest przede wszystkim ciężkostrawna.


Główna bohaterka jest trzydziestotrzyletnią singielką. Mieszka w Québecu Pracuje w telewizji, a jej celem życiowym, jak sama mówi jest wyjście za mąż i posiadanie dzieci. Kocha gotować i jeść, dziwnym zrządzeniem losu nie bardzo jej to wychodzi. Przyrządzając pierwszą kolację dla ukochanego Maxa, wywołuje pożar domu. Z kolei na ważnym dla niego przyjęciu dla dyplomatów, popełnia wszystkie możliwe gafy, wywołując konsternację wśród nobliwych gości. W związku z tym śmiało mogłaby nazywać się Chodząca Katastrofa.


Zgodnie ze schematem stosowanym w tego typu książkach Charlotte ma oddanych przyjaciół – Aïshę i Ugo, którzy są dla niej grupą wsparcia. Dzielnie znoszą zmienne nastroje i najgłupsze nawet pomysły. Na dokładkę mamy jeszcze toksyczną matkę, która rozpaczliwie usiłuje zachować młodość. Praca researcherki w programie telewizyjnym daje bohaterce satysfakcję, choć skrycie marzy o występach na wizji. Można odnieść wrażenie, że zawodowo zajmuje się wyłącznie utarczkami z prowadzącą audycję - Roxanne oraz zajadaniem stresu.

Główną aktywnością Charlotte, która pochłania większość jej wolnego czasu i spędza sen z powiek jest poszukiwanie wielkiej miłości, mężczyzny idealnego. Trawi więc czas na filozoficzne rozważania, dlaczego on nie zadzwonił, albo, co znaczą jego słowa. Poza tym rywalizuje i zazdrości powodzenia swojej, teoretycznie najlepszej przyjaciółce.

W książce nieustannie podkreślana jest miłość do gotowania, spotkania towarzyskie przy zastawionym stole, faktycznie pełnią tu ważną rolę. Tak naprawdę jednak jedzenie jest wyłącznie tłem, narzędziem, które ma służyć zdobywaniu męskich serc. Smakosze, którzy spodziewają się konkretnych receptur będą zawiedzeni. Zamiast nich pojawiają się jedynie apetyczne, mogące wywołać ślinotok nazwy dań, ale nic poza tym.

O Charlotte Lavigne można powiedzieć, że jest uroczo nieporadna, zabawna, szalona, naładowana pozytywną energią, a książka doskonale wpisuje się w nurt literatury lekkiej, łatwej i przyjemnej, tak potrzebnej przy obniżce nastroju. Można też stwierdzić, że bohaterka jest płytka, infantylna, naiwna, a autorka Nathalie Roy osiągnęła mistrzostwo w kategorii: napisanie 420 stron książki o niczym.

Mamy do czynienia dopiero z pierwszym tomem „Smacznego życia Charlotte Lavigne”, przed nami dwa kolejne, zwieńczone serialem telewizyjnym. Pozostaje mieć nadzieję, że życie postaci nabierze głębi, barw i tempa. Obawiam się, że w przeciwnym wypadku należałoby zmienić tytuł trylogii na „Upiorne życie Charlotte Lavigne”.

Ocena 5/10
N.Roy, „Smaczne życie Charlotte Lavigne”, Wydawnictwo Literackie 2014.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

sobota, 8 lutego 2014

Miasto zbuntowane

Moda na Nowy Jork trwa w najlepsze. W ostatnim czasie, w bardzo krótkim odstępie na naszym rynku ukazały się trzy publikacje na jego temat. 

Jako, że i moja fascynacja tą metropolią nie słabnie, po „Nowym Jorku” Magdaleny Rittenhouse, postanowiłam wziąć na tapetę „Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów” Ewy Winnickiej. 

Jest to kolejna w serii, pięknie wydana przez PWN książka, opisująca dzieje miast, w okresie XX - lecia międzywojennego.


Epoka Międzywojnia to niezwykle barwny, dynamiczny okres w historii rozwoju miast. Szybko rozwijały się przemysł i gospodarka, ale przede wszystkim rozkwitała kultura, sztuka, a co za tym idzie również życie towarzyskie. Bogactwo i różnorodność epoki sprawia, że chętnie pochylają się nad nią badacze. Na tym także wydaje się opierać pomysł serii. Po Paryżu i Berlinie przyszła pora na Nowy Jork.


Autorka rozpoczyna swoją opowieść od przedstawienia historii narodzin tej wyjątkowej aglomeracji miejskiej. Przytacza dość powszechnie znane fakty, o których można przeczytać również w książce Rittenhouse. Później skupia się jednak na wprowadzeniu poprawki XVIII do konstytucji, czyli ustawy prohibicyjnej, która w założeniu miała uczynić ze Stanów „suchy” kraj. Regulacja mająca umoralnić państwo, natychmiast po wejściu w życie, przyczyniła się do gwałtownego rozwoju przestępczości, nielegalnego handlu i podziału społeczeństwa na „suchych” i „mokrych”. Kreatywność mieszkańców Nowego Jorku w obchodzeniu uciążliwych przepisów nie znała granic, a spożycie alkoholu wzrosło kilkukrotnie. Picie stało się wręcz modne, było wyrazem buntu przeciwko opresji. W takiej atmosferze cieplarniane warunku do rozwoju zyskały gangi, które zaczęły działać  na niespotykaną dotąd skalę.

 Tuż obok, niezależnie od restrykcyjnego prawa dokonywała się rewolucja obyczajowa. Przede wszystkim dotyczyła ona kobiet, które wraz z uzyskaniem praw do głosowania, zaczęły pozwalać sobie swobodne zachowanie i zmianę ubioru w sferze publicznej. Nie trzeba dodawać, że rozluźnienie obyczajów dotyczyło zwłaszcza sfery kontaktów damsko – męskich i nieskrępowanego korzystania z używek, dotąd zarezerwowanych wyłącznie dla mężczyzn. Stale rozwijający się przemysł i rosnąca powierzchnia miasta sprawiły, że nieustannie przybywały do niego rzesze imigrantów, w nadziei na poprawę warunków życia. Wśród nich byli także intelektualiści, pisarze, artyści, m.in.: Francis Scott Fitzgerald, Sinclair Lewis, Duke Elington. Rozkwitały również teatr i rewia.

Zbuntowane pokolenie wciąż szukało nowych środków wyrazu. Idealnie do tego nadawała się muzyka. Po wprowadzaniu prohibicji rozrywkę w klubach i barach zapewnić miały zespoły muzyczne. Właściciele restauracji poszukiwali nowych twarzy, które swoim talentem przyciągną klientów. Z kolei wszyscy, marzący o światowej karierze muzycy kierowali swe kroki na legendarną dziś Tin Pan Alley, gdzie swe siedziby mieli producenci muzyczni. Można powiedzieć, że zakaz spożywania alkoholu paradoksalnie przyczynił się do rozwoju jazzu. O tej muzyce i jej największych gwiazdach również przeczytamy w książce Ewy Winnickiej.

Niewielka odległość czasowa pomiędzy nowojorskimi lekturami skłania mnie do mimowolnych porównań. Zdaje sobie przy tym sprawę z pewnej niesprawiedliwości takiego działania, gdyż oczywiście dostrzegam różnicę w założeniach obu publikacji. W „Nowym Jorku” Magdalena Rittenhouse starała się zbadać serce i odkryć duszę miasta. Jej opowieść miała bardzo indywidualny i emocjonalny ton. Mimo wykorzystania równie bogatego materiału źródłowego, starannego wydania „Nowy Jork zbuntowany” ma jednak dużo bardziej encyklopedyczny charakter. Zdecydowanie brakuje tu dodatkowego „smaczku”, który decyduje o tym, że książkę połyka się natychmiast, a nie tylko czyta.

Jeśli dopiero zaczynacie swoją przygodę z Nowym Jorkiem, lub jesteście zafascynowani epoką  tekst Winnickiej będzie w pełni zadowalający. Jeśli natomiast chcecie odkryć coś więcej i ciekawi was, „co jest w środku”, wybierzcie pierwszą pozycję. Być może błędem było czytanie po sobie obu pozycji. Być może moja ocena po ich przeczytaniu w innej rozpiętości czasowej różniłaby się znacznie od tej. Jednak w zaistniałych okolicznościach, muszę przyznać, że dla mnie niekwestionowanym zwycięzcą nowojorskiego „pojedynku” jest „Nowy Jork”, widziany oczami Magdaleny Rittenhouse.

Ocena: 6/10
E. Winnicka we współpracy z M. Demczuk, „Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów”, Wydawnictwo PWN 2013.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa PWN http://www.dwpwn.pl/

czwartek, 30 stycznia 2014

Z życia aktora

Wśród licznych ostatnio biografii i wywiadów z polskimi aktorami, na szczególną uwagę zasługuje nieco już starszy wydawniczo wywiad – rzeka Łukasza Maciejewskiego z Jerzym Radziwiłowiczem. 

Jak zauważają krytycy, rozmowa pokazała artystę, w nieznanym dotąd szerszej publiczności świetle. 

Trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić, jednak lektura pozostawia też wrażenie, że proces „odkrywania twarzy” był w pełni kontrolowany przez aktora. Nie ma tu więc sensacji, jest tylko to, czym sam chciał się podzielić z czytelnikami.


Jerzy Radziwiłowicz zasłużenie jest uważany za jednego z najlepszych aktorów w Polsce. Zasłynął wieloma wybitnymi rolami teatralnymi, filmowymi. Na małym ekranie pokazuje się rzadziej, choć ostatnio powrócił nań rolą terapeuty w serialu HBO „Bez Tajemnic”. Mimo dużej rozpoznawalności ma wizerunek człowieka zdystansowanego, powściągliwego, a nawet chłodnego. Wystrzega się bywania na imprezach innych niż filmowe, pozowanie na tzw. ściankach jest mu zupełnie obce. Skutecznie unika komercyjnych przedsięwzięć np. udziału w reklamie. Wywiadów udziela niezwykle rzadko, tylko przy okazji promocji projektów, w których bierze udział. Ma opinię trudnego w kontaktach z dziennikarzami. Pewnie bierze się ona stąd, że broni swej prywatności i nie pozwala podchodzić za blisko, gdyż doskonale zna mechanizmy działania mediów i wie, że cena takiej nieostrożności zawsze jest wysoka. Ten sposób prowadzenia kariery budzi szacunek nie tylko środowiska. Już samo ukazanie się tego typu publikacji, z góry można więc uznać za sukces dziennikarza.


Rozmowa rozpoczyna się klasycznie od wspomnień z dzieciństwa spędzonego na warszawskim Grochowie. Wspomnienia z młodości płynnie przechodzą do okresu Szkoły Teatralnej, nauczycieli zawodu, pierwszych ról i mistrzów: Zapasiewicza, Swinarskiego, Grotowskiego, Jarockiego. Dużo miejsca, co zrozumiałe zostało poświęcone na pytania dotyczące teatru, najważniejszych ról, a także pracy za granicą. To, co jest wyróżnikiem, magnesem przyciągającym uwagę w publikacji, jest wyjątkowa, jak na Radziwiłowicza otwartość w mówieniu o polityce i innych kwestiach światopoglądowych. O niektórych kolegach po fachu wypowiada się z rzadko dziś spotykaną serdecznością i uznaniem. Tych, którzy nie przypadli mu do gustu nie ocenia pochopnie, waży słowa. Mówiąc o ulubionych miejscach, czy pozazawodowych pasjach, pokazał nieco swą wrażliwą stronę.

„Wszystko jest lekko dziwne” pełne jest również anegdot i ironii, co czyni lekturę zabawną. Widać też, że panowie znaleźli wspólny język, są siebie wzajemnie ciekawi, to z kolei z pewnością przyczyniło się do nadania tonu niezwykłości temu wywiadowi.

W niektórych recenzjach pojawił się zarzut dużej powierzchowności, zbytniego skakania po tematach, nie wykorzystania potencjału wybitnego rozmówcy.

 Oczywiście książka nie jest pozbawiona wad, niektóre wątki w istocie nie są właściwie „pociągnięte”, kilka ciekawych tematów zostało zmarnowanych, bądź w ogóle pominiętych. Zanim jednak dokonamy surowej oceny, pamiętajmy, że nie mamy do czynienia z filmografią, czy naukową krytyczną analizą. Trudno wymagać od Maciejewskiego, by w publikacji, która mimo innych szczytnych założeń, powstała w celach komercyjnych i wywiadzie, który rządzi się swoimi prawami dokonywał szczegółowych badań nad warsztatem „mistrza”, czyniąc w ten sposób z książki hermetyczną dyskusję znawców tematu. Specjaliści pewnie więc nadal będą na nie i znajdą w rozmowie sporo ale. Nie zmienia to jednak faktu, że efektem spotkania jest mądra rozmowa z fascynującym człowiekiem, który oprowadził nas po kawałku swojego świata. Takich „zjawisk” w przyrodzie mamy coraz mniej. Warto się nad nim pochylić, choćby z tego względu.

Ocena: 7/10
„Wszystko jest lekko dziwne”, Jerzy Radziwiłowicz w rozmowie z Łukaszem Maciejewskim, Wydawnictwo Wielka Litera 2012.


poniedziałek, 20 stycznia 2014

Miasto świata

Nowy Jork to miasto legenda. Na jego temat powstały tysiące publikacji, filmów i innych wytworów kultury. W związku z tym, wydaje się, że wiemy o nim bardzo dużo. 

Sięgnijcie po książkę Magdaleny Rittenhouse pt. „Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero.”, a przekonacie się, że byliście w błędzie. 

Gratka zarówno dla laików, jak i stałych bywalców „centrum świata”. Ci pierwsi zaczną gorączkowo planować podróż, ci drudzy odkryją rzeczy, o których nie mieli pojęcia.

Manhattan, Broadway, Central Park, Wall Street, te hasła automatycznie kojarzą się z Nowym Jorkiem, miejsca symbole, które przyciągają do niego rzesze turystów. Jak pisać o nich unikając nudnego wykładu historycznego? Jak ucząc bawić? Jak odkryć nieznane w miejscach wielokrotnie zbadanych przez innych? Wreszcie, jak polubić to, co z pozoru jest nieatrakcyjne i budzi strach? Odpowiedzi na wszystkie te pytania z pewnością zna autorka. Jej książka nie jest kolejnym typowym przewodnikiem po mieście, ani monotonną monografią historyczną, choć fascynujących historii jest tu mnóstwo. Trudno byłoby również określić ją mianem reportażu. Jest to raczej urzekająca opowieść o wielokulturowym, pełnym kontrastów i sprzeczności tyglu, który hipnotyzuje i przeraża, a nade wszystko zadziwia.

Nasza książkowa podróż rozpoczyna się na Manhattanie – wyspie, od której wszystko się zaczęło. Wszystko, czyli Nowy Jork i jego historia. Tu czeka rozwiązanie pierwszej zagadki:, w jaki faktycznie sposób przejęli ją Holendrzy. Dalej zmierzamy w kierunku Wall Street, by poznać kulisy narodzin finansowego centrum świata. Idąc Mostem Brooklińskim, docieramy do drapaczy chmur. Oprócz widoku z góry, podziwiamy przy okazji trud włożony w ich powstanie. Po modowej i modnej Siódmej Alei pora na odrobinę wytchnienia w najbardziej dzikim zakątku NY, zwanym High Line. Potrzeby ducha zaspokoją wizyty w Strand – największej księgarni/antykwariacie w mieście. W Nowojorskiej Bibliotece Publicznej dowiemy się, co oznacza wyrażenie, że książki zmieniają życie. Rozrywką dla intelektu będą także odwiedziny w redakcji „New Yorkera”, z kolei w Banku Rezerwy Federalnej poczujemy rządzę pieniądza. Nie sposób podróżować omijając dworce, zajrzymy więc do pięknego wnętrza Grand Central. W książce znalazły się także inne obowiązkowe punkty wycieczki: Ground Zero, Central Park, Broadway, Times Squere. Jest też kilka zaskakujących, nieoczywistych ścieżek.

To, czym wyróżnia się „Nowy Jork” wśród innych publikacji jest sposób, w jaki został pokazany przez autorkę. Najważniejsi obok historii, czy opisanej tu skrupulatnie architektury są ludzie, którzy przyczynili się do powstania, sukcesu, bądź porażki wymienionych miejsc. Wszystko to, czym dzisiaj jest metropolia stanowi wynik pasji, energii, pracy, zaangażowania, pomysłów i ambicji poszczególnych osób, ale też wspólnego działania na rzecz dobra całej społeczności. W książce znajdziemy uzasadnienie dla dość powszechnie powtarzanego stwierdzenia, że Nowy Jork jest miastem, gdzie wszystko jest możliwe i takim, w którym spełniają się marzenia. Czytając ją przekonamy się, jaką siłę mają przypadkowe spotkania, szalone pomysły, pozytywna energia i optymizm. I to w sposób, który każe nam natychmiast planować podróż lub przynajmniej wpisać ją na listę celów do osiągnięcia.

Spojrzenie Rittenhouse na Nowy Jork jest bardzo indywidualne. Dla najbardziej charakterystycznych, opatrzonych miejsc szuka nowej perspektywy. Obserwuje je zarówno z pozycji przybysza, jak i mieszkańca. Nie jest to więc laurka wystawiona miastu. Opisuje widoczne gołym okiem paradoksy, sprzeczności. Przy tym zawsze jednak najpierw stara się zrozumieć. Na „wielkiego potwora” patrzy uważnie, ale z ciepłem, czułością i pobłażliwością dla wad. Praca badawcza, którą autorka wykonała przy pisaniu tekstu budzi podziw. Ilość materiałów źródłowych i anegdot wykorzystanych w tej swoistej biografii oraz erudycja, z którą została napisana całość, sprawiają, że książkę czyta się jak wciągającą powieść.

Ocena: 8/10
M.Rittenhouse, „Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero. Wydawnictwo Czarne 2013.


czwartek, 9 stycznia 2014

Wielka gra

Rublowka, to potoczna nazwa zachodniego przedmieścia Moskwy. Zaledwie kilka „niepozornych” osiedli położonych wzdłuż szosy rublowo – uspienskiej. W istocie jest to swoisty rezerwat milionerów, największa rosyjska strefa VIP, centrum high – lifu. 

Tu swoje posiadłości mają najważniejsi politycy: Putin, Miedwiediew, biznesmeni, a także celebryci. 

Słowem, wszyscy, którzy Coś znaczą. Walerij Paniuszkin, zabiera nas w podróż do świata luksusu i wielkich pieniędzy. Przy okazji odsłania bezlitosne zasady, które obowiązują w grze o nazwie „Rublowka”.


Walery Paniuszkin jest jednym z najbardziej znanych rosyjskich dziennikarzy. Za swoje teksty w 2004 roku został uhonorowany najważniejszą rosyjską nagrodą dziennikarską – Złotym Piórem. W Polsce najbardziej znany jako autor książek: „Michaił Chodorkowski – więzień ciszy”, „Gazprom: rosyjska broń” oraz „Dwanaścioro niepokornych. Portrety nowych rosyjskich dysydentów”.


Rublowka tylko z pozoru jest dostępna dla zwykłych śmiertelników. Pierwszą przeszkodą, którą trzeba pokonać jest dojazd. Wybierając się na wycieczkę w tamte okolice należy uzbroić się w cierpliwość. W godzinach porannych ruch na szosie rublowo – uspienskiej zostaje wstrzymany na około 40 minut. Wszystko po to, by prezydent Putin, wraz ze swoją świtą mógł spokojnie dotrzeć do pracy. Nie muszę chyba dodawać, że jest to jedyna droga wjazdu i wyjazdu z dzielnicy i nie ma żadnej możliwości jej objazdu. W „godzinie zero” jednak wszyscy, niezależnie od statusu i stanu konta, bez szemrania ustawiają się w gigantycznym korku, spokojnie czekając na przejazd pierwszej kolumny.

Życie wyższych sfer w Rublowce Paniuszkin opisał, opierając się na schemacie znanym z gier  komputerowych RPG, które rządzą się własnymi zasadami, a świat, w którym funkcjonują bohaterowie ma niewiele wspólnego z „realem”. Aby wejść do gry, należy najpierw uzbierać odpowiednią ilość relikwii, które pokażą otoczeniu nasz status. Relikwią może być w zasadzie wszystko: odpowiedni samochód, dom, strój, kolekcja biżuterii, ale także mało znaczący drobiazg, podarowany przez wpływową postać. Obowiązkiem graczy jest także robienie zakupów w określonych sklepach, spędzanie urlopów w najmodniejszych kurortach, a nawet czesanie się w „jedynym” salonie fryzjerskim. Wszystko to jednak w dalszym ciągu nie gwarantuje wejścia na wyższy poziom wtajemniczenia, a tym bardziej zwycięstwa w grze.

By liczyć się w rozgrywce należy też nie tylko podążać za trendami, ale przede wszystkim je wyznaczać, wprowadzać do obiegu i sprawić, żeby utrzymały się w nim jak najdłużej. Koniecznością jest także posiadanie Projektu, może nim być np. prowadzenie działalności opozycyjnej, oczywiście w granicach rozsądku tj. przy jednoczesnym finansowaniu partii rządzącej lub chęć zdobycia francuskiego Orderu Legii Honorowej. Ostatnią, nie mniej ważną powinnością jest posiadanie zupełnie niezwiązanego z „pracą” hobby.
Luksus i snobizm to tylko jedna strona zjawiska o nazwie Rublowka. Należy pamiętać, że gra może się źle skończyć dla każdego, kto przeszarżuje lub nie doceni siły przeciwnika. O czym boleśnie przekonał się choćby Michaił Chodorkowski. Wkraczając do świata milionerów i stając do walki o zwycięstwo nie wolno zapomnieć o hierarchii.

Jedyną religią naprawdę wyznawaną przez mieszkańców są Pieniądze. Pisane właśnie przez duże P, bo jak mówi jeden z rozmówców Paniuszkina: „One są alfą i omegą. Początkiem i końcem wszystkiego.” Dzięki lekturze możemy poznać faktyczne znaczenie wyrażenia: obrzydliwie bogaty.

„Rublowka” to nie tylko, jak czytamy na okładce książki: „Przewodnik po podmoskiewskim rezerwacie milionerów. To przede wszystkim charakterystyka pokolenia Rosjan, mocno zapatrzonego na Zachód. To próba uchwycenia i opisania procesów ekonomiczno – polityczno – społecznych, które pozwoliły na jej powstanie. W końcu, to publikacja dająca obraz zupełnie nowej Rosji. Nie mającej związku z dotychczasowym, dość powszechnym jej postrzeganiem, jako kraju siermiężnego, zacofanego.

Ocena: 7/10
W.Paniuszkin, „Rublowka”, Wydawnictwo Agora 2013.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora. http://kulturalnysklep.pl/



środa, 1 stycznia 2014

Ocalić od zapomnienia

„Umarł mi. Notatnik żałoby” to najbardziej osobista książka w dorobku Ingi Iwasiów i jedna z najbardziej przejmujących spośród tych, które ukazały się w tym roku. 

Autorka opisuje swoją żałobę po nagłej śmierci ojca. Choć zapis ma charakter jednostkowy, to jednocześnie dotyczy doświadczenia uniwersalnego, które czeka każdego z nas.


Śmierć wciąż jest tematem tabu. Nie pasuje do programu pozytywnego myślenia, który często narzucamy sobie, na co dzień. Nie potrafimy rozmawiać o niej z bliskimi, nie wiemy, jak zachować się wobec kogoś, kto właśnie przeżywa stratę. Jak mantrę powtarzamy słowa: „od nagłej i niespodziewanej śmierci…” Jakichkolwiek zaklęć byśmy nie użyli, jak bardzo starali się uciec od tematu, czy też odwrotnie oswoić go, ona zawsze, jak pisze autorka: "nastaje w czasie przyszłym, niemożliwym".


Telefon o nagłej śmierci ojca, Iwasiów odebrała w pokoju hotelowym na Wybrzeżu, tuż przed galą rozdania nagród literackich. Miał to być piękny, czerwcowy dzień, pełen przyjemności i relaksu. W jednej chwili wszystkie te okoliczności przestały mieć znaczenie. Została niewypowiedziana rozpacz, pustka i przestrzeń, którą należało wypełnić mechanicznym działaniami organizacyjno – logistycznymi, pozwalającymi na niemyślenie.

Zapiski są dokonywane pospiesznie, wkrada się w nie chaos, jakby pisarka bała się, że wspomnienia wyblakną i nikt już nie będzie pamiętał pozornie nieistotnych drobiazgów. Autorka zaznacza w tekście, że nie pisze autoterapeutycznie, nie lubi osobistych „wstawek”, ale nie sposób ich uniknąć, bo skoro ojca już nie ma, ona czuje, że musi go „zachować w sobie” jeszcze mocniej.

„Umarł mi” to pełen czułości portret ojca – zegarmistrza, oddanego swojej pracy. Sceny z życia rodzinnego, pojawiają się tu w krótkich, fotograficznych kadrach. Tatulek, jak pieszczotliwie mówiła o nim Iwasiów, jawi się w nich jako uważny słuchacz, pierwszy recenzent, niepozbawiony wad i śmiesznych przyzwyczajeń wzór mężczyzny. W żadnym wypadku nie jest on postawiony na piedestale, choć trzeba przyznać, że śmierć, zwłaszcza tak nagła zostawia tylko to, co dobre.

Poza prywatnymi wspomnieniami, pisarce udało się uchwycić emocje i doświadczenia, które są wspólne i występują w każdym procesie żałoby. Wśród nich chyba jedna z najtrudniejszych do przyjęcia refleksji, mianowicie ta, że świat się nie zatrzymał zaplanowane wydarzenia biegną swoim torem, a ludzie wokół w dalszym ciągu bawią się i śmieją, choć w tej sytuacji wydaje nam się to wyjątkowo bezduszne. Iwasiów odważnie mówi też o samotności w żałobie. Choć otaczają nas bliscy, przyjaciele, na których możemy liczyć, to jednak mimo najszczerszych chęci, dobrych intencji, nie są oni w stanie zrozumieć tego, co tak naprawdę czujemy. Inni z kolei nie wiedzą, jak się zachować: pytać o samopoczucie, czy nie, wspominać, czy milczeć? Wszystko to pogłębia rozpacz i poczucie izolacji od „normalnego świata”.

Oprócz sfery emocjonalnej są też sprawy organizacyjne, związane z pochówkiem, które wymagają załatwienia, podjęcia szybkich, niełatwych w całej sytuacji decyzji. Trzeba przejść przez wszystkie etapy, nie wolno pominąć żadnego szczegółu: decyzja o rodzaju pogrzebu, wyglądzie urny, organizacji, bądź nie stypy, aż po zredagowanie nekrologu. Wszystkie te nieistotne kwestie składają się jednak na powinność wobec bliskich, której nie może dopełnić już nikt inny. Iwasiów słusznie zauważa, że dorośli mogą rozpaczać dopiero po wypełnieniu swoich obowiązków. Pokazuje, że nawet w tak wyjątkowych okolicznościach powaga miesza się z absurdem i sala pożegnań sąsiaduje ze strzałką wskazującą WC, a do tradycyjnego obrzędu wkrada się mnóstwo komercji i trudno jej nie zauważyć.

„Umarł mi” nie ma zakończenia, tak jak umowne są granice trwania samej żałoby. Można oswoić stratę, nauczyć się z nią żyć, wypełnić czas pracą. Nie da się jednak wrócić do świata „sprzed”, już zawsze trzeba egzystować z jej świadomością. Pustka pozostanie pustką, żal żalem, a tęsknota tęsknotą, która będzie się „odzywać” i kłaść cieniem na najradośniejszych momentach życia.

Książka, choć trudna, bolesna i przejmująca może stać się swego rodzaju „przewodnikiem”, pomocą dla wszystkich, którzy takie doświadczenie szczęśliwie mają dopiero przed sobą, ale również specyficznym pocieszeniem dla tych, którzy być może właśnie ją przeżywają. Okazuje się, że ich emocje, choć jedyne w swoim rodzaju, są, w jakimś stopniu również udziałem innych. Taka świadomość pomaga w radzeniu sobie z samotnością i daje nadzieję na później.

Ocena: 9/10
I.Iwasiów, „Umarł mi. Notatnik żałoby”, Wydawnictwo Czarne 2013.
*Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne http://czarne.com.pl/