środa, 19 kwietnia 2017

Zwariować ze szczęścia

Miłość i inne nieszczęścia” to debiut literacki  Oliviera Bourdeauta. Bardzo udany debiut.

Na pierwszy rzut oka jest to książka o mocno ekscentrycznej rodzinie, która wobec swojego jedynego syna stosuje niekonwencjonalne metody wychowawcze, mieszczące się w pojęciu bezstresowe wychowanie. Mamy tu bowiem matkę przybierającą codziennie inne imię, ojca polującego na muchy, syna, który za karę musi oglądać telewizję i żurawia w charakterze zwierzęcia domowego. Gdyby komuś było mało, po ścianie jadalni, w domu pnie się bluszcz, a z kuchennego sufitu zwisa świńska noga. Nikt nie czyta tu przychodzącej korespondencji, tworzy się z niej górę, w którą można się rzucić w ramach rozrywki, dobrze ustawione zegary również są zbędnym balastem. Wieczory spędza się na tańcach i niekończących się przyjęciach, a dowolnie wybrany czas wolny w zameczku u wybrzeża Hiszpanii. Czyta się to wszystko z odrobiną niedowierzania i szerokim uśmiechem na ustach. Któż z nas bowiem, nie chciałby żyć w raju? I tylko od czasu do czasu pojawia się myśl: gdzieś tu musi być haczyk.

Pojawia się słusznie, bo tragizm tej opowieści ujawnia się powoli. Z czasem okazuje się, że sposób bycia matki jest wynikiem poważnej choroby, zachowanie ojca ma ułatwić jej funkcjonowanie, a reakcje syna są jedynie próbą poradzenia sobie z trudną sytuacją, w której musi funkcjonować. Z pozoru beztroskie, idylliczne życie będzie miało konsekwencje, które zmienią losy całej rodziny.

Francuzi mają fantastyczną umiejętność pisania o rzeczach dramatycznych w sposób lekki, a nawet zabawny. W najtrudniejszych okolicznościach są w stanie znaleźć, jasne punkty, optymizm. Poczucie humoru jest natomiast ich lekarstwem i bronią przeciwko bezsilności i nieuchronności zdarzeń. Tę umiejętność ma też na szczęście Bourdeaut. Dzięki temu, czytelnik długo nie ma świadomości czającego się dramatu, a donośny śmiech, towarzyszący lekturze, grzęźnie w gardle dość nagle, by ustąpić miejsca łzom. W momencie, gdy tracimy już nadzieję na coś optymistycznego, śmiech pojawia się znowu, równie niespodziewanie, jak znikł.

Autor opowiada swoją historię z perspektywy dziecka. W całej opowieści ani przez moment nie pojawiają się jednak: żal, gorycz, szukanie winnych. Nie ma tu cierpiętnictwa, rozdzierania szat. Jest za to dużo miłości, czułości, ciepła i tęsknoty. Jest próba zrozumienia wszystkich okoliczności i odnalezienia się, w sytuacji, która dla nikogo, nigdy nie jest łatwa, ale każdy, z czasem musi znaleźć własny sposób na funkcjonowanie w niej, mimo wszystko.

Uznani pisarze, śmiało mogliby się uczyć od Bourdeauta pisania o rzeczach trudnych, w nieobciążający sposób, bo wbrew pozorom jest to sztuka, która udaje się niewielu. Czytelnikom natomiast pozostaje czekać z niecierpliwością na kolejną powieść autora i mieć nadzieję, że będzie ona równie dobra, jak ta pierwsza.

Ocena: 8/10
O.Bourdeaut, „Miłość i inne nieszczęścia”, Wydawnictwo W.A.B. 2017.

* Za przekazanie egzemplarza do recenzji dziękuję Wydawnictwu W.A.B. http://www.gwfoksal.pl/

czwartek, 13 kwietnia 2017

Elegancki pesymista

Niedawno ukazała się najnowsza płyta zespołu Pablopavo i Ludziki pt. „Ladinola”. Jest to doskonała okazja, by przypomnieć, że w zeszłym roku ukazał się „Dym” – wywiad graficzny z Pablopavo.

Miejski poeta, bard, wokalista popularnego zespołu reggae – Paweł Sołtys, bo tak nazywa się Pablopavo, umyka wszelkim klasyfikacjom i z każdą kolejną płytą pokazuje, że nie da się zamknąć w żadnej z szuflad, które tak uwielbiają dziennikarze.

Od początku można się było spodziewać, że wywiad z Pablopavo nie będzie oczywisty. Nie będzie jednym z tych, jakich setki czytamy w prasie i Internecie, na co dzień. Takie założenie wynikało chociażby z faktu znikomej aktywności medialnej artysty i nieobecności w tzw. mainstreemowych rozgłośniach radiowych. I tak też się stało, rozmowa z muzykiem ma bowiem formę komiksu. Scenariuszowi Marcina „Flinta” Więcławka, towarzyszą rysunki Marcina Podolca. Całość przeplatana jest natomiast wybranymi tekstami utworów Pawła Sołtysa.

Pablopavo opowiada o dorastaniu na warszawskich Stegnach, udrękach dojrzewania, miłosnych dramatach tamtego okresu, łobuzerce, grze w piłkę, pierwszej gitarze i fascynacjach muzycznych. Dużo miejsca poświęca opowieściom o kolegach z podwórka, osiedlowych wariatach, którzy później stali się inspiracją do pisania tekstów. Jest o tym, że studia na filologii rosyjskiej to przerywane zachwytami pasmo rozczarowań. Jest także o wybuchu lat 90., gdy wszystko działo się szybciej i mocniej. O żonie, rodzinie. Ale, przede wszystkim jest o muzyce. Fascynacji jazzem, początkach zespołu Vavamuffin i wszystkich solowych projektach. O pisaniu tekstów i umiłowaniu szczegółu w nich. Pablopavo mówi też: Żeby być uczciwym - osobiście lubię ten balans ,że jestem trochę z Grochowa, trochę z poważnej książki, ze sceny reggae, ale też trochę z hip-hopu[1]

„Dym” jest po prostu historią o życiu, tym najzwyklejszym i najważniejszym. Opowiedzianą bez zadęcia, cekiniarstwa, rozdzierania szat i wywlekania bebechów. Osnutą papierosowym dymem.

Jak możemy przeczytać we wstępie: Od strony scenariusza „Dym” to robota głównie dziennikarska. Nie fabularyzowaliśmy, dopasowaliśmy do siebie wspomnienia i utwory, a elemnty tej układanki się zazębiły.[2]

Jeśli chodzi o komiks to rysunki są w większości realistyczne, utrzymane w oszczędnej tonacji kolorystycznej: sepia, czerń. Wykonane mieszaną techniką m.in. pastelami. Użyta kreska momentami przypomina, tę stosowaną w komiksach dla dzieci i kreskówkach. Przeważają plansze wielokadrowe.

O sile i wartości „Dymu” decyduje jednak przede wszystkim osobowość i charyzma Pablopavo. Wokalista jest czułym obserwatorem i czujnym komentatorem rzeczywistości. Nie tej medialnej, z pierwszych stron, politycznej, ale tej codziennej, ulicznej, osiedlowej. Bohaterami jego piosenek często są ludzie ze społecznego marginesu, przegrani, na których nikt nie zwraca uwagi. Siłą tych tekstów jest prawda, zwyczajność, liryzm. To, co wyczuwalne w muzyce jest też widoczne w rozmowie z artystą. Mamy do czynienia ze spójną w życiu i na scenie postacią, która niczego nie udaje i nie zajmuje się kreacją wizerunku. To wszystko, czyni „Dym” pozycją wyjątkową.

Ocena: 8/10
M. „Flint” Więcławek, M.Podolec, „Dym”, Wydawnictwo Kultura Gniewu 2016.
* Za przekazanie egzemplarza do recenzji dziękuję wydawnictwu Kultura Gniewu http://www.kultura.com.pl/index.php



[1] M.Więcławek,M.Podolec, „Dym”, Wydawnictwo Kultura Gniewu 2016, s.24.
[2] M.Więcławek, M.Podolec, „Dym”, Wydawnictwo Kultura Gniewu 2016, s.5.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Rozmowy zakulisowe

W ostatnich tekstach pisałam już o urokach czytania, udrękach recenzowania książek, przyszedł czas, by oddać głos twórcom i dowiedzieć się, jak oni pracują? Okazją do poznania odpowiedzi na to pytanie jest lektura książki Agaty Napiórskiej o tym samym tytule: „Jak oni pracują. Rozmowy z polskimi twórcami.”

Autorka najpierw doprowadziła do wydania w Polsce książki Masona Curreya „Codzienne rytuały. Jak pracują wielkie umysły”, później postanowiła stworzyć jej polski odpowiednik. W ten sposób powstał zbiór blisko 60 rozmów z twórcami z różnych dziedzin. Wcześniej ukazywały się one na łamach magazynu „Zwykłe życie”.

Wśród rozmówców znaleźli się m.in.: Jóżef Wilkoń, Tadeusz Rolke, Jerzy Pilch, Joanna Bator, Sylwia Chutnik, Katarzyna Bonda, Jacek Dehnel, Robert Gliński, Papcio Chmiel, Mariusz Szczygieł i Jakub Żulczyk.

W założeniu miała to być książka o codzienności twórców. W związku z tym, wszyscy zostali zapytani przez Napiórską o rytm dnia, rytuały, nawyki, plan pracy, wenę, stosunek do nudy. Na uznanie zasługuje fakt, że autorce udało się zaprosić do rozmowy, tak wielu wybitnych artystów. Wymagało to z pewnością wiele wysiłku i dobrej organizacji. Z drugiej strony to, co jest atutem książki, stało się po części również jej wadą. Mnogość rozmów, sprawia, że są one bardzo powierzchowne, płytkie. Momentami niebezpiecznie ocierają się o banał.

Owszem miło jest dowiedzieć się, o której wstaje, co jada i co pija na śniadanie nasz ulubiony pisarz/ pisarka, czy bieganie pomaga w tworzeniu? Jednak czytanie tego typu wypisów z codzienności w zwielokrotnionej ilości, nieuchronnie prowadzi do nudy,staje się monotonne. Oczywiście są tu rozmowy fascynujące, ciekawe, ale są też takie, bez których śmiało można się obejść.

Mając do dyspozycji zbiór tak wybitnych osobowości, chciałoby się dowiedzieć czegoś więcej o samym procesie tworzenia dzieła, budowania fabuły, konstruowania postaci. Tego typu pogłębionej refleksji zdecydowanie tu brakuje i jest to największy zarzut wobec „Jak oni pracują. Rozmowy z polskimi twórcami”.

Rozumiem, że zamysłem autorki były rozmowy o codzienności właśnie, ale takie zawężenie pola dyskusji, w gruncie rzeczy nie przysłużyło się książce. Po lekturze pozostaje uczucie niedosytu i wrażenie olbrzymiego, niewykorzystanego jednak potencjału. A szkoda. Mogła to być rzecz wybitna, kopalnia wiedzy, a jest jedynie rozrywkowa ciekawostka.

Ocena: 5/10
A.Napiórska, „Jak oni pracują. Rozmowy z polskimi twórcami”, Wydawnictwo W.A.B. 2017.

wtorek, 21 marca 2017

Recenzentka nieidealna

Ostatnio dużo czytam o dobrodziejstwach płynących z czytania i istnienia książek, przekornie postanowiłam, więc napisać o udręce związanej z ich recenzowaniem. Rzadko bowiem wspomina się o tym, że czytanie, owszem jest przyjemne, ale już konieczność oceniania książek niespecjalnie. Przyszedł czas na coming out: proszę Państwa, recenzentka nieidealna to ja.


Przekleństwo pierwszego zdania

Pierwsze zdanie jest najważniejsze! Grzmią niemal wszystkie literackie autorytety. Ty, zapoznana z klasyką literatury wiesz, że mają rację – ono naprawdę ma znaczenie, potrafi porwać albo zniechęcić do dalszej lektury. Ta świadomość nie pomaga w rozpoczęciu własnego tekstu, zwłaszcza, jeśli wiesz już od dawna, że nie zostaniesz drugim Dostojewskim, czy Dickensem, a co gorsza umiejętności nie wystarczy ci nawet na bycie Miłoszewskim. Cóż więc robić, kiedy pusta kartka prześladuje swą bielą, a tobie chodzi po głowie jedynie „ Bardzo krótki wiersz o frustracji” Piotra Mosonia.

Jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji wydaje się Prokrastynacja – ulubione słowo i zajęcie wszystkich twórców. Podobno ostatnio została  uznana za zaburzenie psychiczne. Muszę przyznać, że poczułam ulgę, czytając tę informacje. Uff, czyli to jednak nie zwykłe lenistwo – mamy naukową nazwę, fachowe uzasadnienie, a nawet metody leczenia – jestem uratowana, więc co by tu zrobić…Może kolejny odcinek ulubionego serialu, do końca zostały przecież jeszcze 4 sezony. Z pomocą przychodzi też, jak zawsze niezawodny Facebook – jego przeglądanie metodą po nitce do kłębka i żegnajcie cenne dwie godziny. O uwagę dopomina się również niecierpiąca zwłoki korespondencja. Recenzji, jak nie było, tak nie ma, ale przecież porządki wiosenne w szafie same się nie zrobią, a ostatecznie jest tyle innych ciekawych książek do przeczytania.

Aż w końcu przychodzi olśnienie: nie przesadzajmy, chodzi przecież o zwykłą recenzje, nie o zbawienie świata lekiem na raka. Z tą myślą wracasz do laptopa, piszesz pierwsze zdanie i całą recenzje w ciągu trzech godzin. Można? Można.

Wyróżnij się albo zgiń

Pierwsze zdanie nie czyni jednak recenzji. Po jego napisaniu pojawia się kolejny dylemat: jak napisać o książce, żeby nie popaść w banał i wyjść poza często stosowane: lektura lekka, łatwa i przyjemna, czyta się szybko i gorąco polecam. Jak nie marnować czasu swojego i czytelników? Pisać obszernie i ze szczegółami, co podobno nie sprawdza się na blogach, gdyż internauci nie mają cierpliwości do czytania długich tekstów, czy krótko, zwięźle i na temat, narażając się tym samym na zarzut o powierzchowność i spłycanie tematu.

Jak pisać o książkach nienajlepszych, nieciekawych, złych, które jednak trafiły do nas z naszego wyboru i trzeba jakoś „ugryźć” temat? Szczerze, czy jednak posługując się dyplomacją, żeby nie urazić wydawcy i biorąc pod uwagę różnorodność gustów? Na koniec najważniejsze, jak zachęcić czytelnika, jak sprawić, żeby nasz tekst był użyteczny i przysłużył się choć jednej osobie? Nie ma jednej dobrej odpowiedzi na  wszystkie te pytania, dlatego zamiast zaprzątać sobie nimi głowę, lepiej pamiętać, żeby pisać prosto (z mostu, w razie potrzeby) z sensem i starannie.

Owszem, dla każdego blogera i wydawcy wysyłającego egzemplarze ważna jest ilość odbiorców, zasięgi i lajki na portalach społecznościowych, ale w pędzie do tego celu, nie należy zapominać o tym, że najważniejsze jest zachowanie własnej osobowości, stylu i uczciwości, bo braku tych nie wynagrodzi nawet największa liczba obserwatorów.

Choć goni nas czas

Ilość książek ukazujących się każdego miesiąca przyprawia o zawrót głowy. Ich ciekawość i głód czytania jest ogromny, okres promocyjny tytułów natomiast bardzo krótki. Co robi więc blogerka nieidealna? Stara się za wszelką cenę być na bieżąco: korzysta z uprzejmości wydawców, zasobów własnych, Miejskiej Biblioteki Publicznej, a także, jakby tego było mało czytnika.

Stosy rosną, a ja dochodzę do przygnębiającego wniosku: nie dam rady przeczytać wszystkiego na czas! Sytuacji nie poprawia fakt obserwowania innych blogerów, tych idealnych, którzy mają w zwyczaju publikowania na blogach co najmniej raz w miesiącu zdjęć tzw. stosików do przeczytania w danym okresie, czym blogerkę nieregularną doprowadzają do szału i wpędzają w kompleksy. Ludzie, naprawdę czytacie to wszystko na raz i punktualnie wysyłacie wydawcom linki???

 Po prostu nie wierzę, z prostego powodu – istnieje też życie poza czytaniem. Nie da się pogodzić życia zawodowego, rodzinnego z taką ilością lektur. Wybieram więc kompromis. Nawet największe stosy książek, nie mogą odbierać przyjemności czytania i życia. W znalezieniu złotego środka pomaga magiczne słówko selekcja.

Zaczynam od tekstów, które w danym momencie wydają się najbardziej interesujące, rezygnuje z pisania o rzeczach fatalnych – na te zwyczajnie szkoda czasu, nawet, jeśli egzemplarze przyszły od wydawcy – jemu też nie zależy na czytaniu złej recenzji, bo nie taki jest cel promocji.

Resztę, owszem przeczytam, w swoim czasie i tempie. Nie zważając, że dzieło Pana X straciło już status nowości. Jeśli broni się jakością, upływający czas mu niestraszny. A wydawcy? Z całą pewnością doczekają się w końcu wszystkich zaległych linków. Wciąż chcę wierzyć, że w gruncie rzeczy nam wszystkim chodzi o to, żeby pisać dobrze i z sensem, nie na czas.

sobota, 11 marca 2017

(O)czytanie

Justyna Sobolewska napisała książkę, którą w swoim dorobku mógłby mieć każdy mól książkowy. To właśnie możliwość dopisania własnej, osobistej historii do tekstu, czyni z tej w gruncie rzeczy niepozornej książki przyjemną lekturę.

„ Książka o czytaniu” wpisuje się w długą tradycję „książek o książkach”. Jak pisze autorka we wstępie przewodnikami dla niej byli przede wszystkim Anne Fadiman i jej „Ex libris” oraz „Moja historia czytania” Alberto Manguela. Do tego nurtu można zaliczyć również twórczość Umberto Eco, „Labirynt” Borgesa, „Jeśli zimową nocą podróżny” Calvino i wielu innych. Wśród współczesnych rodzimych twórców wymienić należy m.in.: Ryszarda Koziołka i „Dobrze się myśli literaturą” , Barbarę Łopieńską i jej rozmowy „Książki i ludzie” oraz „Młodszego księgowego” Jacka Dehnela.

Jakimi czytelnikami jesteście? Nienasyconymi, wybrednymi, a może niecierpliwymi. Dzięki tej książce możecie się nad tym zastanowić. Nie od dziś wiadomo, że nałogowe czytanie ma różne zgubne skutki: bibliomania, krótkowzroczność i samotność to tylko niektóre z nich. Gdzie najbardziej lubicie czytać? W łóżku, na fotelu, a może przy stole? Zaginacie rogi, robicie notatki, zdarza wam się pobrudzić książki jedzeniem, zostawiacie w nich ważne drobiazgi? Nie martwcie się, nie jesteście jedynymi, czego dowody również znalazły się w „Książce o czytaniu”. Lektury wakacyjne, toaletowe i te najbardziej nieprzeczytane, do których wstyd się przyznać, odwieczny spór papier, czy e-book, sposób ustawienia tomów na półkach, kluby książki, a nawet repertuar lekturowy więźniów – tym wszystkim zagadnieniom autorka poświęca swoją uwagę. Obok wątków dotyczących czytelników, są te, które dotyczą pisarzy. Jest więc o urokach spotkań autorskich, znaczeniu pierwszego zdania, natchnieniu i wszelkich twórczych udrękach.

„Książka o czytaniu” jest jednym wielkim cytatem. Taki był zamysł autorki, bo jak pisze we wstępie: Pisarze lubią mówić o swoich lekturach dlatego ich głosów jest tu dużo . Trochę szkoda, że wśród cudzych zdań niknie nieco własny głos Justyny Sobolewskiej. Pozostaje niedosyt osobistych wspomnień dziennikarki. Oczywiście pojawiają się one, ale w stopniu niewystarczającym, w tego typu publikacji.

Lektura będzie szczególnie atrakcyjna dla osób, które dopiero odkrywają istnienie „książek o książkach”. Znajdą one tu wiele smaczków i dalszych literackich tropów. Ci, którzy w czasach studenckich, w ramach hobby bawili się w szukanie motywów książki i biblioteki w literaturze, raczej zaskoczeni nie będą, choć i oni nie powinni  z góry odrzucać tej książki, jako niewartej uwagi, gdyż i dla nich znajdzie się tu kilka ciekawostek.  Z pewnością jednak znacznie mniej, niż dla czytelników niezorientowanych w temacie.

Ocena: 7/10
J. Sobolewska, „Książka o czytaniu”, Wydawnictwo Iskry 2016.

* Dziękuję Wydawnictwu Iskry za przekazanie egzemplarza do recenzji http://iskry.com.pl/

Książka na stronie wydawcy: http://iskry.com.pl/literatura-piekna-poezja/477-ksiazka-o-czytaniu.html

środa, 1 marca 2017

Warszawa da się lubić!

Jedni ją kochają, inni nienawidzą, większość marzy, by choć przez moment śnić tam kolorowe sny i móc doświadczać wiosny oddychającej spaliną. Wiadoma rzecz – stolica. Autorzy albumu „Warszawa/Warsaw” Agnieszka Kowalska oraz duet fotografów Aga Bilska i Filip Marek Klimaszewski, postanowili udowodnić, że naprawdę można zgubić w niej serce. Zrobili to skutecznie.

Album powstał z inicjatywy twórców Autor Rooms – butikowego hotelu mieszczącego się przy ulicy Lwowskiej 17 http://www.autorrooms.pl/pol . Właściciele polecali swoim gościom interesujące miejsca w Warszawie, organizowali wycieczki tematyczne dla turystów. Po półtorarocznej działalności wszystkie swoje ulubione trasy, adresy zgromadzili w jednym miejscu i tak powstała „Warszawa / Warsaw”.

Nie jest to klasyczny, nudny przewodnik po mieście, gdzie ujęte zostały najważniejsze zabytki wraz ze swoją historią. Do publikacji zdecydowanie bardziej pasuje określenie miejscownik, zawiera bowiem subiektywne, starannie wyselekcjonowane wskazania: co zobaczyć, gdzie zjeść, gdzie się bawić, odpocząć, wypić najlepszą kawę, zrobić zakupy zarówno te spożywcze, jak i modowe. Znajdziemy tu coś dla oka, ducha i ciała. Autorzy zadbali o to, by wizyta w ich ukochanym mieście, dostarczyła przyjezdnym różnorodnych wrażeń i emocji.

Myślicie, że wizytę w Warszawie należy zacząć od symbolu - Pałacu Kultury i Nauki? A może by tak zmienić plany i zamiast oczywistości wybrać poszukiwanie sztuki w przestrzeni publicznej. Warszawa, poza słynną palmą przy Rondzie de Gaulle’a ma w tym względzie sporo do pokazania, np. „Żyrafę” Władysława Frycza, znajdującą się w Parku Praskim, czy dzieła autorstwa Maurycego Gomulickiego: „Ślizg” przy Wybrzeżu Gdyńskim 2 lub „Światłotrysk” na Kępie Potockiej. Jeśli jesteście fanami sztuki nie możecie ominąć Galerii Raster, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Zachęty. Lubicie zbaczać z głównych dróg? Powinniście koniecznie trafić do oryginalnie zachowanej kolonii domków fińskich na Jazdowie oraz Służewskiego Domu Kultury, gdzie w przestrzeni miejskiej można spotkać kozy i inne zwierzęta hodowlane. Przed romantykami lubiącymi długie spacery otworem stoją Łazienki, Park Skaryszewski, Pola Mokotowskie i wiele innych zielonych miejsc. Jeśli natomiast chcecie zabawić się w Filipa Springera i poszukać ciekawostek architektonicznych, udajcie się koniecznie do Domu Kereta, na rogu ulic Chłodnej i Żelaznej – najwęższego domu na świecie. Cokolwiek wybierzecie, jedno jest pewne – z „Warszawą/Warsaw” w ręku nie padniecie z głodu ani, pragnienia. W środku podanych jest kilkadziesiąt adresów miejsc, z dobrym jedzeniem, kawą, alkoholem, dostosowanych do różnorodnych potrzeb gości. Imprezowicze, książkoholicy, audiofile, fani designu – nie lękajcie się, pomyślano również o was, śmiało możecie, więc planować wizytę w stolicy. Ta kompletność, ujęcie różnych potrzeb i pasji jest niewątpliwie jedną z największych zalet wydawnictwa.

Równie ważne, jak tekst Agnieszki Kowalskiej – dziennikarki warszawskiej „Gazety Wyborczej”są tu zdjęcia Filipa Marka Klimaszewskiego i Agi Bilskiej. Warszawa została na nich pokazana od swojej najpiękniejszej strony: jako miasto zielone, otwarte, przyjazne. Nieoczywiste kadry i klimat uzyskany na fotografiach, sprawiają, że czasem trudno uwierzyć w to, że patrzymy na naszą stolicę, a nie inne europejskie miasto.

Zdjęcia i adresy przeplatane są wypowiedziami osób związanych z Warszawą, które mieszkają w niej i pracują od dłuższego czasu, a przede wszystkim po prostu lubią swoje miasto. Każdej z nich dano te same trzy zdania do uzupełnienia: Warszawa jest teraz?, Twoje ulubione miejsce w Warszawie? i Gdzie zabrałbyś przyjezdnych? Wśród rozmówców znaleźli się m.in.: Ania Kuczyńska, Bogna Świątkowska, Grzegorz Łapanowski, Piotr Polak. Obok tekstu polskiego, pojawia się angielskie tłumaczenie. Do albumu dołączono także praktyczną mapkę, gdzie zaznaczono wszystkie miejsca, o których mowa w tekście.

Największą zaletą i wartością publikacji „Warszawa / Warsaw” jest fakt, że twórcom udało się uchwycić i zamknąć na jej stronach energię, dynamikę, piękno  i specyfikę miasta. Najwyższa jakość wykonania sprawia, że nawet sceptycy mając w ręku ten album będą musieli zrewidować swoje poglądy i spojrzą na stolicę bardziej przychylnym okiem. Oryginalna forma, kompletność i spójność koncepcji, czynią całość unikalną na polskim rynku. Niewątpliwie jest to też najlepsza reklama stolicy od lat. Inne miasta powinny czym prędzej wziąć z „Warszawa / Warsaw” i jej twórców przykład i stworzyć podobne  u siebie, co mam nadzieję już wkrótce nastąpi. Jedna tego typu publikacja wykonana na najwyższym, pod każdym względem poziomie, czyni bowiem dla promocji miasta więcej, niż dziesiątki kampanii i imprez za miliony. A hasło zakochaj się Warszawie po zapoznaniu się z wydawnictwem wreszcie okazuje się możliwe do realizacji. Brawo!

Ocena : 10/10
Dziękuję http://www.autorrooms.pl/ za przekazanie egzemplarza do recenzji

Książka do nabycia: https://www.facebook.com/warsawalbum/?ref=ts&fref=ts