wtorek, 20 czerwca 2017

W drodze

Uważacie się za znawców komiksów dla dzieci? Sądzicie, że widzieliście już wszystko i nic Was nie zaskoczy? Sięgnijcie po „Bajkę na końcu świata. T.1 Ostatni ogród” Marcina Podolca, a szybko przekonacie się, że byliście w błędzie. Pierwsza myśl na hasło: postapokaliptyczny komiks dla najmłodszych? Ciekawe, acz niewykonalne. A jednak się udało. I to znakomicie.

Tworząc „Bajkę…” Marcin Podolec udowadnia, że jest artystą wszechstronnym i niezwykle „płodnym”. Żadna technika, czy gatunek mu niestraszne. Rysował już wywiad graficzny z Pablopavo według scenariusza Marcina „Flinta” Więcławka, stworzył komiks do reporterskich tekstów Marcina Kołodziejczyka w „Morzu po kolana”, na swoim koncie ma również biograficzny „Fugazi Music Club”. „Bajka na końcu świata” jest jego debiutem w kategorii komiksy dla dzieci.

Scenariusz tej historii jest prosty. Mała dziewczynka - Wiktoria wędruje wraz ze swym psem - Bajką przez świat zniszczony tajemniczym wielkim wybuchem, w poszukiwaniu swoich rodziców. Po drodze przeżywają różnorodne przygody i mierzą się z przeciwnościami losu.

„Bajka na końcu świata” składa się z siedmiu krótkich rozdziałów. Każdy z nich opisuje inne perypetie niestrudzonych bohaterek. Mamy tu ucieczkę przed groźnym potworem, magiczny latawiec, wizytę w cudem ocalałym sklepie ze słodyczami, samotną roślinę, spotkanie z przyjaznym tapirem i wreszcie tytułowy, urzekający swym pięknem ostatni ogród.

Gdy świat zamienia się w pustynię, a dominującym krajobrazem są ruiny i zgliszcza trudno o optymizm. Wiktorii i Bajce udaje się go jednak zachować. Choć miewają też momenty zwątpienia i smutku, bo jedyną wskazówką na ich drodze jest pojawiające się od czasu do czasu tajemnicze światło. Historia jest zbudowana uniwersalnie i dostosowana do potrzeb młodego czytelnika. Obok momentów zabawnych, komicznych, pojawia się odrobina refleksji i wzruszenia. Choć zapowiedź postapokaliptycznej serii brzmi groźnie, komiks nikogo nie pozostawia bez nadziei.

Wszystkie postaci są narysowane w taki sposób, że wzbudzają sympatię od pierwszego wejrzenia. Podolec doskonale oddał mimikę ich twarzy, są „jak żywe”, widać na nich każdą emocję. Nietypowy układ plansz dynamizuje akcję, a duża liczba detali pojawiających się we wnętrzach, pozwala za każdym razem odkrywać coś nowego i zaskakującego.

Ilustracje zasługują na szczególną uwagę, nie tylko ze względu na specyficzny klimat, ale również kolorystykę, która dostosowana jest do otoczenia. W całej historii dominują barwy ziemi, sytuacja zmienia się diametralnie wraz z wkroczeniem do ostatniego ogrodu. W tym miejscu nasze oczy zostają zaatakowane soczystą, intensywną zielenią, w której natychmiast mamy ochotę się zanurzyć.

„Bajkę na końcu świata” można odczytywać w wieloraki sposób. Dla dzieci będzie to z pewnością opowieść o sile przyjaźni, zaufaniu, zdobywaniu życiowych doświadczeń. U dorosłych może wywołać dużo poważniejsze, głębsze przemyślenia na temat sensu życia, jego kruchości i przemijania. Ciekawa może też być zabawa w wyłapywanie nawiązań do szeroko rozumianych tekstów kultury, których tu nie brakuje. Przedstawiciele żadnego pokolenia nie będą się przy tej lekturze nudzić.

Z punktu widzenia dorosłego czytelnika można się do komiksu Podolca odrobinę przyczepić. Główny zarzut dotyczy tego, że rozdziały są nieco za krótkie. Skrótowość powoduje, że bohaterów poznajemy jedynie powierzchownie i nie mamy szansy bliżej się im przyjrzeć. Ponadto nie do końca wiadomo, jakie emocje autor chce wywołać u czytelnika. Smutek, czy radość? Są to jedynie drobne mankamenty, gdyż nie należy zapominać o tym, że komiks jest adresowany przede wszystkim do młodych czytelników i przeładowanie go treścią nie byłoby dobrym pomysłem. Poza tym jest to dopiero pierwszy tom cyklu, planowane są co najmniej cztery.

Nie ulega wątpliwości, że „Bajka na końcu świata” jest genialnym, świetnie zrealizowanym pomysłem, a zawartość pierwszej części jedynie rozbudza apetyt na więcej. Pozostaje, zatem trzymać kciuki, by ciąg dalszy nastąpił jak najszybciej.

Ocena: 8/10
M.Podolec „Bajka na końcu świata.1 Ostatni ogród”, Wydawnictwo Kultura Gniewu 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Kultura Gniewu za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.kultura.com.pl/
*Książka na stronie wydawcy: http://www.kultura.com.pl/index.php?s=k_241&d=k


czwartek, 15 czerwca 2017

Radość tacierzyństwa

W Polsce wciąż pokutuje stereotypowe przekonanie, że to matka jest w życiu dziecka, zwłaszcza małego najważniejsza. Bierze się ono z panującego przez wieki patriarchatu, w którym mężczyzna zapewniał rodzinie byt, a kobieta dbała o ognisko domowe. 

Choć obecnie model ten praktycznie odszedł do lamusa, układy partnerskie i współdzielenie opieki nad dzieckiem stają się coraz powszechniejsze, a nawet modne to w debacie publicznej cały czas więcej uwagi poświęca się matkom, rola ojców, ich emocje związane z rodzicielstwem często są bagatelizowane. 

Konrad Kruczkowski przekornie postanowił skupić swoją uwagę wyłącznie na ojcach, oddał im głos. 

„Halo tato. Reportaże o dobrym ojcostwie” to sześć niezwykłych historii, sześć portretów ojców wyjątkowych, pod każdym względem. Lektura obowiązkowa dla każdego rodzica, nie tylko z okazji Dnia Ojca.

Konrad Kruczkowski jest autorem bloga „Halo Ziemia” http://haloziemia.pl/ , który w 2013 roku otrzymał tytuł Bloga Roku. Kruczkowski dostał także „Nagrodę Newsweeka” im. Teresy Torańskiej za reportaż „Jesteśmy głusi”, który znalazł się w zbiorze „Halo Tato”. Ma na swoim koncie wydaną w 2016 roku książkę „Halo człowiek. Rozmowy o tym, co ważne” – zbiór wywiadów z ludźmi kultury, mediów, duchownymi. Wcześniej pracował w agencjach reklamowych, studiował teologię.

To nie są przesłodzone historie o wymarzonym rodzicielstwie i idealnych dzieciach, które spoglądają na nas z okładek czasopism i telewizyjnych reklam. Ojcowie z reportaży Kruczkowskiego mierzą się z niepełnosprawnością swoich dzieci, własną, bądź przeżyli innego rodzaju trudne doświadczenia. Defekty ciała, a tym bardziej umysłu są mało medialne, przeważnie kiepsko się fotografują. Rodziny z tego typu problemami odbiegają od powszechnie przyjętego wzorca szczęśliwości. Rzadko mają szansę opowiedzenia o swoich emocjach, bycia wysłuchanymi i usłyszanymi na szerszą skalę. Dlatego książka Kruczkowskiego jest ważna i potrzebna.

„Jest bajka” to historia ojca trójki dzieci, którego pierwsza żona popełniła samobójstwo. Nagrodzony przez Newsweeka reportaż „Jesteśmy głusi” to opowieść o głuchych rodzicach, którzy mają dwoje głuchych dzieci i są szczęśliwi. „Przed szkołą poradzimy sobie z autyzmem” – reportaż o ojcu walczącym o wyjście syna z autyzmu. W zbiorze pojawia się też lżejszy ton, czego przykładem jest tekst „Dobrzy ojcowie trzymają się razem”, opowiadający o Klubie Ojców – grupa spotyka się cyklicznie wymienia doświadczeniami, spostrzeżeniami i wspiera wzajemnie. „Halo Tato” porusza też kwestie niepełnosprawności rodziców, w reportażu zatytułowanym „Tata wjechał do garderoby” – o ojcach jeżdżących na wózkach inwalidzkich. Tom zamyka głośna swego czasu historia rodzinnego domu dziecka, stworzonego przez Barbarę i Michała Osuchów. Obok reportaży w książce pojawiają się dwa wywiady: z psychologiem Jackiem Santorskim i nauczycielem Jarosławem Szulskim.

Tomem „Halo Tato” Kruczkowski udowadnia, że jest pełnoprawnym reporterem, a to co pisze już dawno wykroczyło poza bycie blogerem. Jest uważny, empatyczny, zaangażowany, słucha i pozwala swoim rozmówcom mówić. Dba o niejednowymiarową tonację tekstów. Nie stara się grać na emocjach czytelnika w oczywisty, tani sposób, o co przy tego rodzaju tematach bardzo łatwo. Tutaj udało się tego uniknąć, co jest dużą sztuką i stanowi o wartości książki. Jeśli Kruczkowskiemu w dalszym ciągu uda się podążać tą drogą, jest duża szansa na to, że w niedalekiej przyszłości jego nazwisko będzie się pojawiało w jednym rzędzie ze Szczygłem, czy Tochmanem. Pozostaje trzymać kciuki i śledzić  dalsze poczynania autora, bo warto.

„Życia nie można wybrać, ale można z niego coś zrobić”. Wszyscy bohaterowie „Halo tato” pokazują, że co prawda nie zawsze mamy wpływ na to, co nas spotyka, ale zawsze możemy zdecydować o tym, jaką postawę wobec tego losu przyjmiemy. Oni wybrali działanie zamiast popadania w marazm. Ojcostwo przedstawione w reportażach Kruczkowskiego jest być może trudniejsze, ale przez to nie mniej i nie bardziej wartościowe od innych. Jest w nim miejsce na radość, szczęście i pozytywne emocje, których doświadczają wszyscy rodzice, bez wyjątku.

„Halo tato” to po prostu wartościowa, mądra książka. Można z niej czerpać, w zależności od potrzeby: siłę, motywację, pokrzepienie, wzruszenie. Lektura zalecana nie tylko rodzicom.

Ocena: 7/10

K.Kruczkowski, „Halo tato. Reportaże o dobrym ojcostwie.”, Wydawnictwo Zielona Sowa 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa za przekazanie egzemplarza do recenzji: http://www.zielonasowa.pl/

czwartek, 8 czerwca 2017

Sztuka wyboru

„Matki” Brit Bennett to całkiem udany debiut literacki o dojrzewaniu, nieodwracalności życiowych wyborów i trudach życia w małej społeczności.

Oceanside – małe miasteczko w południowej Kalifornii, gdzie zawsze świeci słońce. Życie starszych mieszkańców, zwłaszcza kobiet skupione jest wokół lokalnego kościoła nazywanego – Wieczernikiem. Toczy się spokojnie, według ustalonego rytmu. Do czasu.

Tu wraz z ojcem mieszka nastoletnia Nadia Turner. Poznajemy ją w szczególnym momencie życia – niedawno straciła matkę, wkrótce wyjeżdża na studia. Spędza ostatnie wakacje w domu rodzinnym. Będzie to czas, który na zawsze zmieni życie nie tylko jej, ale również całej społeczności. Dziewczyna zakochuje się w synu pastora – Luku Sheppardzie, zachodzi w niechcianą ciążę, decyduje się na aborcję, którą finansuje chłopak. Decyzja ta przypieczętowuje rozstanie pary. Nadia przeżywa dramat, targają nią wątpliwości, co do słuszności podjętej decyzji. W tych okolicznościach zaprzyjaźnia się z Aubrey Evans  - dziewczyną równie mocno doświadczoną przez życie.

Wyjazd na studia był dla Nadii okazją do ucieczki, zbudowania swojego życia na nowo, w oderwaniu od ciasnej przestrzeni, w której nie mogła znaleźć dla siebie miejsca. Wydawało się, że jest na dobrej drodze do osiągnięcia celu. Nawiązała nowe znajomości, odnalazła się na uczelni. Choroba ojca sprawia, że po kilku latach nieobecności wraca w rodzinne strony. Nic nie jest tu takie, jakim było wcześniej. Bardzo szybko okazuje się, że nie da się odciąć od przeszłości, konsekwencje błędów młodości ponosimy niekiedy całe życie, a niektóre więzi pozostają trwałe, bez względu na nieobecność, czy upływ czasu
.
Historia opowiadana jest równolegle z dwóch perspektyw – Nadii Turner i tytułowych Matek. Starsze kobiety codziennie spotykają się na modlitwie w intencji potrzebujących mieszkańców miasteczka, organizują akcje charytatywne i grupy wsparcia. Wieczernik, okazuje się, wbrew swej pierwotnej funkcji najbardziej rozplotkowanym, pełnym hipokryzji i obłudy miejscem w Oceanside. Bennett w swojej powieści porusza temat hermetyczności małych społeczności, gdzie nie istnieje pojęcie prywatności, każde wydarzenie z życia poszczególnych rodzin jest szeroko komentowane na forum publicznym. Doskonale pokazuje, jak przekazywana z ust do ust informacja nabiera nowych znaczeń i z prędkością kuli śnieżnej niszczy życie wszystkich wokół. Napomyka również o problemie rasizmu, segregacji rasowej.

Siła „Matek” niewątpliwie tkwi w uniwersalności opowiedzianej historii. Z jednej strony mamy wrażenie, że gdzieś już to kiedyś czytaliśmy, z drugiej , każdy z nas czasem zastanawia się, co by było gdyby w odpowiednim momencie życia podjął inną decyzję, wybrał inną drogę. To sprawia, że trzymamy kciuki za bohaterów i mimo prostoty opowieści, nie potrafimy się od niej oderwać do ostatniej strony. Można to śmiało uznać za sukces debiutującej autorki.

Ocena: 7/10
B.Bennett, „Matki”, Wydawnictwo Albatros 2017.

* Dziękuję Wydawnictwu Albatros za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wydawnictwoalbatros.com/




sobota, 3 czerwca 2017

Na ostrzu

Moja miłość do matki jest jak topór. Tnie bardzo głęboko. „Gorące mleko” Deborah Levy to znakomita, gęsta od znaczeń i symboli proza.

Relacja matka – córka to jeden z najtrwalszych, ale też najbardziej skomplikowanych i najtrudniejszych związków. Bywa piękny i głęboki, często jednak oscyluje między miłością a nienawiścią. Jego jakość potrafi natomiast zdecydować o całym życiu. Nie dziwi zatem, że jest to jeden z najchętniej wykorzystywanych w literaturze motywów. W ostatnim czasie, ten temat w swoich powieściach poruszyły m.in.: Pleijel, Morrison, Strout. W tym znamienitym towarzystwie głos Levy brzmi równie mocno.

Sofia Papastergiadis jest świeżo upieczoną absolwentką antropologii. Poznajemy ją w chwili, gdy wraz ze swoją, cierpiącą na tajemniczy paraliż matką – Rose, wyruszają z Anglii do kliniki na południu Hiszpanii, z nadzieją, że sławny lekarz – Gómez przywróci jej zdrowie.  Choroba matki ma nieznane podłoże. Z uwagi na to, że pojawia się okresowo i nasila w niektórych sytuacjach, od początku budzi kontrowersje i podejrzenia. Czy jest to zaburzenie psychosomatyczne, poważna choroba, a może jedynie sposób na zatrzymanie córki przy sobie? I najważniejsze, czy Rose naprawdę chce wyzdrowieć?

Dla Sofii, która na co dzień sama opiekuje się matką, gdyż ojciec – Grek porzucił rodzinę wiele lat temu pobyt w Andaluzji jest okazją do uwolnienia się od ciążącej jej relacji. Czuje się ofiarą tej sytuacji, uważa, że matka zniszczyła jej życie, czyniąc z niego więzienie. Choć skończyła studia i rozpoczęła doktorat, pracuje jako kelnerka w jednej z angielskich kawiarni. Z drugiej strony, patrząc na to, jak Sofia momentami przejmuje kulejący chód rodzicielki, trudno oprzeć się wrażeniu, że wózek inwalidzki matki jest jej tarczą, za którą chowa się przed koniecznością dokonywania wyborów i podejmowania decyzji.

„Gorące mleko” to przede wszystkim powieść o poszukiwaniu własnej tożsamości i miejsca w świecie. Na wielu płaszczyznach: społecznej, ekonomicznej, seksualnej. Podczas pobytu matki w szpitalu, Sofia nawiązuje relacje z Niemką – Ingrid i pracownikiem punktu medycznego na plaży. Emocje, które wywołują te związki sprawiają, że budzi się w niej świadomość, bunt i potrzeba wolności. Czy będę one na tyle silne, że w końcu pokona strach i weźmie odpowiedzialność za własne życie? Za sprawą tej historii Levy porusza też dużo szerszy problem: coraz większych trudności młodych ludzi z odcięciem pępowiny i odnalezieniem  się w świecie naznaczonym przez postępujący kryzys ekonomiczny i społeczny. Lektura stawia również pytania o granice miłości i poświęcenia. Pokazuje, czym kończą się próby rezygnacji z własnego życia, bądź zawłaszczania cudzego.

Proza Levy zachwyca lub drażni od pierwszego wejrzenia. Nie pozostawia miejsca na pośrednie uczucia. Autorka jest wielbicielką detalu. Każdy szczegół ma dla niej znaczenie. Atmosfera parnej, dusznej Andaluzji, w której rozgrywa się cała historia potęguje emocje pojawiające się między bohaterami i te wywoływane u czytelników. Mnóstwo tu poetyckich metafor, odważnych stwierdzeń, niuansów i symboli. Uszkodzony ekran laptopa, ujadający pies na łańcuchu, rozbita grecka waza mają nieoczywiste znaczenia.

Należę do grona zachwyconych najnowszą powieścią Levy.  W związku z tym oczywiście gorąco polecam jej przeczytanie.

Ocena: 8/10
D.Levy, „Gorące mleko”, Wydawnictwo Znak 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Znak za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.znak.com.pl/wydawnictwo-Znak

niedziela, 28 maja 2017

Uwikłani

„Sznurówki” to pierwsza, wydana w Polsce książka Domenica Starnone. W zapowiedziach wydawniczych i niektórych recenzjach, jako zachęta do lektury, pojawia się informacja, że autor jest mężem Anity Raji, która według spekulacji mediów, ukrywa się pod pseudonimem Elena Ferrante. Wszystkie te plotki, przypuszczenia i koligacje rodzinne nie mają żadnego znaczenia. Najważniejsze, że Starnone okazuje się utalentowanym pisarzem, a jego powieść z powodzeniem można zaliczyć do intrygujących i zaskakujących.

Vanda i Aldo pobrali się we wczesnej młodości. Mają dwoje dzieci – syna – Sandra i córkę – Annę. Za nimi kilkadziesiąt lat małżeństwa Wiodą z pozoru spokojne, pozbawione emocji życie emerytów, w Rzymie. Towarzyszy im kot Labes. Zagadkowe włamanie do ich mieszkania wywołuje lawinę niechcianych wspomnień.

Powieść rozpoczyna się od listów porzuconej żony do niewiernego małżonka, który po 12 latach małżeństwa, postanowił uwolnić się z rodzinnych więzów i poszukać szczęścia u boku młodszej kobiety. W tej, nigdy niewysłanej do adresata korespondencji, mieści się cała gama emocji: żal, złość, ból, poczucie winy, zazdrość. Vanda miota się pomiędzy oskarżeniami, a próbą zrozumienia i oswojenia zaistniałej sytuacji. Głównym argumentem w walce z mężem stają się dzieci.

W drugiej części, spotykamy parę po czterdziestu latach wspólnego życia. Małżeński kryzys wydaje się być zażegnany, Aldo zrozumiał swój błąd i powrócił do rodziny. Emocje się uspokoiły i para żyje harmonijnie, czy na pewno? Tutaj, poznajemy męski punkt widzenia i opis zdarzeń.

W trzeciej części, tej skromnej objętościowo książki (221 stron) autor oddaje głos dzieciom – Annie i Sandrowi. Choć rodzicom wydawało się, że ich kłótnie i negatywne emocje nie dotknęły rodzeństwa, okazuje się, że było zgoła inaczej.

„Sznurówki” to wieloespektowa powieść o kryzysie rodziny, małżeństwa i tzw. tradycyjnych wartości. Starnone stawia liczne pytania i odważne tezy. Małżeństwo jawi się tu jako klatka, przestarzała instytucja, zupełnie nie odpowiadająca potrzebom dzisiejszego świata, rodzina to natomiast system wzajemnych zależności, powinności, z małą ilością praw. Autor zastanawia się, czy w sformalizowanym związku można dowolnie poszerzać granicę wolności, czy możliwe jest całkowite skupienie na sobie i dążenie do indywidualnego szczęścia, z pominięciem odpowiedzialności za drugą osobę? Wreszcie, czy faktyczne wybaczenie i pozbycie się poczucia winy, nawet w długotrwałej relacji jest realne i, na ile można zmienić własną naturę?

Historia opowiadana jest z trzech różnych punktów widzenia. Ten sprytny zabieg zmusza czytelnika do refleksji, porzucenia utartych ścieżek i schematów myślenia. Konfrontacji z własnymi poglądami i zajęcia stanowiska. Gdy już to zrobimy, po raz kolejny okazuje się, że nic nie jest proste, oczywiste ani takie, jakie wydawało się być na początku.

W powieści Starnone najwięcej dzieje się między wierszami. W nieoczywistych metaforach, niedopowiedzeniach.  Liczne perspektywy narracji, mnogość wątków, czynią ze „Sznurówek” ważną pozycję, na temat szeroko pojętego kryzysu relacji. Pozostaje mieć nadzieję, że nie jest to ostatnia, wydana w Polsce książka autora. Po lekturze bowiem, pozostaje olbrzymi apetyt na więcej.

Ocena: 8/10
D.Starnone, „Sznurówki”, Wydawnictwo W.A.B. 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.gwfoksal.pl/

* Książka na stronie wydawcy: http://www.gwfoksal.pl/ksiazki/sznurowki.html

środa, 24 maja 2017

Cud pamięci

Kiedyś sądziłem, że ludzi pamiętamy, dopóki możemy ich opisać. Teraz myślę, że jest odwrotnie: są z nami ,dopóki nie umiemy tego zrobić[1]. „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy to rzadki przykład menuaru, tryptyku o utracie rodzica – matki. Literatura wybitna.

Każdy z nas zmierzył albo będzie musiał się zmierzyć w przyszłości z porządkowaniem rzeczy po bliskich zmarłych. Jest to proces nieunikniony. Nie da się do niego przygotować, każdy moment jest zły. Między innymi o tym nieprzygotowaniu, konieczności selekcji i dokonywania trudnych wyborów jest książka Wichy. Autor opowiada o matce, poprzez przedmioty, które po niej zostały. Zarówno, te ważne, cenne, jak i zupełnie niepotrzebne drobiazgi.

Znaczna część tekstów poświęcona jest porządkowaniu księgozbioru pozostałego po zmarłej. To matka bowiem nauczyła autora miłości, szacunku i właściwego ważenia słów.
Biblioteki są zapisami naszych czytelniczych porażek. Jak mało w nich książek, które naprawdę nam się podobały. Jeszcze mniej takich, które podobają nam się przy kolejnej lekturze. Większość to pamiątki po ludziach, którymi chcieliśmy być. Których udawaliśmy. Których braliśmy za siebie[2].

W rodzinnej bibliotece autora znalazła swe miejsce klasyka polska i światowa, dużo beletrystyki z lat 90., 4 – tomowa Encyklopedia PWN – u, poradniki, księgozbiór zawodowy matki (pracowała w poradni zawodowej). Fragmenty dotyczące dylematów w selekcji książek, są jednymi z najbardziej poruszających w zbiorze. W części „bibliotecznej” pojawiają się też wspomnienia o polowaniu na „Kto pocieszy Maciupka”, dobieraniu z największą uwagą księgozbioru dla wnuczek. Jest też o najwyższej półce, na której znajdowały się ulubione powieści matki. Wśród nich, działająca terapeutycznie Emma , Staroświecka historia, Saga rodu Forsyte’ów, Domostwo pani Wilcox. Bardzo znaczące miejsce w domu rodzinnym autora zajmowały, gromadzone z zapamiętaniem książki kucharskie i przepisy kulinarne, wycinane z gazet.

Matka uwielbiała zakupy, wraz z ojcem mieli swoje ulubione księgarnie, sklepy z zabawkami, punkty napraw. Kupowali całe mnóstwo niepotrzebnych przedmiotów: imbryczki, scyzoryki, lampy, latarki, nadmuchiwane podgłówki. Nie znikniemy bez śladu, a nawet jak znikniemy, to zostaną nasze rzeczy, zakurzone barykady[3]

Matka jawi się jako osoba apodyktyczna, bezkompromisowa, lękowa, szczera do bólu i przez to wszystko niesłychanie trudna w kontaktach. Wicha pisze o Niej z czułością, ale bez sentymentalizmu. Teksty dalekie są od laurki. Autor nie boi się pisać, o tym, co w relacjach rodzinnych było trudne: swego rodzaju wzajemnym niedopasowaniu, które komplikowało bliskość, zawiłej historii rodzinnej matki i jej żydowskim pochodzeniu. O wszystkim, co zdecydowało o tym, jaka i dlaczego, taka właśnie była.

„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” to niezwykle osobista, momentami intymna wypowiedź. Jednocześnie te mikroeseje napisane są w bardzo oszczędny, powściągliwy, wyważony sposób. Bez grama ekshibicjonizmu. Krótkie, nieraz urwane w pół zdania, sprawiają, że wszystkie teksty kipią od niewypowiedzianych emocji. Czyni to ten niepozorny tom nadzwyczaj przejmującym. Podobnie, jak w przypadku pierwszej książki, „Jak przestałem kochać design”,pojawia się poczucie humoru, ironia, a nawet sarkazm. Tutaj wszystkie te środki zostały jednak użyte bardziej jako antidotum na tęsknotę, żal, rozpacz.

Lektura obowiązkowa o sprawach najważniejszych. Doskonale zapisana próba oswojenia straty. Tym cenniejsza, że wciąż, zwłaszcza w polskiej literaturze rzadka.

Ocena: 9/10
M. Wicha, „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, Wydawnictwo Karakter 2017.

* Dziękuję Wydawnictwu Karakter za przekazanie egzemplarza do recenzji https://www.karakter.pl/




[1] M.Wicha, „Rzeczy,których nie wyrzuciłem”, Wydawnictwo Karakter 2017, s. 5
[2] op. cit., s.12.
[3] op. cit., s.23-24.

poniedziałek, 15 maja 2017

Czytaj, bo…

Gdy wydawało mi się, że w temacie „książek o książkach” napisano już wszystko, nic mnie nie zaskoczy i czas przestać zajmować się tym tematem, moim oczom ukazała się, wyświetlona po wielokroć w Internecie reklama książki : „Książka, dzięki której pokochasz książki. Nawet, jeśli nie lubisz czytać”. W ten oto sposób, padłam ofiarą nachalnej promocji czytelnictwa i zachęcona odważnym tytułem, natychmiast zapragnęłam sprawdzić, czy treść spełnia obietnicę złożoną na okładce?

W czasach, gdy czytelnictwo w Polsce, z roku na rok pikuje ostro w dół, a „Gazeta Wyborcza”, oczywiście w ramach jego wspierania alarmuje, że Liczba lektur jest przytłaczająca. Wychodzi na to, że w każdym roku licealista będzie miał do przeczytania sześć – siedem książek, a do tego dużo poezji i fragmentów obszernych tekstów, nie dziwi, że wydawcy szukają publikacji, które zachęcą dzieci i młodzież do czytania. W myśl zasady: „czym skorupka za młodu nasiąknie…” Książka Francoize Boucher, wydana przez Wydawnictwo Muchomor, jest jednym z takich przykładów.

Ta niepozorna, bo licząca zaledwie 112 stron książeczka, z uwagi na neonową, niebiesko – pomarańczową kolorystykę wprost krzyczy, by wziąć ją do ręki i zajrzeć do środka. A tam, znajdziemy pięćdziesiąt powodów, dla których warto czytać i pokochać książki. Wszystkie podane w bardzo zabawny, dostosowany do dziecięcej percepcji sposób.

Wśród nich są m.in. takie: od czytania w ogóle nie tyjesz, lepiej więc połykać książki niż kiełbasę, od czytania rośniesz dużo szybciej, niż od zupy; czytanie wzbogaca twoje słownictwo, zwiększa siłę twoich wypowiedzi i sprawia, że twoje rozmowy stają się wyjątkowo fascynujące. Każdy powód poparty jest dowodem, w postaci śmiesznego rysunku, wraz z komentarzem. Rysunki stylizowane są na niedbałe, wykonane mimochodem. Tak naprawdę ich wykonanie wymagało jednak dużej precyzji i umiejętności. Poza tymi istotnymi powodami miłości do słowa drukowanego znalazły się również te, zupełnie zmyślone, jak np.  nigdy nie zgubisz pilota do książki, książka nigdy się nie psuje. I te, z pozoru tylko mniej ważne: Książki nigdy nie robią hałasu. Dzięki nim możesz odpocząć w cudownej ciszy.



„Książka, dzięki której pokochasz książki..” z jednej strony namawia do indywidualizmu, nie czytania tego, co wszyscy, tylko tego, co podoba się nam, przekonuje, że można nie lubić czytać, a z naprawdę głupich książek zrobić sobie konfetti, bądź papier toaletowy. Z drugiej pojawiają się tu zdania: od czytania niektórych książek, możesz stać się głębokim debilem. Jak na publikację skierowaną przede wszystkim do dzieci pojawia się tu, za dużo, jak na mój gust określeń uważanych za obraźliwe, typu: debil, kretyn, cham. Dyskusyjna jest tez użyta w książce neonowa kolorystyka. Dzieci podobno takową uwielbiają, faktycznie jest ona krzykliwa, przyciąga wzrok i uwagę. Dla niektórych dorosłych może być ona jednak nieco męcząca dla oczu.

Obserwowałam  reakcję na lekturę książki Boucher wśród   młodszych i starszych członków mojej rodziny i znajomych. Działa – to znaczy bawi, przedstawicieli wszystkich pokoleń. Nie wiem ,czy faktycznie jest to ta jedyna „Książka, dzięki której pokochasz książki. Nawet jeśli nie lubisz czytać”. Z pewnością jest to publikacja, która ciekawi, intryguje i śmieszy, a to są emocje, które mogą być początkiem wielkiej miłości.

Ocena: 7/10
F. Boucher, „Ksiażka, dzięki której pokochasz książki. Nawet jeśli nie lubisz czytać”, Wydawnictwo  Muchomor 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Muchomor za przekazanie egzemplarza do recenzji: https://www.muchomor.pl/

środa, 10 maja 2017

Masłowidzenie

„Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu” to zbiór felietonów, jak pisze sama autorka, skierowany do tych, którzy na przekór modom, prądom, falom, pływom i horoskopom lubują się w nielubianym, interesują nieinteresującym.

Masłowska powraca na rynek wydawniczy, felietonami publikowanymi w magazynie internetowym dwutygodnik.com w latach 2013 – 2016. Swoją uwagę, tym razem zwraca na popularne zjawiska kultury masowej. Czasem udaje się też na peryferie popkultury, zanurza w jej odmętach i wyławia stamtąd to, co wyszydzane, pogardzane, a jednocześnie chętnie oglądane.

Największą przyjemność z lektury „Jak przejąć kontrolę nad światem...” będą miały osoby urodzone na początku lat 80. i wcześniej. Ci wszyscy, którzy w niedzielne popołudnia siadali, wraz z całą rodziną przed telewizorem, by z wypiekami na twarzy śledzić losy Carringtonów, wojny podjazdowe między Krystle, a Alexis i zadawali sobie pytanie, czy Steven jest gejem? Równie zadowoleni będą, pamiętający pierwszą polską telenowelę „W labiryncie” i eksplozję muzyki Disco Polo, zapoczątkowaną przez Telewizję Polsat i jej flagowy, swego czasu program „Disco Relax”. O wszystkim tym, pisze Masłowska w swoich tekstach. Ponadto, pochyla się nad fenomenem „Kuchennych rewolucji” i Magdy Gessler, kreśli wnikliwe portrety psychologiczne uczestników programu „Azja Express” i przyznaje się do uzależnienia od oglądania seriali, szukając przyczyn tego przyjemnego nałogu. Rozprawia z mitem bajkowej wyspy Bali, udaje w podróż do egzotycznego Tatarstanu, by pod koniec zająć się zespołem Bajm i Beatą Kozidrak. Słowem, dla każdego coś…strasznego. Młodsze pokolenie może traktować felietony pisarki, jako leksykon popkultury
.
O stylu Masłowskiej i jej zdolnościach słowotwórczych napisano już chyba wszystko. Jego kolejna szczegółowa analiza nie ma więc sensu. Podobnie jak w poprzednich książkach mamy tu do czynienia z Masłowidzeniem świata. Jest ono przepełnione ironią, sarkazmem, czarnym humorem, kpiną. Pochwały pojawiają się rzadko, takowa spotkała np. biografię „Beksińscy”, autorstwa Magdaleny Grzebałkowskiej. Nieco sentymentalny ton pojawia się w felietonie o latach dwutysięcznych, odnoszącym się do okresu istnienia czasopisma „Lampa” Pawła Dunina Wąsowicza. Czasami można odnieść wrażenie, że Masłowska sili się na sarkazm, jakby bała się, choć na chwilę wyjść z roli naczelnej prześmiewczyni. Socjologiczny Polaków portret własny, który wyłania się z tych tekstów, daleki jest od pastelowej palety barw.

Ci którzy wielbią Masłowską od czasów „Wojny polsko – ruskiej”, po lekturze najnowszego wydawnictwa będą to robić nadal. „Jak przejąć kontrolę nad światem…” nie przynosi bowiem w zasadzie żadnych zmian w stylu autorki. Zatem, nieprzekonanych do niej, lektura tego zbioru, w dalszym ciągu nie przekona.

Masłowska pisze, że tego co się raz zobaczy, nie da się już odzobaczyć. Lojalnie ostrzegam, że tego, co tu przeczytacie nie da się już odprzeczytać, zastanówcie się więc dobrze, czy na pewno chcecie przejmować kontrolę nad światem, bez wychodzenia z domu.

Ocena: 7/10
D. Masłowska, „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu”, Wydawnictwo Literackie 2017.

* Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wydawnictwoliterackie.pl/
* Książka na stronie wydawcy: http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/4278/Jak-przejac-kontrole-nad-swiatem-nie-wychodzac-z-domu---Dorota--Maslowska

czwartek, 4 maja 2017

Ćwiczenia z pamięci

„Nasz film. Sceny z życia z Kubą. Wspomnienia” Krystyny Cierniak -  Morgenstern, czyta się tak samo, jak ogląda wszystkie filmy jej męża – z ciekawością.

Janusz „Kuba” Morgenstern zmarł we wrześniu 2011 roku. Był reżyserem filmowym i telewizyjnym. Najbardziej znane filmy jego autorstwa to m.in: Do widzenia, do jutra, Trzeba zabić tę miłość, Jowita, Żółty szalik. Morgenstern stworzył również niezwykle popularne seriale telewizyjne: Stawkę większą niż życie, Polskie drogi, Kolumbów. Poza reżyserią zajmował się także produkowaniem filmów. W tej roli wystąpił m.in. przy: Europa, Europa, Korczaku, Pannie Nikt, Poranku kojota, Chłopaki nie płaczą, Zemście.

Opowieść o wspólnym życiu rozpoczyna się od krótkiego przedstawienia historii rodzinnej obojga. On – urodzony w 1922 roku w Mikulińcach , niedaleko Tarnopola, pochodził z inteligenckiej rodziny żydowskiej, spolszczonej. W czasie wojny, wraz z rodzicami trafił do getta, z którego udało mu się uciec, z dwoma koleżankami. Tęsknota nie pozwoliła  jednak na rozłąkę z rodziną, wrócił. Okazało się, że rodzice po ucieczce syna postanowili popełnić samobójstwo, zażywając truciznę. Gdy Morgenstern wszedł do mieszkania, ojciec już nie żył, matki nie udało mu się uratować. Z uwagi na żydowskie pochodzenie przez całą okupację musiał się ukrywać, najpierw w piwnicy dyrektora Gimnazjum – Hryncyszyna, później – w lesie. Nigdy do końca nie opowiedział o dramatycznych przeżyciach wojennych. Ona przyszła na świat w przeddzień wybuchu wojny, w Inowrocławiu, pochodzi z inteligenckiej rodziny. Ojciec był wicedyrektorem Kredyt Banku w Poznaniu. Zmarł młodo, w wyniku powikłań po operacji.

Poznali się, gdy on był asystentem reżysera, a ona obiecującą studentką Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. I było, tak, jak w filmie. On wypatrzył ją w tramwaju i stwierdził, że będzie jego żoną. Pojawił się na jej uczelni, usiadł na ławce, w tym czasie ona właśnie schodziła ze schodów. Był 1959 rok i zaczęło się wspólne życie. Jak mówi sama Krystyna Cierniak – Morgenstern: Kuba reżyserował filmy, a ona ich małżeństwo.

Kłóciliśmy się z Kubą na każdy temat. I zawsze. Może dlatego byliśmy ze sobą pond pięćdziesiąt lat? Kłóciliśmy się, kiedy byliśmy razem, i wtedy, kiedy któreś z nas wyjeżdżało. Tyle, że wtedy przez telefon. Kłóciliśmy się, ale natychmiast zapominaliśmy o co[1].

„Nasz film” to przede wszystkim opowieść o małżeństwie Morgensternów. W tej relacji jego praca była ważniejsza od jej ambicji zawodowych. Choć równie utalentowana, Krystyna Cierniak – Morgenstern, wybrała życie w cieniu męża. Dużo ważniejsza, niż wyścig o sławę była dla niej harmonia w życiu prywatnym; stworzenie domu, do którego on wracał z radością i, który, z uwagi na swoje traumatyczne doświadczenia niezwykle cenił, wspólne podróże, a przede wszystkim życie towarzyskie, za którym oboje przepadali.

Poza historią o miłości jest to również historia o przyjaźni i bywaniu. U Literatów i w SPATIF – ie, Hybrydach gdzie bywała cała ówczesna śmietanka towarzyska Warszawy. U Literatów stołowali się m.in.: Holoubek, Konwicki, Łapicki, Szpilman. W SPATIF –ie, pojawiali się natomiast: Słonimski, Axer, Minkiewicz, Brzechwa, Stryjkowski. Morgensternowie przyjaźnili się m.in. z: Dygatami, Tyrmandem, Minkiewiczem, Osiecką, Polańskim, Cybulskim. Obowiązkowym miejscem letnich spotkań był basen Legii i nadmorskie Chałupy. O przyjęciach urządzanych w domu Morgenstetnów na Żoliborzu, do dziś krążą legendy.

W książce znajdziemy również listy narzeczonych, liczne fotografie dokumentujące ich wspólne życie, a także fragmenty wypowiedzi reżysera. Całość została uzupełniona o kalendarium artystyczne obojga.

Główną siłą tych wspomnień jest barwność czasów, w których żyli małżonkowie. Nieustanny ferment twórczy, który panował w artystycznym środowisku, bujność i intensywność życia towarzyskiego, generowała całe mnóstwo anegdot i zdarzeń, o których możemy dziś czytać z zapartym tchem.

„Nasz film. Sceny z życia z Kubą” to opowieść przepełniona miłością, wdzięcznością za wspólnie spędzony czas, tęsknotą za tym co było. Jest to też zapis prób poradzenia sobie ze stratą. I tylko od czasu do czasu pobrzmiewa w niej nuta żalu o niespełnienie zawodowe obojga i niewystarczającą ilość pochwał ze strony męża.

Ocena: 6/10
K. Cierniak – Morgenstern, „Nasz film. Sceny z życia z Kubą. Wspomnienia”, Wydawnictwo Literackie 2017.

* Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

* Książka na stronie wydawcy: http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/4186/Nasz-film/


[1] K. Cierniak – Morgenstern, „Nasz film. Sceny z życia z Kubą”, Wydawnictwo Literackie 2017 , s.89. 

niedziela, 30 kwietnia 2017

Minione

„Życie Lali przez nią samą opowiedziane” Heleny Karpińskiej, pokazuje dobitnie, że główna bohaterka „Lali” Jacka Dehnela miała autentyczny talent literacki.

Wydana w 2006 roku „Lala” – doskonale napisana saga rodzinna jest bez mała najpopularniejszą powieścią Dehnela. Przyniosła mu zasłużony rozgłos i uznanie krytyków. Jest to jedna z tych książek, które zostają w pamięci, pomimo upływu czasu. Zapamiętuje się z niej pełną ciepła atmosferę domu rodzinnego pisarza, a przede wszystkim główną bohaterkę – babcię Lalę, kobietę z niezwykłą historią rodzinną, obdarzoną poczuciem humoru, błyskotliwą inteligencją i niebanalnym stylem.

Gdy, po dziesięciu latach od wydania „Lali”, pojawiła się informacja, że ukaże się „Życie Lali przez nią samą opowiedziane”, miałam mieszane uczucia. Bałam się, że będzie to produkt literacko podobny, służący jedynie zbiciu kapitału na dawnej sławie. Jednak pomna wrażeń, towarzyszących lekturze „Lali”, postanowiłam sięgnąć po niejako jej uzupełnienie. Była to dobra decyzja. O żadnym odcinaniu kuponów od popularności nie ma tu bowiem mowy. Wszystkie teksty zawarte w tomie są pełnowartościowe.

Karpińska była autorką miniatur, słuchowisk radiowych, reportaży. Pisała jednak głównie do szuflady. W czasie porządkowania mieszkania po zmarłej, jej twórczość została odkryta przez członków rodziny. Jacek Dehnel wybrał z niej i zredagował to, co najlepsze. W ten sposób powstał zbiór sześćdziesięciu opowiadań. Większość z nich powstała w latach 60. i 70. XX wieku.

Autorka opowiada w nich o swoim domu rodzinnym, przedstawiając go jako Arkadię – utraconą przedwcześnie przez wojnę, członkach rodu – przedstawicielach inteligencji, osobach bywałych w świecie, oczytanych, posiadających doskonały gust i wyczucie smaku. To jednak tylko część opowieści. Tyle samo uwagi Karpińska poświęca „zwykłym” ludziom, mieszkańcom wsi, swoim sąsiadom, różnym osobom, które napotkała na swojej życiowej drodze. Są to fascynujące, często naznaczone cierpieniem ludzkie historie. Choć we wspomnieniach rodzinnych czuć nostalgię, całość absolutnie nie ma związku z sielankowością. Lala często opisuje dramatyczne przeżycia czasów wojny: doświadczenie głodu, biedy, strachu, okupacji.

„Życie Lali przez nią samą opowiedziane” jest napisane w pięknym, gawędziarskim stylu. Z olbrzymią dbałością o język i detal, co niestety, we współczesnej literaturze jest już bardzo rzadko spotykane. Autorka o rzeczach dramatycznych pisze w sposób subtelny, empatyczny, z wyczuciem. Czyni to lekturę miniatur przejmującą. Karpińska była uważną obserwatorką rzeczywistości, w związku z tym opowiadania nie są pozbawione celnych point i wyrazistych bohaterów. Pozornie błaha historia „szarego” człowieka, dzięki czułemu pochyleniu się nad nią przez Lalę, niepodziewanie okazuje się małym arcydziełem. Rzadka umiejętność, zwłaszcza u debiutantki.

Podobno z każdego życia można wykroić materiał przynajmniej na jedną, choćby najbardziej zgrzebną powieść. Każdy z nas nosi ją w sobie, nienapisaną: jedni już zapomnieli, innych uwiera, jak zbyt ciasny gorset. Historia postarała się, żebyśmy mieli o czym pamiętać, ale obrazy zacierają się, jak w telewizorze, w którym wysiada kineskop. Są coraz mniej ostre, nakładają się na siebie, drgają.

Na szczęście dla czytelników, Helena Karpińska nie bała się uczynić ze swego życia powieści. Dzięki temu dostajemy możliwość obcowania z pięknym człowiekiem, wsłuchania się w jego głos i przeżycia tego losu poszczególnego.

Ocena: 8/10
H. Karpińska, „Życie Lali przez nią samą opowiedziane”, Wydawnictwo W.A.B. 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.gwfoksal.pl/



[1] H. Karpińska, „Zycie Lali przez nią samą opowiedziane”, Wydawnictwo W.A.B. 2017, s. 179-180.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Zrób to sam!

W Światowym Dniu Książki i Czytelnictwa, wypadałoby napisać coś o „książkach o książkach”. W związku z tym, że sporo miejsca  na blogu poświęciłam już urokom czytania i udrękom pisania o książkach, tym razem, dla odmiany, kieruje swą uwagę na „Książkę do zrobienia” Aleksandry Cieślak. Zasiądźcie zatem wygodnie przy stole, zaproście dzieci, rodzinę, znajomych i do dzieła!

To nie jest książka do czytania, nie znajdziecie tu wiele tekstu, chyba, że sami go sobie napiszecie. Zdecydowanie bardziej jest to spełnienie marzeń dla wszystkich niedoszłych grafików, ilustratorów, edytorów, typografów, a wreszcie pisarzy którym zabrakło odwagi, bądź możliwości, by zainteresowanie zamienić w zawód. Tu, wreszcie mogą się bezkarnie wyżyć, w stylu dowolnym, bo granicą jest jedynie własna wyobraźnia. To jest książka do kreślenia, rysowania, malowania, pisania, a nawet plamienia. Nie należy jednak mylić jej z popularnym, swego czasu „dziełem’, służącym wyłącznie do zniszczenia. Projekt Aleksandry Cieślak jest przede wszystkim do stworzenia, postawienia na półce i bycia zadowolonym z efektów swojej pracy.

Przestrzeń kreatywna zaczyna się już na okładce, gdzie możemy dopisać swoje nazwisko, obok nazwiska pomysłodawczyni projektu. Następnie możemy dowolnie uzupełnić tekst: Rzuć wszystko i chwyć za……..Sama się przecież nie zrobi. Obudź w sobie……….!Polecenia, które znajdziesz w środku możesz kompletnie zignorować albo przyjąć z pocałowaniem ręki. Kieruj się wyobraźnią i……………Może się zdarzyć, że ta książka będzie próbowała cię wciągnąć i omamić historyjkami o tworzeniu i projektowaniu, wtedy nie ma ratunku

Jak wygląda czarna myśl? Czy przypomina smoka? Urzędnika? Roślinę? A może coś zupełnie innego? Zrób rysunek w negatywie. Możesz posłużyć się pastą do zębów albo białą farbą[1].  Słowa mają wielką moc. Stwórz własne słowa mocy! Zapisz je z rozmachem lub w skupieniu. Użyj atramentu sympatycznego, by nie dostały się w niepowołane ręce![2] Wielkość i forma liter wpływają na charakter przekazu. Jakimi literami mówisz na co dzień? Jakimi literami mamroczesz przez sen, a jakimi wyjawiasz tajemnice? Napisz jedno zdanie na kilka różnych sposobów[3]. Słowa mogą mile łechtać albo – jeśli odpowiednio je zmieszać – grzać, jak herbata z rumem. Pomyśl o słowach, których lubisz słuchać. Jakie budzą w Tobie uczucia? Zaznacz na ilustracji, gdzie mieszkają uczucia wywołane przez poszczególne słowa. Jakie uczucie mogłoby zamieszkać w łydce? Jakie słowo Ci się z nim kojarzy?[4] Kadr to wybrany wycinek rzeczywistości. Co widzą wrony, kiedy podglądają Cię przez okno?[5] Namaluj siebie i swoje spełnione marzenie, namaluj przyszłość w wesołych barwach i… prostych geometrycznych kształtach![6]

Na każdej z 262 stron książki znajdziemy tego typu, dalekie od oczywistości i banału zadania. W atrakcyjnej graficznie formie zawarto całe mnóstwo użytecznych informacji, dotyczących każdego z etapów powstawania książek: projektowania, komponowania, ilustrowania, redagowania. Zarówno młodsi, jak i starsi czytelnicy, zdobędą wiedzę na temat krojów i stopni pisma, palety barw, budowania fabuły, czy zasad korekty gotowego tekstu. Zdobywaniu wiedzy, będzie towarzyszyć doskonała zabawa i głośne wybuchy śmiechu przedstawicieli wszystkich pokoleń. Coś dla siebie znajdą również erudyci, mnóstwo tu bowiem literackich cytatów, nawiązań do świata popkultury, a nawet…mody. Tropienie tych licznych kontekstów stanowi gratkę nawet dla najbardziej wymagających połykaczy liter.

„Książka do zrobienia” to rzecz wręcz idealna. Wszystko się tu zgadza: doskonałemu pomysłowi wyjściowemu, towarzyszy równie świetne, staranne wykonanie. Atrakcyjna szata graficzna, ściga się o uwagę z dopracowanym w najdrobniejszych szczegółach tekstem. Nie dziwi zatem, że projekt został zauważony i doceniony na Międzynarodowych Targach Książki w Bolonii – największych i najważniejszych na świecie targach książki dla dzieci i młodzieży. Warto dodać, że partnerem wydania jest Arctic Paper http://www.arcticpaper.com/pl/Start/  Pozostaje mi jedynie zaapelować: zróbcie sobie książkę, koniecznie!

Ocena: 10/10
A.Cieślak, „Książka do zrobienia”, Wydawnictwo Dwie Siostry 2017.

*Dziękuję Wydawnictwu Dwie Siostry za przekazanie egzemplarza do recenzji http://www.wydawnictwodwiesiostry.pl/







[1] A.Cieślak, Książka do zrobienia, Wydawnictwo Dwie Siostry 2017, s. 149.
[2] ibidem,s. 126-127.
[3] ibidem,s. 102-103.
[4] ibidem, s. 130-131.
[5] ibidem,s. 218-219.
[6] ibidem,s.205.